Gość: absolwent
IP: *.internetdsl.tpnet.pl
17.09.08, 11:21
Od dwóch tygodni trwa w Metrze dyskusja o edukacji. Pozwoliłem sobie
zatem dorzucić do tego, co już zostało przedstawione i swój punkt
widzenia. I jeśli mam być szczery, to nigdy nie było z tym dobrze –
z edukacją znaczy. Jedynie kadra inżynierska kształcona w latach
powojennych do lat 70-tych reprezentowała sobą jakiś poziom – dziś
niedościgły. Dziś sposób kształcenia niemal na każdej uczelni,
każdym wydziale jest równie beznadziejny jak opisany w
zaprezentowanych na łamach Metra listach absolwenta Akademii
Ekonomicznej z Krakowa, czy studenta geografii studiującego na
jednym z uniwersytetów w dużym mieście. Najgorzej, że również
Politechnika Warszawska, czy inne uczelnie techniczne nie mają się
tu czym pochwalić. Wynika to pewnie po części z faktu, iż
praktycznie polskiej myśli technicznej nie ma gdzie wykorzystać. Nie
istnieje bowiem przemysł zainteresowany konstrukcjami, materiałami,
czy technologiami wytworzonymi porze polskich inżynierów. Ale to nie
jedyny powód. Kształcenie inżyniera powinno polegać na przekazywaniu
wiedzy praktycznej, poukładanej i rzeczowo przedstawionej – bez
niedomówień, tajemnic, luk. Tym czasem prowadzący używają
hermetycznego żargonu, nie odnoszą się też do rzeczywistości, ani
rzeczy znanych studentom, przez co nie jest tworzona wspólna
płaszczyzna między wykładowcą, a studentem. Od samego początku
tworzą się zaległości i piętrzą niedomówienia, wątpliwości.
Przepisuje się coś z tablicy, notuje hasła, spisuje w kilku
procentach slajdy z Power Point’a prezentowane w szaleńczym pędzie i
nic z tego nie wynika - wiedza nie układa się w logiczną całość.
Patrząc na sposób prowadzenia zajęć odnosi się wrażenie, że
prowadzący zajęcia jest z łapanki, co gorsza nie do końca pochwycił
wszystkie arkana tematu, więc się po nim ślizga i to w taki sposób,
by mądrze to wyglądało i nikt nie ośmielił się przypadkiem o coś
zapytać lub zazdrośnie strzeże wiedzy, którą posiadł i robi wszystko
by nikt nie pochwycił sedna. Normą jest, że wykładowca zaczyna swój
wykład w taki sposób, że nikt w sumie nie orientuje się o czym on
jest i do czego ma być pomocny. Nie jest artykułowane wyraźnie do
czego treść wykładu będzie służyła w praktyce. Plagą są stwierdzenia
typu: „…to państwo już powinniście wiedzieć.”, „…to państwo sobie
doczytacie.”, „…no nie będę tego tłumaczyć, bo jak państwo sami
widzą sprawa jest banalna.”, „Jak widać, jest to trywialne – dlatego
nie będę tego omawiać.”, „…nie będę teraz tego powtarzać by państwa
nie zanudzać.”, „…opis zagadnienia znajdziecie w mojej książce
strona…”, „…nie będę teraz tego tłumaczył – nie mamy na to czasu”
itd. Treść zajęć to głównie wzory, wyprowadzenia, równania, wykresy
bez komentarza słownego, opisu tego w którym momencie co robimy, po
co i dlaczego…w rezultacie nikt kto nie jest specjalistą z danej
dziedziny nie jest w stanie śledzić treści wykładu na bieżąco, a
poczynione notatki zamiast stanowić kompendium wiedzy – esencję
treści, są jakąś papką, poszatkowaną kapustą, bałaganem stanowiącym
jedynie mglistą wskazówkę czego szukać po książkach, by zdać
egzamin. A sama treść zajęć nie wystarcza by zdać egzamin (zwłaszcza
na Politechnice Warszawskiej). Książki, to niestety też porażka.
Albo nic nie warte, zarysy, niedopowiedziane, z rwanymi myślami i
niedokończonymi tezami lub dowodami nieokreślone do końca podstawy,
albo kompilacje dwóch trzech zachodnich książek z rozwodnionym
przekazem i zagmatwanym językiem, albo tak nasycone wzorami i
żargonem podręczniki niby fachowe do wszystkiego i do niczego, że
student zagubiony zastanawia się, co robi na tych studiach i po co w
ogóle się ich podjął. Brakuje książek, których naczelną zasadą jest
nauczenie czegoś konkretnego, w których przekazuje się jasno i
logicznie wiedzę, której treść zawiera wszystko, co niezbędne by
zrozumieć sens i nabrać biegłości w danej sprawie - startując prawie
z zerową wiedzą, a kończąc na staniu się specjalistą. Na ćwiczeniach
i laboratoriach nie jest zwykle lepiej. Student nie może pokazać, że
czegoś nie wie, że ma wątpliwości, bo albo wyleci z laboratorium,
albo prowadzący postawi mu minus, albo dwóję. Gdy się o coś zapyta,
gdy można, odpowiedź jest zwykle taka, że lepiej byłoby nie pytać.
