Dodaj do ulubionych

Konkubenci będą mogli adoptować dzieci?

09.10.09, 18:11
Posłowie Platformy Obywatelskiej pracujący nad usprawnieniem
procedury adopcyjnej twierdzą, że adopcja należy się nie tylko
małżeństwom, ale również parom żyjącym w konkubinatach.







- Jesteśmy zgodni co do tego, iż z kodeksu rodzinnego należy
wykreślić ten zapis. To nielogiczne. Polskie prawo pozwala przecież
na adopcję osobom samotnym, czemu odmawiać go więc parom
nieformalnym? - mówi szefowa zespołu Iwona Guzowska, która sama była
adoptowana w rozmowie z portalem Gazeta prawna.pl

Ze swoją klubową koleżanką nie zgadza się poseł Jacek Żalek. - To
nie jest dobry pomysł - stwierdza w rozmowie z portalem Fronda.pl.
Jego zdaniem adopcja dziecka to nie jest zabawa. - Jeśli dorośli
ludzie nie potrafią uregulować swoich wzajemnych stosunków to jak
będą mogli zapewnić opiekę dziecku - pyta w rozmowie z nami.

Żalek wskazuje, że w przypadku małżeństwa ludzie jasno deklarują
wolę tworzenia trwałego związku. W relacjach nieformalnych tej
deklaracji brakuje. - Najważniejsze to przyspieszyć te procedury. To
jest najważniejsze, a nie skupianie się na tym, że konkubinaty też
powinny mieć możliwość adopcji.

Z parlamentarzystą PO zgadza się się Bolesław Piecha z PiS. - Przede
wszystkim trzeba usprawnić procedury. Małżeństw, które chcą
adoptować dziecko jest dość dużo, natomiast samych adopcji znacznie
mniej - zaznacza w rozmowie z portalem Fronda.pl. - Jeśli chodzi o
umożliwianie adopcji konkubinatom to jestem tutaj bardzo ostrożny.
Chodzi tu o dobro dziecka. Rzeczą oczywistą jest, że małżeństwa są
związkami znacznie bardziej stabilnymi niż związki formalne -
tłumaczy Piecha.

Projekt zmian ustawowych ma wkrótce trafić do Sejmu. Partyjny zespół
ds. adopcji działał od wiosny i właśnie zakończył prace. Posłowie PO
chcą jeszcze w tym tygodniu spotkać z Grzegorzem Dolniakiem i
przekazać mu rekomendacje zespołu. - Spotkam się z panią poseł,
wysłucham argumentów i wtedy wyrobię sobie zdanie na ten temat –
mówi powściągliwie p.o. szefa klubu PO Grzegorz Dolniak.

Poparcie dla liberalizacji kodeksu rodzinnego deklaruje już teraz
wiceszefowa sejmowej komisji polityki społecznej Joanna Kluzik-
Rostkowska z PiS. Były wiceminister zdrowia prognozuje, że w klubie
PiS nie będzie w tej sprawie dyscypliny i posłowie będą głosowali
wedle swojego sumienia. Na Zachodzie prawo do adopcji dla par
nieformalnych istnieje we Francji, Niemczech, Belgii, Holandii i
Szwecji. We Francji w pierwszej kolejności rozpatruje się wnioski
małżeństw.

W polskich domach dziecka mieszka kilkadziesiąt tysięcy sierot.
Procesy adopcyjne trwają bardzo długo. Potencjalni rodzice muszą
m.in. przedstawić zaświadczenie o stałym zameldowaniu, warunkach
mieszkaniowych i zarobkach. Bywa, że warunki są jeszcze zaostrzane.
Warszawski Katolicki Ośrodek Adopcyjno-Opiekuńczy rozpatruje jedynie
wnioski „małżeństw sakramentalnych trwających nie mniej niż pięć
lat". W niektórych ośrodkach na adopcję czeka się nawet 3 lata.
Zgodnie z prawem w Polsce adoptować dziecko mogą jedynie małżeństwa
oraz osoby samotne. Nie mogą tego zrobić pary nieformalne.

www.fronda.pl/news/czytaj/czy_osoby_zyjace_w_konkubinatach_beda_mogly_adoptowac_dzieci
Obserwuj wątek
    • kora3 Re: Konkubenci będą mogli adoptować dzieci? 09.10.09, 22:18
      a w czym problem Kannie?
      Bo nie dostrzegam :)
      • kann2 Re: Konkubenci będą mogli adoptować dzieci? 09.10.09, 22:35
        A dlaczegóż miano by pozwolić na adopcję przez dwie osoby, które nie
        są małżeństwem?
        • maitresse.d.un.francais A dlategóż 09.10.09, 23:34
          że jest to lepsze dla dziecka niż państwowy bidul.

          I, w odróżnieniu od niego, pozwala wychować zdrową jednostkę.
        • kora3 lepsze pytanie to: 10.10.09, 09:47
          kann2 napisał:

          > A dlaczegóż miano by pozwolić na adopcję przez dwie osoby, które
          nie
          > są małżeństwem?

          a dlaczegózby nie miano pozwolic?
          nie uwazasz?
          Żeby MIEC swoje dziecko nie trzeba byc (na szczescie) w małzeństwie -
          adopcja to przyjecie dziecka jako wlasne.
          Mozesz rzucać nic niewartymi argumentami, ze taka para moze się
          rozstać:) Moze, tak samo jak małzeńska po slubach i cywilnych i
          sakramentalnych, a takze religijnych niesakramentalnych- takie jest
          zycie i tak jest od wieków, ze czasem ludzie jz nie chca, albo nie
          mogą z soba być - czy się z tym godzisz, czy nie, en fakt pozostaje
          faktem.

          Natomast gdybys zechciał spojrzec na to z inej strony, dostrzegłbyś
          pewną rzecz. Mianowicie taka, ze choć taka para konkubinacka wg
          ciebie łatwo i bezbolesnie moze sie rozstać i stworzyc sobie zycie i
          dziecko :) z kims inym, skoro z partnerem/ partnerka nie moze, to
          dosc hmm dziwne, ze tego nie czyni, a chciałaby przyjac dziecko
          adopcyjne, jako własne z tą własnie osobą.
          Taka postawa przeczy Twoim tezom na teat konkubinatu, o którym
          zresztą nie masz pojecia, wiec jej nie potrafisz zaakceptowac. Nie
          musisz zresztą - coz twoja akceptacja zmieni?:)
          • kann2 Re: lepsze pytanie to: 10.10.09, 09:54
            Przecież wszyscy wiedzą, że konkubenci biją dzieci. Większość
            opisywanych w mediach tragicznych przypadków przemocy w stosunku do
            dzieci miała miejsce w konkubinatach.
            • kora3 Re: lepsze pytanie to: 10.10.09, 09:56
              kann2 napisał:

              > Przecież wszyscy wiedzą, że konkubenci biją dzieci.

              Wybacz Kannie, ale Twoje wygłupy nie robia na mnie wrazena, a nie
              zamierzam dołaczac sie odpowiedziami w ich temacie do somieszajacych
              sie w twoim stylu. To licha prowokacja, spróbuj czegos finezyjnego:)


              Większość
              > opisywanych w mediach tragicznych przypadków przemocy w stosunku
              do
              > dzieci miała miejsce w konkubinatach.

              Ponów próbe :)
              • kann2 Re: lepsze pytanie to: 10.10.09, 10:41
                "...zdecydowana większość aktów przemocy wobec dzieci występuje przy
                relacjach konkubent matki - dziecko, nie zaś ojciec - dziecko.
                Użycie, zatem, siły wobec cudzego dziecka jest normalnym aktem
                przemocy, przestępstwem naruszenia nietykalności cielesnej i
                ściganym na wniosek pokrzywdzonego a to znaczy, że jest „od zawsze"
                zakazane. Czy w takiej sytuacji wprowadzenie zakazu używania siły
                fizycznej wobec własnych dzieci jest rozwiązaniem tego problemu?
                Przemoc wobec dzieci, których nie jest się biologicznym ojcem jest
                niemal wpisane przez naturę osób będących w związku z ich matką.
                Taka osoba stara się usunąć konkurencję wobec swojego przyszłego
                potomstwa z daną kobietą a także wynika z podświadomej niechęci
                wobec wychowywania i łożenia na „cudze" dzieci".

                stowarzyszeniekoliber.salon24.pl/81421,karol-sala-czy-zakaz-fizycznego-karcenia-zatrzyma-przemoc-wobec

                Jeśli ktoś nie chce podjąć wymagalnych zobowiązań wobec partnerki
                (partnera) i dlatego wzbrania się przed zawarciem małżeństwa,
                dlaczego miałby podejmować zobowiązania wobec dziecka, i to jeszcze
                nie własnego?
                • kora3 Re: lepsze pytanie to: 10.10.09, 11:05
                  kann2 napisał:

                  > "...zdecydowana większość aktów przemocy wobec dzieci występuje
                  przy
                  > relacjach konkubent matki - dziecko, nie zaś ojciec - dziecko.
                  > Użycie, zatem, siły wobec cudzego dziecka jest normalnym aktem
                  > przemocy, przestępstwem naruszenia nietykalności cielesnej i
                  > ściganym na wniosek pokrzywdzonego a to znaczy, że jest „od
                  zawsze"
                  > zakazane. Czy w takiej sytuacji wprowadzenie zakazu używania siły
                  > fizycznej wobec własnych dzieci jest rozwiązaniem tego problemu?
                  > Przemoc wobec dzieci, których nie jest się biologicznym ojcem jest
                  > niemal wpisane przez naturę osób będących w związku z ich matką.

                  Sprzrcznosc logiczna Kannie. Jesiby juz brac pod uwagę to, co tu
                  nawypisywano, to:

                  1. W sytuacji gdy para konkubinacka adoptuje dziecko jest ono
                  dzieckiem adopcyjnym OBOJGA, a nie tylko matki, w stopniu równym
                  2. Żade z rodziców, w tym matka, nie jest boilogicznym rodzicem
                  dziecka
                  3. W sytuacji, gdy osoba wychowujaca samotnie dziecko:owdowiała,
                  albo rozwiedziona, ewentualnie panna, kawaler z dzieckiem POSLUBIA
                  ina osobę relacja dziecko - malzonek/ nka rodzica jest taka sama,
                  jak w przypadku relacji konkubent/ina rodzica - jego partnerka,
                  partner. Ale inna niz relacja rodzic adopcyjny - dziecko adoptowane.

                  Sam wiec widzisz, ze to sie nie rzyma kupy :)

                  > Taka osoba stara się usunąć konkurencję wobec swojego przyszłego
                  > potomstwa z daną kobietą a także wynika z podświadomej niechęci
                  > wobec wychowywania i łożenia na „cudze" dzieci".
                  >
                  A to bardzo "ciekawe" spostrzezenie:) tak głupie, ze szkoda go
                  komentować. Dziwne, ze mój tato nie starał sie "usuwać" mnie i mojej
                  siostry z zycia mojej matki, NOGDY też zadne z nich nie podniosło na
                  nas reki
                  Temn przyklad jst zreszta debilny, wybacz, takze dlatego, ze skoro
                  para konkubinacka chcialaby adoptowac dziecko, to najprwdopodobniej
                  znaczy, ze nie moze miec własnych, a co za tym idzie "robieie
                  miejsca dla własnego potomstwa z ta kobietą" jest zaprzeczeniem
                  wszelkiej logiki :)

                  >
                  > Jeśli ktoś nie chce podjąć wymagalnych zobowiązań wobec partnerki
                  > (partnera) i dlatego wzbrania się przed zawarciem małżeństwa,

                  Kannie, nie ma czegos takiego w zyciu, jak wymagalne
                  zobowiazania :) - mówie o sferze zwiazku. Jesli ja np. nie chce
                  zadnych slubbow, bo mnie toani otrzebne, ani mi mile, to trudno
                  mówic o tym, ze mój facet nie chce podjac jakis wymagalnych
                  zoowiazań. Przez kogo "wymagalnych"? Przeze mnie na pewno
                  niechcianych.

                  > dlaczego miałby podejmować zobowiązania wobec dziecka, i to
                  jeszcze
                  > nie własnego?

                  Dlatego, ze chce i potrafi. Nie wszyscy ludzie pragna miec sluby,
                  tak jak nie wszyscy pagna miec własny dom, dzieci, zwierzaki w
                  otoczeniu itp. Ludzie sa rózni. Gdyby posiadanie dziecka poza
                  zwiazkeim małzeńskim było nienaturalne to byłoby naturalnie
                  niemolziwe. Jak pewnie wiesz, jest mozliwe :)
                  • kann2 Re: lepsze pytanie to: 10.10.09, 11:17
                    kora3 napisała:

                    > Kannie, nie ma czegos takiego w zyciu, jak wymagalne
                    > zobowiazania :) - mówie o sferze zwiazku.

                    Oczywiście, że są. Małżonkowie są nawzajem zobowiązani do pewnych
                    zachowań. Konkubenci nie są zobowiązani do niczego względem siebie.




                    >
                    Gdyby posiadanie dziecka poza
                    > zwiazkeim małzeńskim było nienaturalne to byłoby naturalnie
                    > niemolziwe. Jak pewnie wiesz, jest mozliwe :)

                    To nie jest żaden argument. Zabójstwo człowieka też jest
                    nienaturalne, a się zdarza.
                    • kora3 Re: lepsze pytanie to: 10.10.09, 11:38
                      kann2 napisał:
                      >
                      > Oczywiście, że są. Małżonkowie są nawzajem zobowiązani do pewnych
                      > zachowań. Konkubenci nie są zobowiązani do niczego względem siebie.
                      >
                      >
                      Błedne myślenie - małzonkowie tak samo, jak konkbenci sa wobec
                      siebie okladnie tak zobowiazani, ja sobie ustala, czy wypracują -
                      słowem jak chca.
                      Jeśli juz nie chcą albo jedna ze stron nie trzyma się ualsleń jedni
                      i drudzy moga się rozstać. Natomiast co do dzieci - małzeństwo
                      rodziców, jego brak, a takze jego rozwiazanie nie ma wpływu na
                      obowiązki wobec dziecka.
                      >
                      > To nie jest żaden argument. Zabójstwo człowieka też jest
                      > nienaturalne, a się zdarza.

                      bardzo trafne porownanie Kannie, godne Ciebie i twej argumentacji,
                      wiec bez komentarza, z wygłupami nie bede dyskutowac:)
                      • kann2 Re: lepsze pytanie to: 10.10.09, 12:00
                        kora3 napisała:

                        > Błedne myślenie - małzonkowie tak samo, jak konkbenci sa wobec
                        > siebie okladnie tak zobowiazani, ja sobie ustala, czy wypracują -
                        > słowem jak chca.

                        Nieprawda. Mają wobec siebie obowiązki i prawa. Poczytaj Kodeks
                        rodzinny i opiekuńczy.



                        > Jeśli juz nie chcą albo jedna ze stron nie trzyma się ualsleń
                        jedni
                        > i drudzy moga się rozstać.

                        Nieprawda. To zależy od sądu (oczywiście na płaszczyźnie cywilnej,
                        bo na polu kanonicznym nie mogą).


                        Natomiast co do dzieci - małzeństwo
                        > rodziców, jego brak, a takze jego rozwiazanie nie ma wpływu na
                        > obowiązki wobec dziecka.

                        Oczywiście, że ma. Nie chcesz chyba powiedzieć, że wychowanie
                        dziecka przez rodziców-małżonków nie rózni się od wychowania dziecka
                        przez jedno tylko z rodziców.


                        > >
                        wiec bez komentarza, z wygłupami nie bede dyskutowac:)

                        Cóż, jak brak Ci argumentów, to szukasz ich "ad personam"
                        • kora3 Re: lepsze pytanie to: 10.10.09, 12:06
                          kann2 napisał:

                          >
                          > Nieprawda. Mają wobec siebie obowiązki i prawa. Poczytaj Kodeks
                          > rodzinny i opiekuńczy.

                          nie musze czytać - to jest na papierze - w zyciu róznie to wygladam -
                          sama byłam mezatka to wiem :)
                          >
                          >
                          >
                          > Nieprawda. To zależy od sądu

                          Nie, to zalezy nie od sadu kannie, a od okolicznosci - w bardzo
                          niewielu przypadkach uzyskanie rozwodu jest niemożliwe.

                          Nadal jednak mozna od kogos odejsc, nie mieszkac z nim, nie
                          utrzymywac kontakru, nie kochać - nie ma prawa zmuszajacego do
                          wspólnego życia. Moze chodzic tylko o najwiekszą z marnosci -
                          kase :) Musisz łozyć, jeśli tak orzeknie sad na niechcianego
                          małzonka, ale nie zmusza Cie, bys z nim faktycznie dzielił zycie.


                          (oczywiście na płaszczyźnie cywilnej,
                          > bo na polu kanonicznym nie mogą).

                          mogą :)
                          >
                          >
                          > Oczywiście, że ma. Nie chcesz chyba powiedzieć, że wychowanie
                          > dziecka przez rodziców-małżonków nie rózni się od wychowania
                          dziecka
                          > przez jedno tylko z rodziców.
                          >
                          Nie zrozumałes - chodzi o te prawne obowiazki - nie zanikaja one
                          automatycznie wobec dziecka ze strony rodzica który z dzieckeim nie
                          mieszka, prawda?

                          Natomiast to, czy po rozstaniu się z np. matka dziecka ojciec jego
                          były mąz, czy tez były partner ograniczy się do przysylania kasy,
                          czy tez bedzie normalnie uczestniczył w procesie wychowania dziecka,
                          zalezy już tylko od rodziców i ich postawy wobec tej sytuacji.

                          > > >
                          > wiec bez komentarza, z wygłupami nie bede dyskutowac:)
                          >
                          > Cóż, jak brak Ci argumentów, to szukasz ich "ad personam"

                          skadze, po prostu z głupimui tekstami nie polemizuje, z normalnymi ,
                          jak widzisz tak
                          • kann2 Re: lepsze pytanie to: 10.10.09, 12:23
                            Mężatką nie byłem. Fakt. Ale mężem owszem.

                            Nawet jak się małżonkowie rozstają, to przecież zobowiązania nie
                            znikają, Koro. Czy myślisz, że jak mąż porzuca żonę, nie ma wobec
                            niej żadnych zobowiązań? Problemem jest egzekwowanie tych
                            zobowiązań, ale one pozostają. Niezależnie od tego, czy małżonkowie
                            się rozstają, bo tak jest im wygodnie, czy też gdy jedno porzuca
                            drugiego. Ale zobowiązanie jest. Podobnie jak wtedy, gdy dziecko
                            opuszcza rodziców, nadal pozostaje ich dzieckiem i ma zobowiązania
                            wobec nich.

                            Co do rodziców i dzieci, to zrozumiałem, zrozumiałem. I nadal
                            twierdzę, że wychowanie dziecka przez małżonków różni się od
                            wychowania dziecka przez rodziców niezwiązanych małżeństwem.

                            A co do Twej oceny moich postów jako głupie, to nadal uważam, że
                            brak argumentów chcesz przysłonić inwektywą.
                            • karafka_do_wina Re: lepsze pytanie to: 10.10.09, 13:19
                              a ja uwazam, ze wychowanie dziecka przez pare rozni sie od wychowania dziecka
                              przez osobe samotna, a prawo na to zezwala. czy to nie skandal?! ;)
                              • kora3 Re: lepsze pytanie to: 10.10.09, 14:47
                                karafka_do_wina napisała:

                                > a ja uwazam, ze wychowanie dziecka przez pare rozni sie od
                                wychowania dziecka
                                > przez osobe samotna, a prawo na to zezwala. czy to nie skandal?! ;)

                                Cześć sliczna dziewczyno :)

                                Zgadzam sie - wycowanie przez pare na pewno rózni się od wychowania
                                przez osobe samotną.
                                Prawo na to pozwala z prostej pezyczyny - w życiu bywa tak, ze
                                rodzic dziecka umiera, albo rodzice się rozstają i trudno, zeby
                                wdowocowi, wdowie dziecko odebrac, albo zabierac je samotnie
                                wychowującym je pannom, czy kawalerom, ewnetualnie osobom
                                rozwiedzionym. Skoro wiec samotny ojciec czy matka jest ok rodzina
                                dla własnego dziecka, to dlaczego nie dla odopcyjnego?:)
                                Konkubentom się ich dzieci takze nie odbiera z definicji, wiec czemu
                                to mieliby być nedobrzy rodzice dla dziecka adopcyjnego?
                                • karafka_do_wina Re: lepsze pytanie to: 10.10.09, 15:31
                                  > Konkubentom się ich dzieci takze nie odbiera z definicji, wiec czemu
                                  > to mieliby być nedobrzy rodzice dla dziecka adopcyjnego?
                                  >


                                  no wlasnie nie rozumiem dlaczego skoro i osoby samotne, i sparowane moga
                                  wychowywac i wlasne, i adopotowane dzieci.
                                  • kora3 Re: lepsze pytanie to: 10.10.09, 16:06
                                    karafka_do_wina napisała: >
                                    >
                                    > no wlasnie nie rozumiem dlaczego skoro i osoby samotne, i
                                    sparowane moga
                                    > wychowywac i wlasne, i adopotowane dzieci.

                                    hmmm mysle, ze przeciwnikom tej zmiany bynajmniej nie chodzi o jakie
                                    niebezpoieczeństwo dla adoptowanego dziecka, ani jego dobro - chodzi
                                    o rzecz posta i przyziemna :)

                                    Jako zwolennicy tradycyjego, zatem "slubowanego" zwiazku nie umieja
                                    się pogodzic z tym, ze konkubinaty to coraz powszechniejsza forma
                                    wspólnego zycia i craz bardziej akceptowana społecznie, takze przez
                                    osoby ze starszego pokolenia, które spokijnie akceprują takie
                                    zwiazki swoich dzieci, czy wnuków.
                                    Zdaniem niektórych to "zagrozenie" dla instytucji małzeństwa, nie
                                    tylko cywilnej, ale i religijnej. Moim zdaniem takie obawy sa
                                    zbedne. sama instytucja małzeństwa stała się mniej wazna ze wzgledu
                                    na status kobiet we współczesnym swiecie, ich mlziwosci zarobkowania
                                    i po prostu egzystowania we wspłczesnym swiecie bez statusu mezatki.
                                    Ten inny status kobiet prowadzi tez do tego, ze juz nie muszą znosic
                                    upokorzeń ze strony meza, czy przemocy, że nie muszą trzymac się go
                                    kurczowo, gdy "zwiazek" jest tylko na ppapierze, utrzymywac złego,
                                    pustego zwiazku za wszelka cene, bo kobieta bez mea jest kims
                                    gorszym.
                                    Pamietac jednak należy o tym, czego zdaja się nie dostrzegać
                                    niektórzy, że inny status kobiet nie jest przyczyna rozpadów
                                    zwiazków. Rozpad zwiazku nastepuje wczesniej niż formalny rozwód, a
                                    przyczyny jego są od wieków takie same: zdrada, przemoc, wypalenie,
                                    róznice, nałogi, dominacja itp. tyle,ze dawniej kobieta nie mogła w
                                    zasadzie zmienić tej sytuacji, w której sie znalazła, bo i jak?
                                    Musiała trwać i utrzymywac taki nibyzwiazek. Teraz już nie musi,
                                    wiec wiecej małzeństw rozwiazuje sie formalnie. A do rozpadu
                                    zwiazku, w tym małzeńskiego, takze religijnego moze i mogło dojsc
                                    zawsze. Teraz wszelako jest alternatywa: tkwić za wszelką cene, albo
                                    nie.
                                    zaraz się moge dowiedzieć, ze nic nie wiem o małzeńswie
                                    sakramentalnym, ale poniekad dzie,i temu forum, do którego poslala
                                    ci kiedys link, wiem bardzo wiele. a mianowicie to, ze w
                                    sakramentanych zwiazkach dzieje sie dokladnie tak samo, jak w
                                    niesakramentalnych: jest zdrada, przemoc, oszustwaitp. Kto jest
                                    głupi i dał sie zmanipulowac ten bedzie tkwił w takim toksycznym
                                    zwiazku dorabiając do tego ideologię o Bogu, a kto ma olej w głowie
                                    czym predzej to zakończy i bedzie zyc normalnie. Niekoniecznie z
                                    kims innym, ale bez osoby, która upokarza,m dreczy, zdradza itp.
                                    • karafka_do_wina Re: lepsze pytanie to: 10.10.09, 17:00
                                      dodalabym jeszcze, ze zwolennicy tradycyjnego zwiazku (slubnego) jako jedynie
                                      slusznego byc moze tkwia mentalnie w XIX wieku - wtedy rzeczywiscie seks
                                      pozamalzenski byl zazwyczaj tylko dla zabawy, bez zobowiazan, a gdy urodzilo sie
                                      dziecko panienskie to skandal na calego. na dodatek samotna matka nie dosc, ze
                                      potepiona przez wszytskich to nie bardzo jak maiala sie utrzymac wraz z
                                      dzieckiem... od tamtego czasu jednak minely dwa wieki i nastaplilo tyle przemian
                                      obyczajowych, ze pewnie trudno niektorym za nimi nadazyc... oprocz emancypacji
                                      kobiet, o czym napisalas zwiazki nieformalne sa coraz powszechniejsze i
                                      bynajmniej nie wiaza sie z li i jedynie zabawa i brakiem odpowiedzialanosci
                                      czego niektorzy nie potrafia/nie chca zauwazyc.

                                      zreszta, gdyby celem osob zyjacych w konkubinatach byla tylko zabawa i brak
                                      zobowiazan to po choinke staraliby sie o adopcje? wszak dziecko tylko
                                      przeszkadza w zabawie :)
                                      • kora3 Re: lepsze pytanie to: 10.10.09, 17:15
                                        karafka_do_wina napisała:

                                        > dodalabym jeszcze, ze zwolennicy tradycyjnego zwiazku (slubnego)
                                        jako jedynie
                                        > slusznego byc moze tkwia mentalnie w XIX wieku - wtedy
                                        rzeczywiscie seks
                                        > pozamalzenski byl zazwyczaj tylko dla zabawy, bez zobowiazan,

                                        no tu sie zgadzam, aczkolwiek rozumiem, gdy tak mysla osoby wiekowe,
                                        gdy młode, nie, bo same siebie oszukuja. Starszym ludziom czasem
                                        trudno pojac odmiennosc "młodszego" swiata. Kiedys istotnie seks
                                        pozamałzeński choc bardzo powszechny istniał wówczas, gdy szło o li
                                        tylko wyżycie się seksualnie - czyli prostytucje w formach róznych,
                                        albo wówcas, gdy dochodziło do wyjorzsyatnia naiwnej dziewczyny,
                                        ewentualnie wówczas, gdy w gre wchodziła miłosc, ale z
                                        najrózniejszych przyczyn małzeństwo nie mogło byc zawarte. Teraz
                                        wiele kobiet chce małzeństwa, ale równie wiele go nie chce. Nie
                                        dlatego, ze nie moze go zwrzec, po prostu nie ma takiejpotrzeby.
                                        >
                                        > zreszta, gdyby celem osob zyjacych w konkubinatach byla tylko
                                        zabawa i brak
                                        > zobowiazan to po choinke staraliby sie o adopcje? wszak dziecko
                                        tylko
                                        > przeszkadza w zabawie :)

                                        no dokladnie to samo pisałam, doajac jeszcze, ze skoro to takie
                                        proste odejsc zacząć zyc i robic dziecko z kims innym, bo nie ma
                                        zobowiązań to jakiż cel adopcji :) - ale i tak nie trafi jak
                                        przypuszczam do tych, dla których papier jest najwazniejszy i wg
                                        nich daje "gawarancje" nic to, ze taka , która jest zadna :)
                                        • karafka_do_wina Re: lepsze pytanie to: 10.10.09, 18:56
                                          no tu sie zgadzam, aczkolwiek rozumiem, gdy tak mysla osoby wiekowe,
                                          gdy młode, nie, bo same siebie oszukuja.


