Gość: bez nicka
IP: *.dynamic.mm.pl
29.03.12, 09:02
Znajomy podrzucił mi do przeczytania rozprawę doktorską swego dziecka. Ponieważ jest to sprawa w pewnym sensie osobista (dziecko znajomego), nie będzie więc żadnych identyfikacji. Ani uczelni, gdzie otwarto przewód, ani promotora, ani tematu. Wprawdzie jeden z recenzentów wart byłby wspomnienia ze względu na gwałtowne nawrócenie w owym czasie, ale pozostawmy go w spokoju. Ogólnie powiem, że temat obojętny z kategorii spraw społecznych i bez żadnego odniesienia do jakiejś ideologii (w tytule i podtytule). Żadnych zawężeń i ograniczeń ani w tytule, ani we wstępie. Czyli prawda, czysta prawda i tylko prawda. Konstrukcja pracy jak za starych dobrych czasów, a więc hipoteza, omówienie zakresu tematu literatura i jej omówienie, zasadność postawienia hipotezy, itp. aż po wnioski i wniosek ostateczny, czyli przekształcenie hipotezy w tezę (cbdo). Nic więc nie można zarzucić samej konstrukcji pracy. Jednak nieodparcie towarzyszyło mi wrażenie déjà vu. Gdzieś to już widziałem i o co chodzi? Wreszcie skojarzyłem. To dokładnie sposób pisania prac kandydackich i doktorskich w dawnym ZSRR. Skojarzyłem sobie również pracę doktorską śp. Lecha Kaczyńskiego. Właśnie ten ciąg: Vaticanum II, bulle, encykliki, kazania, JPII, Benedykt XVI i trzech znanych w Polsce teologów, w tym jeden promotor pracy i znany kierunek filozoficzny jako przyzwoitka dla pracy. Najpierw pomyślałem, że to tylko we wstępie, ale nie. Przewijało się to w całej pracy i na zasadzie głównych argumentów przekształcających myślenie od hipotezy po twierdzenie ostateczne. Można powiedzieć, że każda epoka ma swój modus loquendi a rozprawy doktorskie przeważnie nie posuwają wiedzy naprzód. Są przyczynkarskie i są przede wszystkim sposobem na osiągnięcie stopnia naukowego. W swoim życiu widziałem sporo prac doktorskich, w tym tylko jedną ruszającą z posad bryłę świata (z matematyki, napisaną na trzech stronach).
Przekształcenie jednak słowa „marksizm” na „tomizm”, zjazdów KP ZSRR na sobory, dokumentów partyjnych na dokumenty religijne a przywódców partii na duchownych, można uznać za mistrzostwo świata w ekwilibrystyce intelektualnej.
Przeczytałem, jak w dawnych czasach – „od deski do deski”, choć tu introligator odwalił kawał dobrej roboty – od grzbietu poprzez elastyczną tekturę okładek aż po wyzłocenia literowe. Zamykam „ostatnią deskę” i gratuluję sukcesu! Szczęście, że doktor ma pracę katechety i nie musi wyjeżdżać na zmywak. Nieco tylko współczuję poddanym takiemu sposobowi katechez. Ateiści jeszcze przed 18. rokiem życia. Cóż, sam tego chciałeś Grzegorzu Dyndało... Nie potrafisz inaczej.