Gość: Rotamistrz
IP: 86.46.246.*
03.06.09, 10:07
Tak mnie od dłuższego czasu nachodzi na głębszą refleksję na temat polskich
(mniej więcej) 30-latków, do tego jeszcze ten artykuł przeczytany dzisaj:
wyborcza.pl/1,76842,6657413,Powracajacy_zawracaja.html
I się zastanawiam, czy może przejaskrawiam, czy też może zasadną byłaby teza o
pokoleniu tych już nie młodych i jeszcze nie starych rodaków jako grupie,
która poniosła i nadal ponosi największe (życiowe) koszty przemian
ekonomiczno-społecznych w Polsce po 1989.
Nie chodzi mi tylko o sytuację tych, co wyjechali, a potem wrócili i się
rozczarowali. Nie chodzi mi też o sytuację tych, co wyjechali i nie chcą
wracać, więc straceni są dla rodzimego systemu emerytalno-fiskalnego. Pośród
swoich równieśników - tych, co nie wyjechali - za dużo znam przypadków
wczesnych rozwodów, średnio zaangażowanych wolnych związków, profesjonalnej
sterylizacji życia prywatnego (brak dzieci lub zaledwie jedno), przemęczania
się na kilku etatach na raz, żeby nie snuć rozważań.
A co Wy o tym myślicie? Jest coś na rzeczy i to na tyle poznawczo doniosłego,
żeby pokusić się można na jakąś socjologiczną na ten temat pracę?
Tak pytam, bo nie wiem, co ze sobą aktualnie począć. Więc może bym wrócił do
pisania, bo to chyba jedyna rzecz, na której się choć odrobinę znam.