                                          osoby mlode probuja uzasadnic w ten sposob swoj wybor i poczuc sie lepiej
                                          (lepszymi?) z powodu wziecia slubu. ci ktorzy nie maja zadncyh problemow i sa
                                          szczesliwi nie opowiadaja takich rzeczy.
                                          • kora3 Re: lepsze pytanie to: 10.10.09, 18:58
                                            karafka_do_wina napisała: >
                                            >
                                            > osoby mlode probuja uzasadnic w ten sposob swoj wybor i poczuc sie
                                            lepiej
                                            > (lepszymi?) z powodu wziecia slubu. ci ktorzy nie maja zadncyh
                                            problemow i sa
                                            > szczesliwi nie opowiadaja takich rzeczy.

                                            racja - potwierzam.
                                            Aczkolwiek powiem ci, ze sa srodowiska, gdzie nadal pokutuje cos w
                                            rodzaju "starej panny" dlatego kobitki niektóre pra do slubu, czasem
                                            z kimkolwiek, byle był. Skutki takich działan dosc latwo przewidzieć
                            • kora3 Re: lepsze pytanie to: 10.10.09, 14:44

                              kann2 napisał:

                              > Mężatką nie byłem. Fakt. Ale mężem owszem.

                              Ale nie rozwoziles się, nie stwierdzano u Ciebie niewaznosci
                              małzeństwa i nie żyłes nigdy w konkubinacie. Ja ma za soba
                              doswiadczenia i małzeńskie i inne, stąd mam pełnie obrazu.


                              >
                              > Nawet jak się małżonkowie rozstają, to przecież zobowiązania nie
                              > znikają, Koro. Czy myślisz, że jak mąż porzuca żonę, nie ma wobec
                              > niej żadnych zobowiązań?

                              Kannie, proponuje Ci czytac co pisze do końca :) Napisałam C: ma
                              wyłacznie finansowe, jesli chodzi o mozliwosc prawnego egzekwowania.
                              W pewnych warunkac, gdy owa zona nie ejst zdolna do samodzielnego
                              urzymania sie musi ja alimentować itd., jesli jest iezdolna do
                              samodzielnej egzystencji musi jej zapewnic byt i opieke, ale nie ma
                              prawa, które nakazuje,ze ma te opieke samodzielnie sprawować. Jesli
                              zatem nie bedzie tego chciał, po prostu zapłaci komus za opieke nad
                              taka zoną i nie ma prawa, które go zmsi do mieszkania z nia, zycia i
                              kohania jej.
                              To brzmi bruyutalnie, ale tak jest - na tym polega
                              owo "zabezpieczenia" w małzeństwie o którym niektórzy tak chetnie
                              mówia - na koniecznosci podzielenia się kasa i dawania kasy w
                              opisanej sytuacji, na niczym inym, bo zadne prawo nie zmusi nikogo,
                              by z kims zył.


                              Problemem jest egzekwowanie tych
                              > zobowiązań, ale one pozostają.

                              Jak wyzej - z egzekwowaniem bywa róznie, ale jak mówie te
                              zobowiazania w świetle prawa sprowadzają się do zapewnienie w
                              pewnych sytuacjach bytu i opieki. Mozna sie z nich wywiazac zgodnie
                              z tym prawem nie zyjąc wcale z tą osobą.


                              Niezależnie od tego, czy małżonkowie
                              > się rozstają, bo tak jest im wygodnie, czy też gdy jedno porzuca
                              > drugiego. Ale zobowiązanie jest.

                              Kannie, czy mozesz wykazac zobowiązanie inne niż te o jakim
                              PRAKTTYCZNIE napisałam?
                              Czy mozesz wskzać prawo, które nakazuje komus kochac kogos kogo nie
                              kocha? Życ choćby pod jednym dachem z kims z kjim zyc nie chce? Mam
                              wrazenie, ze nie ...Sprawa rozbija sie tu o prawne uregulowania,
                              głownie finansowe. Trzeba zapewnic opieke, utrzymanie.


                              Podobnie jak wtedy, gdy dziecko
                              > opuszcza rodziców, nadal pozostaje ich dzieckiem i ma zobowiązania
                              > wobec nich.

                              I owszem, tylko tak jak wyzej :jego zbowiazania w zakresie
                              zaspokajania emoconalnych potrzeb rodziców nie sa w zaden sposób
                              prawnie regulowane. Regulowane sa natomiast zobowiązania dotyczące
                              sfery materialnej,dokładnie tak samo, jak w przypadku małzonka.
                              Jesli dziecko takie z dowolnej - w naszych oczak słusznej, czy nie,
                              przyczyny nie bedzie chcialo rodziców znac, odwiedzać, kontaktowac
                              się , nie bezie tego robiło i nikt go do tego nie zmusi. Natomiast o
                              ile sad tak uzna bedzie musiało na nich łozyc, a to jest
                              zobowiazanie finansowe, z emocjanalnym nie mające nic wspólnego.

                              >
                              > Co do rodziców i dzieci, to zrozumiałem, zrozumiałem. I nadal
                              > twierdzę, że wychowanie dziecka przez małżonków różni się od
                              > wychowania dziecka przez rodziców niezwiązanych małżeństwem.

                              Mozesz przytoczyć w punkatch czym sie rózni?

                              Bo wg mnie wycowanie dziecka adopcyjnego moze sie róznic od
                              wychowania dziecka wlasnego - z róznych przyczyn. Wychowanie dziecka
                              cudzego, np. z poprzedniego zwiazku małzonka, partnera moze sie
                              róznic od wychowania dziecka własnego itd. Ale doprawdy trudno mi
                              dostrzec czym się rózni wychowanie dziecka wlasnego w zwiazku z
                              drugim jego rodzicem ze wzgledu na jakis papier.
                              Moim zdaniem wszelako - sa to zawsze sytuacje indywidualne, zależne
                              d z pewnoscia wieku dziecka, jego doświadczeń - w przypadku
                              wychowania dziecka cudzego, świadomosci bycia dzieckiem inego
                              rodzica, relacji, poziomu - tu trudno cos powiedziec ogólnie.

                              >
                              > A co do Twej oceny moich postów jako głupie, to nadal uważam, że
                              > brak argumentów chcesz przysłonić inwektywą.

                              Uwazaj co chcesz, nikt Ci nie broni:)
                              • kann2 Re: lepsze pytanie to: 10.10.09, 15:58
                                Prawa i Obowiązki małżonków

                                Ustawa z dnia 25 lutego 1964 r. "Kodeks Rodzinny i Opiekuńczy"

                                Art. 23 [Zasady] Małżonkowie mają równe prawa i obowiązki w
                                małżeństwie. Są obowiązani do wspólnego pożycia, do wzajemnej
                                pomocy i wierności oraz do współdziałania dla dobra rodziny, którą
                                przez swój związek założyli
                                .

                                Art. 24 [Rozstrzyganie o sprawach rodziny] Małżonkowie
                                rozstrzygają wspólnie
                                o istotnych sprawach rodziny; w braku
                                porozumienia każdy z nich może zwrócić się o rozstrzygnięcie do
                                sądu
                                .

                                Art. 25 [Nazwiska małżonków] § 2. Małżonkowie mogą nosić wspólne
                                nazwisko
                                będące dotychczasowym nazwiskiem jednego z nich. Każdy
                                z małżonków może również zachować swoje dotychczasowe nazwisko albo
                                połączyć z nim dotychczasowe nazwisko drugiego małżonka. Nazwisko
                                utworzone w wyniku połączenia nie może składać się z więcej niż
                                dwóch członów. § 3. W razie niezłożenia oświadczenia w sprawie
                                nazwiska, każdy z małżonków zachowuje swoje dotychczasowe nazwisko.

                                Art. 26 [Powinowactwo] Z małżeństwa wynika powinowactwo
                                między małżonkiem a krewnymi drugiego małżonka; trwa ono mimo
                                ustania małżeństwa.

                                Art. 27 [Zaspokajanie potrzeb rodziny] Oboje małżonkowie
                                obowiązani są, każdy według swych sił oraz swych możliwości
                                zarobkowych i majątkowych, przyczyniać się do zaspokajania potrzeb
                                rodziny, którą przez swój związek założyli
                                . Zadośćuczynienie
                                temu obowiązkowi może polegać także, w całości lub w części, na
                                osobistych staraniach
                                o wychowanie dzieci i na pracy we
                                wspólnym gospodarstwie
                                domowym.

                                Art. 28 [Nakaz wypłaty wynagrodzenia] § 1. Jeżeli jeden z małżonków
                                pozostających we wspólnym pożyciu nie spełnia ciążącego na nim
                                obowiązku przyczyniania się do zaspokajania potrzeb rodziny, sąd
                                może nakazać, ażeby wynagrodzenie za pracę albo inne należności
                                przypadające temu małżonkowi były w całości lub w części wypłacane
                                do rąk drugiego małżonka
                                .
                                § 2. Nakaz, o którym mowa w paragrafie poprzedzającym, zachowuje moc
                                mimo ustania po jego wydaniu wspólnego pożycia małżonków. Sąd może
                                jednak na wniosek każdego z małżonków nakaz ten zmienić albo uchylić.

                                Art. 28[1] [Uprawnienie do korzystania z mieszkania] Jeżeli prawo do
                                mieszkania przysługuje jednemu małżonkowi, drugi małżonek jest
                                uprawniony do korzystania z tego mieszkania
                                w celu zaspokojenia
                                potrzeb rodziny. Przepis ten stosuje się odpowiednio do
                                przedmiotów urządzenia domowego
                                .

                                Art. 29 [Wzajemna reprezentacja] W razie przemijającej przeszkody,
                                która dotyczy jednego z małżonków pozostających we wspólnym pożyciu,
                                drugi małżonek może za niego działać w sprawach zwykłego zarządu
                                , w szczególności może bez pełnomocnictwa pobierać przypadające
                                należności, chyba że sprzeciwia się temu małżonek, którego
                                przeszkoda dotyczy. Względem osób trzecich sprzeciw jest skuteczny,
                                jeżeli był im wiadomy.

                                Art. 30 [Solidarna odpowiedzialność] § 1. Oboje małżonkowie są
                                odpowiedzialni solidarnie za zobowiązania
                                zaciągnięte przez
                                jednego z nich w sprawach wynikających z zaspokajania zwykłych
                                potrzeb rodziny.
                                § 2. Z ważnych powodów sąd może na żądanie jednego z małżonków
                                postanowić, że za powyższe zobowiązania odpowiedzialny jest tylko
                                ten małżonek, który je zaciągnął. Postanowienie to może być uchylone
                                w razie zmiany okoliczności. § 3. Względem osób trzecich wyłączenie
                                odpowiedzialności solidarnej jest skuteczne, jeżeli było im wiadome.
                                • kora3 Re: lepsze pytanie to: 10.10.09, 16:23
                                  kann2 napisał:

                                  > Prawa i Obowiązki małżonków
                                  >
                                  > Ustawa z dnia 25 lutego 1964 r. "Kodeks Rodzinny i Opiekuńczy"
                                  >
                                  > Art. 23 [Zasady] Małżonkowie mają równe prawa i obowiązki w
                                  > małżeństwie. Są obowiązani do wspólnego pożycia, do wzajemnej
                                  > pomocy i wierności oraz do współdziałania dla dobra rodziny, którą
                                  > przez swój związek założyli
                                  .

                                  Kannie, Ty zapewne jestes wspaniałym teoretykiem od wszystkiego, ale
                                  ja jestem praktyk wiecej :) wiec zapytuje: jaka sankcja prawna, poza
                                  rozwodem z winy zdradzającego małzonka grozi u za iedochowanie
                                  wiernosci? ŻADNA.
                                  A orzeczenie rozwodu z wyłacznej winy jednego z małzonków ma dla
                                  niego przykre konsekwencje. Jakie? FINANANSOWE. Innych sankcji za
                                  niewiernosc prawo nie przewiduje. Czyli takie zobowiazanie i jego
                                  dochowanie lezy TYLKO w gestii małzonków, o czym wczesniej pisałam.
                                  >
                                  > Art. 24 [Rozstrzyganie o sprawach rodziny] Małżonkowie
                                  > rozstrzygają wspólnie
                                  o istotnych sprawach rodziny; w braku
                                  > porozumienia każdy z nich może zwrócić się o rozstrzygnięcie do
                                  > sądu
                                  .

                                  Praktyka, praktyka:) W zaleznosci od WŁASNYCH dochodów mozna i
                                  kredy wziąc bez obecnosci czy pisemnej zgody małzonka. A co za tym
                                  idzie - bez jego ewentualnej wiedzy.
                                  Cy wyjazd za granice, wyprowadzka z domu jednego z małoznków,
                                  zaniechanie pozycia to sprawa istotna dla rodziny? No chyba tak :)
                                  Przytocz mi prosze przyklad z polskiej hostorii prawa w III RZP,
                                  kiedy to sad zmusił współmazoka do podjecia współzycia, powrotu do
                                  domu itp. Moze zusic tylko w kwestiach FINANSOWYCH.

                                  >
                                  > Art. 25 [Nazwiska małżonków] § 2. Małżonkowie [b]mogą nosić
                                  > połączyć z nim dotychczasowe nazwisko drugiego małżonka. Nazwisko
                                  > utworzone w wyniku połączenia nie może składać się z więcej niż
                                  > dwóch członów. § 3. W razie niezłożenia oświadczenia w sprawie
                                  > nazwiska, każdy z małżonków zachowuje swoje dotychczasowe nazwisko.


                                  Nazwisko Kannie, mozna i po rozwodzie zachować, mozna zmienic
                                  admonistrayjnie BEZślub z waznej przyczyny.

                                  >
                                  > Art. 26 [Powinowactwo] Z małżeństwa wynika powinowactwo
                                  > między małżonkiem a krewnymi drugiego małżonka; trwa ono mimo
                                  > ustania małżeństwa.


                                  W praktyce oznacza jedynie mozliwosc odmowy skladania zeznań, gdy
                                  oskarżonym jest taki powinowaty. Nic szczególnego.

                                  >
                                  > Art. 27 [Zaspokajanie potrzeb rodziny] Oboje małżonkowie
                                  > obowiązani są, każdy według swych sił oraz swych możliwości
                                  > zarobkowych i majątkowych, przyczyniać się do zaspokajania potrzeb
                                  > rodziny, którą przez swój związek założyli
                                  . Zadośćuczynienie
                                  > temu obowiązkowi może polegać także, w całości lub w części, na
                                  > osobistych staraniach
                                  o wychowanie dzieci i na pracy we
                                  > wspólnym gospodarstwie
                                  domowym.


                                  czyli to o czym pisze: kasa. W prakyyce wykazanie mniejszych niz
                                  faktyczne mozliwosci zarobowania jest bajecznie latwe.

                                  >
                                  > Art. 28 [Nakaz wypłaty wynagrodzenia] § 1. Jeżeli jeden z
                                  małżonków
                                  > pozostających we wspólnym pożyciu nie spełnia ciążącego na nim
                                  > obowiązku przyczyniania się do zaspokajania potrzeb rodziny,
                                  sąd
                                  > może nakazać, ażeby wynagrodzenie za pracę albo inne należności
                                  > przypadające temu małżonkowi były w całości lub w części wypłacane
                                  > do rąk drugiego małżonka
                                  .

                                  kasa, kasa, kasa ...Swoja droga to "w całosci" to chyba niewykonalny
                                  przypadek :) z czego ma niby zyc taka osoba?

                                  > § 2. Nakaz, o którym mowa w paragrafie poprzedzającym, zachowuje
                                  moc
                                  > mimo ustania po jego wydaniu wspólnego pożycia małżonków. Sąd może
                                  > jednak na wniosek każdego z małżonków nakaz ten zmienić albo
                                  uchylić.

                                  Prawde mówić nie sdłyszalam o przypaku takiego orzeczenia, no, ale
                                  ja nie ejstem prawnikiem i za niego sie nie podaję:)

                                  >
                                  > Art. 28[1] [Uprawnienie do korzystania z mieszkania] Jeżeli prawo
                                  do
                                  > mieszkania przysługuje jednemu małżonkowi, drugi małżonek jest
                                  > uprawniony do korzystania z tego mieszkania
                                  w celu
                                  zaspokojenia
                                  > potrzeb rodziny. Przepis ten stosuje się odpowiednio do
                                  > przedmiotów urządzenia domowego
                                  .

                                  mozliwe, no i?

                                  >
                                  > Art. 29 [Wzajemna reprezentacja] W razie przemijającej przeszkody,
                                  > która dotyczy jednego z małżonków pozostających we wspólnym
                                  pożyciu,
                                  > drugi małżonek może za niego działać w sprawach zwykłego zarządu
                                  >
                                  , w szczególności może bez pełnomocnictwa pobierać
                                  przypadające
                                  > należności, chyba że sprzeciwia się temu małżonek, którego
                                  > przeszkoda dotyczy.

                                  Wystarczy się sprzeciwic, co w tym trudnego?:)

                                  >
                                  > Art. 30 [Solidarna odpowiedzialność] § 1. Oboje małżonkowie są
                                  > odpowiedzialni solidarnie za zobowiązania
                                  zaciągnięte przez
                                  > jednego z nich w sprawach wynikających z zaspokajania zwykłych
                                  > potrzeb rodziny.

                                  W praktyce moze to oznaczać nakaz komorniczy za kredyt, którego
                                  jedno ze współmałzonków na oczy nie wodzialo, a teraz musi spłacac -
                                  swietna sprawa, nie?

                                  > § 2. Z ważnych powodów sąd może na żądanie jednego z małżonków
                                  > postanowić, że za powyższe zobowiązania odpowiedzialny jest tylko
                                  > ten małżonek, który je zaciągnął. Postanowienie to może być
                                  uchylone
                                  > w razie zmiany okoliczności. § 3. Względem osób trzecich
                                  wyłączenie
                                  > odpowiedzialności solidarnej jest skuteczne, jeżeli było im
                                  wiadome.

                                  No wiesz, tak, tylko, ze u nas sparwy w sadzie się ciąąąąąągną :)


                                  Nie dostrzegam zadnych korzysci z tych "zobowiazań" natomiast mając
                                  w pamieci długi mojego eksa, widze pare niebezpieczeńśtw:)
                                  • maria421 Re: lepsze pytanie to: 10.10.09, 16:48
                                    Dzieci potrzebuja stabilinego, stalego zwiazku rodzicow. Jezeli para chce
                                    adoptowac dziecko, to powinna wczesniej wziac slub ktory jest wieksza gwarancja
                                    stalosci zwiazku niz konkubinat.
                                    • kora3 Re: lepsze pytanie to: 10.10.09, 17:07
                                      maria421 napisała:

                                      > Dzieci potrzebuja stabilinego, stalego zwiazku rodzicow.

                                      Owszem, dobra teoria Mario, ale nie ma NICZEGO, ze powienm słowami
                                      pana Kononowicza, co taką stabilnosc i stałosc by gwarantowało, poza
                                      checia bycia razem na serio, a nie tylko "układowo" rodziców. Żadne
                                      sluby nie dają takiej gwarancji, takze religijne, bo MOZNA się
                                      zawsze rozstać, lub/i rozwiesc, wiec?

                                      Jezeli para chce
                                      > adoptowac dziecko, to powinna wczesniej wziac slub ktory jest
                                      wieksza gwarancja
                                      > stalosci zwiazku niz konkubinat.

                                      Mario moze niemasz stosownego pola do obserwacji, ale tak z mojej to
                                      wynika, ze śluby nijakiej gwarancji nie dają: z mojej podstwówki na
                                      20 zwiazków małzeńskich 10 juz nie ietsnieje, z kazdego sa dzieci.
                                      np.
                                      Jeśli sie rozejrzysz wokół zobaczysz, ze w Twoim otoczeniu takze
                                      mnóstwo jest par rozwiedzionych, które rozwodząc się maja lubn miały
                                      dzieci w eieku no takim "wychowawczym" , czyli nie dorosle.

                                      Nie jest to oczywiscie wg mnie przesłanka do tego, zeby ślubów nie
                                      brac, o ile to kimus pasuje, ale wmawianie sobie, ze sluby jakies
                                      gwarancje dają to czysta iluzja.
                                      • maria421 Re: lepsze pytanie to: 10.10.09, 17:20
                                        Kora, napisalam przeciez wyraznie ze slub daje wieksza gwarancje niz
                                        konkubinat.
                                        Nie pisala ze daja absolutna gwarancje.
                                        • kora3 Re: lepsze pytanie to: 10.10.09, 17:36
                                          maria421 napisała:

                                          > Kora, napisalam przeciez wyraznie ze slub daje wieksza
                                          gwarancje niz
                                          > konkubinat.
                                          > Nie pisala ze daja absolutna gwarancje.

                                          Mario, a na czym wg Ciebie polega zwiekszenie tej "gwarancji"?
                                          jedynie na czym moze polegac, to na kasie - jak wykazałam piszac do
                                          Kanna. Chodzi o kase na współmałzonka, a nie na dziecko, bo na
                                          dziecko rodzic jest zobowiazany łozyć bez wgledy na to, czy ma sluby
                                          jakies z drugim, czy nie. Jesli uznał sam, albo sa uznał, w
                                          przypadku ojca oczywiscie:), ze dziecko jest jego, ma taki
                                          obowiazek. Podobnie obowiazek ten moze zostac zdjety z meza, czy
                                          byłego meza matki, gdy zostanie wniesione i uznane zaprzeczenie
                                          ojcostwa w stosunku do dziecka narodzonego w malzenstwie, ale ojcem
                                          nie ejst maż, czy były ma z matki.

                                          Wszystko zatem rozbija się o KASE, bo zadne inne zobowiazania
                                          wynikajace z samego faktu zawarcia małzeńśtwa nie dzialają.
                                          Nawiaem mówiac, z doswiadczenia :) wiem, że nie ma najmniejszych
                                          problemów ustanowic konkubiny wspólwłasciielem nabytej rzeczy,
                                          nieruchomsci, czy dac pełnomocnitwa do kont, zameldować itp. Jesli
                                          wiec chodzi o tego rodzaju zabezpieczenia finansowe, to mozna o nie
                                          zadbac, ani to kosztowne, ani czasochłonne.
                                          Tobie chyba nie podesłałam linku do owego forum, na którym pisza
                                          zrozpaczeni ludzie chcacy ratowac swoje, na ogół sakramentalne
                                          małzeństwa. poczytałabys sobie, jak maz potrafi odejsc bez slowa,
                                          nagle, zbiera manaty i znika. jasne, mozesz dochodzic swych spaw w
                                          sądzie, pewnie, tyle,ze to potrwa, a gosc jest nieskłony do
                                          negocjacji. O i tyle warte przyrzeczenia, i zobowiazania, kiedy masz
                                          do czynienia ze swinią ludzką. A jeśli masz do czynieia z
                                          człowiekiem, to też moze odejsc, ale wówczas zatroszczy się o byt
                                          swego zdiecka i osoby, z którą spedził mniejszy zcy wiekszy kawałek
                                          życia, bez wzglledu na slubowania. tak to w praktyce wyglada Mario.

                                          Żadnych gwaranci na to, ze zwiazek bedzie dobry, uany i trwały nikt
                                          ci nie da, sam wiesz. A nawiasem mówiąc, jak załosne musi być
                                          trwanie w czyms co niby ma przupominac zwiazek, z kims kto nie mzoe
                                          odejsc, jest obok z przymusu. Kto kocha inna osobe i szanuje siebie
                                          ZAWSZE pozwoli jej odejsc, tylko egoista i pozbnawiony godnosci
                                          bedzie walczył o "zwizek", którego juz nie ma.
                                          • maria421 Re: lepsze pytanie to: 10.10.09, 17:47
                                            Kora, jezeli para chce zalozyc staly zwiazek, to bierze slub. Jezeli nie bierze
                                            slubu, to znaczy ze nie ma intencji byc ze soba na zawsze.
                                            Dlatego malzenstwo wieksza gwarancje stalego zwiazku niz konkubinat.
                                            • a000000 Re: lepsze pytanie to: 10.10.09, 17:56
                                              o ile się orientuję, to nie KAŻDY samotny może adoptować dziecko...
                                              Dziecko zawsze będzie przyznane parze małżeńskiej.... osobie samotnej jedynie w
                                              przypadkach szczególnych...

                                              Konkubinaty to związki z założenia dwóch wolnych singli - a więc nie spełniają
                                              warunku trwałości związku... przynajmniej w założeniu.
                                              Słusznie takim się nie daje dzieci.... To tak, jakby para starająca się o rozwód
                                              nagle dostała dziecko do adopcji... Wiadomo, że zakładają rozstanie - więc
                                              dziecko będzie narażone na rozdarcie...
                                              • kora3 Re: lepsze pytanie to: 10.10.09, 18:27
                                                a000000 napisała:

                                                > o ile się orientuję, to nie KAŻDY samotny może adoptować dziecko...
                                                > Dziecko zawsze będzie przyznane parze małżeńskiej.... osobie
                                                samotnej jedynie w
                                                > przypadkach szczególnych...

                                                nie Azero dziecjo nie zawsze bedzie przyznane parze małzeńskiej -
                                                serio.

                                                >
                                                > Konkubinaty to związki z założenia dwóch wolnych singli - a więc
                                                nie spełniają
                                                > warunku trwałości związku... przynajmniej w założeniu.

                                                Wiesz .. jak la mnie para konkubinacka z 10-letnim stazem z
                                                zalozenia wyglada mi na trwalszy zwiazek niz małzeństwo od roku.
                                                Tobie nie?:)


                                                > Słusznie takim się nie daje dzieci.... To tak, jakby para
                                                starająca się o rozwó
                                                > d
                                                > nagle dostała dziecko do adopcji...

