felix.lynx
22.04.03, 12:12
Chcialbym przedstawic swoj punkt widzenia na wolnosc mediow, a raczej na jej brak. Robie to w
formie listu otwartego - moze odniesie jakis skutek, chociaz watpie.
=================================
Kim naprawdę jesteście dla mediów
List otwarty do moich czytelników.
Włączając radioodbiornik czy telewizor albo kupując gazetę człowiek zazwyczaj nie myśli o tym, jakie
jest jego znaczenie dla wydawcy lub właściciela stacji radiowej. Niemal wszyscy podświadomie
zakładają, że są tymi najważniejszymi, dla których redakcja i dziennikarze z poświęceniem poszukują
interesujących tematów i najświeższych wiadomości. Nic bardziej błędnego! Ogromna większość
polskich masmediów traktuje swoich czytelników, słuchaczy i widzów wyłącznie jako kolejne punkty w
statystyce. W tej branży nie liczą się ani gusta ani upodobania odbiorców, lecz tylko i wyłącznie
statystyka: oglądalność, słuchalność, liczba czytelników. Im wskaźniki te są wyższe, tym łatwiej można
wycisnąć większe pieniądze za ogłoszenia i reklamy.
Redakcje czerpią niemal 100% zysków z zamieszczanych reklam, dlatego nie uczynią absolutnie nic,
aby stracić jednego, nawet najbardziej nieuczciwego i zamieszanego w dziesiątki afer reklamodawcę.
A czytelników przyciąga się albo "atrakcyjną" szatą graficzną (czyli w praktyce zamieszczaniem zdjęć z
pogranicza aktu i pornografii), albo - w najlepszym wypadku - ujawnianiem afer w instytucjach i
organizacjach które nie kupują miejsca reklamowego. Czy sądzicie, ze Polska dowiedziałaby się o
handlu "skórami" w łódzkim pogotowiu ratunkowym, gdyby właściciele zainteresowanych zakładów
pogrzebowych i dyrekcja samego pogotowia w porę zakupiliby całokolumnowe pełnokolorowe
reklamy w łódzkim wydaniu Gazety Wyborczej? Albo czy ktokolwiek skrytykowałby Leppera, gdyby on
zamiast postponować dziennikarzy, na wszelki wypadek zatrudniłby po kilku z każdej redakcji, choćby
do współpracy przy produkcji haseł na manifestacje - oczywiście odpowiednio, czyli słono im za to
płacąc? Przypomnijcie sobie bałwochwalcze teksty w paru bardzo poczytnych gazetach, wynoszące na
piedestały Bagsika, Gąsiorowskiego, Grobelnego... Pamiętacie jak żurnaliści zachwycali się ich
talentami i powodzeniem w interesach? Popatrzcie teraz wokół i zastanówcie się, czy przypadkiem
kilku, może kilkudziesięciu albo nawet kilkuset nowych Bagsików, Gąsiorowskich i Grobelnych rośnie
na Waszych oczach pod czułym protektoratem prasy? Popatrzcie, kogo prasa bezkrytycznie chwali za
osiągnięcia w tej czy innej dziedzinie, a później zastanówcie się, czy ci chwaleni nie są aby
przypadkiem bogami, pozbawionymi ziemskich wad i przywar, za to napełnionymi
błogosławieństwami i zaletami za sprawą boga wyższej rangi? I czy nigdy nie przyszło wam do głowy,
że tym superbogiem nie jest przypadkiem pieniądz w ilościach kosmicznych?
Historia lubi się powtarzać. W latach mojej młodości takim bogiem o którym wolno było pisać tylko
bardzo dobrze, albo - w wyjątkowych przypadkach - dobrze, był Józef Wisarionowicz Dżugaszwilli,
bardziej znany jako Stalin. Wówczas jednak bogiem, stojącym ponad innymi, była opętańcza,
zbrodnicza ideologia socjalistyczna czy też komunistyczna. W tamtych latach nie wolno było pisać
krytycznie nie tylko o bogu - Stalinie, ale także o rządzącej monopartii oraz o żadnym, nawet
szeregowym jej członku.
Nietykalny był także Związek Radziecki. Jeden z dziennikarzy opowiadał, jak podczas nocnego czy też
świątecznego redakcyjnego dyżuru odebrał z dalekopisów komunikat światowych agencji prasowych
o poważnym trzęsieniu ziemi w Gruzji, czyli na terytorium państwa sowieckiego, które przecież było
"krajem powszechnej szczęśliwości". Dziennikarz nie mógł jednak znaleźć ani cenzora, ani tzw.
redaktora odpowiedzialnego (czyli takiego, który w razie braku cenzora zastępował go). Z obawy o to,
aby nie zamienić redakcyjnego pokoju na celę więzienną na wszelki wypadek nie zamieścił informacji
o trzęsieniu ziemi w kilku kolejnych wydaniach wiadomości. Posadę zachował, za to ośmieszył się i
swoją redakcję przed całym światem. Kto wówczas przejmował się jednak opinią o nas poza
granicami demoludów?
