Dodaj do ulubionych

Urzędnicy o uczniach: kują, ale nie myślą

28.08.09, 08:20
polsy uczniowe tylko kuja ,tylko ze klucie to wyglada jak pranie
mozgu ciekawe jak wygląda mozg takiego ucznia po przjsciu od
przedszkola do studjów chyba nic ze niego niezataje ,a pozatym brak
jakikowiek samodzienosci w myślenie iuczeniu- to sie odbijaze do
szkoły uczniowe chodza z niechecia wrecz wrogościa-a to ju agresje
wrod uczniow ,branie narkotykóe ,a niech do dojda przesadnie amitni
rodzice -to namy mieszake wybhowa- tak w inych niejest tylko w
naszym kraju, do tego dochodzi indoktynaczja kocioła katolickiego
ktory wrecz chodzije NIEDACZNIKÓW ŻYCIWYCH bo taki jest łątwo
manipulowac ,sterować -taka jest niestety polska szkła -chyba nic
tego niezmieni.......................
Obserwuj wątek
    • Gość: obserwator Re: Urzędnicy o uczniach: kują, ale nie myślą IP: 62.121.97.* 28.08.09, 12:02
      Całe to ubolewanie na w artykule nad “myśleniem” uczniów kończy
      wniosek jak temu zaradzić:
      „m.in. obowiązkowe egzaminy z języka obcego w podstawówkach i
      gimnazjach”
      a to dobre…
      Ja wychowałem się w tzw. starej szkole, materiał do opanowania był
      nieporównywalnie szerszy, można to łatwo sprawdzić w podręcznikach z
      lat np. 80-tych. Kto chciał mieć wyniki musiał naprawdę siedzieć nad
      lekcjami. Wiem co mówię, bo zaglądam teraz do lekcji dzieci i mam
      porównanie.
      Niestety młodzież jest taka, że nic jej nie interesuje, nie widzi
      związku między wykształceniem a późniejszym życiem. Wymagania stawia
      się w szkole minimalne, a efekt? Obserwuję z roku na rok, kto
      zgłasza się do pracy w zawodzie, gdzie wiedza z przedmiotów ścisłych
      jest niezbędna. Ludzie są przerażeni, gdy muszą się zetknąć z
      odrobiną matematyki i myślenia.
      • Gość: kocurek Re: Urzędnicy o uczniach: kują, ale nie myślą IP: 94.254.248.* 28.08.09, 16:05
        Popieram!
        • Gość: ty Re: Urzędnicy o uczniach: kują, ale nie myślą IP: *.internetdsl.tpnet.pl 28.08.09, 18:34
          Problem w tym, że w szkole stawia się na teorię, która często nijak ma się do
          praktyki i życia (np.: rzucając monetą prawdopodobieństwo, że wypadnie orzeł,
          „teoretycznie” wynosi 50%, ale wystarczy wykonać kilka rzutów i zliczyć wyniki
          aby teorię szlag trafił). Po szkole średniej stwierdziłem, że nie stać mnie na
          dzienne studiowanie więc wybrałem studia zaoczne na UW i jednocześnie
          rozpocząłem pracę. Przede mną ostatni piąty rok studiów, a za mną kilka szczebli
          kariery. Stwierdzam, że lepiej wybrać nie mogłem. Chociaż kierunek studiów
          [teoretycznie] odpowiada moim obecnym obowiązkom to nie potrafię wskazać chociaż
          jednej umiejętności którą zawdzięczam uczelni. Wszystko to wiedza i
          doświadczenie zdobyte (oraz nadal zdobywane) przez lata pracy.

          Ktoś zaraz pewnie powie, że na studiach dziennych zakres wiedzy jest większy.
          Bzdura! Wiele razy zdawałem egzaminy razem z „dziennymi”. Wymagany zakres teorii
          jest ten sam, zaoczni mają tylko mniej czasu na zajęcia, za to więcej do
          opanowania w prywatnym czasie, co w przypadku osób pracujących wymaga wielu
          wyrzeczeń. Ale przecież papier trzeba mieć!
    • Gość: Belfer To świadomie urzędnicy tak szkołę urządzili!!!;-) IP: *.centertel.pl 28.08.09, 13:42
      Głupimi łatwiej się rządzi!Teraz rżną głupa...;-)
    • Gość: Przemek Re: Urzędnicy o uczniach: kują, ale nie myślą IP: *.adsl.inetia.pl 28.08.09, 15:00
      człowieku zlituj się, jak nie masz pojęcia o ortografii i gramatyce ojczystego języka to nie wypowiadaj się na temat nieporadności szkoły i uczniów bo się tylko ośmieszasz...
    • Gość: www.ratujmaluchy.p Zero tolerancji dla myślenia IP: 217.76.112.* 28.08.09, 15:36
      Karolina Elbanowska , Tomasz Elbanowski 29-05-2009, RZECZPOSPOLITA
      Działania reformatorów polskiej edukacji przyprawiły o czarną
      rozpacz naukowców. W liceum, zwanym dotychczas ogólnokształcącym,
      zlikwidowano naukę takich przedmiotów, jak fizyka, biologia,
      geografia czy historia – piszą działacze społeczni i publicyści