                                                No nie bardzo :) nieadekwatny przyklad, ale parze która adoptowała
                                                dziecko,a stara się o rozwód się go nie odbiera :)


                                                Wiadomo, że zakładają rozstanie - więc
                                                > dziecko będzie narażone na rozdarcie...
                                                >
                                                Azerko, blednie uwazasz dwie zreczy:
                                                1. że konkubinat nie zamienia sie w malzenstwo, bo ludzie zakladaja
                                                rychle rozstanie
                                                2. Ze małzeństwo z załozenia niemoze zakladac rozstania
                                                oba te przekonania sa z gruntu fałszywe, nie przekonam Cie, ale wiem
                                                cos o tym, bo mam w obu takich zwiazkach doswiadczenie
                                                • a000000 Re: lepsze pytanie to: 10.10.09, 18:45
                                                  kora3 napisała:


                                                  > Wiesz .. jak la mnie para konkubinacka z 10-letnim stazem z
                                                  > zalozenia wyglada mi na trwalszy zwiazek niz małzeństwo od roku.
                                                  > Tobie nie?:)

                                                  NIE!!! a to dlatego, że para w konkubinacie sobie powiedziała - no to mieszkamy
                                                  razem...a jak nam sie odwidzi, to ...pa pa... zero zobowiązań...

                                                  a para małżeńska PRZYSIĘGŁA wierność aż do śmierci w obecności matek, ojców,
                                                  rodzin...

                                                  no... chyba, że młode pokolenie nie wie, co to znaczy przysięga.
                                                  Bo co znaczy honor i ojczyzna - to młodzi nie mają pojęcia...
                                                  • kora3 Re: lepsze pytanie to: 10.10.09, 18:54
                                                    a000000 napisała:

                                                    > kora3 napisała:
                                                    >
                                                    >
                                                    > NIE!!! a to dlatego, że para w konkubinacie sobie powiedziała - no
                                                    to mieszkamy
                                                    > razem...a jak nam sie odwidzi, to ...pa pa... zero zobowiązań...

                                                    a skad wiesz, ze owa para nie ma wpólnych zobowiazań wzajemnych np.
                                                    materialnych:)? przy takim stażu to wiecej niż pewne.
                                                    a jeśli małzeństwo ma intercyze skutkująca rozdzielnoscia od
                                                    pczątku - cora popularniejsza zresza?

                                                    przecież sprawa jest jasna Azerko, wykazałam to : chodzi tylko o
                                                    zobowiazania mATERIALNE w swietle prawa, a te mozna sobie wzajmenie
                                                    zafundowac :) bez slubu.

                                                    >
                                                    > a para małżeńska PRZYSIĘGŁA wierność aż do śmierci w obecności
                                                    matek, ojców,
                                                    > rodzin...

                                                    no i co z tego? zobacz ile takich par przysiegalo i nie sa z sobą ?

                                                    >
                                                    > no... chyba, że młode pokolenie nie wie, co to znaczy przysięga
                                                    .
                                                    > Bo co znaczy honor i ojczyzna - to młodzi nie mają pojęcia...
                                                    >
                                                    Nie wiesz tego, czy wiedza czy nie. A co znaczyła przysiega 100 lat
                                                    temu? To o wiernosci to czysta fikcja była :) uczciwosc malzeńska ?
                                                    hihi co tam babina miala do gadki :) Bez meza była nikm wiec jesli
                                                    ja nawet tłukl i jawnie zddzał musiala stulic buzie i modlic
                                                    sie,zeby do smierci oznaczało do jego smierci - ot praktyka.
                                                • kora3 powiem Ci Azerko cos jeszcze 10.10.09, 18:47
                                                  bo uwazam Cie za zyciowa kobitke z olejem w głowie.

                                                  Wiekszosc ludzi, stajacych na slubnym kobiercu, czy to w kosciele,
                                                  czy w usc, o ile nie jest zmuszona do slubu taka czy inna sytuacja
                                                  zyciowa, albo nie czyni tego wbrew swoim uczuciom, to nawet jesli to
                                                  tzw. malzenstwo z rozsadku, ma dobre intencje i nie zaklada z góry,
                                                  ze chce się z tym z kim teraz ślub bierze rozstać. Ale tylko bardzo
                                                  nierozsadna osoba nie zdaje sobie sprawy, ze jakosc własnie
                                                  zawieranego zwiazku, jego trwałosc takze, zależa nie od słow
                                                  urzednika, słow ksiedza, słow wypowiedzianych przez przyszłych
                                                  małzonkow, ale od ich dzialań w przyszłosci.
                                                  Po slubie bowiem nie dzieje się nic magicznego jak za dotknieciem
                                                  różdzki, nie znikaja wady, nie mamy wgladu w serce i umysl drugiej
                                                  osoby. Tak, wiem, wiem "staja sie jednym" - ale to tylko pobozne
                                                  zyczenie, bo jak sie dokola rozejrzysz to zobaczysz ile takich, co
                                                  sie "stało jednym" par juz po rozwozie, albo w trakcie.

                                                  Kazdty rozsądny zclowiek ma swiadomosc, ze pewne rzeczy zależą w
                                                  zyciu od niego, a pewne nie. Chocby nie wiem jak ktos kocal
                                                  współmałzonka, nie moze go zmusic, by on kchal go tak samo.Moze się
                                                  tylko starać, by istniejąca miłosc nie wygasław nim i w malzonku,
                                                  ale o tak to czy wygasnie zalezy od niego tylko w czesci, mniejszej
                                                  albo wiekszej, ale w czesci.
                                                  Nie mysli sie o tym w dniu slubu:) ale ma sie przeciez wiedze, tak
                                                  ogólnie,ze sa rozwody, rozstania. Mozna szczerze wierzyc,ze nas to
                                                  nie spotka, ale nic wuecej ...

                                                  ja od dziecka wiedzialam, ze nie ma szans bym była z czlowiekiem,
                                                  który nie bije, poniza, usiłuje zdominowac, jest leniwy i
                                                  nieciekawy. Wychodząc za mąz za mjego eksa nie sadzilam, ze on okaze
                                                  się osoba taka własnie (moze poza biciem), nie myslalam wiec o
                                                  ROZSTANIU Z NIM, ale naal przeciez był we mnie sprzeciw przeciw
                                                  byciu z taka oosbą, jak opisalam. Nie przewidzialam, ze on się
                                                  takowa okaze, ale okazał się, wiec moje załozenie, ze nie bede z
                                                  takim człowiekiem, logiczne zresztą i podjete znacznie przed tym,
                                                  kiedy go poznalam zadzialało.
                                                  I u kazdej normalnej osoby, która nie jest uzaleniona niewolniczo
                                                  emcjonalie od partnera (nie myslic z miłoscia) jej załozenie
                                                  zadziala. Takze wówczas, gdy zachowanie współmałzonka nie bedzie aż
                                                  tak drastyczne. Jedni to "załawtią" chlodem emocjonalnym,
                                                  odsunieciem sie od niechcianego malzonka, romasem, wlasnym siatem
                                                  obik, a inni - odwazniejsi i uczciwsi - rozstaniem.
                                            • kora3 Re: lepsze pytanie to: 10.10.09, 18:23
                                              maria421 napisała:

                                              > Kora, jezeli para chce zalozyc staly zwiazek, to bierze slub.
                                              Jezeli nie bierze
                                              > slubu, to znaczy ze nie ma intencji byc ze soba na zawsze.


                                              Ty o tym decydujesz, jakie kto ma intencje?
                                              jesli para chce byuc z soba na zawsze to popełnia podwójne
                                              samobójstwo z zastrzezeniem w liscie, ze chce byc pochowana w grobie
                                              bezterminowym atomowym wspólnie - teraz moze juz tylko liczyc na
                                              wykonanie tej ostatniej woli przez swoich bliskich, ale pewna byc
                                              nie moze.

                                              > Dlatego malzenstwo wieksza gwarancje stalego zwiazku niz
                                              konkubinat.

                                              śmeszne :) wybacz
                                              • maria421 Re: lepsze pytanie to: 10.10.09, 18:37
                                                Wybacz, Kora, ale smieszne jest to, ze Ty nie rozumiesz ze zwiazek malzenski
                                                daje wieksza gwarancje stalosci niz konkubinat.
                                                • kora3 Re: lepsze pytanie to: 10.10.09, 18:48
                                                  maria421 napisała:

                                                  > Wybacz, Kora, ale smieszne jest to, ze Ty nie rozumiesz ze zwiazek
                                                  malzenski
                                                  > daje wieksza gwarancje stalosci niz konkubinat.

                                                  moje zycie jest zywym zaprzeczeniem tej tezy :)
                                                  • maria421 Re: lepsze pytanie to: 10.10.09, 18:52
                                                    kora3 napisała:


                                                    > moje zycie jest zywym zaprzeczeniem tej tezy :)

                                                    Czyzby??

                                                  • kora3 Re: lepsze pytanie to: 10.10.09, 18:58
                                                    maria421 napisała:

                                                    > kora3 napisała:
                                                    >
                                                    >
                                                    > > moje zycie jest zywym zaprzeczeniem tej tezy :)
                                                    >
                                                    > Czyzby??

                                                    owszem :)
                                                    >
                                                  • maria421 Re: lepsze pytanie to: 10.10.09, 19:11
                                                    kora3 napisała:

                                                    > maria421 napisała:
                                                    >
                                                    > > kora3 napisała:
                                                    > >
                                                    > >
                                                    > > > moje zycie jest zywym zaprzeczeniem tej tezy :)
                                                    > >
                                                    > > Czyzby??
                                                    >
                                                    > owszem :)
                                                    > >

                                                    Jezeli mnie pamiec nie myli, to w ciagu 5 i pol roku (czyli od kiedy ja pisze na
                                                    forum) Ty jestes juz w drugim konkubinacie. To ma byc dowod na stalosc?
                                                  • kora3 Re: lepsze pytanie to: 10.10.09, 19:19
                                                    maria421 napisała:
                                                    > >
                                                    > > owszem :)
                                                    > > >
                                                    >
                                                    > Jezeli mnie pamiec nie myli, to w ciagu 5 i pol roku (czyli od
                                                    kiedy ja pisze n
                                                    > a
                                                    > forum) Ty jestes juz w drugim konkubinacie. To ma byc dowod na
                                                    stalosc?

                                                    nie to ma byc dowod na to, ze ja się nie staram jak zauwazylas
                                                    kiedys słusznie "utrzymywac mezczyzny przy sobie" - i ani nie
                                                    staralm sie utrzymywac eksmeza, ani mojego eksparnera. Bez wzgledu
                                                    an to co maz mi przysiegał, a partner mówił - nie idpowiada mi
                                                    zycie na siłe z kims. Musze jednak przyznac, ze mój tzw. zwiazek
                                                    małzeński nie da sie porównać z niczym. Z ekspartnerem bylam
                                                    szczesliwa, popełnił blad dla mnie niewybaczalny. Gdybym chciala
                                                    uzywając Twego okreslenia "urzymać" tamten związek - moglabym, ale
                                                    jak wspomniałam mnie takie cos nie interesuje. Wołałam sobie pobyc
                                                    sama, niz udawac,ze wszystko jest ok i zapomniałam. Po prostu tak
                                                    nie umiem, Wiem, nie rozumiesz.
                                                    Jak jednak widzisz - nieutrzymanie chłopa, to nie jest koniec
                                                    swiata :)
                                                  • maria421 Re: lepsze pytanie to: 10.10.09, 19:22
                                                    OK, KOra, wiec Twoje zycie jednak nie jest dowodem na stalosc konkubinatow.
                                                  • kora3 Och Mario :) 10.10.09, 19:42
                                                    maria421 napisała:

                                                    > OK, KOra, wiec Twoje zycie jednak nie jest dowodem na stalosc
                                                    konkubinatow.

                                                    Bardzo prosti wszystko pojmujesz, nie dostrzegasz niuansów:)

                                                    Jest takze przykladem na niestalosc zwiazków malzeńskich Mario :)

                                                    Rzecz w tym, ze ja w zwiazku mam pewne wymagania, sam faky, ze ktos
                                                    chce byc ze mna, ba nawet chce się zenic:) mi nie wystarcza. Musi
                                                    spełniac warunki. Moge isc na kompromis, ale sa granice i jesli ktos
                                                    je przekroczy, zadne przysiegi, deklaracje, a nawet uczucie z mojej
                                                    strony nie mogą nic zdzialać.
                                                    Mój ekspartner bardzo chcial brac slub, fakt. Pisałam o tym azerce -
                                                    nie zdradzam zadnej tajemnicy, bo to nie spowiedx była :) Azerka z
                                                    zyczliwosci doradzala mi wyjsc za niego, skoro go kocham i jest nam
                                                    dobrze. Gdybym posłuchała jej rady, moje zycie byłoby przykladem
                                                    podwójnym na niestałosc zwiazków małzeńskich, bo gdybym miała en
                                                    slub postąpilabymdokladnie tak samo. Cóż by to zmieniło? Sadzisz,
                                                    ze jakis papier zmieniłby fakt, iz gosc popełnił cos jak dla mnie
                                                    niewybaczlnego? Że cokolwiek moglo to zmienić? Nie.

                                                    takie cos dla mnie nie podlega zadnym uz "szansom", próbom
                                                    wybaczania otp. To, czy taki człeik byłby moim mezem, dowolnie
                                                    poslubionym nie zwiekszałoby na joe jego szans u mnie. A postapiłby
                                                    tak niezaleznie od tego, czy byłby mezem, czy nie, bo tak to juz
                                                    jest. :)
                                                  • maria421 Re: Och Mario :) 10.10.09, 22:18
                                                    Kora, niepotrzebnie sie tlumaczysz.
                                                    Napisalas wczesniej ze jestes dowodem na to, ze zwiazki konkubinackie sa trwale,
                                                    a okazuje sie ze jednak nie jestes tego dowodem.
                                                    Szczegoly mnie nie interesuja.
                                                  • kora3 Re: Och Mario :) 10.10.09, 22:42
                                                    maria421 napisała:

                                                    > Kora, niepotrzebnie sie tlumaczysz.

                                                    nie tlumacze sie, bo nie mam z czego ani komu :)

                                                    > Napisalas wczesniej ze jestes dowodem na to, ze zwiazki
                                                    konkubinackie sa trwale

                                                    chyba jednak na co innego - sprawdx sobie w postach :)
                                                    > ,
                                                    > a okazuje sie ze jednak nie jestes tego dowodem.
                                                    > Szczegoly mnie nie interesuja.

                                                    Co Ty tam wiesz o takich sprawach :)
                                                  • kora3 a oto dokladna kopia naszej konwersacji Marysiu :) 10.10.09, 22:46
                                                    maria421 napisała:

                                                    > Wybacz, Kora, ale smieszne jest to, ze Ty nie rozumiesz ze zwiazek
                                                    malzenski
                                                    > daje wieksza gwarancje stalosci niz konkubinat.

                                                    kora napisala

                                                    moje zycie jest zywym zaprzeczeniem tej tezy

                                                    gdziez ja tu pisze, ze moje życie jest dowodem na to, ze konkubinaty
                                                    sa trwalesze od zw. małzenskich?
                                                    Moze wskazesz, bo :)

                                                    Moje zycie jest zywym przykladem na to, ze nie ma tu żadnej reguły
                                                    typu : trwalesze, mniej trwałe.
                                                    Jest zywymn dowodem na to, ze niezalenie od slubów czy ich braku,
                                                    jeśli człowiek nie chce z kims byc - nie bedzie.

                                                    Tak wiec widzisz sama, ze interpretujesz nie tak, jak pisze, a tak
                                                    jakbys chciala, zebym pisała :) czyli - noc nowego :)
                                                  • maria421 Re: a oto dokladna kopia naszej konwersacji Marys 11.10.09, 18:10
                                                    Kora, nie kombinuj. Jezeli piszesz ze Twoje zycie jest zywym zaprzeczeniem tezy
                                                    ze zwiazek malzenski daje wieksza gwarancje stalosci niz konkubinat, to znaczy
                                                    ze uznajesz ze Twoje zycie jest dowodem na to ze moja teza jest falszywa. Czyli
                                                    ze uznajesz ze Twoje zycie jest dowodem na to ze konkubinaty sa nie mniej trwale
                                                    niz malzenstwa.
                                                    Ja uznaje ze dwa konkubinaty w ciagu 5 lat nie sa ani zaprzeczeniem mojej tezy,
                                                    ani dowodem ze moja teza jest falszywa.
                                                  • karafka_do_wina Re: a oto dokladna kopia naszej konwersacji Marys 11.10.09, 18:49
                                                    ale kombinujesz mario ;)))
                                                    zapomnialas jeszcze o malzenstwie Kory, ale jak sie zastanowisz to dojdziesz do
                                                    tego co autorka miala na mysli ;)))
                                                  • kora3 Niezrozumienie wynika z innego pojmowania żwiązku 12.10.09, 09:16
                                                    tak myslę. A także, całym szacunkiem dla osób przekonanych o sile
                                                    samej deklaracji, z pewnej infantylnej, rzekłabym naiwnej wrecz
                                                    postawy wobec samego faktu zdeklarowania.
                                                    Iczywiscie - ak powino byc, ze jesli ktos co deklaruje - publicznie,
                                                    czy w 4 oczy, powinien tego dotrzymać. Ale bywa tak, ze nie
                                                    dotrzymuje i udawanie, ze tak nie jest raczej nie wyglada rozsadnie.

                                                    Kazdy zwiazek moze się rozpaść - chyba nikt co do ego tu watpliwosci
                                                    nie ma, nawet te osoby, które deklaruja,ze były czy sa w zwiazkach
                                                    idealnych. :)
                                                    Pomijam kwestię kanoniczną, zapewne dla wielu wazna, ale jak
                                                    pokazuje świat dookoła - bywa tak, ze dla jednych to jest wazne, dla
                                                    innych nie, a bywa też tak, ze jedna z osób w zwiazku traktuje to b.
                                                    powaznie, a inna mniej, w róznych aspektach, ze tak powiem.

                                                    Tak czy owak - czy formalny zwiazek, czy nie - moze ulec rozpadowi.
                                                    Jesli formalny - mozna go formalnie rozwiazać, albo i nie, ale aki
                                                    który się rozpadł jest juz tyjo na papierze, a co to za zwiazek.

                                                    Dramatyzm i poziom rozstania jest zalezny nie od slubu, czy jego
                                                    braku, a od ludzi się rozstających, ich stanu emovji, ale też
                                                    poziomu przyzwoitosci po prostu i kultury. Cóz tu mówic wznisle o
                                                    małzenstwie, jeśli widzis ie małzonków jak przekupnie targujacych
                                                    się w sadzie o ...komplet srebrnych łyzeczek, obrzucających się
                                                    błotem, podstawiających swiadków na siebie wzajemnie, oszukujących
                                                    ws. zarobków? A nir ma co kryć - do takich sytuacji czasem dochodzi.
                                                    Dochodzi, bo to takie osoby, a nie dlatego ze były zwiazane
                                                    formalnie, albo nie. Wszelako kiedy sie na takie rzeczy popatrzy,
                                                    faktycznie, niezaleznie od wczesniejszych przemysleń, młody człowiek
                                                    moze się zniechęcić do brania slubów - zawsze moze dojsc potem do
                                                    takiej sytuacji zenujacej. A dodam, ze czasem przy rozwodzie w cale
                                                    małzonkom nie chodzi o kasę, o przyszłe los sprawy podziału majatku
                                                    dorobkowego, a o zwykłe dokopanie drugiemu, ponizenie, utrudnienie
                                                    zycia itp. Przykre to, ale tak bywa.

                                                    Moim zdaniem nieporozumienie miedzy tymi, którzy nie widzą poza
                                                    finansowa stroną, różnic w zwiazku ze slubem czy bez, a tymi, którzy
                                                    je jakos tam dostrzegają wynika raz z rego co pisałam o deklaracjach
                                                    i ich pojmowaniu, dwa - z braku doświadczenia bez urazy, a trzy -
                                                    być moze w nieco jak dla mnie dziwnym pojmowaniu związku i takich
                                                    jego elementów jak trwałosc i co najwazniejsze - jakośc.

                                                    Normalnie trwałosc zwiazku wynika z jego jakosci, dobrej jakosci.
                                                    Jest ludziom dobrze, rozumieja się, wspieraja - są ze sobą. nie
                                                    chodzi o nieprzymijającą sielanę, ani o rozumienie czyichs mysli,
                                                    nim pomysli :) - ale o normalne zycie z kimś, takie które jest
                                                    lepsze niz bez tego kogoś było. To, w czym, w jaki sposób jest ono
                                                    lepsze, zależy od pojmowania współpartnerów. I tu się zaczynają
                                                    schody, bo jedne osoby mają wieksze wymagania wzgledem zwiazków i
                                                    współpartnera, a inni mniejsze, albo też nie wartosciując wieksze,
                                                    mniejsze, po protu inne.
                                                    Te wymagania przekladają se potem, naturalnie OBOK uczuć, na wubór
                                                    takiego partnera, rki.

                                                    Jesli nie do końca sobie uswiadamamy te wumagania, a one wypływają
                                                    dopiero wówczas, gdy juz jesteśmy z kims mocno zwiazani sytuacja
                                                    staje się nieciekawa. 90 pare procent ludzi usiłuje te sytuację
                                                    zmienić, na ogół bez powodzenia. Bez , bo trudno zmienić w calosci
                                                    innego człowieka :) Pozostaje rozstać się, albo tkwic, udając,ze
                                                    idzie sie na tzw. kompromisy. Tzw. bo kompromis to sytuacja, która w
                                                    miare zadowala obie strony, a nie gra do jednej bramki.

                                                    Powodami, dla których osoby tkwiące w toksycznych związkach, byc
                                                    moze uznawanych przez niektórych za "trwałe" - dotyczy to związków
                                                    zarówno małzeńskich, jak i konkubinackich wbrew temu co uwazaja
                                                    niektórzy i kolejnych "kompromisów" czasem rwająch latami są
                                                    uzaleznienia od partnera/rki, chocby nie wiem jaka ideologię
                                                    religijna czy inna ktos do tego dopisywał.

                                                    Moze to być uzaleznienie materialne i to jest najmniejszy problem,
                                                    to bowiem mozna próbowac zmienić z powodzeniem,, acz nie zawsze
                                                    oczywiscie. W przypadku li tylko takiego uzależnienia partner
                                                    uzalezniony uswiadamiający sobie ten fakt, moze sobie całkiem dobrze
                                                    emocjonalnie radzic prowadzącwłasne życie, niejako obok
                                                    współpartnera. Podobnie jest w przypadku uzaleznienia społecznego,
                                                    obawy przed opinia otoczenia w przypadku rozstania, obawy o los
                                                    dzieci w jego przypadku.
                                                    Niestety, najczesciej z tego co widzę uzaleznienie od współmałzonka,
                                                    czy współpartnera jest emojonalne. Wielu myli to z miłoscią, ale
                                                    choc takie uzaleznienie milosci bynajmniej nie znosi i nie wyklucza
                                                    tym bardziej, nie jest nią, ani jej przejawem nawet.
                                                    Niemal 100 proc. ludzi, którzy nie chcą za żadne skarby przyjac do
                                                    wiadomosci faktów jest uzależniona emocjonalnie. To uzalenznienie
                                                    przypomina uzależnienie od czegokolwiek innego: nie potrafia sobie
                                                    wyobrazic zycia bez tej osoby, mimo, ze ona ich np. krzywdzi i uz
                                                    nie chce. Nie osadzają faktów obecnych w rzeczywistosci żyjac tym,
                                                    co było, prawdopodobnie fajnego i szczesliwego kiedys z ta osoba.
                                                    Jest to skrajnie wyczerpujacy stan fizycznie i psychicznie i
                                                    szalenie dla uzaleznionego niebezpieczny, tym bardziej, ze ...wcale
                                                    nie chce się on uniezależnic, bo zdaje mu się że wówczas wokół niego
                                                    i w nim bedzie pustka.
                                                    Niestety uzaleznienie otoczeniu i samym zainteresowanym ujawnia sie
                                                    na ogół juz w sytuacji kryzysowej. wczesniej uzaleniony nie
                                                    dopuszcza do siebie tej mysli. Stą póxniej mamy takie obrazki, jak
                                                    kogoś czepiającego sie kolan odchodzacego, kogoś błagającego, by maz
                                                    przestał spotykac się z kochanka, ludzi "walczących" o zwiazki w
                                                    postaci sprawdzania kórki, maila itd, jakby nie rozumiały, ze nie
                                                    mozna kogos zatrzymac na siłę, osób wybaczających kolejne zdady,
                                                    bicie, ponizanie. Stąd potem są w sadach scenki z udziałem ludzi
                                                    upoerczywie nie zgadzających sie na rozwody, które i tak są
                                                    orzekane, jesli nie ma przesłanek do nieorzeczenia.
                                                    W taki spowób mozna ealizować "trwałosc" - pytanie, czy to ma
                                                    jakikolwiek sens.

                                                    Sądze też, ze osoby, które nigdy nie znalazły sie zyciowo w sytuacji
                                                    rozpadu powaznego zwiazku, z całym la nich szacunkiem, nie maja
                                                    zielonego pojecia jak taka sytuacja wyglada z pozycji
                                                    zainteresowanego/zainteresowanej. Moga sobie zakladac, ze
                                                    zachowałyby sie tak, albo owak, ale to tylko przypuszczenia, czysta
                                                    teoria. Predzej rozumiem deklaracje w stylu niezwiazania się juz
                                                    nigdy z kims innym, ale te tez raktuja z pewnym dystansem, bo życie
                                                    pokazuje, ze od wielu czynników, np. wieku, spełnienia się jako
                                                    rodzic itp. zalezy niekiedy radykalna zmiana w stosunku do
                                                    deklarowanych działań :)

                                                    W zwiazku z powyższym , nadal z nieustającym szacunkiem dla
                                                    oponentów, trudno gadać o takich rzeczach z kims, kto jak deklaruje
                                                    sam jest ideałem i ma idealny zwiazek, albo miał :) Jesli tak się i
                                                    swoje zycie postrzega - fajnie. Chciałoby się powiedzieć -
                                                    pozazdroscic, ale nie powiem: pozazdroscic mozna komus kto ma jakies
                                                    porównanie i umie docenic jakośc.
                                                  • maria421 Re: a oto dokladna kopia naszej konwersacji Marys 12.10.09, 09:42
                                                    Co kombinuje? Dwa konkubinaty przez 5 lat maja zaprzeczac tezie o tym ze
                                                    malzenstwa sa trwalsze?
                                                  • kora3 Re: a oto dokladna kopia naszej konwersacji Marys 12.10.09, 09:59
                                                    maria421 napisała:

                                                    > Co kombinuje? Dwa konkubinaty przez 5 lat maja zaprzeczac tezie o
                                                    tym ze
                                                    > malzenstwa sa trwalsze?