Prowadzący nie ma przecież czasu dla studenta. Sam musi przecież
zająć się swą pracą naukową, GRANTEM, pomiarami, a tu ci studenci…
Nie jest dydaktykiem, nauczycielem, mentorem, jego zasadą nie jest
to by coś wynikało z tego, co mówi, by ktoś się czegoś nauczył,
pojął, zrozumiał... Rzuca jedynie parę haseł, parę wzorów, jest
przekaźnikiem wiedzy rozdrobnionej i niepełnej - resztę ma se
student znaleźć sam. Po trzech latach takiej męczarni, w której
tylko o to chodzi by zdać następny egzamin, ćwiczenia lub zaliczyć
laboratorium nadchodzi czas na specjalizację. Student marzy, że
wreszcie się czegoś dowie, coś zrozumie, posiądzie na własność
arkana dziedziny, którą wybrał. I jak że szybko przekonuje się, że
nic takiego nie nastąpi. Na nic nie ma czasu, wszystko po łebkach
się przerabia, często tylko sygnalizując zagadnienia. Tu z resztą
też często padają ulubione frazy typu: „ …to pan na czwartym roku
studiów tego nie wie?”, albo „…jak pana to interesuje to proszę
sobie doczytać.” .
Sam to przeżyłem na jednym z wydziałów Politechniki Warszawskiej.
Rzecz miała miejsce na przełomie XX i XXI wieku. Krótko określając
tę edukację, rzec muszę, że uczono nas wszystkiego i niczego, i
służyło to do wszystkiego, a zwłaszcza niczego. Przez 3 pierwsze
lata trzeba było przeciskać się przez kolejne sita egzaminów,
zaliczeń, kolokwiów z bardzo rozstrzelonych tematów. Aby coś pojąć
siedziało się w bibliotekach, w czytelniach, do domu wypożyczało
dziesiątki książek i zarywało weekandy. Oczywiście nie zawsze było
to możliwe z uwagi na czas. Codziennie zajęcia trwały od 8:15 lub
9:15 (rzadko później) do 17:00, 18:00 czasem nawet 19:00, niekiedy z
jednym lub dwoma okienkami. I o ile książki były coś warte trudna z
pozoru wiedza prezentowana na wykładzie przez rzutkiego, ale
enigmatycznego wykładowcę okazywał się często banalna, miła,
wartościowa, przydatna i logiczna o zgrozo. Esencja po weryfikacji
treści nastu książek, w których uprawiano częstokroć słowotok,
wzorów radosne przetwarzanie, kompilowanie treści z innych
podręczników, techniki wyrafinowanego gmatwania rzeczy prostych,
wodolejstwo, zaciemnianie, półsłówka, ćwierć prawdy, samo pochwałę
swej mądrości i żargoniarstwo, nie rzadko zajmowała od 5 do 10
papierów podaniowych zapisanych pismem odręcznym wraz z wykresami,
schematami i rysunkami. Czasem, aż trudno było zrozumieć dlaczego
nikt nie jest w stanie w sposób prosty logiczny i spójny treści owej
przedstawić czy to w jakimś skrypcie, czy w ramach wykładu. Człowiek
pragnął w tym właśnie momencie, gdy już posiadł owe podstawy, by
właśnie w tym kierunku dalej się kształcić, by właśnie w tej
dziedzinie się zagłębić. Lecz niestety, system nie pozwalał, a nowy
semestr rodził następne przeszkody - pojawiał się następny
wykładowca, który nadawał trudnym kodem na inny temat, mówiąc nie
mówił, o czym mówi i gryzmolił następne zawijasy, równania bez
komentarzy… więc siłą rzeczy zapominało się spisując na straty
wiedzę właśnie zdobytą i nowe podstawy się zdobywało do nowego
wykładu - naście książek wypożyczając. I tak w kółko. Nazwałbym to
praniem mózgu. Niestety to samo spotkało mnie na specjalizacji, na
której niczego specjalnego się nie dowiedziałem, bo ciągle czasu nie
było i wykładowcy gnali. Nie zatrzymaliśmy się nawet na moment i
jednego zagadnienia do głębnie nie przedyskutowaliśmy. Potem
magisterka i koniec