      Bezmyślność gwarantem sukcesu na maturze!”, „Nie ucz się – inni
      wiedzą mniej i będzie im przykro”, „Nauczycielu: ucząc dzieci,
      łamiesz prawo!”. Te hasła to nie bazgroły ze ścian szkolnej szatni.
      To przybliżona treść apeli, jakie w ostatnim czasie wystosowały
      polskie władze oświatowe do uczniów i nauczycieli.
      Reformowanie polskiej edukacji trwa od końca lat 90. Obecna ekipa
      wprowadza właśnie drugi etap reformy, niewiele przejmując się
      głosami protestu. Autorom najnowszych zmian chodzi nie tylko o
      obniżenie wieku szkolnego, które wprowadzają pod hasłem
      wyrównywania szans edukacyjnych. „Wyrównywanie poprzez obniżanie”
      dotyczy w sposób dosłowny także innych segmentów systemu edukacji.
      Jest to obniżanie wymagań, szeroko rozumiane obniżanie poziomu oraz
      eliminowanie niestandardowego sposobu myślenia. Zbyt ambitni
      nauczyciele, zbyt kreatywni uczniowie stają się dla ministerstwa
      zawadą. W ostatnich dniach jedni usłyszeli, że źle wykonują swoje
      obowiązki, drudzy, że twórcze myślenie powinni pozostawić za
      drzwiami szkoły.
      Tajne komplety z nauki czytania
      Początek wyrównywania ma miejsce już w przedszkolu. Na początku
      maja rzecznik Ministerstwa Edukacji Narodowej zapowiedział, że
      sześciolatki pozostawione przez rodziców w przedszkolach mają się
      nie uczyć. Celem tego bezprecedensowego w dziejach światowego
      szkolnictwa apelu jest wyrównanie poziomu dzieci do wymagań nowej
      podstawy programowej, która zakłada, że sześciolatki dopiero w
      szkole poznają litery. Problem dotyczy całych roczników dzieci,
      mamy tu więc do czynienia z wyrównywaniem na szeroką skalę.
      Nauczyciele przedszkolni zapowiedzieli, że nie pozwolą na regres
      intelektualny wychowanków. Zostali więc przywołani do porządku.
      Rzecznik MEN zagroził, że ucząc według starego programu, złamią
      prawo. W tej sytuacji nauczyciele zadeklarowali prowadzenie tajnych
      kompletów z nauki czytania. I tak przedszkolaki od maleńkości
      nauczą się nie tylko literek, ale i konspiracji. Być może za
      kilkanaście lat to doświadczenie pozwoli im się identyfikować jako
      pokolenie „zakazanych czytanek”.
      Na drugim końcu cyklu edukacyjnego wyrównanie objęło absolwentów
      szkół średnich. Kilka dni temu szef Centralnej Komisji
      Egzaminacyjnej zupełnie na poważnie poprosił maturzystów, żeby na
      czas egzaminu wyłączyli twórcze myślenie. Wszystko z powodu
      osławionego klucza oceny, który wyplenia zdolnych i kreatywnych
      uczniów jak perz.
      Klucz maturalny nie zmienia się od pięciu lat mimo apeli wysyłanych
      do kolejnych ministrów. Sposób oceny zadań jest do bólu sztampowy.
      Na przykład: odpowiedź zilustrowana dwoma przykładami zamiast
      jednym jest uznawana za błędną. Jednak zdaniem minister edukacji
      Katarzyny Hall wszystkiemu winni są źli nauczyciele, którzy nie
      nauczyli precyzyjnego wypowiadania się (czytaj: nie przygotowali
      uczniów do używania w teście słów wytrychów).
      Równanie w dół
      Wyrównywanie poziomu w górę jest: a) trudne, b) żmudne i c)
      kosztowne. Trudno się dziwić, że reformatorzy wybrali drugą opcję:
      równanie w dół. Ministerialny walec do wyrównywania szans zatacza
      coraz szersze kręgi. Dotarł już nawet do Internetu.
      Rodzice i uczniowie dowiedzieli się niedawno o zawieszeniu