                                                    Mario kombinujesz, bo jak słusznie zauwazyła Karafka nie bierzesz w
                                                    dowodzie :) pod uwage mojego małzeństwa.

                                                    Nie mozemy też brac pod uwagę obu konkubinatów, bo jeden trwa :)
                                                    Zatem mamy dowód w postaci dwóch NIETRWAŁYCH zwiazków : małzeństwa
                                                    i konkubinatu. ona okazły się nietrwałe, wiec moje zycie nie
                                                    potrwiedza tezy jakoby małzeństwa były bardziej rwałe niż
                                                    konkubinaty. Moje tym bardziej nie potwierdza dlatego, ze gdyby
                                                    drugi konkubinat był małzeństwem do czego dązenia były :) to
                                                    okazałby sie małzeństwem nietrwalym, bo dla mnie sluby nie maja
                                                    znaczenia, gdy zwiazek jest zły, albo ktos zrobi cos czego nie
                                                    ejstem w stanie akceprowac.
                                                    Cos z tymi latami eż nie zarardzo liczysz, no ale ty wiesz lepiej :)
                                                    niż ja naturalnie:)
                                                  • maria421 Re: a oto dokladna kopia naszej konwersacji Marys 12.10.09, 10:11
                                                    Ja wiem tylko to, o czym Ty sama tu informujesz. A w ciagu 5 lat poinformowalas
                                                    o dwoch konkubinatach.
                                                  • kora3 Re: a oto dokladna kopia naszej konwersacji Marys 12.10.09, 12:01
                                                    maria421 napisała:

                                                    > Ja wiem tylko to, o czym Ty sama tu informujesz. A w ciagu 5 lat
                                                    poinformowalas
                                                    > o dwoch konkubinatach.

                                                    no już nie przezywaj tego tak :) rozumiem, żeś w szoku, ale ...
                                                    o tzw. małzeństwie też informowałam, wiec nie przekłamuj faktów :)
                                                  • maria421 Re: a oto dokladna kopia naszej konwersacji Marys 12.10.09, 12:19
                                                    Ja w szoku? Zyj sobie jak chcesz, ale nie mow ze Twoje zycie jest zaprzeczeniem
                                                    tezy o tym ze malzenstwa sa trwalsze niz konkubinaty.
                                                  • a000000 Re: a oto dokladna kopia naszej konwersacji Marys 12.10.09, 10:36
                                                    kora3 napisała:

                                                    >
                                                    > Mario kombinujesz, bo jak słusznie zauwazyła Karafka nie bierzesz w
                                                    > dowodzie :) pod uwage mojego małzeństwa.

                                                    ja też Twojego małżeństwa pod uwagę nie biorę, gdyż z Twojego opisu ( a w tym
                                                    względzie daję Ci wiarę) wynika, że były małżonek jest psychiczny... uczciwie
                                                    podchodząc do sprawy - nie nadaje się do tworzenia małżeńskiej wspólnoty. Z
                                                    kimkolwiek....

                                                    Natomiast co do wybaczania różnych grzeszków (nawet tych urażających godność
                                                    współmałżonka) - jeśli żona KOCHA męża - wybaczy (i vice versa)... wiem, jak to
                                                    brzmi... ale taka jest prawda.
                                                    Jeśli nie wybacza - DLA MNIE jest to dowód na to, że miłość WŁASNA była silniejsza.
                                                    Aby uprzedzić atak - nie wiem, jakbym się sama zachowała w takiej sytuacji...
                                                    wcale nie twierdzę, że wybaczenie jest mądre - bo gdy jeden grzeszek się upiecze
                                                    to będą następne....ale ponoć miłość Ci wszystko wybaczy.... i jest w tym dużo
                                                    prawdy...

                                                    4 Miłość cierpliwa jest,
                                                    łaskawa jest.
                                                    Miłość nie zazdrości,
                                                    nie szuka poklasku,
                                                    nie unosi się pychą;
                                                    5 nie dopuszcza się bezwstydu,
                                                    nie szuka swego,
                                                    nie unosi się gniewem,
                                                    nie pamięta złego;
                                                  • kora3 Azerko miła 12.10.09, 12:22
                                                    a000000 napisała:
                                                    >
                                                    > ja też Twojego małżeństwa pod uwagę nie biorę, gdyż z Twojego
                                                    opisu ( a w tym
                                                    > względzie daję Ci wiarę) wynika, że były małżonek jest
                                                    psychiczny... uczciwie
                                                    > podchodząc do sprawy - nie nadaje się do tworzenia małżeńskiej
                                                    wspólnoty. Z
                                                    > kimkolwiek....

                                                    nie mozesz nie brać pod uwagę - już spiesze powiedzieć dlaczego.
                                                    Otóż było to sformalizwane pod wzgledem każdym małżeńśtwo. biorąc
                                                    ślub nie miałam swiadomosci, że wychodze za osobę chorą psychicznie,
                                                    nie zakładałam też rozstania z eksem.
                                                    Nie mzoesz nie brać pod uwagę tego małześńtwa, bo takie małzeństwo
                                                    mi sie zdarzyło :) - a wiec jak kazde inne: małzeństwo z
                                                    alkoholikiem, nakomanem, erotomanem, chorobliwym skapcem,
                                                    maminsynkiem - to sa wszystko osoby z grubsza zrezcz biorąc nie do
                                                    zycia.

                                                    >
                                                    > Natomiast co do wybaczania różnych grzeszków (nawet tych
                                                    urażających godność
                                                    > współmałżonka) - jeśli żona KOCHA męża - wybaczy (i vice versa)...
                                                    wiem, jak to
                                                    > brzmi... ale taka jest prawda.

                                                    Ależ Azerko - nikt nie mówi o braku wybaczenia i urazie do końca
                                                    życia. Ja mojemu ekspartnerowi już dawno wybaczyłam ow "grzeszek" -
                                                    serio. biorąc pod uwagę nasza znajomosc sprzed czasów gdy bylismy
                                                    para, w tamtym czasie, a także co wazne po rozstaniu moge
                                                    powiedzieć, że jest to człowiek którego darze nie tylko duża
                                                    sympatia, ale i zaufaniem, na która zawsze niezaleznie od sytuacji
                                                    miedzy nami mogłam i moge nadal liczyć.
                                                    natomiast nie wyobrazam sobie życia z jakąkolwiek osobą, która
                                                    dopusciła się zdrady bedąc ze mną w zwiazku i to jest niewzruszona
                                                    moja postawa, sprawdziłam:)
                                                    miłosc nie polega wg mnie na zatracaniu siebie, ani na wyrzekaniu
                                                    się swoich ideałów i godnosci.
                                                    Nie wiem na ile masz doświadczenie w takich sprawach, mam
                                                    nadzieję,ze wcale, ale jes.i wcale to nie bądź taka pewna, ze nadal
                                                    żyłabyś z taka osobą, a jeśli masz - to po prostu się róznimy:)

                                                    > Jeśli nie wybacza - DLA MNIE jest to dowód na to, że miłość WŁASNA
                                                    była silniej
                                                    > sza.

                                                    Kochaj bliźniego swego, jak siebie samego - nie ma mowy o tym, ze
                                                    bardziej :)
                                                    Aczkolwiek ja z doświadczenia wiem, że mozna kochać bardzo i bardzo
                                                    załować, ze juz sie niepotrafi z kims być - ale sie nie potrafi. :)
                                                    to znaczy, ja nie potrafię, inni - jak sobie chcą i mogą :)


                                                    > Aby uprzedzić atak - nie wiem, jakbym się sama zachowała w takiej
                                                    sytuacji...
                                                    > wcale nie twierdzę, że wybaczenie jest mądre - bo gdy jeden
                                                    grzeszek się upiecz
                                                    > e
                                                    > to będą następne....ale ponoć miłość Ci wszystko wybaczy.... i
                                                    jest w tym dużo
                                                    > prawdy...

                                                    Azerko - jak wyżej - mozna wybaczyć, nie chować urazy, jak ja i mój
                                                    eksfacet teraz, mieć sympatię, zaufanie w sparwach życiowych
                                                    (zawodowych, w interesach, kasie itp), ale wybaczenie nie musi
                                                    przekładać sie na wspólne życie wbrew sobie.

                                                    >
                                                    > 4 Miłość cierpliwa jest,
                                                    > łaskawa jest.
                                                    > Miłość nie zazdrości,
                                                    > nie szuka poklasku,
                                                    > nie unosi się pychą;
                                                    > 5 nie dopuszcza się bezwstydu,
                                                    > nie szuka swego,
                                                    > nie unosi się gniewem,
                                                    > nie pamięta złego;
                                                    >
                                                    Taaaaa - taka miłosc idealna Azerko. JAkbys miała meza, który na
                                                    dzień dobry dawałby ci po buzi, wymuszał seks, miał kochanki,
                                                    trwaonił wszystko, nie chciało mu się pracować i takie tam
                                                    podobne "grzeszki" - już widzę zastosowanie listu sw. Pawła u
                                                    ciebie - gosc by dostał kopa, ze zatrzymałby sie w okolicy Oriona
                                                    najbliżej ;D
                                                  • a000000 Re: Azerko miła 12.10.09, 12:37
                                                    kora3 napisała:

                                                    >gosc by dostał kopa, ze zatrzymałby sie w okolicy Oriona
                                                    > najbliżej

                                                    albo i dalej...

                                                    do mnie TEŻ przemawia zasada: miłuj bliźniego JAK SIEBIE samego... nie bardziej...
                                                    "Bardziej" to już narusza pierwsze przykazanie - gdzie bardziej niż siebie można
                                                    kochać TYLKO BOGA.

                                                    Korciu - co innego nasze życie, nasze wybory i decyzje... a co innego
                                                    ponadczasowa prawda obiektywna...
                                                    Mamy wolną wolę i MOŻEMY wybierać nawet grzesznie... co nie znaczy, że to co
                                                    wybraliśmy jest godne pochwały...
                                                  • kora3 Re: Azerko miła 12.10.09, 20:04
                                                    a000000 napisała:

                                                    > kora3 napisała:
                                                    >
                                                    > >gosc by dostał kopa, ze zatrzymałby sie w okolicy Oriona
                                                    > > najbliżej
                                                    >
                                                    > albo i dalej...

                                                    no tak też myslalam - i nie patrzyłabys pewnie w kategoriach "zona
                                                    która kocha - wybaczy wszystko" - moze i wybaczysz wszystko na
                                                    zasadzie takiej, ze nie życzysz źle, że nie czynisz kmus xle - ale
                                                    jak znam Ciebie nie dałabys sie bic, ponizac, ani byc zdradzaną.
                                                    >
                                                    > do mnie TEŻ przemawia zasada: miłuj bliźniego JAK SIEBIE samego...
                                                    nie bardziej
                                                    > ...
                                                    > "Bardziej" to już narusza pierwsze przykazanie - gdzie bardziej
                                                    niż siebie możn
                                                    > a
                                                    > kochać TYLKO BOGA.

                                                    Owo bardziej Azerciu oznacza stan emocjonalnego uzaleznieia, o
                                                    którym pisałam w poście do Karafki. T nie jest zadna
                                                    miłosc "bardziej" tylko uzaleznienie od innej osoby, podobnie jak od
                                                    alkoholu, narkotyklu, czy nikotyny, jedzenia, hazardu itp. - wiesz,
                                                    ze ci to szkodzi, ale boisz sieprzestac, bo zdaje Ci sie,ze to
                                                    niezbedne do zycia.

                                                    >
                                                    > Korciu - co innego nasze życie, nasze wybory i decyzje... a co
                                                    innego
                                                    > ponadczasowa prawda obiektywna...
                                                    > Mamy wolną wolę i MOŻEMY wybierać nawet grzesznie... co nie
                                                    znaczy, że to co
                                                    > wybraliśmy jest godne pochwały...


                                                    alez oczywiscie - mozna wybierac takze źle azerko, tylko nie należy
                                                    innym wmawiac,ze tak jest dla tych innych dobrze. ja nikogo nie
                                                    namawiałybym ani do rozwodu, ani do konkubinatu, ani do
                                                    wybaczania "grzeszków" - zapytana pzez kogos moge wyrazic swe
                                                    zdanie, a ktos zrobi jak bedzi uwazał :)
                                                    >
                                                    >
                                                  • a000000 Re: Azerko miła 12.10.09, 20:23
                                                    kora3 napisała:

                                                    > no tak też myslalam -

                                                    Korciu, doprawdy, nie jestem kandydatką na ołtarze...

                                                    Wiem jak być powinno według kościoła... ale znać ideał a żyć wedle ideału - to
                                                    dwa odrębne zagadnienia.... do ideału mamy dążyć...na tyle, na ile potrafimy....
                                                    a jeśli nie wychodzi - w depresję wpadać nie należy. Trzeba się podnieść i dążyć
                                                    dalej... Intencje też się liczą..
                                                    Życie jest ciężkie - nie zawsze można sprostać wymaganiom... np gdy mąż pijus,
                                                    awanturnik, nie daj Boże - łapy obleśne do dzieci wyciąga... wówczas, moim
                                                    zdaniem, przysięga małżeńska powinna być ponownie rozpatrzona...
                                                  • kora3 Re: Azerko miła 12.10.09, 20:50
                                                    a000000 napisała:

                                                    > kora3 napisała:
                                                    >
                                                    > > no tak też myslalam -
                                                    >
                                                    > Korciu, doprawdy, nie jestem kandydatką na ołtarze...

                                                    Azerciu, jeśli ktos daje soba pomiatac w imie uzalesnienia
                                                    emocjonalnego to nie jest kandydatem na ołtarze tylko kretynem i
                                                    kims pozbawionym isntymktu samozachowawczego, a o to nigdy bym
                                                    Ciebie nie podejrzewała.
                                                    Naprawde zdaje ci się,ze uzaleznienie emocjonalne to ... droga na
                                                    ołtarze? To nałóg, jak kazdy inny - coś złego Azerko, do terapii, a
                                                    nie kanonizacji :)

                                                    >
                                                    > Wiem jak być powinno według kościoła...

                                                    Azerko, albo ja się nie znam, albo o dwóch roznych Kosciołach
                                                    mówimy. Nie wiem, jak w tym o jakim Ty myslisz, ale w KRK jest
                                                    oczywiscie załozenie, ze oboje małoznkowie maja dochowywac sobie
                                                    przysiegi, kochac się,szanować wspierac - to co w normalnym zwiazku
                                                    kazdym. Ale ten sam KRK bierze pod uwage sytuacje nie tylko
                                                    mozliwosci niezdolnosci emocjonalnej do takiej postawy w zwiazku, co
                                                    skutkuje niewaznoscia, ale i inna - gdy małzeńtwo jest wazne, ale
                                                    NIE DA sie zyc ze współmałzonkiem, teraz, albo juz nigdy. Po to jest
                                                    instytucja separacji w kosciele i dlatego, ze kosciół ten bierze pod
                                                    uwage, iz moze byc róznie. Kosciół wrecz zaleca separacje od
                                                    współmałzonka, który stanwi zagrozeniedla duchowosci, albo
                                                    cielesnosci drugiego. Zaleca ponowne podjęcie współzycia
                                                    ( w sensie wspólnego zycia we wszystkich aspektach), gdy zagrozenie
                                                    ustało, czyli powód separacji został usuniety i współmałzonek prosi
                                                    o taka mzliwosc. Mze jednak byc tak, ze nie poprosi nigdy i nigdy
                                                    tez powód nie bedzie usnuniety - to oznacza separacje zawsze juz.
                                                    Ten "grzeszek" jak okresliłas - zdrada moze byc powodem separacji
                                                    trwałej takze wówczas, gdy współmałzonek przestał zdradzac i chce
                                                    odbudowac małżeństwo. Kosciół bierze pod uwage, ze takie odarcie z
                                                    godnosci moze komus nie pozwolic juz na współne zycie.
                                                    W praktyce nie ejst to tak, takze w przypadku innych powodów, ze
                                                    Kosciół zaleca zaraz teraz wybaczac, zaraz teraz przyjmowac z
                                                    powrotem, bo p. maz chodzi na terapie dla agresywnych 2 dni, a zona
                                                    tydzień juz nie pije. Oczywiscie strona moze przebaczyc od razu i
                                                    orzyjac z otwartymi ramionami naiwnie, ale zdaje i sie indywidualnie
                                                    okresla sie kiedy powód separacji faktycznie przestał istniec.


                                                    ale znać ideał a żyć wedle ideału - to
                                                    > dwa odrębne zagadnienia.... do ideału mamy dążyć...na tyle, na ile
                                                    potrafimy...

                                                    I na ile się Azerko w ogóle da. małzeństwo, kazdy zwiazek to zwiazek
                                                    dwojga ludzi. Chocby nie wiem jakie zaklecia w stylu "sa dwoje w
                                                    jednym " mówic, to DWOJE ludzi, z których kazdy ma wolna wole. NA te
                                                    druga osobe wpływ mamy ograniczony, mamy go na tyle, na ile ta osoba
                                                    ten wplyw dopuszcza, chce tego wpływu. Jesli nie chce, trzeba się
                                                    pogodzic z tym ze na jej zachowania wpływu sie nie ma. Tylko na
                                                    własne, a te pozwolaja życ tak, zeby byc wzgodzie z soba.
                                                    > .
                                                    > a jeśli nie wychodzi - w depresję wpadać nie należy. Trzeba się
                                                    podnieść i dąży
                                                    > ć
                                                    > dalej... Intencje też się liczą..

                                                    Azerko, domniemuje,ze wiem co masz na mysli. Rzecz w tym, ze sa
                                                    ludzie, którzy nie rozumieja,ze z faktami trzeba się pogodzić - moza
                                                    je analizowac, ale nie mozna ich pomijac, przeinaczać. Kryzys w
                                                    zwiazku, takze taki zakończiny dramatycznym rozstaniem moze
                                                    człowieka b. wiele nauczyc, takze o sobie samym - dlatego zwykle
                                                    warto z samym soba i nie tylko o tym porozmawiać :)

                                                    Ale nie mozna zyć iluzja, jak ci ludzie z forum, jakie ci kiedys
                                                    podesłałam. Iluzją polegająca na tym, ze czepia się taki ktoś
                                                    złudnej nadziei, ze skoro popracował nad soba, coś zmienił, to ta
                                                    druga osoba tez się zmieni, wróci, nie bedzie krzywdzila. Pracuje
                                                    sie nad soba - DLA SIEBIE, zeby normalnie zyc, a nie dla kogos. Jak
                                                    mowisz, trzeba isc dalej:)

                                                    > Życie jest ciężkie - nie zawsze można sprostać wymaganiom... np
                                                    gdy mąż pijus,
                                                    > awanturnik, nie daj Boże - łapy obleśne do dzieci wyciąga...
                                                    wówczas, moim
                                                    > zdaniem, przysięga małżeńska powinna być ponownie rozpatrzona...

                                                    od tego jest isntytucja separacji w KRK Azerko. Nie ma
                                                    mozliwosci "zdjecia" z malzenstwa waznego sakramentu. Mozna
                                                    rozpatrywac niewaznosc, ale jesli okaze sie, ze jakies tam sprawy
                                                    zaistnialy juz po slubie (Bog jeden wie, jak stwierdzic, czy np. 15
                                                    lat temu ktos byl zdolny do malzenstwa, ale to inna bajka) -
                                                    pozostaje separacja albo rozwod - a jak sie potem zyje, to juz
                                                    sprawa wyboru tego, kto sie odseparowal, albo rozwiodl
                                                  • kora3 :) 11.10.09, 19:58
                                                    maria421 napisała:

                                                    > Kora, nie kombinuj.

                                                    Tu nie ma nic do kombinowania, czysta logika Marysiu :)

                                                    Jezeli piszesz ze Twoje zycie jest zywym zaprzeczeniem tezy
                                                    > ze zwiazek malzenski daje wieksza gwarancje stalosci niz
                                                    konkubinat, to znaczy
                                                    > ze uznajesz ze Twoje zycie jest dowodem na to ze moja teza jest
                                                    falszywa. Czyli
                                                    > ze uznajesz ze Twoje zycie jest dowodem na to ze konkubinaty sa
                                                    nie mniej trwal
                                                    > e
                                                    > niz malzenstwa.

                                                    Ciepło, ciepłó :) -
                                                    Jesli teza brzmi:
                                                    Małzeńśtwa sa bardziej trwałe niż konkubinaty - Twoja teza, a w
                                                    dowodzie widzimy, ze oba okazały się nietrwałe to znaczy, ze w
                                                    oparciu o ten dowód ta teza jest fałszywa ...

                                                    > Ja uznaje ze dwa konkubinaty w ciagu 5 lat nie sa ani
                                                    zaprzeczeniem mojej tezy,
                                                    > ani dowodem ze moja teza jest falszywa

                                                    Nie kombinuj :) - jesli oba okazuja nietrwałe w tym konkretnym
                                                    przypadku (ach jak Cie boli, ze nie trzeba tego chłopa tak
                                                    utrzymywać, nie?:) to znaczy, ze nie ma roznicy - i to jest
                                                    dokładnie prawda :)

                                                    No , moze dla niektórych ta róznica jest koniecznosc "utrzymywania
                                                    przy sobie" chocby i siłą, z całym mozliwym zaangazowaniem i
                                                    zatracaniem siebie, ale luzie z olejem w głowie po prostu
                                                    odpuszczaja niedobry związek, czy jest slub czy nie - podkreslam, ze
                                                    jestem tego zywym przykladem :)

                                                    PS. Tearz poupajaj się, jak to Ty byś nie chciała bc na moim
                                                    miejscu :) - akurat :)
                                                  • maria421 Re: :) 12.10.09, 10:34
                                                    Kora, jezeli dla Ciebie dlugotrwale malzenstwo jest wynikiem "utrzymywania przy
                                                    sobie chlopa za wszelka cene", to znaczy ze Ty o malzenstwie pojecia nie masz.
                                                  • kora3 Re: :) 12.10.09, 12:00
                                                    maria421 napisała:

                                                    > Kora, jezeli dla Ciebie dlugotrwale malzenstwo jest
                                                    wynikiem "utrzymywania przy
                                                    > sobie chlopa za wszelka cene", to znaczy ze Ty o malzenstwie
                                                    pojecia nie masz.

                                                    Przypominam ci mario, ze jest to twoje a nie moje sformułowanie :)
                                                  • maria421 Re: :) 12.10.09, 12:17
                                                    A kiedy to ja pisalam o jakiejkolwiek koniecznosci "utrzymania chlopa za wszelka
                                                    cene"?
                                                  • kora3 Re: :) 12.10.09, 20:07
                                                    maria421 napisała:

                                                    > A kiedy to ja pisalam o jakiejkolwiek koniecznosci "utrzymania
                                                    chlopa za wszelk
                                                    > a
                                                    > cene"?


                                                    No do mnie pisałaś nie sztuka znaleźc sobie faceta, a trzymac go
                                                    przy sobie - nie wypieraj sie:) z racji faktu, ze pisalas to w
                                                    kontekscie moich doswiadczeń z tej przesłanki wynika, ze poniosłam
                                                    mega porazke :), bi ie urzymywałam przy sobie schozofrenika oraz
                                                    goscia, który mnie zdradził - zaiste jesli w Twoich oczach takiech
                                                    facetów warto "przy sobie utrzymywac" - to ja cie krece :)
                                                  • maria421 Re: :) 12.10.09, 21:02
                                                    Faktycznie, kiedy chelpilas sie Twoim doswiadczeniem z wieloma partnerami
                                                    napisalam Ci ze to nie sztuka znalesc faceta lecz go utrzymac.
                                                    Z czego wyciagnelas bledny wniosek ze w dlugotrwalych zwiazkach pewnie kobieta
                                                    za wszelka cene trzyma przy sobie faceta.
                                                    Teraz znow wyciagasz nastepny bledny wniosek jakobym ja sadzila ze Tobie bylo
                                                    warto (czy ze powinnas byla) utrzymac przy sobie poprzednich partnerow.



                                                  • kora3 Re: :) 12.10.09, 21:12
                                                    maria421 napisała:

                                                    > Faktycznie, kiedy chelpilas sie Twoim doswiadczeniem z wieloma
                                                    partnerami
                                                    > napisalam Ci ze to nie sztuka znalesc faceta lecz go utrzymac.

                                                    Woeloma? a kiedyz to ja pisalam o moich jakis facetach poza tymi 3
                                                    zwiazkami?:)


                                                    > Z czego wyciagnelas bledny wniosek ze w dlugotrwalych zwiazkach
                                                    pewnie kobieta
                                                    > za wszelka cene trzyma przy sobie faceta.

                                                    Ja takiego wniosku nigdy ie wyciagalam Marysiu, Ty to napisalas,
                                                    anie ja. Ja uwazam, ze nigdy nikogo nie ma sensu "przy sobie
                                                    utrzymywac" - takie mam zdanie.

                                                    > Teraz znow wyciagasz nastepny bledny wniosek jakobym ja sadzila ze
                                                    Tobie bylo
                                                    > warto (czy ze powinnas byla) utrzymac przy sobie poprzednich
                                                    partnerow.
                                                    >
                                                    No tak sugerowala twoja "rada" :) nie wypieraj sie teraz.
                                                    Wg mnie, z kolei nie sztuka tkwic w zlym zwiazku, wbrew sobie, byc
                                                    nieszczesliwym isc na stale "kompromisy", ktore sa tylko uleganiem,
                                                    dac sie ponizac i zyc tylko w celu "utrzymania zwiazku", a sztuka
                                                    stawic czola zyciu, odpuscic sobie, nawet, gdy sie kocha, gdy widzi
                                                    sie,ze sie nie da rady.

                                                    I nie ma to nic wspolnego z tym, jakobym uwazala ze dlugotrwale
                                                    zwiaki na tym polegaja. Jak to w zyciu - bywa roznie, jedne
                                                    polegaja, a inne nie. tak samo, jak w jednych zwiazkach jest milosc,
                                                    szacunek, a w innych nie i tak samo, jak z roznych powodow ludzie sa
                                                    ze soba.

                                                    To TY wyciagasz bledny wniosek, ze ja tak oceniam dlugotrwale
                                                    zwiazki :) ja sie tylko odnioslam do TWOICH sliw skierowanych DO
                                                    MNIE, w kotekscie moich osobistych doswiadczen :) - nie mam zamiaru
                                                    korzstac z Twojej "rady" czy "nauki", bo to glupie. Zwiazek nie
                                                    polega na "utrzymywaniu przy sobie" , a na czym innym i szkoa, ze
                                                    tego najwyraxniej nie wiesz, skoro takie "mundosci" wypisalas
                                                    wtedy :)
                                                  • maria421 Re: :) 13.10.09, 21:12
                                                    Korciu, mnie nie interesuje ilu Ty mialas facetow; chwalilas sie
                                                    "doswiadczeniem" w tej dziedzinie wytykajac mi ze ja takowego po moim
                                                    dlugotrwalym malzenstwie miec nie moge, wiec wyciagam wnioski z tego co piszesz.
                                                  • kora3 Re: :) 14.10.09, 07:26
                                                    maria421 napisała:

                                                    > Korciu, mnie nie interesuje ilu Ty mialas facetow; chwalilas sie
                                                    > "doswiadczeniem" w tej dziedzinie wytykajac mi ze ja takowego po
                                                    moim
                                                    > dlugotrwalym malzenstwie miec nie moge, wiec wyciagam wnioski z
                                                    tego co piszesz
                                                    > .

