adam551
04.11.05, 14:18
Anna Gołębiowska/02.11.2005 10:38
Chorzy na emigrację
O tym się głośno nie mówi. Choroby psychiczne u emigrantów mogłyby zburzyć
wiele polskich mitów o dobrodziejstwach czekających na Zachodzie
Pakujemy swoje życie do walizek, wierząc że czeka na nas kraj spełniających
się marzeń. Jesteśmy w stanie zmierzyć się ze wszystkim: nowym językiem,
kulturą, klimatem. Tylko nie z samym sobą...
Na miejscu czeka nas wiele wrażeń. Chłoniemy z ciekawością nowy świat, uczymy
się jego reguł. Wkrótce okres pierwszej fascynacji mija. Uświadamiamy sobie z
niepokojem, że wciąż jesteśmy „tylko“ emigrantami. Przypominają nam o tym
nieprzychylni obcokrajowcom tubylcy, bardziej skomplikowane dla naszego
statusu prawnego sprawy urzędowe - jak posłanie dziecka do szkoły, wizyta u
lekarza czy zdobycie legalnej pracy.
Raz na ulicy zapytałem starszego człowieka o drogę. Źle wymówiłem nazwę
ulicy. Ten Austriak potraktował mnie jak gó..arza, zaczął krzyczeć na mnie,
że takiej ulicy nie ma i że powinienem się nauczyć mówić, zanim
otworzę „gębę“. Ludzie się gapili, a ja czułem, że chcę zniknąć – wspomina
Romek, który z Polski do Austrii wyemigrował 12 lat temu.
Weszłam z koleżanką do sklepu z kosmetykami. Chciałam kupić dobry krem.
Rozmawiałyśmy po polsku. Kiedy stanęłam przy jednej z półek, poczułam na
plecach wzrok sprzedawczyni.Niemal deptała nam po piętach, udając, że tak się
troszczy o klientki. A tak naprawdę wciąż patrzyła nam na ręce. Wyszłam ze
sklepu bez zakupów. Całą drogę do domu czułam, jak palę się ze wstydu i
wściekłości. W życiu niczego nie ukradłam!- denerwuje się Dorota, która w
Wiedniu stawia dopiero pierwsze kroki.
Po setkach sytuacji podobnych do tych, jakich doświadczyli nasi bohaterowie,
zaczynamy powoli rozumieć, że dom, przyjaciele, rodzina - wszystko zostało w
Polsce. I że wcale nie jesteśmy „u siebie“...
Rozczarowanie zastaną rzeczywistością to tylko jeden z elementów, które
atakują psychikę emigranta. Jak zauważa profesor Wróbel, niebagatelną rolę
odgrywają również problemy komunikacyjne. –Podczas jednej z konferencji na
tematy polskie, gdy doszło do pytań zgłaszanych z widowni, wystąpił
mężczyzna, który obwieścił sali w języku angielskim, że, według jego żony,
gdy wypowiada się w języku polskim, wydaje się być inteligentnym, elokwentnym
i wykształconym dżentelmenem; podczas gdy wypowiadając się po angielsku,
stwarza on wrażenie raczej prymitywnego ignoranta - wspomina profesor,
pokazując tym samym jak wiele możemy stracić na swojej osobowości, posługując
się językiem, który nie do końca czujemy. – Na początku śmiałam się z innymi,
kiedy popełniłam „językowy lapsus”. Później to ciągłe nabijanie się ze mnie
zaczynało mnie irytować. I te ekspedientki, które słysząc obcy akcent,
traktowały mnie jak głuchą albo niedorozwiniętą. W Polsce byłam
bardzo „wyszczekana”, rodzina wiedziała, że załatwię wszystko w urzędach,
sklepach, w pracy. Tu nie mam ochoty otwierać ust. Niedouczony pijak wychodzi
na bardziej elokwentnego niż ja...- ostro stwierdza Magda, która przyjechała
trzy lata temu do Austrii, by podreperować rodzinny budżet. Dziewczyna
najchętniej przebywa w otoczeniu Polaków. Nie ma już ochoty na nawiązywanie
znajomości z „tubylcami”.
„Ani płynność i znajomość języka, ani stała praca na stanowisku
odpowiadającym kwalifikacjom i wykształceniu, ani wejście w nowe
społeczeństwo za pomocą małżeństwa z tubylcem (co w rzeczy samej wydaje się
być wielką premią) nie zapewniają emigrantom pomyślnego życia na emigracji i
tym bardziej nie gwarantują bezbolesnego przejścia z jednego społeczeństwa w
drugie”.
Musi boleć - jednogłośnie potwierdzają eksperci. Czasami ból ten jest jednak
nie do opanowania...