      działalności strony wyniki egzaminow.pl, na której można było
      porównać osiągnięcia edukacyjne szkół i wyrobić sobie opinię o ich
      poziomie. Popularna strona została przez MEN uznana za zbędną.
      Dzięki temu zabiegowi nie będzie już można mówić o istnieniu
      gorszych szkół, choć prawdę mówiąc, nie będzie też można mówić o
      istnieniu tych lepszych. Oficjalnie poziom edukacji się wyrówna.
      Kto wie, może już niedługo każda szkoła będzie mogła podawać jako
      własny średni wynik egzaminu z całego kraju? A za jakiś czas z
      całej Europy. I tak krok po kroku, rok po roku – jak mówiła pani
      minister Hall – zbliżymy się do poziomu edukacji dumnie zwanego
      europejskim lub zachodnim. Fakt, że stanie się to raczej dzięki
      obniżeniu niż podwyższeniu poziom nauczania, zdaje się być dla
      ministerstwa kwestią drugorzędną.
      Uprawa półinteligentów
      Działania reformatorów polskiej edukacji przyprawiły o czarną
      rozpacz naukowców. W liceum, zwanym dotychczas ogólnokształcącym,
      zlikwidowano naukę takich przedmiotów, jak fizyka, biologia,
      geografia czy historia. Kurs obowiązkowy kończyć się będzie teraz
      na pierwszej klasie, po czym uczniowie wybiorą tzw. specjalizacje.
      Historycy protestujący pod hasłem „Ratujmy historię” zwrócili
      uwagę, że o wydarzeniach tak fundamentalnych w polskich dziejach
      jak Konstytucja 3 maja większość dzieci po raz ostatni uczyć się
      będzie w wieku 14 lat.
      Zamiast historii uczniowie będą mieć historiopodobne zajęcia
      uzupełniające, w kilku wersjach do wyboru: wojna i wojskowość,
      swojskość i obcość, kobieta i mężczyzna. Nauczyciele akademiccy już
      teraz alarmują, że polska szkoła masowo produkuje humanistycznych
      analfabetów. Nowe licealne minimum programowe doprowadzi do
      perfekcji monokulturową uprawę półinteligentów w dwóch, trzech
      popularnych odmianach.
      Zreformowaną podstawę programową oprotestowali też fizycy. W ramach
      przedmiotu o nazwie przyroda, aspirującego do bycia ekwiwalentem
      fizyki w starszych klasach licealnych, pojawiają się takie tematy,
      jak astrologia, różdżkarstwo, lewitacja i współczesna magia
      lecznicza. Prof. Łukasz Turski z Centrum Fizyki Teoretycznej PAN
      ocenił to krótko jako „schlebianie nieuctwu” i podsumował w
      rozmowie z „Rzeczpospolitą”: „Możemy się pożegnać z marzeniem, że
      Polska dogoni cywilizacyjnie resztę świata”.
      Byle nie myśleć
      Krajobraz polskiej edukacji przywodzi na myśl jedną z „Bajek
      robotów” Stanisława Lema, w której elektrycerz Kwarcowy najechał
      mroźną planetę Kryonię. Groziło mu, że gdy zacznie myśleć, jego
      mózg się rozgrzeje. A gdy się rozgrzeje, roztopi wszystko wokół
      siebie i bohater wpadnie w lodową przepaść. Powtarzał więc sobie w
      kółko: „Byle tylko nie myśleć, byle tylko nie myśleć!”.
      Trudno ocenić, czy „Bajki” Lema ostały się w zetknięciu z czarną
      dziurą, która wchłonęła ostatnio większość pozycji z listy lektur
      (książka pozostała w kanonie, ale nauczyciel nie musi już jej
      omawiać).
      Natomiast sam elektrycerz Kwarcowy w pełni zasłużył na to, żeby
      zostać maskotką nowego programu dla polskiej szkoły. Nieśmiało
      proponujemy dla niego hasło: „Zero tolerancji dla myślenia”.
      Autorzy są inicjatorami ruchu społecznego, walczącego o prawa
      rodziców