                                                    Mario, domyslam się,ze Cie nie interesuje:) I nie fantazjuj na ten
                                                    temat - wtedy sprawa wygladała tak, iz powiedziałam ze wg mnie osoba
                                                    (stan cywilny bez znaczenia) , która miała jednego partnera
                                                    seksualnego nie ma natyle doswiadczenia w tym temacie, by uwazać się
                                                    za "specjaliste" od niego. Nadal tak uwazam :)
                                                  • maria421 Re: :) 14.10.09, 09:18
                                                    Kora, powtarzam, nie interesuje mnie Twoje doswiadczenie seksualne ktorym sie
                                                    chelpisz. Interesuje mnie raczej dlaczego uwazasz ze jest to jakikolwiek powod
                                                    do tego zeby sie chelpic :)

                                                  • kora3 ?? 14.10.09, 09:26
                                                    maria421 napisała:

                                                    > Kora, powtarzam, nie interesuje mnie Twoje doswiadczenie seksualne
                                                    ktorym sie
                                                    > chelpisz. Interesuje mnie raczej dlaczego uwazasz ze jest to
                                                    jakikolwiek powod
                                                    > do tego zeby sie chelpic :)

                                                    przede wszystkim sprecyzuj co ty rozumiesz pod pojeciem "chełpić
                                                    się" - bo chyba cos zgoła innego, niz powszechnie rozumiane jest to
                                                    słowo :) Za to jak widze, lubisz go używać:)
                                                    >
                                                  • maria421 Re: ?? 14.10.09, 13:04
                                                    "Chelpic sie" to jest dokladnie to co Ty robilas porownujac Twoje szerokie
                                                    doswiadczenie seksualne do mojego skromnego:)
                                                  • kora3 Re: ?? 14.10.09, 13:41
                                                    maria421 napisała:

                                                    > "Chelpic sie" to jest dokladnie to co Ty robilas porownujac Twoje
                                                    szerokie
                                                    > doswiadczenie seksualne do mojego skromnego:)

                                                    rozumiem, ze jesli ty powiesz, ze miałas operację na jakims
                                                    narządzie, wiec masz doswiadczenie w odróznieniu od kogoś kto takiej
                                                    operacji nie miał to sie operacją chłepisz? ciekawe bardzo
                                                    interpretowanie tego słowa :)
                                                  • maria421 Re: ?? 14.10.09, 14:04
                                                    Kora, a wyjasnij Ty mi po co, w jakim celu Ty wlasciwie "informowalas" ze masz
                                                    wiecej doswiadczenia seksulanego niz ja? Byl to jakis inny cel niz chelpienie sie?
                                                    Moim zdaniem takie "informowanie" jest nie na poziomie ....
                                                  • kora3 Re: ?? 14.10.09, 14:52
                                                    maria421 napisała:

                                                    > Kora, a wyjasnij Ty mi po co, w jakim celu Ty
                                                    wlasciwie "informowalas" ze masz
                                                    > wiecej doswiadczenia seksulanego niz ja? Byl to jakis inny cel niz
                                                    chelpienie s
                                                    > ie?
                                                    > Moim zdaniem takie "informowanie" jest nie na poziomie ....

                                                    O ile dobrze pamietam, to nie była to INFORMACJA z gatunku "pragnę
                                                    poinformować" bez zadnego kontekstu, tylko fakt, iz o tym
                                                    wspomniałam wynikał z rozmowy na temat seksualnosci i zdań na ten
                                                    temat. Pozwoliłam siebie zauważyc wówczas, ze w momim odczuciu jesli
                                                    ktos miał w życiu jednego partenra seksualnego, albo jak w przypadku
                                                    ksiedza - z załozenie zanej partnerki, to w tematyce seksu moze sie
                                                    w zasadzie wypowiadać teoretycznie. Nadal tak uwazam ...
                                                    i nie mów mi, ze ksiadz sie mzoe wypowiadać o moralnosci, bo nie
                                                    moralnosc tu idzie tylko o stwierdzenia, nie poparte zadnym własnym
                                                    doświadczeniem. Oczywiscie mozna sie posługiwać doświadczeniami
                                                    INNYCH w dyskusji, ale to nie to samo.
                                                    JEśli tak poinformowałam, to pewnie pamietasz ilu to niby tych
                                                    partnerów podałam?:)
                                                    strzelaj, bo jestem przekoana, ze zadne liczby nie padały a moja
                                                    wypowiedx miła taki charakter, jak przedstawilam
                                                  • maria421 Re: ?? 14.10.09, 19:18
                                                    Jasne ze to nie byla "informacja" tylko chelpienie sie doswiadczeniem seksualnym:)
                                                  • kora3 Re: ?? 14.10.09, 20:36
                                                    maria421 napisała:

                                                    > Jasne ze to nie byla "informacja" tylko chelpienie sie
                                                    doswiadczeniem seksualny
                                                    > m:)

                                                    Stwierdzenie,ze się ma wiecej doswiadczenia, niz osoba która miała
                                                    przez całe życie jednego partnera seksualnego to chełpoenie się? Wg
                                                    jakiej definicji? :)

                                                    A stwierdzenie,ze się miało wiecej niz jeden samochód, wiecej niz
                                                    jedna ksiązke przeczytało, mieszkało w wiecej niż jednym miejscu
                                                    ited to tez jak rozumiem chełpienie się w kontekscie rozmowy o
                                                    DOSWIADCZENIACH?
                                                    Oj gubisz sie vos gubisz :)
                                                  • maria421 Re: ?? 14.10.09, 20:42
                                                    Kora , powiedz, w jakim celu wiec "informowalas" o Twoim doswiadczeniu seksualnym?
                                                    Mialo to jakis inny cel niz chec pochwalenia sie?
                                                  • kora3 Re: ?? 14.10.09, 21:07
                                                    maria421 napisała:

                                                    > Kora , powiedz, w jakim celu wiec "informowalas" o Twoim
                                                    doswiadczeniu seksualn
                                                    > ym?
                                                    > Mialo to jakis inny cel niz chec pochwalenia sie?

                                                    Mario:) czy mozesz bodaj przypomniec jakiz to charakter miała ta
                                                    wypowiedz? Czy był on inny, niz w kontekscie rozmowy o tym, ze kto
                                                    nie ma doswiadczenia nie moze konketnie o SWOICH doswiadczeniach
                                                    mówić?
                                                    Czy tak sobie załozyłam watek z taką "informacja"? co
                                                    owa "onformacja" zawierała? Jakie szczegłóły? Liczby jakieś, opisy -
                                                    czy też stwierdzenie,ze jako osoba bardziej doswiadczona mam inne
                                                    zdanie wypływajace z własnych doswiadczeń?
                                                    Potrafisz uczciwie odpowiedziec na to pytanie?

                                                    A inna sprawa,ze moznaby Ciebie zapytac w jakim celu podkreslasz,ze
                                                    mialaś w zyciu jednego partnera? Chwalisz się tym, ooo sorry,
                                                    chełpisz - to słowo bardziej lubisz, zalisz się?
                                                    No jakiż to ma cel poza chwaleniem sie, albo pozaleniem na ten
                                                    stan ?
                                                    Skoro tak postrzegasz taka dekjlarację to tylko te dwie opcje mozna
                                                    rozpatrywac w Twym sposobie myslenia. Bo w moim zakładam jeszcze, ze
                                                    ani chwalisz, ani zalisz - tak uwazałas, tak wyszło, tak chcialas
                                                    (niepotrzebne skreslic) i z takiej pozycji wyrazasz swe poglady.
                                                  • maria421 Re: ?? 14.10.09, 21:14
                                                    Kora, chetnie bym Ci zacytowala Twoja wypowiedz, ale stare KiR nie istnieje.

                                                    Odebralam ja jako Twoje chelpienie sie Twoim doswiadczeniem seksualnym. Niesmaczne:(

                                                  • kora3 Re: ?? 14.10.09, 21:28
                                                    maria421 napisała:

                                                    > Kora, chetnie bym Ci zacytowala Twoja wypowiedz, ale stare KiR nie
                                                    istnieje.
                                                    >
                                                    > Odebralam ja jako Twoje chelpienie sie Twoim doswiadczeniem
                                                    seksualnym. Niesmac
                                                    > zne:(
                                                    >
                                                    no niesmaczne,ze tak odebralaś - widac uwazasz, ze posiadanie wiecej
                                                    niż jednego partnera seksualnego w zyciu musi być czyms
                                                    wyjątkowym :) i nalezy się tym pochwalic - zaiste dziwne dla mnie,
                                                    bo to dotyczy przypuszczam 90 proc. ludzi. np. w Polsce. :)
                                                  • maria421 Re: ?? 14.10.09, 23:24
                                                    Kora, zycie seksualne to jest sprawa intymna. Nic mi do tego kto ilu ma
                                                    partnerow, dlatego tez uwazam za niesmaczne jezeli sie, niepytany, sam tym chelpi.
                                                  • kora3 Re: ?? 14.10.09, 23:36
                                                    maria421 napisała:

                                                    > Kora, zycie seksualne to jest sprawa intymna. Nic mi do tego kto
                                                    ilu ma
                                                    > partnerow, dlatego tez uwazam za niesmaczne jezeli sie, niepytany,
                                                    sam tym chel
                                                    > pi.

                                                    Mario, wybacz, ale zdrowie a tym bardziej operacje to jest sprawa
                                                    osobista, ne wiem wiec jak moglaś się chełpic tym,ze przeszłasz
                                                    ciezką operację.
                                                    To oczywiscie nie jest moje zdanie, tylko Twoje myslenie
                                                    przeyransponowane na Twoje wypowiedzi forumowe. Przeszłaś operacje,
                                                    masz OSOBISTE doswiadczenie, zabralas glos i POWIEDZIALAS co TY
                                                    uwazasz z własnego doswiadczenia. Tak to odebralam o sądze,ze
                                                    własciwie, no ale teraz się dowiaduje, ze ty sie po prostu
                                                    pochwalilas.
                                                    Bo skoro tak postrzegasz zauwazenie,ze masz wiecej w takiej sprawie
                                                    oswiadczenia, niz inni rozmówcy...
                                                  • maria421 Re: ?? 15.10.09, 09:51
                                                    Korciu, zapoznaj sie ze znaczeniem slowa intymnosc.

                                                    1. «bardzo osobisty charakter czegoś»
                                                    2. «erotyczny, miłosny charakter czegoś»
                                                    3. «sprawa bardzo osobista, często o charakterze erotycznym»

                                                    I przestan opowiadac ze zdrowie czy operacja sa sprawami intymnymi.
                                                  • kora3 Re: ?? 15.10.09, 12:08
                                                    maria421 napisała:

                                                    > Korciu, zapoznaj sie ze znaczeniem slowa intymnosc.
                                                    >
                                                    > 1. «bardzo osobisty charakter czegoś»
                                                    > 2. «erotyczny, miłosny charakter czegoś»
                                                    > 3. «sprawa bardzo osobista, często o charakterze erotycznym»
                                                    >
                                                    > I przestan opowiadac ze zdrowie czy operacja sa sprawami intymnymi.

                                                    ja napisałam :OSOBISTYMI Mario :) to po pierwsze, a po drugie: znów
                                                    wiesz lepiej co dla kogo jest intymne, tylko na podstawie własnego
                                                    podejscia - ktoś jednak uwaza zdrowie za osobiste sprawy, skoro
                                                    obowiazuje np. tajemnica lekarska
                                              • karafka_do_wina Re: lepsze pytanie to: 10.10.09, 18:40
                                                > maria421 napisała:
                                                >
                                                > > Kora, jezeli para chce zalozyc staly zwiazek, to bierze slub.
                                                > Jezeli nie bierze
                                                > > slubu, to znaczy ze nie ma intencji byc ze soba na zawsze.

                                                zycie pokazuje, ze powyzsze nie jest prawda.
                                                • a000000 Re: lepsze pytanie to: 10.10.09, 18:46
                                                  karafka_do_wina napisała:

                                                  > zycie pokazuje, ze powyzsze nie jest prawda.

                                                  życie pokazuje wszelkie konfiguracje i możliwe i te niemożliwe... tyle, że z
                                                  tego "wszelkiego" należy wyciągnąć wnioski...
                                                  • karafka_do_wina Re: lepsze pytanie to: 10.10.09, 18:53
                                                    no wlasnie. wniosek jest taki, ze trwalosc zwiazku i szczescie (nie tylko
                                                    dzieci) nie zalezy od posiadania slubu.
                                                  • kora3 Re: lepsze pytanie to: 10.10.09, 18:56
                                                    a000000 napisała:

                                                    > karafka_do_wina napisała:
                                                    >
                                                    > > zycie pokazuje, ze powyzsze nie jest prawda.
                                                    >
                                                    > życie pokazuje wszelkie konfiguracje i możliwe i te niemożliwe...
                                                    tyle, że z
                                                    > tego "wszelkiego" należy wyciągnąć wnioski...

                                                    no to pomysł wlasnie Azerko, że przykladowo ja wyciagnelam wnioski
                                                    jaki to wspanialy hmm jest stan malzeński już dawno, a ze dałam się
                                                    weń wplatac przez własna durnote, to tylko potwierdza mje
                                                    wczesniejsze wnioski:)
                                                    >
                                                • maria421 Re: lepsze pytanie to: 10.10.09, 18:54
                                                  karafka_do_wina napisała:

                                                  > zycie pokazuje, ze powyzsze nie jest prawda.

                                                  Zycie to nie jest tylko pare przykladow ktore Ty znasz.
                                                  • kora3 Re: lepsze pytanie to: 10.10.09, 19:00
                                                    maria421 napisała:

                                                    > karafka_do_wina napisała:
                                                    >
                                                    > > zycie pokazuje, ze powyzsze nie jest prawda.
                                                    >
                                                    > Zycie to nie jest tylko pare przykladow ktore Ty znasz.

                                                    pare ? rozejrzyj się wokól co sa warte owe "przrzeczenia", gdy nie
                                                    ma woli otrzymywania ich w przyszłosci, gdy uczucie wygasa, gdy nie
                                                    da się z kims wytrzymac.

                                                    tak było jest i bedzie, ze ludzie sie rozstaja, po prostu kiedys
                                                    kobiety nie miały wyboru, teraz maja
                                                  • maria421 Re: lepsze pytanie to: 10.10.09, 19:04
                                                    Rozgladam sie wkolo, Karafko i widze ze pary zyjace w konkubinacie krocej ze
                                                    soba wytrzymuja niz malzenstwa.
                                                  • kora3 Re: lepsze pytanie to: 10.10.09, 19:13
                                                    maria421 napisała:

                                                    > Rozgladam sie wkolo, Karafko i widze ze pary zyjace w konkubinacie
                                                    krocej ze
                                                    > soba wytrzymuja niz malzenstwa.

                                                    chyba miało byc Koro?:)

                                                    No to masz inne najwyraxnej obeseracje, bo w moim otoczeniu w sumie
                                                    par małzenskich, takze byłych jest wiecej niż konkubinatów - mówię
                                                    nie o "konkubinatach" złozonych z młodych ludzi którzy mieszkaja z
                                                    sobą przed slubem, slub ten majac w planach, ale o parach ludzi
                                                    dojrzałych, którzy podjeli decyzje o wspólnym zyciu.

                                                    Widzę, ze cora wiecej małzeństw sie rozpada, takze tych mlodych, ale
                                                    takze takich z dłuzszym juz stazem - 5, 10, 20, a nawet 25 lat.
                                                    Cztery pary malzeńskie z mojego bliskiego otozenia nie sa
                                                    rozwiedzione, ale od ponad 10 lat nie mieszkają z soba, kazde
                                                    z "małzonków" jest od kilku lat zwiazane z kims innym,. Nagminne sa
                                                    zdrady i dramaty, takze bezsensowne całkowicie "ratowanie" takich
                                                    zwiaków malzeńskich po zdradzie niby "dla dzieci" - zawsze kończące
                                                    sie kolejną zdradą o fiaskiem. Na te grupe kilkudziesieciu znajomych
                                                    par konkubinackich jest w moim otoczeniu 6 - najdłuzszy staż 20 lat,
                                                    najkrótszy - 2 - wszystkie na razie trwają, bez wiekszych spiec, w
                                                    kazdym razie takich dramatycznych, jak e małzeńskie. Cos chyba jest
                                                    w tym jednak, że mowi się, iz po slubie ludzie sie chyba mniej
                                                    staraja, mają złudne poczucie "własnosci" małzonka, nie w swensie
                                                    zniewalania go, ale przynaleznosci do siebie tej osoby po prostu.
                                                    Jakby uwazali, ze moga sobie pozwolic na wiecej negatywów, bo w
                                                    końcu to zona, maż nie odejdzie tak łatwo, a to bywa złudne.
                                                  • karafka_do_wina Re: lepsze pytanie to: 10.10.09, 19:08
                                                    maria421 napisała:

                                                    > karafka_do_wina napisała:
                                                    >
                                                    > > zycie pokazuje, ze powyzsze nie jest prawda.
                                                    >
                                                    > Zycie to nie jest tylko pare przykladow ktore Ty znasz.


                                                    o paru przykladach moglabys pisac, gdybysmy mieli 17 wiek, a ja cale, krotkie
                                                    zycie przezylabym w wiosce o populacji 50 mieszkancow. ale jednak zyje w troche
                                                    innej epoce wiec i przykladow jest wiecej niz pare. zreszta obojetnie jakie
                                                    przyklady wezmiesz, to potwierdzi on teze, ze slub nie daje zadnej gwarancji ani
                                                    bezpieczenstwa nikomu. czy ci sie to podoba czy nie.
                                                  • maria421 Re: lepsze pytanie to: 10.10.09, 19:21
                                                    Karafka, Ty tez nie rozumiesz slowa pisanego? To juz trzeci przypadek dzisiaj...
                                                    Nigdzie nie napisalam ze slub daje absolutna gwarancje stalosci zwiazku,
                                                    napisalam ze daje wieksza gwarancje.

                                                    I to potwierdzaja moje obserwacje z kraju gdzie wiekszosc mlodych ludzi mieszka
                                                    ze soba "na probe".
                                                  • kora3 eee no mario 10.10.09, 19:33
                                                    maria421 napisała:

                                                    >
                                                    > I to potwierdzaja moje obserwacje z kraju gdzie wiekszosc mlodych
                                                    ludzi mieszka
                                                    > ze soba "na probe".

                                                    nie czytasz sama też, a Karafce przyganiasz.
                                                    Jeśli już w ogóle mwimy o konkuninatach takic, które miałyby
                                                    adoptowac dzieci, a taki jest temat waku, jak mi się zdaje, to
                                                    nieporozumieniem jest przywoływanie tu przykladu "par młodych ludzi
                                                    mieszkajacych z soba na próbe", jak to okreslilas.
                                                    To nie sa konkubinaty, o jakich rozmawiamy. Nikt zresztą nawet tak
                                                    nie nazywa ludzi w takich parach - ot chłopa, dziewczyna. To sa pary
                                                    naprawde mlodych ludzi, najczesciej uczących się jeszcze i takich,
                                                    które z zalozenia planuja sluby:)
                                                    Czasem sie to slubem kończy, a czasem nie - ot i tyle. Para mająca
                                                    adoptowac ziecko musi miec już pewniebn staz bycia razem - takze
                                                    staz małzeński obecnie. Dwa, że młodzu ludzie mieszkający z soba
                                                    uczacy sie jeszcze i pracujacy, albi nie :) raczej nie mysli o
                                                    potomstwie jeszcze, nie mówiąc o adopcji.
                                                    Mówiąc o konkubinatach ja przynajmniej, a sadze ze i Karafka miałam
                                                    na mysli pary ludzi dojrzałych, które nie chca brac slubu swiadomie,
                                                    z jakims stazem. Nieporozumienie to raczej
                                                  • karafka_do_wina Re: eee no mario 10.10.09, 21:14
                                                    > nie czytasz sama też, a Karafce przyganiasz.

                                                    sluszna uwaga. jak Kora zauwazyla ja rowniez pisze o konkubinatach ludzi
                                                    dojrzalych, ktorzy decyduja sie na dzieci i zalozenie rodziny, a nie o ludzich
                                                    mlodych, ktorzy mieszkaja razem przed slubem po czym biora ten slub lub sie
                                                    rozstaja. nie pisze tez o malzenstwach dla paszpartu i obywatelstwa (ktore
                                                    oczywiscie nie trwaly do grobowej deski) co bylo dosc popularne w czasach gdy
                                                    nie bylismy w Unii :)

                                                    pisze o zwiazkach dojrzalych, z duzym stazem, o ludziach ktorzy chca spedziec
                                                    zycie razem i miec rodzine. w przypadku tych par nie ma wiekszego znaczenia czy
                                                    maja slub czy nie, ale ma znaczenie czy sie kochaja, szanuja i dbaja o siebie. a
                                                    to jest niezalezne od tego czy wzielo sie slub czy nie.
                                                  • maria421 Re: eee no mario 10.10.09, 22:17
                                                    A wyjasnijcie Wy mi jaka jest roznica miedzy zamieszkaniem na kilkuletnia czesto
                                                    probe we wspolnie wynajmowanym i wspolnie urzadzonym mieszkaniu a konkubinatem?
                                                    Jak dlugo , wedlug Was, ma mieszkac razem para zeby mozna ja nazwac
                                                    konkubinatem? Jak mieszka ze soba pol roku to nie jest konkubinatem, a jak
                                                    mieszka ze soba dwa lata to jest?
                                                  • kora3 Re: eee no mario 10.10.09, 22:47
                                                    maria421 napisała:

                                                    > A wyjasnijcie Wy mi jaka jest roznica miedzy zamieszkaniem na
                                                    kilkuletnia czest
                                                    > o
                                                    > probe we wspolnie wynajmowanym i wspolnie urzadzonym mieszkaniu a
                                                    konkubinatem?
                                                    > Jak dlugo , wedlug Was, ma mieszkac razem para zeby mozna ja nazwac
                                                    > konkubinatem? Jak mieszka ze soba pol roku to nie jest
                                                    konkubinatem, a jak
                                                    > mieszka ze soba dwa lata to jest?
                                                  • kora3 oj no Mario, nie udawaj 10.10.09, 23:07
                                                    maria421 napisała:

                                                    > A wyjasnijcie Wy mi jaka jest roznica miedzy zamieszkaniem na
                                                    kilkuletnia czest
                                                    > o
                                                    > probe we wspolnie wynajmowanym i wspolnie urzadzonym mieszkaniu a
                                                    konkubinatem?
                                                    > Jak dlugo , wedlug Was, ma mieszkac razem para zeby mozna ja nazwac
                                                    > konkubinatem? Jak mieszka ze soba pol roku to nie jest
                                                    konkubinatem, a jak
                                                    > mieszka ze soba dwa lata to jest?

                                                    Kiedys juz poruszaylsmy ten temat. Wspomnialam, ze konkubinami
                                                    ludzi nazywa sie, kiedy soiagna pewnien wiek. Nie naywa się tak
                                                    studenckich par zamieszkujacych wpólnie w wynajetym, czy tez bedącym
                                                    wlasnacią jednej czy drugiej osobuy mieszkaniu.
                                                    Pewnie nie tylko ze wzgledu na wiek, ale takze na to, ze ten okes to
                                                    cza poszukiwania partnera zciowego. W tym wieku ma się chlopaka,
                                                    dziewczyne, czasem sie z tym ims mieszka. Czy na próbe, tego nie
                                                    wiem, ale wiem, ze w ym wieku po prostu ludzie nie mysla o slubie,
                                                    jie ze wzgledu na to, ze go z ta osoba nie chca, ale czekaja z nim
                                                    np. az skończa studia, znajda dobra prace, jakos sie zabiora ze tak
                                                    powiem zyciowo. Czasem apra taka zwleka ze slubem do zcasu
                                                    zaplanowania dziecka. Bo slub to sporo zachodu, bo wesele nie jest
                                                    tanie. Ostatnio wychodziła za maz koscielnie poniekąd znajoma -
                                                    staż "chodzenia" 10 lat, wspólne mieszkanie - 4 lata. Ona 30 lat,
                                                    on 33. Chcieli skończyc budowe domu, urzadzic go jakos - udało se i
                                                    slub wzieli na luzie. akich par jest sporo, bywa, ze czasem którejs
                                                    nie wyjdzie i się rozstaje. jak to w zyciu.

                                                    Ale nikt ich nie postrzegal, nawet mieszkajacych razem w jego
                                                    mieszkaniu jako konkubinatu - choć z definici nim byli. Ot młodzi
                                                    ludzie czekajacy ze slubem , az sie dorobia sensownego wg nich
                                                    lokum.

                                                    To jest inna bajka niz ludzie dobrze po 30, czy 40 którzy decyduja
                                                    się na wspólne zycie, z zalozenia bez slubu, bo tak chca oboje, albo
                                                    jedna ze sron bardziej tego chce:)
                                                    W takim wieku traktuje sie na ogól wspólne zycie mniej lightowo, niz
                                                    zamieszkiwanie wspólnie w akademiku Mario.
                                                    z regułyakie osoby maja pewną juz pozycje zawodową , swoje lokum -
                                                    wspólne zamieszkanie wymaga wielu zmian. Poza tym z reguły takie
                                                    osoby maja za soba juz trudne przesjcia, trudniejsze niż te w
                                                    rodzaju, chłopak zerwał, panna wolała innego. Dlatego nie jest takie
                                                    proste zdecydowac sie na wspólmne mieszkanie, ym bardziej, gdy ma
                                                    sie przecież gdzie mieszkac, a na parotygodniowe przgodowie
                                                    miekszkanie z kims na chwilkę ochory się nie ma. Całkiem spiro
                                                    ludzi, zwlaszzca kobiet chce pozostawac w ukladzie "dochodzacy pan",
                                                    bo nie ma sie go na głowie zawsze, bo nie tzra prac :), gotowac mu -
                                                    jest miło u niego, albo u niej, potem kazde wraaca do siebie. Czy to
                                                    sa zwiazki niezobowiazujace? Formalnie tak, emocjonalnie róznie, jak
                                                    wszystkie zwiazki bez wyjatku :)
                                                    Z zasady jednak na wspólnme mieszkane w pewnym wieku decyduja sie
                                                    ludzie przekonani o tym, ze chca z tym kims byc. M.on latego, ze nie
                                                    ma zakazów rodzicow, presi ze on ona musi w akademiku, albo
                                                    wynajetej klitce. To przewaznie swiadoma decyzja, bymajmniej nie
                                                    łozkowa, bo do łózka babke czy faceta nietrudno sobie znaleźć, bez
                                                    zamieszkiwania azem, wspólnego mieszkania, pełnomocnitw do kont,
                                                    zapoznawiania rodzinek itp.
                                                  • maria421 Re: oj no Mario, nie udawaj 11.10.09, 18:13
                                                    Kora, znow kombinujesz.
                                                    Konkubinatem nazywa sie staly i otwarzy zwiazek nieformalny. Wiek w jakim jest
                                                    on zawierany nie ma zadnego znaczenia. Nie okresla sie tez jak dlugo musi trwac
                                                    zeby byl uznany za "staly".
                                                  • kora3 Re: oj no Mario, nie udawaj 11.10.09, 20:15
                                                    maria421 napisała:

                                                    > Kora, znow kombinujesz.
                                                    > Konkubinatem nazywa sie staly i otwarzy zwiazek nieformalny.

