netmenka29
22.02.05, 23:29
Miałam planowane cc na dzień 10 lutego, ale już dzień wcześniej miałam się
stawić w szpitalu. I ak po południu wzięły mnie bóle krzyżowe, ktore nie są
widoczne na ktg, ale dają tak popalić, że hej. Wytrwałam do obchodu
wieczornego, kiedy to pojawiały się co 5 min. W tym dniu było już dosyć dużo
cc, więc i lekarze mieli dosyć. Jednak dzielnie znieśli myśl, że czeka ich
jeszcze jedno cc. Samą operację nie ma co wspominać - super mili lekarze,
którzy mnie cieli - dr. Sudoł i Pietraszek bodajże, o ile nie pomyliłam
nazwiska. Rozmawiałam z nimi podczas zszywania, przez co zostalam opieorzona
przez dr. anestazjolog. Położna która mnieprzygotowywała też super, ze szkoły
rodzenia, rozwiewała każde moje wątpliwości, dodawała otuchy i ogólnie super
babka - p. Kamila.
Oddział poporodowy i noworodkowy nie chcę wspominać. Zero pokarmu, każą
dziecko dostawiać, poranione sutki, bo mleko nie leci, dzieciak się stresuje i
drze w niebogłosy bo głodny a szpital przyjazny dziecku - wiec nie dokarmiają.
Serce się kroiło, łzy leciały i odliczałam godziny aby wyjść do domu. Prawie
żadna pomoc w zakresie laktacji, dostawiania do piersi, ze wszystkim trzeba
chodzić i prosić..prosić i jeszcze raz prosić. A ze szwami, dzieckiem w
spazmach, w nocy, cieżko naprawdę.... Trafiały się zmiany, które pomogły, ot
tak, zwyczajnie... ale sporadycznie.
Jednym słowem - cieszę się, że już jest po. Mogę tak rodzić, byle nie trafiać
na oddział o którym wspomniałam. Może są dziewczyny o innych wspomnieniach,
mniej traumatycznych - pozdrawiam. Mnie się akurat nie udało.
Mama Dawidka ur. 09.II.2005 4 kg 58 cm :))