    • Gość: WERT Dlaczego ludzie kończą szkołę i nie umieją prawie IP: 217.76.112.* 28.08.09, 15:38
      Zmiany w systemie oświaty, spotęgowane przemianami obyczajowymi,
      spowodowały pojawienie się skutków ubocznych. Najważniejszym jest
      pozbawienie ucznia samodzielności.
      Nie próbuję podejmować jakiejkolwiek dyskusji ze zwolennikami
      wprowadzanych reform.
      Z nimi „podyskutowało” sobie życie. Wystarczy przypatrzyć się
      efektom. Po 9 latach nauki (szkoła podstawowa i gimnazjum),
      przeciętny uczeń umie o wiele mniej, niż dawniej umiał uczeń po
      ukończeniu 8-letniej szkoły podstawowej.
      Uczeń szkoły średniej ma potem o rok mniej czasu na przygotowanie
      się do matury. Już teraz głosy wykładowców na wyższych
      uczelniach są jednoznaczne: poziom wiedzy maturzystów kilku
      ostatnich latach drastycznie poleciał w dół.
      Świeżo upieczonego studenta trzeba przez pierwszy semestr studiów
      uczyć tego, co powinien znać po szkole średniej. Dawniej
      szkoła uczyła mniej więcej tego, co wymagały wyższe uczelnie. Młody
      człowiek chodził do szkoły, uczył się lepiej lub gorzej, a w
      ostatniej klasie zaczynał myśleć, co dalej: wybierał odpowiedni
      fakultet i brał się za przygotowanie do matury i do egzaminów na
      wyższe uczelnie. Teraz, jeśli myśli poważnie o studiach, musi
      już na początku drugiej klasy LO pomyśleć o wyborze przedmiotów,
      których będzie się szerzej uczył (bo wymaga tego wyższa uczelnia),
      o korepetycjach lub dodatkowej nauce własnej.
      Decyzję o wyborze wyższej uczelni musi podjąć o ponad rok
      wcześniej. Zmiany w systemie oświaty, spotęgowane przemianami
      obyczajowymi, spowodowały pojawienie się skutków ubocznych.
      Najważniejszym jest pozbawienie ucznia samodzielności. Tzw. „prawa
      ucznia” powodują, że jest on psychicznie nieprzygotowany do studiów
      wyższych. Jak sama nazwa wskazuje, nauka polega tu na
      studiowaniu – samodzielnym zgłębianiu wiedzy. Na wyższej
      uczelni nikt nie zapyta, czy wszyscy rozumieją, nie będzie
      powtarzał kilkakrotnie tego, co stwarza problemy studentowi.
      Student ma się nauczyć i zdać odpowiednie egzaminy. Jak – to już
      jego sprawa (są wykłady, literatura).
      Egzaminator nie będzie się bawił w wyjaśnianie, co student
      powiedział dobrze, co źle, i dlaczego wystawia taką właśnie ocenę.
      Nie jest istotne, czy ten czuje się pokrzywdzony, czy też nie.
      Wysłuchuje werdyktu osoby, która umie nieporównanie więcej niż on i
      nie ma żadnych dyskusji. Jest to sytuacja dokładnie odwrotna
      do tej, którą wprowadziły reformy w szkole średniej.
      Kierunek tych reform jest mniej więcej taki:
      „Nauczycielu! Wystawiasz ocenę niedostateczną, a może przyznajesz
      mniej punktów, niż maksimum? Uzasadnij, dlaczego?”.
      Pozycja ucznia jest uprzywilejowana. Czy można się dziwić,
      że człowiek (istota z natury leniwa – gdyby tak nie było, nie
      ułatwiałby sobie życia wynalazkami), korzysta z okazji do
      nieróbstwa?
      Po co ma się ktoś męczyć, starać się zrozumieć, rozwiązywać zadania
      (zamiast dyskoteki), skoro może wymagać: „nie rozumiem, bo mi tego
      dobrze nie wytłumaczono!”?
      Może wymagać i wcale nie musi tego udowadniać. Założenia
      reformatorów są jednoznaczne: uczeń jest istotą, która
      najprawdopodobniej została w procesie nauki szkolnej skrzywdzona –
      takie mamy reformatorskie top-trendy.
      A potem przychodzi matura, którą trzeba zdać samodzielnie.
      A potem przychodzą studia, gdzie trzeba być samodzielnym.
      I młody człowiek jest bezradny, bo nie umie się uczyć!
      Jest przyzwyczajony, że to czy on rozumie, czy też nie, jest
      problemem innych - tych, którzy go uczą. A tu okazuje się, że świat
      jest jednak trochę inaczej urządzony. Nie tak jak go w szkole
      uczono… Dobrymi chęciami jest piekło wspaniale wybrukowane…
      A oni chcieli tak dobrze…żeby się dziecko biedne w szkole nie
      stresowało…
      Więc pytam: a kiedy to biedne dziecko ma się nauczyć walczyć w
      trudnych sytuacjach, których życie nie skąpi?
      Gdy będzie już dorosłym, wychowanym w bezstresowej atmosferze, w
      pełni ukształtowanym człowiekiem?
      Wtedy będzie za późno. Tekst dedykuję wszystkim zwolennikom
      bezstresowej (?) szkoły.
    • Gość: JUSTUS Oświata, czyli – jak iść piętami do przodu IP: 217.76.112.* 28.08.09, 15:39
      SZKOŁA NIE POWINNA BYĆ PRZEDSIĘBIORSTWEM PRODUKUJĄCYM BUBLE.