                                                    To Ty kombinujesz - stały w końcu, czy niestały ?:)

                                                    Mario, wiem ze ja robie loterówi, ale co znaczy "otwarzy" - otwarty?
                                                    Serio pytam, bo nie wiem jak się odniesc do tej definicji, która
                                                    zresztą nijak wg mnie konkubinatu nie opisuje.

                                                    Stałe i nieformalne moze byc tzw. "chodzenie ze sobą" - sytuacja,
                                                    gdy dwoje młodych ludzi regularnie się spotyka, jest para, ale nie
                                                    mieszka z sobą. Stałe i niformalne moze byc narzeczeństwo. stale i
                                                    nieformalnie moze sie spotykać para dojrzałych ludzi mieszkajaca
                                                    osobno, sypiać z soba, tylko z sobą i nie mieszkac i to konkubinat
                                                    nie jest wg mnie.

                                                    Racje masz co do tego, że z definicji - konkubinat to para ludzi,
                                                    która tworzy stala nieformalna parę, współzyje z soba i tworzy
                                                    wspólne gospodarstwo domowe planujac dalsze wpólne życie, wg mnie to
                                                    tak izie. Samo mieszkanie i nawet wspólna kasa na domowe wydatki nie
                                                    sa konkubinatem - mieszkałam tak z KOLEGA na studiach - on miał
                                                    jeden pokój, ja drugi, opłaty i zarcie w miare na pół. Czy to
                                                    konkubinat? Nie :)


                                                    Wiek w jakim jest
                                                    > on zawierany nie ma zadnego znaczenia.

                                                    On wcale nie jest zawierany, przcież na tym polega konkubinat, ze
                                                    się go nie zawiera własnie :)

                                                    Niby nie, ale ciekawe ile zansz par 22-latkóe np. mieszkajacych z
                                                    soba a nazywanych konkubinatem ?:)
                                                    Pewnie zadnej :) Mówi się mieszka z dziewczyna, chlopakiem, czasem z
                                                    narzeczona, narzecnym, takze gdy nie było jakiś oficjalnych
                                                    zareczyn.

                                                    Nie okresla sie tez jak dlugo musi trwac
                                                    > zeby byl uznany za "staly".

                                                    a no nie okresla się , ale jesli dziewczyna spotyka się z chłopakiem
                                                    3 tyg. to raczej kolega, a nie konkubent nie?:)
                                                  • maria421 Re: oj no Mario, nie udawaj 12.10.09, 09:43
                                                    Kora, podaj wiec wlasna definicje konkubinatu i granice wieku od ktorego
                                                    konkubinat jest konkubinatem.
                                                  • kora3 Re: oj no Mario, nie udawaj 12.10.09, 10:07
                                                    maria421 napisała:

                                                    > Kora, podaj wiec wlasna definicje konkubinatu i granice wieku od
                                                    ktorego
                                                    > konkubinat jest konkubinatem.

                                                    nie ma granicy wieku Mario, ale jesli para studencka zyje z soba w
                                                    konkubinacie (wg mojej definicji dodam jeszcze, ze para taka musi
                                                    się sama a nie z rodziców utrzymywac i mieszkac rzem lgalnie, a nie
                                                    pokatnie np. w akademiku :)).

                                                    Rzecz w tym, ze w tym watku rozmawiamy o mozliwosci adopcji dzieci
                                                    przez konkubinaty. Żeby adoptowac dziecko teraz, jako małzeństwo
                                                    albo osoba samotna trzeba przejsc szereg testów, to raz, a dwa
                                                    trzeba miec stabilna sytuację zawodowo-finansową.
                                                    nie ma tu wiec mowy o parze studenciaków pracujacych dorywczo.
                                                    tak młoda para po prostuy nie przeszłaby. problem z adopcją dziecka
                                                    moze też miec para małzeńska z b. małym stazem. trzeba poznac
                                                    motywy, dla których bardzo młode stazem, np. 2 lata małzeństwo chce
                                                    adoptowac dziecko, kazde inne małzeństwo zrszta też musi to solidnie
                                                    umotywować, wiec nie ejst tak, ze prowadzone jest rozdawnictwo
                                                    jakies dzieci małzestwo, , które tylko chce.

                                                    jakos wg mnie trudno byłoby małzeństwu studentów w wieku 20-24 lata
                                                    z rocznym stazem przekonac sad, że sa dobrymi kandydatami na
                                                    rodziców adopcyjnych. Nie mówiąc juz o tym, ze mało która nawet
                                                    małzeńska para ludzi w tym wuieku mysli teraz o dziecku, nie mówiac
                                                    juz o adoptowanym.
                                                    A to, że za pary konkubinackie uznaje się na ogół takie dojrzalsze,
                                                    nie planujace ślubu a wspólnie żyjacr , to fakty.
                                                  • maria421 Re: oj no Mario, nie udawaj 12.10.09, 10:16
                                                    Kora, co Ty sie upierasz przy studentach? Czy ja piszac o moim obserwacjach par
                                                    zamieszkujacych ze soba na probe pisalam o studentach mieszkajacych w
                                                    akademikach i zyjacych ze stypendium lub z pomocy rodzicow?
                                                    Ja pisze o mlodych, finansowo niezaleznych ludziach ktorzy wspolnie wynajmuja
                                                    mieszkanie i wspolnie je urzadzaja. Na probe zeby zobaczyc czy ze soba
                                                    wytrzymaja. Ta proba trwa kilka lat. Jest to konkubinat czy nie?
                                                  • a000000 Re: oj no Mario, nie udawaj 12.10.09, 10:52
                                                    maria421 napisała:

                                                    > Ta proba trwa kilka lat. Jest to konkubinat czy nie?

                                                    Kora wije się jak piskorz.... ciekawe, co odpowie...

                                                    MOIM zdaniem - nie, to nie jest konkubinat tylko dwa single pod jednym dachem.
                                                    Uda się - to fajnie... znudzi się? to papa... jeśli na początku para zakłada
                                                    możliwość rozstania się - to taki związek nie ma przyszłości...

                                                    Konkubinat to jednak pewna forma rodziny - wspólne dzieci, kasa, stół, plany na
                                                    przyszłość (na zawsze)...wspólne życie, cele, znajomi... jedynie brak prawnego
                                                    umocowania z jakichś POWAŻNYCH przyczyn...
                                                  • maria421 Re: oj no Mario, nie udawaj 12.10.09, 12:22
                                                    a000000 napisała:

                                                    > Konkubinat to jednak pewna forma rodziny - wspólne dzieci, kasa, stół, plany na
                                                    > przyszłość (na zawsze)...wspólne życie, cele, znajomi... jedynie brak prawnego
                                                    > umocowania z jakichś POWAŻNYCH przyczyn...

                                                    Niekoniecznie. Malzenstwa tez nie musza miec dzieci, moga miec rozdzielczosc
                                                    majatkowa.
                                                    Natomiast mieszkajacy na probe tez maja wspolnych znajomych i wpolne zycie.
                                                  • kora3 Znów do Azerki:) 12.10.09, 12:32
                                                    a000000 napisała:

                                                    > maria421 napisała:
                                                    >
                                                    > > Ta proba trwa kilka lat. Jest to konkubinat czy nie?
                                                    >
                                                    > Kora wije się jak piskorz.... ciekawe, co odpowie...

                                                    juz odpowiedziałam - tak z definicji to konkubinat, tyle,ze ja
                                                    uwazam, ze konkubinat to załozenie, że się bedzie razem.

                                                    >
                                                    > MOIM zdaniem - nie, to nie jest konkubinat tylko dwa single pod
                                                    jednym dachem.
                                                    > Uda się - to fajnie... znudzi się? to papa...

                                                    Azerko, w małzeństwie jest tak samo - bedzie dobrze - ok, nie bedzie
                                                    to papa.
                                                    no chyba, ze ktos lubi, zeby mu było źle :)

                                                    jeśli na początku para zakłada
                                                    > możliwość rozstania się - to taki związek nie ma przyszłości...


                                                    Azerko, mądry człowiek zawsze nie tyle może zakłada wariant
                                                    pesymistyczny dowolnego przedsięwzięcia, ale w każdym razie ma
                                                    świadomosc takiego wariantu i bierze go jakos tam pod uwagę.
                                                    pytania o to przed slubami : co zrobisz, jesli maz zacznie cię bić,
                                                    ponizac, wykorzystywac, albo co uczynisz, gdy zoa bedzie miała
                                                    dziecko z innym - nie padają :) nikt do siebie takich sytuacji nie
                                                    dopuszcza, a one sie jednak zdarzają ...
                                                    Wówczas jest załozenie dla katolika : separacja np.


                                                    > Konkubinat to jednak pewna forma rodziny - wspólne dzieci, kasa,
                                                    stół, plany na
                                                    > przyszłość (na zawsze)...wspólne życie, cele, znajomi... jedynie
                                                    brak prawnego
                                                    > umocowania z jakichś POWAŻNYCH przyczyn...
                                                    >
                                                    Co uwazasz za poważną przyczyne Azerko? np. czyjeś przekonania, tak
                                                    jak moje?
                                                    >
                                                  • kora3 Re: oj no Mario, nie udawaj 12.10.09, 11:59
                                                    maria421 napisała:

                                                    > Kora, co Ty sie upierasz przy studentach? Czy ja piszac o moim
                                                    obserwacjach par
                                                    > zamieszkujacych ze soba na probe pisalam o studentach
                                                    mieszkajacych w
                                                    > akademikach i zyjacych ze stypendium lub z pomocy rodzicow?

                                                    MArio - studenci to przykład :) pisałaś o młodych ludziach. obecnie
                                                    nie wiem jak w niemczech, ale w polsce ludzie w wieku 20-25 lat na
                                                    ogół się uczą jeszcze i nie myslą o slubie i dzieciach, zakładanie
                                                    rodziny pozostawiając na czas ukończenia nauki i uzyskania
                                                    stabilizacji zawodowej i finansowej Sporo z tych ludzi tworzy stałe
                                                    i długoletnie pary, zyjące w konkubinatach, jednak zmierazjące w
                                                    zamyśle do slubów w przyszłosci i potomstwa, niekoniecznie
                                                    adoptowanego.
                                                    O adopcji z reguły mysla ludzie, którzy nie mogą się dochowac
                                                    własnego potomstwea, poza sytuacjami życiowymi typu: dorosły brat
                                                    żeni się i wraz z zoną bierze w opiekę nieletnie rodzeńśtwo
                                                    (czesciej w rodzine zastępczą niż w adopcję). Zważywszy jeszcze na
                                                    to, ze za pare mającą problem z płodnoscią uwaza się taką, która nie
                                                    moze sie go i to, ze w wielu przypadkach pary się leczą z
                                                    bezpłodnosci po kilka lat niż odpuszcza i decydują się na adopcję,
                                                    temat adopcji przez kogokolwiek - pare, samotna osobe - jest raczej
                                                    rozpatrywany w wieku późniejszym niż 20-25 :)

                                                    > Ja pisze o mlodych, finansowo niezaleznych ludziach ktorzy
                                                    wspolnie wynajmuja
                                                    > mieszkanie i wspolnie je urzadzaja. Na probe zeby zobaczyc czy ze
                                                    soba
                                                    > wytrzymaja. Ta proba trwa kilka lat. Jest to konkubinat czy nie?

                                                    Jest - ale jesli wynajmują to tak sobie sa ustalibilizowani
                                                    finansowo, no chyba ze wynajmuja zakładając ze się mogą rozstać, z
                                                    tego powodu ...Nawiasem mówiąc - tak mówią, że po to, zeby sprawdzić
                                                    czy z sobą wytrzymają?:)

                                                    poniekad - nie poznasz nikogo dobrze nie meiszkając z nim - mam na
                                                    mysli znajomosc zwiazkową :)
                                                  • maria421 Re: oj no Mario, nie udawaj 12.10.09, 12:24
                                                    Ok, wiec potwierdzilas, Korciu, ze zamieszkanie na probe to tez konkubinat.
                                                  • kora3 Re: oj no Mario, nie udawaj 12.10.09, 20:17
                                                    maria421 napisała:

                                                    > Ok, wiec potwierdzilas, Korciu, ze zamieszkanie na probe to tez
                                                    konkubinat.

                                                    Mario, nie ciesz się tak bardzo:) Przeciez napisałam Ci, ze w moich
                                                    oczach konkubinat to wówczas, gdy planuje sie wspólne życie.
                                                    Osobiscie nie znam nikogo, kto mówi, ze "mieszkamy z soba na
                                                    próbe" , no ale Tobie pewnie ludzie mówią takie rzeczy, jako osobie
                                                    megatolerancyjnej, wiec naturalnie wierze, ze Ty takie znasz:)
                                                    Jesli chodzi o ze tak powiem urzedowe okreslenie stanu to jest to
                                                    konkubinat: sa parą, mieszkaja razem, prowadza wspólne gospodarstwo,
                                                    nabywają rzeczy do wspólnego lokum. Nikt nie pyta małzeństwa jak mu
                                                    sie układa i dlaczego sa z sobą oraz czy zamierzaja kiedys moze się
                                                    rozstać w sprawach urzedowych, sadowych poza takimi zmierzajacymi do
                                                    rozwiazania małzeństwa. Podobnie nikt nie pyta pary zyjącej razem
                                                    czy oni na próbe planuja, za czas jaki, czy na zawsze - spełniaja
                                                    warunki definicji "urzedowej" konkubinatu i sa traktowani, jak
                                                    konkubinat.
                                                    Ma to chyba jakieś znaczenie w sadzie np. bo kiedy na studiach
                                                    zeznawałam w sprawie, w której strona był mój przyjaciel mieszkajacy
                                                    wraz ze mna w moim mieszkaniu sad zapytał czy jestem z nim
                                                    spokrewniona, czy spowinowacona , a ja odp., ze nie, ale przyjaźnimy
                                                    sie od dawna i obecnie kolega mieszka wraz ze mna na zasadzie
                                                    sublokatorskiej. Sad mnie zapytał "Ale nie sa państwo parą, nie
                                                    planujecie wspólnego życia?" powiedzialam, ze nie. Nie wiem jakie to
                                                    miało znaczenie, bo sprawa nie dotyczyła tej sfery zycia wcale.
                                                  • maria421 Re: oj no Mario, nie udawaj 12.10.09, 21:04
                                                    No ale zamieszkanie na probe tez moze sie wiazac z intencjami stworzenie stalego
                                                    zwiazku, szczegolnie jak sie razem wynajmuje mieszkanie i razem je urzadza.
                                                  • kora3 Re: oj no Mario, nie udawaj 12.10.09, 21:20
                                                    maria421 napisała:

                                                    > No ale zamieszkanie na probe tez moze sie wiazac z intencjami
                                                    stworzenie staleg
                                                    > o
                                                    > zwiazku, szczegolnie jak sie razem wynajmuje mieszkanie i razem je
                                                    urzadza.

                                                    oczywiscie :) - wiesz okreslanie "mieszkanie na probe" najczesciej
                                                    uzywaj z tego co widze osoby postronne, glownie nieakceptujace
                                                    konkubinatow. Nie znam jak wspomnialam zadnej pary, tak sie
                                                    deklarujacej :)
                                                    Zatem wybacz, ale zakladam, ze to twoje okreslenie ludzi, ktorzy
                                                    zyja z sob na wlasnych, sadze, ze nieznanych Ci zasadach, ktore ty
                                                    sobie na potrzeby wlasne tak nazywasz. Pewnie tak sobie myslalaby
                                                    tez o mnie i moim przyjacielu, z ktorym mieszkakalam hihi na probe,
                                                    na jego wielka probe zyciowa poradzenia sobie z problemem, z ktorym
                                                    NIKOMU nie zycze sobie radzic, a takze - "na probe" naszej
                                                    przyjazni, ktora przetrwala ponad 20 lat :) Ona o on , razem
                                                    mieskzaja, razem wychodza po zakupy, no ...przestyali razem mieszkac
                                                    wreszcie, proba im nie wyszla - pozory myla nawet
                                                    wytranego "detektywa" tropiciela cudzego zycia :)
                                                  • kora3 O "probie" do marii 12.10.09, 21:40
                                                    tak mi sie nasunelo o tej "probie" - w sumie masz racje, "na probe"
                                                    tyle, ze kazdy zwiazek jest "proba":)
                                                    malzenstwo tez. Nawet KRK zaklada, ze malzonetwo w senie ludzkim,
                                                    moze proby nie przetrwac. Albo proba moze byc nie do znienienia dla
                                                    nirmalnej osoby, stad instytucja separacji. Nie ma sie wspolnej
                                                    kasy, nie ma pozycia, automatem jest stanowiona rozdzielnosc
                                                    majatkowa, zwykle tez razem nie mieszka - to nie jest zwiazek. Ani
                                                    malzenski, ani zaden. Owszem, separacja moze ustac, ale pod pewnymi
                                                    warunkami, nietylko ze strony osoby sie separujacej, ale tez
                                                    separowanej, a obie strony moga nigdy tych warunkow nie chciec, albo
                                                    ie moc spelnic. Znaczy to, ze malzentwo nie wytrzymalo proby, nie?:)
                                                  • maria421 Re: O "probie" do marii 13.10.09, 21:08
                                                    Nie, Kora. Malzenstwo sklada sobie przysiege, rowniez w USC:
                                                    "Świadomy praw i obowiązków wynikających z założenia rodziny, uroczyście
                                                    oświadczam, że wstępuje w związek małżeński z (...imię Panny Młodej) i
                                                    przyrzekam, że uczynię wszystko aby nasze małżeństwo, było zgodne, szczęśliwe i
                                                    trwałe."

                                                    Ktos kto zamieszkuje na probe nic nie przyrzeka ani nie obiecuje, bo to przeciez
                                                    tylko proba....
                                                  • kora3 Re: O "probie" do marii 14.10.09, 07:37
                                                    maria421 napisała:

                                                    Malzenstwo sklada sobie przysiege, rowniez w USC:
                                                    > "Świadomy praw i obowiązków wynikających z założenia rodziny,
                                                    uroczyście
                                                    > oświadczam, że wstępuje w związek małżeński z (...imię Panny
                                                    Młodej) i
                                                    > przyrzekam, że uczynię wszystko aby nasze małżeństwo, było zgodne,
                                                    szczęśliwe i
                                                    > trwałe."

                                                    Akuratnie to przytoczylas i b, dobrze :) - uczynię wszystko (w
                                                    domyśle, co w mojej mocy), bo tego co poza moja mocą , uczynić wszak
                                                    człowiek nie mze to i przyrzekac nie powinien ...
                                                    No i czyni człowiek, czyni, tylko bywa, ze druga strona nie :)

                                                    >
                                                    > Ktos kto zamieszkuje na probe nic nie przyrzeka ani nie obiecuje,
                                                    bo to przecie
                                                    > z
                                                    > tylko proba....

                                                    Mari, ponowenie uprzedzajac tekst o "utrzymywaniu przy sobie faceta"
                                                    pozwole sobie zauwazyć, ze nie asz stosownego doswiadczenia, wiec
                                                    NIE WIESZ ci kto komu obiecuje.
                                                    Czytajac co piszesz ma sie wrazenie,ze masz takie wyobrazenie o
                                                    konkyubinacie: dwoje ludzi zmawia sie,ze bedą mieszkali "na próbe" ,
                                                    co rano sie budza i zaczynaja dzień od "czego dziś próbujemy" , a
                                                    kończa podsumowaniem tego w jakims raporcie. :)

                                                    KAZDY zwizek jest próbą - mozna tak powiedzieć, bo kazdy składa sie
                                                    z dwojga ludzi, róznych i zawsze posiaających wplną wole. Gdyby było
                                                    tak, jak mówisz to nie byłoby rozstań małozonków i rozwodów, tylko
                                                    konkubinaty by się rozstawały, a tak nie jest :)
                                                    Jak byc moze zauwazyłas, małzeńtwa się rozstaja. Dlaczego? ogólnie
                                                    mówiac dlatego, ze sie nie uklada - w najrózniejszych sprawach.
                                                  • maria421 Re: O "probie" do marii 14.10.09, 09:21
                                                    Nie kazdy zwiazek jest proba, Kora a fakt ze malzenstwa sie rozwodza nawet po
                                                    kilkudziesieciu latach nie jest dowodem na to ze malzenstwo jest "proba"
                                                    porownywalna z zamieszkiwaniem "na probe" czy z konkubinatem.
                                                  • kora3 Re: O "probie" do marii 14.10.09, 09:28
                                                    maria421 napisała:

                                                    > Nie kazdy zwiazek jest proba,

                                                    kazdy Mario, jesli zwiazek trwa to znaczy, ze przetrwał próby jakieś
                                                    tam i byc moze przetrwa kolejne :)


                                                    Kora a fakt ze malzenstwa sie rozwodza nawet po
                                                    > kilkudziesieciu latach nie jest dowodem na to ze malzenstwo
                                                    jest "proba"
                                                    > porownywalna z zamieszkiwaniem "na probe" czy z konkubinatem.

                                                    A ns co jest dowodem wg Ciebie?
                                                  • maria421 Re: O "probie" do marii 14.10.09, 10:06
                                                    kora3 napisała:
                                                    >
                                                    > kazdy Mario, jesli zwiazek trwa to znaczy, ze przetrwał próby jakieś
                                                    > tam i byc moze przetrwa kolejne :)

                                                    Kora, w ciagu trwania malzenstwa pojawia sie wiele zyciowych prob ktore
                                                    malzenstwo razem pokonuje, lub o ktore sie rozbija.
                                                    Ale takie zyciowe proby, proby na ktore wystawia nas los, to nie jest to samo co
                                                    zamieszkanie na probe czyli na przetestowanie partnera.

                                                    > A ns co jest dowodem wg Ciebie?

                                                    Nic, bo malzenstwo to malzenstwo a konkubinat to konkubinat.
                                                  • kora3 Re: O "probie" do marii 14.10.09, 21:26
                                                    maria421 napisała:

                                                    >
                                                    > Kora, w ciagu trwania malzenstwa pojawia sie wiele zyciowych prob
                                                    ktore
                                                    > malzenstwo razem pokonuje, lub o ktore sie rozbija.

                                                    No dokladnie o tym piszę - to walsnie mam na mysli. A wiec
                                                    DOSTRZEGASZ,ze moze sie na jakiejs próbie jednak rozbić? :)

                                                    > Ale takie zyciowe proby, proby na ktore wystawia nas los, to nie
                                                    jest to samo c
                                                    > o
                                                    > zamieszkanie na probe czyli na przetestowanie partnera.

                                                    Mario droga - ustalmy jakies zasady. Przyjmujemy,ze jakiejs próby
                                                    zyciowej małzenstwo moze nie przetrwac, a obie takie cos
                                                    przyjełysmy, bo to jest oczywistosc.

                                                    Ty zakladasz, moim zdaniem zupełnie błednie, ze małzeństwa rozpadają
                                                    sie tylko wskutek wielkich kataklizmów zyciowych sprowadzonych przez
                                                    los. Ja WIEM, ze rozpadają się z przyczyn róznych, tak samo, jak
                                                    inne zwiazki Poodem rozpadu małzeńśtw jest poza alkoholizmempo
                                                    prostu oddalenie. Niekoniecznie tak czeste dzis w Polsce oddalenie
                                                    faktyczne, czyli migracja zarobkowa, a oddalenie życiowe, ogólne.
                                                    Poerwsza fascynacja zwana stanem ostrego zakochania inaczej, u
                                                    normalnych ludzi mija i nic w tym niepokojacego, bo jest to stan
                                                    chemiczny, którego trwanie jest nienormalne i wykończyloby
                                                    psychicznie i fizycznie. Zaczyna się etap normalnego zycia, z jego
                                                    prozaicznymi aspektami, których wczesniej nie było w tym zyciu, albo
                                                    zdawały się mniej uciazliwe. Skrótowo mówiac, przychodzą momenty,
                                                    gdy oboje sa wykńczeni po pracy np. i nie moga się juz walnąc w
                                                    łozeczko a mama przyniesie kolację i zadzwonić,ze dzis sie nie
                                                    spotkamy, bo jestem skonana/ny po pracy, ale zrobic sobie cos fo
                                                    jedzenia, sprzątnac i jeszcze pogadać z ta druga osobą o JEJ
                                                    problemach, własnie teraz. Takie sytuacje bywaja jeszcze czasem
                                                    trudniejsze, bo okazuje sie np.ze ona wspaniale gotuje, ale tylko
                                                    pipisowe dania których przygotowanie trwa 2, 5 godzinki, a on owszem
                                                    spzrąta, ale raz na tydzień, bo tak sie przyzwyczaił, gdy mieszkał
                                                    sam. W "chodzeniu " z soba takie rzeczy moga nie byc zauwazane, nie
                                                    draznic, a wrecz byc uznawane za słodkie i unikatowe, ale w takim
                                                    codziennym życiu staja się uciazliwe. Do tego dochodzi stress, brak
                                                    zrozumienia czasem ze strony też zmeczonego i zestresowanego
                                                    współmałzonka, wiec gadanie jest zredukowane do minimum, do spraw
                                                    organizacyjnych, albo i utarczek. Jesli taki stan sie utrzymuje
                                                    dochodzi do oddalenia sie ludzi. Nie jakos drastycznie, po prostu
                                                    tak dzień po dniu. Po pewnym czasie okazuje się, ze jak w poosence
                                                    pewnej co ich łączy? Wspólny klucz.
                                                    w tej sytuacji zwłaszcza osoba mniej emocjonalie samodzielna, bardzo
                                                    laknaca ciepla, adorowania nierzadko wdaje się w romans. nie taki
                                                    typu seksualnego, a taki typu emocjonalnego. taki romans jest tak
                                                    naprawde pokłosiem rozpadu malzeństwa, a nie jego powodem.