Takie były prawa polityki. Dziś nie ma ówczesnych komunistów: część wymarła, reszta się
przefarbowała na "biznessmenów" albo przekształciła w działaczy społecznych, inni zapisali się do
różnych mafii. Zabrakło także boga Stalina, a nawet jego późniejszych sukcesorów. Pozostały jednak
nawyki. A te najtrudniej wykorzenić. Nawet na studiach dziennikarskich obowiązuje część
podręczników, pisanych przez komunistycznych i socjalistycznych profesorów. Czego można się z nich
nauczyć?
Obecnie na miejscu ideologii stoi o wiele większy i potężniejszy bóg - Pieniądz. Jego władza jest
nieograniczona i nie skrępowana. A każdego, kto choć raz zachłyśnie się jego świętym zapachem,
opęta jak najgorszy narkotyk. Trudno się więc dziwić, że kultowi mamony ulegają także redakcje
masmediów. Trudno się dziwić, że bałwochwalcze pokłony przed bogiem Pieniądzem bije spora
część dziennikarzy. Jak duża? Ośmielę się powiedzieć, że lwia. Dzięki temu mają stałą pracę, stałą
pensję... Ich zaprasza się na różne konferencje prasowe i promocje (czytaj: popijawy), gdzie otrzymują
kosztowne prezenty, np. drogie pióra wieczne, laptopy lub nawet luksusowe samochody "do
testowania". Oczywiście nie muszą ich zwracać. Inni, ci niepokorni, którzy noszą w sercu miłość do
prawdy, a przez to są niewygodni dla możnych tego świata, w najlepszym wypadku siedzą w
redakcjach z zadaniem "nie przeszkadzania". W większości jednak obijają się między jedną redakcją
a drugą, żyjąc ochłapami, czyli łapiąc wierszówki na jakieś "bezpieczne" tematy w rodzaju: "Bohaterski
czyn - dzielny strażak nie bacząc na niebezpieczeństwo wszedł po drabinie na drzewo i zdjął
przerażonego kotka". I nie mają prawa przy tym napisać, że drabina ta była mechaniczna,
zainstalowana na wielkim samochodzie, który podczas całej akcji spalił kilkadziesiąt litrów paliwa,
nabytego za pieniądze podatników. Nie wolno napomknąć, że dzielny strażak na miejsce akcji
dojechał innym bojowym wozem straży pożarnej, który też nie miał w baku wody. I nie ma prawa
nawet pomyśleć, że cała akcja była precyzyjnie wyreżyserowana, bo "dzielny strażak" akurat
kandydował na radnego albo burmistrza, albo był synem znanego polityka... A drzewo z przerażonym
kotkiem miało zaledwie 3 m wysokości i do zwierzęcia można było sięgnąć z wysokiego taboretu. Nikt
też nie dowie się, że kilka osób pilnowało, aby biedny kot nie zszedł przed czasem, zanim nie pojawią
się strażacy oraz kamery TVP i posłuszni dziennikarze.
Nie, to nie jest fragment dalszego ciągu filmu "Miś", ale zdarzenie autentyczne z jednej z
miejscowości podwarszawskich. Może ktoś kiedyś nakręci film z takim epizodem. Teraz jest to temat
tabu!
*
Redakcje są opanowane albo przez działaczy opcji rządzącej (czyli nihil novi sub sole!), albo są
zainteresowane wyłącznie zyskami, prawdę i rzetelność spychając na dalsze miejsca. Kuriozalnie
brzmi prawdziwy tekst: "Nie możemy tego opublikować, bo treść godzi w interesy redakcji" (WPROST,
maj 2001). Nikogo nie obchodzi, że treść demaskuje jednocześnie jakąś poważną aferę, czy choćby
nieuczciwość kogoś, kto w powszechnym mniemaniu jest "bez wady i skazy". A czytelnik?
Odpowiednio manipulowany prostymi sztuczkami socjotechnicznymi umrze z przekonaniem, że po
1989 roku prasa pisała już tylko i wyłącznie prawdę!
Powinniście zdawać sobie sprawę, że w tym wyścigu szczurów ku władzy lub fortunie, Wy, drodzy
czytelnicy, odgrywacie podrzędną, epizodyczną rolę i w praktyce nie macie nic do powiedzenia.
Możecie co prawda pisać listy do redakcji z prośbami, postulatami lub uwagami. Musicie jednak
wiedzieć, że w wielu redakcjach nikt - powtórzę: NIKT - nie zajmuje się czytaniem listów od
czytelników, bo nie ma na to czasu. W innych wybiera się tylko te głosy, które aku