      SZKOŁA POWINNA...SZKOLIĆ.
      Lecz nie czyni tego, albowiem trudni się sprzedażą zgniłych
      pomidorów. Nie uczy, albowiem jest straganem z warzywami.
      Nauczyciel został zredukowany do roli szkolnego intruza,
      koniecznego zła, został wtłamszony w bezradność i okrzyknięty
      szkolną przeszkadzajką w PRAWIDŁOWYM rozwoju młodego człowieka.

      Nawoływanie do uczenia czegoś tak archaicznego, jak, np. logika,
      etyka, podstawy kultury europejskiej, propedeutyka filozofii, nie
      wspominając o grece, lub łacinie, nawoływanie takie, mija się z
      celem, a ten, co chce powrotu do niegdysiejszego świata rozsądku,
      jest piernik uwielbiający P.R.L., tęskniący za powrotem ustroju
      nazwanego przez S. Grochowiaka „sprawiedliwym podziałem nędzy”.

      :
      Już obserwujemy, że te szkoły przeżywają rozkwit i stają się
      popularne w środowisku ,w których proponuje się idee-towary
      nowoczesne, np. nauka jazdy konnej, religioznawstwo zamiast
      katechezy, programy nauczania opracowane przez uczniów, wychowanie
      seksualne w rodzinie z dwoma tatusiami, lub z uznaniem dla pożytku
      przyszłych praktyk aborcyjnych albo wielkiej wartości
      humanistycznej eutanazji dla zawadzającej babci.
      Szkoły przyjazne, szkoły bez nudy, szkoły z klasą, to
      pierwsze "owoce" rynkowego języka zastosowanego w sferze
      kształcenia i wychowania.


      W obecnych czasach należy przyznać się do wychowawczych błędów,
      powiedzieć wyraźnie, dobitnie i ostatecznie, że winni jesteśmy
      wszyscy.

      Wszyscy, a więc i szkoła nie reagująca na wiadro na głowie
      nauczyciela, szkoła, lekceważąca obecność wszechmocnych band
      wyrostków terroryzujących klasę, szkoła, tchórzliwie uciekająca od
      problemu internetowych, idiotycznych sexwybryków, zakończonych
      samobójstwem ze wstydu dla sfilmowanej dziewczyny, a dla
      filmujących ją, bezkarnych głupoli, niezłą hecą, ubawem, dla
      nauczycieli zaś – wychowawczą porażką.

      Wszyscy, a więc i my, rodzice, zapatrzeni w gonitwę za pracą, za
      finansowymi marzeniami, niemający czasu na rozmowę z własnymi
      dziećmi, godzący się na ich izolację od nas, nie współpracujący ze
      szkołą.

      My, rodzice, pozostawiający ich samopas, aprobujący ich histeryczny
      brak autorytetów, ich bezsprzeczny brak życiowych wzorów do
      naśladowania, za swoje gnuśne zezwolenie na to, by, zamiast
      wykształcić ich na rozsądnych, wrażliwych, odpowiedzialnych ludzi,
      zostali ludźmi emocjonalnie chwiejnymi, niepełnymi i wszechstronnie
      bezradnymi - płacimy opuszczeniem, płacimy zerwaniem rodzinnych
      więzi, tym, że, jeśli się w porę nie opamiętamy, możemy też mieć
      wiaderko na głowie do pozłoty.

      Ps.
      Za komuszej epoki, obowiązywało fikuśne hasełko: NASZ KLIENT, NASZ
      PAN. Teraz mamy powiedzonko: NASZ UCZEŃ, NASZ PAN. I pan uczeń
      decyduje.

      BO UCZEŃ MA PRAWA SKAZUJĄCE GO NA BRAK OBOWIĄZKÓW.


Nie masz jeszcze konta? Zarejestruj się


Nakarm Pajacyka