                                                    >
                                                    > > A ns co jest dowodem wg Ciebie?
                                                    >
                                                    > Nic, bo malzenstwo to malzenstwo a konkubinat to konkubinat.

                                                    Zwiazek to zwiazek - ale ok - jak to sie dzieje,ze małzeństwa sie
                                                    rozpadaja, skoro z załozenia nie ma takiej opcji?:)
                                                  • maria421 Re: O "probie" do marii 14.10.09, 23:22
                                                    kora3 napisała:

                                                    > maria421 napisała:
                                                    >
                                                    > >
                                                    > > Kora, w ciagu trwania malzenstwa pojawia sie wiele zyciowych prob
                                                    > ktore
                                                    > > malzenstwo razem pokonuje, lub o ktore sie rozbija.
                                                    >
                                                    > No dokladnie o tym piszę - to walsnie mam na mysli. A wiec
                                                    > DOSTRZEGASZ,ze moze sie na jakiejs próbie jednak rozbić? :)

                                                    Dostrzegasz roznice miedzy rozbiciem sie malzenstwa o zyciowa, losowa probe a
                                                    rozpoczecie wspolnego zycia na probe???
                                                    Do licha, Kora, ty jako dziennikarka powinnas zrozumiec konotacje slowa "proba"
                                                    w tych roznych kontekstach.
                                                    Zamieszkanie na probe oznacza zamiar przetestowania siebie i partnera.
                                                    Pokonanie czy tez nie prob na jakie wystawia nas zycie jest kwestia niezamierzona.
                                                  • kora3 Re: O "probie" do marii 14.10.09, 23:33
                                                    maria421 napisała:
                                                    >
                                                    > Dostrzegasz roznice miedzy rozbiciem sie malzenstwa o zyciowa,
                                                    losowa probe a
                                                    > rozpoczecie wspolnego zycia na probe???

                                                    Mario, co to jest wg Ciebie "życiowa losowa próba"? Pytanie jest
                                                    całkiem na serio...

                                                    > Do licha, Kora, ty jako dziennikarka powinnas zrozumiec konotacje
                                                    slowa "proba"
                                                    > w tych roznych kontekstach.

                                                    A Ty mimo, iz nie jestes dziennikarka powinnas rozumiec,ze kazdy
                                                    zwiazek jest próba, czy się go nazwie tak, czy siak. :)

                                                    > Zamieszkanie na probe oznacza zamiar przetestowania siebie i
                                                    partnera.
                                                    > Pokonanie czy tez nie prob na jakie wystawia nas zycie jest
                                                    kwestia niezamierzo
                                                    > na.

                                                    Pisałam Ci juz,ze ja osobiscie nie znam par deklarujących sie,ze
                                                    mieszkaja "na próbe", a o czystej teorii, bez zadnego doswiadczenia,
                                                    nawet z cudzego przykladu trudno mi się wypowiadać.
                                                    Uwazam poniekąd, ze nigdy człowieka nie poznasz tak, jak mieszkając
                                                    z nim, no moze jesli popłyniesz z nim na rejs dlugi, to tak.

                                                    wracając do twej wypowiedzi: kwestia zamierzona czy nie to JEST
                                                    próba. PRÓBA bycia razem. MOZE nie wyjsc, moze wyjsc. Jak zawsze.
                                                    Moze rzeczywiscie nie jest xle postawic sprawe jasno:)?
                                                  • maria421 Re: O "probie" do marii 14.10.09, 23:38
                                                    Kora, wydaje mi sie ze rzucam grochem o sciane i ze Ty roznicy miedzy
                                                    zamierzonym od poczatku przetestowaniem siebie i partnera w zwiazku od przypadku
                                                    losowego nie odroznaisz skoro piszesz ze kazdy zwiazek jest proba.

                                                    Moje malzenstwo przetrwalo rozne proby zyciowe, ale proba nigdy nie bylo.


                                                  • kora3 Re: O "probie" do marii 15.10.09, 00:22
                                                    maria421 napisała:

                                                    > Kora, wydaje mi sie ze rzucam grochem o sciane i ze Ty roznicy
                                                    miedzy
                                                    > zamierzonym od poczatku przetestowaniem siebie i partnera w
                                                    zwiazku od przypadk
                                                    > u
                                                    > losowego nie odroznaisz skoro piszesz ze kazdy zwiazek jest proba.
                                                    >
                                                    > Moje malzenstwo przetrwalo rozne proby zyciowe, ale proba nigdy
                                                    nie bylo.
                                                    >
                                                    Chelpisz sie?:) tak zapytałam z ciekawosci :)
                                                    Mario ...na serio, skoro zaczynasz o swoim małzeństwie - rozumiem,ze
                                                    piszac, iz próba nigdy nie było, masz na mysli ów brak załozenia, iz
                                                    moze nie wyjsc i trzeba bedzie sie rozstac...

                                                    Oczywiscie, widze róznice pomiedzy sytuacja, kiedy sie zaklada
                                                    próbowanie, a sytuacje kiedy sie go nie zaklada. Ale w przypadku
                                                    zwiazków bywa tak, ze takie załozenie nawet nie wypowiedziane, nawet
                                                    do końca nieuswiadomione - istnieje.
                                                    Pisałam o tym do Azerki. Po prostu masz swiadomsc swoich oczekiwań
                                                    od zwiazku, współmałzonka, masz jakis "pakiet" sytuacji
                                                    niedopuszczalnych we wspólnym zyciu. Stajac orzed urzednikiem usc,
                                                    czy ołtarzem masz przekonanie, ze ten zwiazek spełni twe
                                                    oczekiwania, a nic z "pakietu" niedopuszczalnych sytuacji sie nie
                                                    wydarzy. W końcu latego wybieraz tego człowieka, prawda? I moze sie
                                                    zdarzyć, jak u Ciebie, ze było zawsze idealnie, ok, wpsniale, a
                                                    jedyne problemy w Twoim zwiazku były problemami zewnatrznymi,
                                                    wypłuwającymi "ze swiata",a nie od Was. Wówczas nawet nie przychodzi
                                                    ci do glowy mysl o rozstaniu, bo i laczego mialaby? Pzreciez
                                                    wspólnie łatwiej pokonuje sie zewnetrzne problemy i zyciowe
                                                    kataklizmy typu: choroba, problemy w pracy, finansowe, z dziecmi
                                                    itp.
                                                    Byc moze dlatego nie rozumiesz, jak to jest kiedy współmalzonek nie
                                                    tylko nie jest la Ciebie podporą w kłopotach cidziennych, a takze
                                                    takicj powazniejszyc, ale sam generuje problemy i to powazne.
                                                    Nie, nie chełpie się tym, ze ja miałam takiego współmałzonka, po
                                                    prostu TAKIE mam doswiadcznie, wiec wiem ja to jest.
                                                    I z tego doswiadczenia powiadam Ci - kazdy związek jest próba, nawet
                                                    jesli tak nie zakladasz, ani sobie tego nie uswiadamiasz.
                                                    To nie znazy,ze nie dostrzegam róznicy o jakiej piszesz - po prostu
                                                    mówie,ze kazdy zwiazekjest próba.

                                                    I skoro tak juz sobie szczerze rozmawiamy:) to powiem Ci, żemoje
                                                    nieudane małzeństwo bardzo wiele mnie nauczyło i pozwoliło mi
                                                    zweryfikowac pewne moje poglady na temat zwiazków. Nie pranelam
                                                    slubu, ani religijnego, ani zadnego, bo od zawsze uwazałam to za
                                                    sprawe dla mnie zbedną, ale uległam posbom mojego eksa i wzielismy
                                                    te sluby. Nim je jednak wzięlismy zdeklarowalismy się ze chcemy z
                                                    sobą być, to oczywiste. i moje podejscie do tej deklaracji było o
                                                    wiele wiekszym błedem, niż owe sluby. W głupocie swej i braku
                                                    doswiadczenia zyciowego uwazałam szczerze, ze jesli obje chcemy z
                                                    sobą być, to przecież da sie cos zrobic z ta sytuacją i musze sie
                                                    postarać owo cos zrobić. Próby robienia owego czegos zajeły mi ok. 2
                                                    lat zycia, barzo trudnych dla mnie lat - najtrudniejszych w moim
                                                    życiu. Zupełnie mie to wyczerpalo i psychicznie i fizycznie, do tego
                                                    stopnia, ze przez nastepny rok nie robilam juz nic w ierunku
                                                    poprawy sytuacji, ale i nic by ten człowiek zniknął z mojego domu i
                                                    zycia. Szczesliwie, a wiezre ze w tym był palec Bozy, bo tylko juz o
                                                    to,zeby to jakos sie skończyło umiałam sie modlic, stało sie tak, ze
                                                    mój eks sie obraził :) i wyszedł z domu. Kiedy nazajutrz wrócił
                                                    zastala juz wymienione zamki i spakowane rzeczy. Rzecz w tym,ze
                                                    zmarnowalam na nic 3 lata zycia, nerwy, zdrowie. A powinnam zaraz
                                                    jak zaczal wyczyniac swe glupoty wywalic go za drzwi, jakis moze rok
                                                    po slubie:) najdalej, o ile pamietam.

                                                    Kiedy sobie uswiadomilam ile czasu, energii siebie po prostu
                                                    zmarnowalam na niego, bo uwazałam,ze skoro jestesmy razem ....To
                                                    przewartosciowało mi się zupełnie to co kiedys myslałam.Powiedziałam
                                                    sobie: NIGDY wiecej :) nigdy wiecej nie bede się marnować na to,
                                                    zeby wypełnić deklarację, która kiedys ja złozylam, jesli ta druga
                                                    osoba tego nie robi. Amen, kropka, czesc. To przewartosciowanie
                                                    bardzo mi pomogło póxniej:) Lojalnosc ma byc wzajemna, starania o
                                                    zwiazek wzajemne, bo po to u licha jestem w zwiazku, zeby mi było
                                                    LEPIEJ miz samej, a nie gorzej. I nie chodzi tu o porzucanie chorego
                                                    np. partnera, co pewnie zaraz by padło :) nie, nie. Chodzi o to JAK
                                                    mi jest emocjonalnie z ta osobą, jesli źle - do widzenia.
                                                  • maria421 Re: O "probie" do marii 15.10.09, 09:57
                                                    Kora, wybacz, ale nie mam ani sily ani ochoty na czytanie Twoich elaboratow.
                                                    Postaraj sie pisac zwiezle , w paru zdaniach.

                                                    Na temat mieszkania na probe zreszta juz wszystko powiedzialam.
                                                  • kora3 Re: O "probie" do marii 16.10.09, 07:35
                                                    maria421 napisała:

                                                    > Kora, wybacz, ale nie mam ani sily ani ochoty na czytanie Twoich
                                                    elaboratow.
                                                    > Postaraj sie pisac zwiezle , w paru zdaniach.

                                                    nie sciemniaj - po prostu musiałabyć COŚ powiedziec nie po lini i na
                                                    bazie :)
                                                    >
                                                    > Na temat mieszkania na probe zreszta juz wszystko powiedzialam.

                                                    no ak, tak - wiele na ten temat wiesz zapewne z zycia syna
                                                    sasiadki :)
                                                  • maria421 Re: O "probie" do marii 16.10.09, 09:01
                                                    kora3 napisała:

                                                    > nie sciemniaj - po prostu musiałabyć COŚ powiedziec nie po lini i na
                                                    > bazie :)

                                                    Po prostu nie mam ochoty na czytanie niechlujnego wodolejstwa.

                                                    > no ak, tak - wiele na ten temat wiesz zapewne z zycia syna
                                                    > sasiadki :)

                                                    Przede wszystkim potrafie semantycznie odroznic znaczenia slowa "proba", czego
                                                    Ty, dziennikarka, najwyrazniej nie potrafisz.
                                                    >
                                                  • maria421 Re: oj no Mario, nie udawaj 13.10.09, 21:10
                                                    Kora, ja nic sobie na potrzeby wlasne nie nazywam, w Niemczech mieszkanie "na
                                                    probe" to jest standard i tak sie o tym otwarcie mowi.
                                                  • kora3 Re: oj no Mario, nie udawaj 14.10.09, 07:41
                                                    maria421 napisała:

                                                    > Kora, ja nic sobie na potrzeby wlasne nie nazywam, w Niemczech
                                                    mieszkanie "na
                                                    > probe" to jest standard i tak sie o tym otwarcie mowi.

                                                    no moze w reichu tak jest:)
                                                    sami zainteresowani tak mówią? - pytam z ciekawosci:)

                                                    ja sie z tym okresleniem spotkałam w ...kosciele kiedys, tak ksiadz
                                                    mówił o konkubinatach własnie, dawno to było z 15 lat temu i odnosił
                                                    to własnie do ludzi młodych, czyli takich na etapie ze się tak
                                                    wyraze przedslubnym.
                                                    Skoro to jednak jak mówisz ma być próba, to znaczy, ze po jej
                                                    pozytywnym wyniku ma cos nastąpić, rozumiem,ze slub, a wobec tego
                                                    taka para nie mzoe byc brana pod uwage w naszej dyskusji o adopcji,
                                                    bo skoro taka para jesli sie nie rozstanie slub wexmie, to jej
                                                    bynajmniej adopcja dziecka, jako konkubinat nie bedzie dotyczyc,
                                                    nie?:)
                                                  • maria421 Re: oj no Mario, nie udawaj 14.10.09, 09:27
                                                    kora3 napisała:

                                                    > no moze w reichu tak jest:)
                                                    > sami zainteresowani tak mówią? - pytam z ciekawosci:)

                                                    Sami zainteresowani mowia ze sprobuja jak to jest razem mieszkac i czy ze soba
                                                    wytrzymaja. Syn mojej sasiadki zamieszkal z dziewczyna, wynajeli 4 pokojowe
                                                    mieszkanie zeby kazde z nich mialo "wlasna przestrzen"....
                                                    Ta "proba" trwa juz ponad rok.
                                                  • kora3 Re: oj no Mario, nie udawaj 14.10.09, 09:37
                                                    maria421 napisała:

                                                    > kora3 napisała:
                                                    >
                                                    > > no moze w reichu tak jest:)
                                                    > > sami zainteresowani tak mówią? - pytam z ciekawosci:)
                                                    >
                                                    > Sami zainteresowani mowia ze sprobuja jak to jest razem mieszkac i
                                                    czy ze soba
                                                    > wytrzymaja.

                                                    rozsądne wg mnie :)


                                                    Syn mojej sasiadki zamieszkal z dziewczyna, wynajeli 4 pokojowe
                                                    > mieszkanie zeby kazde z nich mialo "wlasna przestrzen"....
                                                    > Ta "proba" trwa juz ponad rok.

                                                    i co ? przeszkadza ci to jakos?

                                                    ja nawet nie wiem cholibka, jak się nazywają moi sasiedzi z
                                                    naprzeciwka :) no, ale każdy robi jak uwaza.
                                                    Co do przestrzeni - na pewno jest ważna.
                                                    Oczywiscie kazdy sam sobie musi odpowiedziec na pytanie ile tej
                                                    przestrzeni potrzebuje i na ile stac go na stworzenie sobie takiej,
                                                    jaka chce. Fajnie ze syna Twej sąsiadki stac na to.
                                                    Nie wiem dlaczego zaskakuje Cie,ze ludzie chcą meić wlasną
                                                    przestrzeń życiową. Moze sa ludzie, którzy wszystko robią razem w
                                                    zwiazku, ale sa też tacy, którzy potrzebują miejsca dla siebie:
                                                    swego hobby, prywatnosci itp. Zdziwiłbyś się, jak wiele malzeństw
                                                    TEZakiego miejsca potrzebuje. Gnieżdzenie sie nawet z najbardziej
                                                    kochanymi osobami w klicie powoduje zawsze konflikty:)

                                                    A postawienie sprawy przez syna sasiadki :) i jego dziewczyne jest
                                                    jasne, klarowne i uczciwe. Masz wiedze co zamierzają po tej próbie?
                                                    Pytam z ciekawosci:)
                                                  • kora3 o własnej przestrzeni :) 14.10.09, 09:59
                                                    Odniosłam wrazenie,ze zaskoczyła Cię ta informacja o koniecznosci
                                                    posiadania własnej przestrzeni.

                                                    otóż Mario jest trochę tak, ze ludzi ze starszego pokolenia czasem
                                                    cechuje minimalizm. Szczególnie w Polsce, bo tutaj za zcasów
                                                    mlodosci moich rodziców mieszkanie np. mozna było odziedziczyć,
                                                    albo "dostać" z pracy, czy spółdzielni, ale po bardzo dłuuuuugim
                                                    czasie oczekiwania. Mało które młode małzeństwo bo konkubinaty
                                                    wowczs nie były powszechne, jak dziś, miało szanse zamieszkać na
                                                    starcie we własnym, no powiedzmy oddzielnym mieszkaniu. Z wynajmem
                                                    też były kłopoty, bo komunałki, czy spółdzielczego mieszkania nie
                                                    wolno było wynajmowac (jako i teraz), a własne mało kto posiadał.
                                                    Pozostawało wynajecie czegos w domu prywatnym, albo mieszkanie z
                                                    rodzicami, tesciami.
                                                    Pół biedy, jeśli ci rodzice, tesciowie mieli duzy dom, cała, gdy
                                                    młodzi gniexdzili się w niewielkim mieszkaniu z nimi. Chocby nie
                                                    wiem bowiem jak spolegliwo byli i kulturalni wszyscy - synowa czy
                                                    zięc to obca dorosła osoba. Jasne, jasne - ołączenie rodzin :) - ja
                                                    mówie nie o prawie, ani nie o jakis sielankowych wizjach, ale o
                                                    praktyce. To obca osoba, która ma wlasne,ze swojego domu wyniesione
                                                    przyzwyczajania, zasady, nawyki itp.
                                                    O ile młodym ludziom łatwiej się dogadać na tym polu (patrz
                                                    akademiki), o tyle osoby starsze, w dodatku bedące we własnym domu
                                                    niechetnie podchodzą czasem do odmiennosci (patrz. knflikty w domach
                                                    opieki, sanatoryjnych pokojach itp.)

                                                    Poniewaz jednak tacy młodzi nie mieli wyjscia wówczas, musieli
                                                    sięjakos gnieździć z tymi rodzicami, czy tesciami.

                                                    Teraz takiego problemu nie ma na ogół. Mieszkanie mzna sobie kupic,
                                                    wynając, jedynym ograniczeniem jest tu kasa. Tak wiec i ludzie maja
                                                    wieksze wymagania - normalne.
                                                  • maria421 Re: o własnej przestrzeni :) 14.10.09, 10:13
                                                    Mnie nie zaskoczyla informacja o potrzebie wlasnej przestrzeni, mnie zaskoczyl
                                                    fakt, ze mlodzi ludzie ktorzy decyduja sie na wspolne zamieszkanie mysla takimi
                                                    kategoriami.
                                                  • kora3 Re: o własnej przestrzeni :) 14.10.09, 11:54
                                                    maria421 napisała:

                                                    > Mnie nie zaskoczyla informacja o potrzebie wlasnej przestrzeni,
                                                    mnie zaskoczyl
                                                    > fakt, ze mlodzi ludzie ktorzy decyduja sie na wspolne zamieszkanie
                                                    mysla takimi
                                                    > kategoriami.

                                                    to znaczy jakimi? bo nie zrozumiałam teraz? że chcą mieszkac tak,
                                                    żeby im było wygodnie, a stać ich na to, wiec zamieszkali sobie tak?
                                                    no jesli chodzi o to, to chyba normalne :)
                                                    Moze i komuś zdaje sie niezwykle romantycznym mieszkać w piwnicznej
                                                    izbie, albo na poddaszu :), ewentualnie w klitce 20 m. kw, ale
                                                    zapewne nie każdemu.
                                                    Mnie też nie odpowiadałoby zamieszkanie np. w kamienicy, gdzie
                                                    trzeba palić weglem, na 35 m.kw. byle tylko mieszkac z facetem:) no
                                                    bez przesadyzmu Marysiu
                                                  • maria421 Re: o własnej przestrzeni :) 14.10.09, 13:12
                                                    Kora, ja co prawda bylam mloda kiedy Ty jeszcze pieluszki nosilas, ale co nieco
                                                    z mlodosci pamietam. I miedzy innymi to, ze jak sie dwoje ludzi kocha to chca
                                                    byc zawsze razem i jak najblizej razem. Ze maja potrzebe ich wspolnej
                                                    przestrzeni, a nie ich wlasnej, osobnej przestrzeni.
                                                  • kora3 minimalizm Marysiu 14.10.09, 13:50
                                                    maria421 napisała:

                                                    > Kora, ja co prawda bylam mloda kiedy Ty jeszcze pieluszki nosilas,
                                                    ale co nieco
                                                    > z mlodosci pamietam. I miedzy innymi to, ze jak sie dwoje ludzi
                                                    kocha to chca
                                                    > byc zawsze razem i jak najblizej razem. Ze maja potrzebe ich
                                                    wspolnej

                                                    > przestrzeni, a nie ich wlasnej, osobnej przestrzeni.

                                                    Twoja wypowiedź potwierdza to o czym pisałam - za zcasów młodosci
                                                    moich rodziców, gdyby ludzie czekali ze wspólnym zamieszkaniem na
                                                    swoje lokum, takie samodzielne, to pewnie w bardzo dojrzałym wieku
                                                    by im się to udawało zrealizować.
                                                    Dlatego zadowalali sie mieszkaniem kątem przy rodzicach, tesciach,
                                                    wynajetych kliteczkach - takie były realia.
                                                    nie sądze,ze wszyscy byli tak bardzo szczesliwi z tego powodu, ze
                                                    mają mało miejsca dla siebie, ale cóż było zrobić?
                                                    teraz jest inaczej, wiec trudno się dziwic, że ludzie dąża do
                                                    lepszego, a nie gorszego standardu.
                                                    jeśli ktos nie ma miejsca dla siebie, albo go nie potrzebuje w
                                                    zwiazku znaczy, ze najprawdopodiobniej ma chory stosunek do drugiej
                                                    osoby w z num w tym zwiazku bedacej
                                                  • maria421 Re: minimalizm Marysiu 14.10.09, 14:07
                                                    Bzdura, Korciu. Uczucia sie nie zmieniaja!!! Moja corka (mlodsza od Ciebie)
                                                    mysli na temat mieszkania na probe z zastrzezeniem sobie wlasnej przestrzeni tak
                                                    samo jak ja.
                                                    Wiem, wiem co teraz napiszesz- ze moje corka zostala przeze mnie zindoktrynowana:)
                                                  • kora3 Re: minimalizm Marysiu 14.10.09, 15:04
                                                    maria421 napisała:

                                                    > Bzdura, Korciu.
                                                    Uczucia sie nie zmieniaja!!! Moja corka (mlodsza od Ciebie)
                                                    > mysli na temat mieszkania na probe z zastrzezeniem sobie wlasnej
                                                    przestrzeni ta
                                                    > k
                                                    > samo jak ja.

                                                    MArio - nie zrozumiałas mnie zupełnie:) - twoja córka jest osobą
                                                    wychowaną przez ciebie, wiec zapewne, zwłaszcza biorąc pod uwagę
                                                    sposób wyrazania przez ciebie pogladów do forumowiczów, nad którymi
                                                    nie masz władzy, wpoiłaś jej jako osobie nad którą miałaś władze
                                                    rodzicielska swoje poglady skutecznie.

                                                    Mionimalizm nie polega na zdaniu na temat mieszkania na próbę,a na
                                                    podejsciu do standardu życia. Naturalnie pojmujęze twojej córce moze
                                                    nie zalezeć na posiadaniu własnej przestrzeni życiowej, czy szerzej -
                                                    prywatnosci w domu, moze nie być do posiadania takowej
                                                    przyzwyczajona, moze też nie wiedzieć zwyczajnie czy i ile takowej
                                                    potrzebuje - to wszystko jest mozliwe. Ale nie jest ona tu zadnym
                                                    wyznacznikiem, ponieważ jak na razie, z tego co piszesz wynika, ze
                                                    nie znalazła sie dotąd w sytuacji wspólnego mieszkania z kimś w
                                                    zwiazku.

                                                    > Wiem, wiem co teraz napiszesz- ze moje corka zostala przeze mnie
                                                    zindoktrynowan
                                                    > a:)

                                                    nie uzywałabym słowa zindoktrynowana - po prostu wychowana, wiec
                                                    prawdopodobnie przyjęła czesc twoich wzorców, a jeśli jest to
                                                    katoliczka, jak ty, zapewne wcale nie bierze pod uwagę wspólnego
                                                    mieszkania z partnerem przed slubem koscielnym w swoim wykonaniu.
                                                    Zeby zadnej niejasnosci nie było: MA DO TEGO PEŁNE PRAWO. Niemniej
                                                    jej zapatrywania na zwiazek, na przestrzeń życiowa, czy standard
                                                    mieszkania nie są bynajmniej obligatoryjne.
                                                  • maria421 Re: minimalizm Marysiu 14.10.09, 19:24
                                                    No i takiej wlasnie odpowiedzi sie spodziewalam! Jezeli moja corka sie w czyms
                                                    ze mna zgadza to z pewnoscia dlatego ze ja po katolicku wychowalam:)

                                                    To sie nazywa uprzedzenie, Korciu.
                                                  • kora3 Wychowanie dziecka nie ma znaczenia? 14.10.09, 20:55
                                                    maria421 napisała:

                                                    > No i takiej wlasnie odpowiedzi sie spodziewalam! Jezeli moja corka
                                                    sie w czyms
                                                    > ze mna zgadza to z pewnoscia dlatego ze ja po katolicku
                                                    wychowalam:)

                                                    mario, a Twoim zdaniem wychowanie w takim czy innym systemie
                                                    myslenia rodziców jest calkowicie bez znaczenia dla pósniejszych
                                                    pogladów dziecka? To ciekawe w kontekscie tego, ze jak tu sumnie
                                                    przekonuja iektórzy od wszelkiego wychowania w sensie moralnosci
                                                    jest dom i rodzina a nie np. szkola ...Jak to jest zatem? Rozice
                                                    powinni i maja prawo wychowywac dziecko wg swojego systemu wartosci,
                                                    czy jest to całkowicie bez znaczenia?:)

                                                    >
                                                    > To sie nazywa uprzedzenie, Korciu.

                                                    Nie to się nazywa czysta logika: dzieci wychowuja rodzice na ogół. i
                                                    maja oni istotny wpływ na to, jak i jakie zasady mu wpajaja.
                                                    naturalnie nie ejst to takie proste przełozenie,ze dziecko jest
                                                    wierna kopia pogladów rodziców, ale nie zaprzeczysz ,ze wychowanie
                                                    ma istotny wpływ na poejscie czlowieka do pewnych spraw w doroslym
                                                    zyciu.

                                                    spodzieałam sięze przyczepisz sie do tej oczywistosci, a nie
                                                    odniesiesz swoim zwyczajem do oczywistosci, ze Twoja córka ma
                                                    negatywny stosunek do mieszkania z kimś przed slubem a takze brak
                                                    jej w tym zakresie jakiegokolwiek pomysłu oraz doswiadczenia.

                                                    I o ile w temacie wspólnego mieszkania przed slubem moze uwazac to
                                                    zdanie za sluszne, ba ono nawet jest słuszne dla niej, skoro tak
                                                    czuje, o tyle w tenmacie potrzeb dotyczących standardu mieszkania, z
                                                    pewnoscia ma wyzsze niż 20 m. kw:)
                                                    A jesli wydaje jej sie, ze wystarczy i 20 m. kw byle sie tylko
                                                    kochac i juz, to jest po prostu b. młodziutka i naiwnie patrzy na
                                                    życie. Zapawne jej to przejdzie, a jesli nie, to niestety szybko sie
                                                    przekona, ze sytuacja, kiedy chce po pracy w spokoju poczytac,
                                                    posłuchac muzyki, obejrzec film, pogadac z przyjacielem, albo Tobą
                                                    np. a w tym samym maleńkim pomieszczeniu jej współmałzonek bedzie
                                                    robił to, na co on ma ochote po pracy np. bedzie mniej komfortowa.
                                                    Naturalnie zaraz sie dowiem,ze kochający sie ludzie robia wszystko
                                                    razem, ale tak nie jest ...
                                                  • maria421 Re: Wychowanie dziecka nie ma znaczenia? 14.10.09, 21:12
                                                    Korciu, jestes uprzedzona i myslisz szablonowo.
                                                  • kora3 Re: Wychowanie dziecka nie ma znaczenia? 14.10.09, 21:29
                                                    maria421 napisała:

                                                    > Korciu, jestes uprzedzona i myslisz szablonowo.

                                                    spodziewałam się takiej wypowiedzi w sytuacji braku argumentów z
                                                    Twojej strony.
                                                    Kiedy padnie "wstydz sie"?:)

                                                    ps. teraz chyba nie - spalone :)
                                                  • maria421 Re: Wychowanie dziecka nie ma znaczenia? 14.10.09, 23:26
                                                    Braku argumentow z mojej strony? Na co? Na Twoja szablonowa wizje jaka sobie
                                                    sama stworzylas nie tylko o mnie ale i o mojej corce?
                                                    A mysl Ty sobie co chcesz i badz przekonana ze masz racje...
                                                  • kora3 Podważasz role wychowacza rodziny 14.10.09, 23:44
                                                    maria421 napisała:

                                                    > Braku argumentow z mojej strony? Na co? Na Twoja szablonowa wizje
                                                    jaka sobie
                                                    > sama stworzylas nie tylko o mnie ale i o mojej corce?

                                                    Szablonowa wizję? Sama powiedziałaś,ze Twoja córka ma poglady na ten
                                                    temat zbiezne do Twoich, tak?
                                                    Skoro tak, to zapewne na jakiejs podstawie sobie je wyrobila, nie?
                                                    Mam uznac,ze wychowanie przez osobe o danych pogladach dziecka nie
                                                    ma zadnego wpływu na jego przyszle poglady?
                                                    Przeciez to absurd i podwaza cały sens wychowaczy rodziny Mario :)
                                                    Rozumiem, że Ty staralas sie wychowac swoje dziecko wg systemu
                                                    sprzecznego z Twoim sposobem pojmowania swiata?
                                                    Wybacz, ale Twoje "oburzone" wypowiedzi to sugetuja. Oburzona jestes
                                                    najwyraźniej tym, ze zakladam, iz rodzice wychowuja swoje dzieci
                                                    kształtujac ich swiatopoglad wg swego:)

                                                    Pozostaje to w calkowitej sprzecznsci z tym, co wyrazasz w innych
                                                    watkach o tym np. ze w wychowaniu najwazniejsza jest rola rodziny -
                                                    z czym sie akurat zgadzam:)

                                                    > A mysl Ty sobie co chcesz i badz przekonana ze masz racje...

                                                    Nic sobie o tobie nie mysle bo i po co?
                                                  • maria421 Kora, nie pouczaj mnie na temat rodziny 15.10.09, 09:55
                                                    i wychowania.

                                                  • kora3 Ale znie puczam - stwierdzam fakty :) 16.10.09, 07:33
                                                    maria421 napisała:

                                                    > i wychowania.
                                                    >
                                                    twierdzac,ze światopoglad rodziców nie ma wpływu na kształtowanie
                                                    tegoz u dziecka zaprzeczaszoczywistosci :) - bo tak ci pasuje do
                                                    aktualnie lansowanej tezy, nawet nie zauwazyłas kiedy się
                                                    zapetlilas :)
                                                  • maria421 Zeby fakty stwierdzac, trzeba je znac(ntx) 16.10.09, 08:57
                                                  • kora3 no własnie ZNAM je :) 16.10.09, 09:01
                                                    to jest NAUKOWO stwierdzone mario, ze rodzina ma w wychowaniu i
                                                    kształtowaniu pogladów niebagatelna rolę.
                                                    Tylko z przeproszeniem kompletny idiota mógłby temu faktowi
                                                    naukowemu zaprzeczać
                                                  • maria421 Re: oj no Mario, nie udawaj 14.10.09, 10:11
                                                    Kora, mnie to nie przeszkadza ze ktokolwiek mieszka na probe czy w konkubinacie
                                                    i nie wiem dlaczego o to pytasz. Chyba dlatego, ze w Twojej wizji katolik to
                                                    ktos kto narzuca innym jak maja zyc.

                                                    A Twoje stwierdzenie ze Ty nawet nie wiesz jak sie Twoi sasiedzi z przeciwka
                                                    nazywaja po tych wszystkich opowiesciach z zycia znajomych i znajomych znajomych
                                                    jakimi nas tu nieustannie czestujesz jest po prostu smieszne:)
                                                  • kora3 Re: oj no Mario, nie udawaj 14.10.09, 11:47
                                                    maria421 napisała:

                                                    > Kora, mnie to nie przeszkadza ze ktokolwiek mieszka na probe czy w
                                                    konkubinacie
                                                    > i nie wiem dlaczego o to pytasz. Chyba dlatego, ze w Twojej wizji
                                                    katolik to
                                                    > ktos kto narzuca innym jak maja zyc.

                                                    to nie moja wizja, a fakty:)
                                                    nie zakładam, ze ci przeszkadza, po ptostu pytam, bo widze,ze temat
                                                    bardzo cie interesuje, a ponieważ cię nie dotyczy, wiec szukam
                                                    przyczyn owego zainteresowania, zwyczajnie :)
                                                    >
                                                    > A Twoje stwierdzenie ze Ty nawet nie wiesz jak sie Twoi sasiedzi z
                                                    przeciwka
                                                    > nazywaja po tych wszystkich opowiesciach z zycia znajomych i
                                                    znajomych znajomyc
                                                    > h
                                                    > jakimi nas tu nieustannie czestujesz jest po prostu smieszne:)

                                                    Niby dlaczego? Znajomych, przyjaciół sie WYBIERA, sąsiadów nie.
                                                    Dlatego normalne jest o życiu znajomych i przyjaciół się wie sporo,
                                                    zwykle tyle ile sami mowią :), a o życiu sąsiadów i ich dzieci już
                                                    niekoniecznie :)
                                                  • maria421 Re: oj no Mario, nie udawaj 14.10.09, 13:09
                                                    OK, Kora, ja mam wlasne fakty ktore mowia ze Ty masz falszywa wizje katolikow.
                                                    I to podstawie tej falszywej wizji dochodzisz do falszywych wnioskow ktore
                                                    jezeli sie katolik na jakis temat wypowiada to pewno go to
                                                    a) niezdrowo interesuje
                                                    b)chce to zmienic narzucajac innym jak maja postepowac
                                                  • kora3 Re: oj no Mario, nie udawaj 14.10.09, 13:51
                                                    maria421 napisała:

                                                    > OK, Kora, ja mam wlasne fakty ktore mowia ze Ty masz falszywa
                                                    wizje katolikow.

                                                    ale podać nie mozesz, nie?:)

                                                    > I to podstawie tej falszywej wizji dochodzisz do falszywych
                                                    wnioskow ktore
                                                    > jezeli sie katolik na jakis temat wypowiada to pewno go to
                                                    > a) niezdrowo interesuje
                                                    > b)chce to zmienic narzucajac innym jak maja postepowac

                                                    nie biega o WYPOWIADANIE SIE Mario, a sposób w jaki się to czyni.
                                    • karafka_do_wina Re: lepsze pytanie to: 10.10.09, 17:08
                                      osoba samotna moze rowniez zaadoptowac dziecko. jak widac dziecku wystarczy
                                      rowniez tylko jeden rodzic, lub rodzic plus konkubent poznany juz po adopcji,
                                      rodzic plus kochanek lub rodzic plus ciocia (jesli matka adopcyjna jest homo).

                                      co do slubu to nie gwarantuje on stalego i stabilnego zwiazku rodzicow,
                                      natomiast konkubinat wcale go nie wyklucza.
                                      • kora3 Re: lepsze pytanie to: 10.10.09, 17:17
                                        karafka_do_wina napisała:

                                        > osoba samotna moze rowniez zaadoptowac dziecko. jak widac dziecku
                                        wystarczy
                                        > rowniez tylko jeden rodzic, lub rodzic plus konkubent poznany juz
                                        po adopcji,
                                        > rodzic plus kochanek lub rodzic plus ciocia (jesli matka adopcyjna
                                        jest homo).


                                        no własnie, bo przecież teraz :) para konkubinacka też moze
                                        adoptowac dziecko. :) Kobieta adoptuje je jako samotna osoba
                                        i ...wchodzi w konkubinat, albo przestaje się z nm ukrywać:) Prawo
                                        adopcyjne jak sadze nie zabrania rodzicowi adipcyjnemu zwiazac się z
                                        kimś formalnie, czy nieformalnie?

                                        >
                                        > co do slubu to nie gwarantuje on stalego i stabilnego zwiazku
                                        rodzicow,
                                        > natomiast konkubinat wcale go nie wyklucza.

                                        nie, no wg niektórych daje .. a ty lowelku jedź sobie, jedź :)
                                  • kann2 Re: lepsze pytanie to: 10.10.09, 22:30
                                    kora3 napisała:

                                    > Nie dostrzegam zadnych korzysci z tych "zobowiazań"

                                    Koro, to że Ty nie dostrzegasz korzyści, nie oznacza, że tych
                                    zobowiąząń nie ma. Tym się rózni małżeństwo od konkubinatu, że
                                    konkubent w każdej chwili może sobie pójść, mieć drugą osobę głęboko
                                    w d..., a gdy umrze, drugi nawet nie dziedziczy. jak w takiej
                                    sytuacji budowac mormalne życie rodzinne, planowac przyszłość,
                                    budować dom, kupować mieszkanie, mysleć o dziecku i kolejnych
                                    dzieciach. Zero stabilności życiowej, zergo gwarancji dla normalnego
                                    rozwoju. To małżeństwo jest fundamentem rodziny, konkubenci nie
                                    stanowią rodziny, bo nie ma między nimi żadnej stabilnej więzi.
                                    Dziecku adoptowanemu trzeba stworzyć warunki rozwoju w rodzinie, a
                                    nie w doraźnym towarzystwie.

                                    To że nie wszystkie zobowiązania małżeńskie są skutecznie
                                    egzekwowane, nie oznacza, że tych zobowiązań nie ma. Za
                                    przechodzenie na czerwonym świetle rzadko dostaje się mandat, za
                                    deptanie trawników jeszcze rzedziej. Ale to wcale nie znaczy, że te
                                    zobowiązania nie istnieją i nie pełnią żadnej roli społecznej.
                                    • kora3 Re: lepsze pytanie to: 10.10.09, 23:07
                                      kann2 napisał:

                                      > kora3 napisała:
                                      >
                                      > > Nie dostrzegam zadnych korzysci z tych "zobowiazań"
                                      >
                                      > Koro, to że Ty nie dostrzegasz korzyści, nie oznacza, że tych
                                      > zobowiąząń nie ma. Tym się rózni małżeństwo od konkubinatu, że
                                      > konkubent w każdej chwili może sobie pójść, mieć drugą osobę
                                      głęboko
                                      > w d..., a gdy umrze, drugi nawet nie dziedziczy. jak w takiej
                                      > sytuacji budowac mormalne życie rodzinne, planowac przyszłość,
                                      > budować dom, kupować mieszkanie, mysleć o dziecku i kolejnych
                                      > dzieciach. Zero stabilności życiowej, zergo gwarancji dla
                                      normalnego
                                      > rozwoju. To małżeństwo jest fundamentem rodziny, konkubenci nie
                                      > stanowią rodziny, bo nie ma między nimi żadnej stabilnej więzi.
                                      > Dziecku adoptowanemu trzeba stworzyć warunki rozwoju w rodzinie, a
                                      > nie w doraźnym towarzystwie.
                                      >
                                      > To że nie wszystkie zobowiązania małżeńskie są skutecznie
                                      > egzekwowane, nie oznacza, że tych zobowiązań nie ma. Za
                                      > przechodzenie na czerwonym świetle rzadko dostaje się mandat, za
                                      > deptanie trawników jeszcze rzedziej. Ale to wcale nie znaczy, że
                                      te
                                      > zobowiązania nie istnieją i nie pełnią żadnej roli społecznej.
                                    • kora3 Miły Kannie :) 10.10.09, 23:34
                                      kann2 napisał:

                                      > kora3 napisała:
                                      >
                                      > > Nie dostrzegam zadnych korzysci z tych "zobowiazań"
                                      >
                                      > Koro, to że Ty nie dostrzegasz korzyści, nie oznacza, że tych
                                      > zobowiąząń nie ma.

                                      Dwie zasadnicze sprawy:

                                      1. Jestem z natury swej praktykiem, co nie oznacza, ze teoria mnie
                                      nieobchodzi:) Obchodzi, ale merutum jes to, co z niej w praktyce
                                      wynika. Dlatego wazne jest dla mnie, ze integrator to urzadzenia
                                      calkujace, a pierwsza pochodna drogi po czasie to predkosc. Jesli
                                      całka i pochodna do niczego by się w zyciu nie przydawały to byłyby
                                      tylko rozrywka intelektualna, miła, acz hobbystyczna.
                                      Stąd interesuja mnie PRAKTYCZNE sprawy wynikajace z tych zobowiazań -
                                      a sa to sprwy, jak sama nazwa wskazuje kodeksowe, a wiec
                                      cywilnoprane. Sprowadzaja się one poza nielicznymi wyjatkami do kasy
                                      i nic w tym złego, tylko taki fakt.
                                      W sensie emocjonalnym ie mozna "skodeksować" zobowiazania, czy jego
                                      zlamania. Żony moze wcale nie obchozic "zdrada" meza formalnego, z
                                      którym od 10 lat nie ma kontaktu, a narzeczona - nieformalna w
                                      sumie, bo takiej istytucji prawnie nie ma , zaboli zdrada
                                      narzeczonego, który dwa dni temu wyznal jej miłosc, kiedy wrócił z
                                      łozka innej kobiety. emocje nie zależa od kodeksu, bywaja
                                      róznezaleznie od okolicznosci.

                                      2. To, ze mnie nie kteci małzeńswo i uwazam to cos za dla mnie
                                      calkowicie zbedne, nie oznacza,z e jestem wrogiem tej instytucji w
                                      ogólnosci. ona sie do niczego nie przyda mnie, ani do niczego eż ani
                                      materialnie, ani emocjonalnie nie jest mi potrzeba, weic dla mnie
                                      ejst zbedna, wiec nie wykorzystuję:) Ale nie widze nic
                                      nadzwyczajnego w tym, ze inni chca w niej być. jedyne co distrzegam
                                      negarywnego to przedstawiamie jej , jako jakiegos zabezpeizcenia na
                                      gruncie trwałosci i jakosci zwiazku. z powodu tego, ze jest to
                                      nieprawda.


                                      Tym się rózni małżeństwo od konkubinatu, że
                                      > konkubent w każdej chwili może sobie pójść, mieć drugą osobę
                                      głęboko
                                      > w d..., a gdy umrze, drugi nawet nie dziedziczy.

                                      Kannie, kwestie spadkowe są regulowane nie tylko zstawy, ale i z
                                      testamentu. To, od konkubentów zalezy jak sobie ureguluja sprawy
                                      maatkowe w czasie doczesnym i poza nim ze tak powiem.
                                      Para studentów mieszkajaca razem w akademiku rzadko o tym mysli ale
                                      ludzie w pewnym wieku, jesli maj,a olejw glowie - już tak.
                                      W sprawach majatku mozna zatem uregulowac tematy za zycia, a miec w
                                      d... druga osoba moze Cie mieć zawsze. jesli jest małzonkiem takze ..


                                      jak w takiej
                                      > sytuacji budowac mormalne życie rodzinne, planowac przyszłość,
                                      > budować dom, kupować mieszkanie, mysleć o dziecku i kolejnych
                                      > dzieciach. Zero stabilności życiowej, zergo gwarancji dla
                                      normalnego
                                      > rozwoju.

                                      Nie masz zadnego doswiadczenia w temacie, wec trudn byłoby mi takie
                                      rzeczy ci tłumaczyć.


                                      To małżeństwo jest fundamentem rodziny, konkubenci nie
                                      > stanowią rodziny, bo nie ma między nimi żadnej stabilnej więzi.


                                      Nie ma miedzy nimi formalnej wiezi pt malzeńśtwo. Stabilizacje
                                      finansową, jaka daje małzeńśtwo - bo tylko taka prawnie daje mzna
                                      sobie stwierzyć nieczasochłonnie i niekosztowne, serio, naprawdę.
                                      Zadnej innej "wiezi"nie daje sformalizowanie Kannie. Małzoeństwo w
                                      kazdej chwili moze sie rozpasc, a nasteonie moze dojść w tej
                                      sytuacji do jego formalnego rozwiazania.

                                      Nie ma zadnej siły, która zmusi wspólmalzonka do trwania faktycznie
                                      przy drugim, jeśli nie chce, przymus dotyczy tylko kwestii finansów,
                                      która mizna uregulowac nie biorąc slubów.

                                      > Dziecku adoptowanemu trzeba stworzyć warunki rozwoju w rodzinie, a
                                      > nie w doraźnym towarzystwie.

                                      a co jesi malzeństwo, które adoptowało ziecko się rozwodzi?
                                      wykluczasz taka mozliwosc?


                                      > To że nie wszystkie zobowiązania małżeńskie są skutecznie
                                      > egzekwowane, nie oznacza, że tych zobowiązań nie ma.
                                      Za
                                      > przechodzenie na czerwonym świetle rzadko dostaje się mandat, za
                                      > deptanie trawników jeszcze rzedziej. Ale to wcale nie znaczy, że
                                      te
                                      > zobowiązania nie istnieją i nie pełnią żadnej roli społecznej.

                                      ale za niedchiwanie wernosci np. nie ma ŻADNEJ orzewidzianej sankcji
                                      Kannie, poza mozliwoscia rozwodu z winy zdradzającego, jak się mu to
                                      w sazdie udowodni, ale sie sam przyzna. To nienjest rzadko
                                      ekzekwowalne, tylko WCALE.
                                      • kann2 Komu miły, temu miły 10.10.09, 23:43
                                        kora3 napisała:

                                        > Nie masz zadnego doswiadczenia w temacie, wec trudn byłoby mi
                                        takie
                                        > rzeczy ci tłumaczyć.

                                        Co do doświadczenia, to Ty, o ile się nie mylę, takowego w
                                        odniesieniu do wychowania dzieci (nie mówiąc już o adoptowanych) nie
                                        masz. No to po co takie sążniste posty? Twierdzisz, że jesteś
                                        praktykiem.

                                        Wiesz, Koro, myślę, że nie można wszystkiego sprowadzać do
                                        wymiaru "kasy". Zobowiązania, jakie mają wobec siebie małżonkowie
                                        maja tez wymiar moralny - w tym sensie, że ten, kto ich nie
                                        dochowuje zaciąga winę wobec współmałżonka. I każdy może mu to
                                        przynajmniej wypomnieć, powiedzieć mu, że jest nikczemnikiem.

                                        Tego konkubentowi porzucającemu konkubinę nikt powiedziec nie może.
                                        Bo nie ma podstaw.

                                        A poza tym jest jeszcze coś takiego, jak miłość. Nie wiem, czy w tej
                                        dziedzinie jestes praktykiem. Ale ja, staruszek, Ci powiem, że
                                        odgrywa ona niebagatelną rolę w relacjach między mężczyzną i kobietą.
                                        • kora3 mnie nie niemiły na pewno :) 11.10.09, 00:19
                                          kann2 napisał:

                                          >
                                          > Co do doświadczenia, to Ty, o ile się nie mylę, takowego w
                                          > odniesieniu do wychowania dzieci (nie mówiąc już o adoptowanych)
                                          nie
                                          > masz. No to po co takie sążniste posty? Twierdzisz, że jesteś
                                          > praktykiem.

                                          Ty w adopcji tez nie masz. Posty nie we wlasnym interesie, bo ja
                                          nigdy nie chcialam miec dzieci, gdybym chciała - pewnie bym
                                          próbowala:)

                                          Po prostu uwazam, że w praktyce nie ma znaczenia, czy luzie maja
                                          slub, czy go nie mają dla atmofery w ich wspólnym domu,dla uczuc
                                          jakimi się darzą, a to jest wazne dla dziecka, a nie jakię paiery
                                          same z siebie. Wana jest dla dziecja stabilizacja finansowa i o te
                                          trzeba zadbac, poniekad o te dna takze państwo, bo dziecko aoptowane
                                          obecnie przez malzonków staje sie formalnie ich dzieckiem wobc,
                                          którego mają takie same o ile się nie mylę obowiazki, jak wobec
                                          rodzonego, w stopniu równy,m takze jesli się roztsaną i dziecko
                                          zostanie przy któryms z nich.

                                          >
                                          > Wiesz, Koro, myślę, że nie można wszystkiego sprowadzać do
                                          > wymiaru "kasy".

                                          Kannie, to nie ja sprowadzam małzeństwo, czy kazdy inny zwiazek do
                                          kasy. Wielokkrotnie, poprzednim forum, chociażby azerka czego chyba
                                          się znajac ja nie zaprze, wspominała o tym, ze małzeństwo stanowi
                                          zabezpieczenie finanoowe dla małzonków i dzieci, w praktyce -
                                          najczesciej małzonkiem potrzebujacym tego zabezpieczenia jest
                                          kobieta.
                                          Choc ja osobiscie jestem daleka o pojmowaia zwiazków w taki sposób,
                                          trudno tu odmówić racji. Jesli bowiem kobieta nie pracuje zawodowo,
                                          albo w niepelnym wymiarze gdzin, czy też w parcy nie wymagającej
                                          wielkiego zaangazowania i słabo platnej, bo wychowuje dzieci i
                                          zajmuje sie domem to w sytacji opuszczenia przez ojca tych dzieci
                                          zostaje na lodzie, bez jakiś zabezpieczeń finanoswych.
                                          w praktyce w małzeństwach bywa róznie - jak widze. Znam takie, które
                                          się odzielnie ubieaja, maz kupuje w markowych sklepach, a zona na
                                          bazarze, bo slano zarabia. znam takie, które rowno dziela wszystkie
                                          wdatki, mimo sprych róznić w zarobkach. Dlatego wiem,ze w praktyce
                                          sprowadza sie to do ustaleń mniej lub badziej zadowoalających obie
                                          strony, ale indywidualnych dla danej pary.
                                          tak czy owak nie ja to sprowadzam to kasy, a osoby mówiące o
                                          tym "zabezpieczeniu" - ono się sprowadza bowiem w praktyce do kasy,
                                          mniej albo bardze ekzekwowalnej, ale kasy. Ne przyganiam tu wcale
                                          tym osobom, po prostu tak jest - praktycznie jedyne "zabezpieczenie"
                                          to kasowe, wszystko inne zalezy od danej osoby, na ktora nie mamy
                                          wplywu, wiec ...


                                          Zobowiązania, jakie mają wobec siebie małżonkowie
                                          > maja tez wymiar moralny - w tym sensie, że ten, kto ich nie
                                          > dochowuje zaciąga winę wobec współmałżonka. I każdy może mu to
                                          > przynajmniej wypomnieć, powiedzieć mu, że jest nikczemnikiem.

                                          Wiesz ci Kannie? Dwie sprawy. Pierwsza: bywa tak,ze prawdziwemu
                                          nikczemnikowi wcale nie zalezy czy ktos go tak nazwie. Wg mnie np.
                                          mezczyzna, który porzuca swoje dziecko i jego matke na patwie losu,
                                          nielzaeznie od slubów, czy ich braku, jest nikczemnikiem. Dla
                                          ciebiemoze nie, bo nie mial z nia slubu. Tak wiec widzisz sam,ze
                                          pojecie "nikczemnosci" mamy rzóne. Dla Ciebie zdradzic mozna tylko
                                          zone, meza , a dla mnie także ziewczye, chlopaka, narzeczoną,
                                          patnerke, konkunibie i meskie odpowiedniki. Człowiek który tak
                                          ronbi, bez wzgledu na płec i status jest w moich oczach nikczemny i
                                          tchórzliwy.

                                          druga sprwa wszelako: czy nikczemna jest zona, nikczemny maz, którzy
                                          rozstawszy sie nawet nieformalnie ze swymi amlzonkami sa z kims
                                          innym? Wg mnie nie. aczkolwiek sa to sooby jak dla mnie nierosądne,
                                          bo nieistniejacy zwiazek trzeba zakończyc formalnie, jesli był
                                          formalny, gyż potm mozna miec nieprzewudziane kłopoty. ale nie
                                          nazwalabym ych ludzi nikczemnymi. Wg mnie milion razy gorsze sa
                                          osoby oszukujące swych małzonkow, czy parnerow i zdradzające ich.
                                          W zyciu tak jest, ze bywa, iz ludzie się rozstają, przestają kohac.
                                          Jesli obusronnie, to jest to sytuacja łatwa, jesli jednostronnie, na
                                          pewno bardzo tragiczna dla tego, kto nadal kocha. Niewielkie tu ma
                                          znaczenie, czy to relacja chlopak-dziewczyna, nazeeczony,
                                          narzeczona, małzowństwo, czy partnerstwo. Jesli sa zdieci, one
                                          dodatkowo cierpią. Ale nie mozna nikogo zmusic by kogos kochał, nikt
                                          rozsądny i z godnoscia po przemysleniu nie chciały tez na sile
                                          takiej osoby zatrzymywać, bo po co? zeby patrzec, jak cierpi i coraz
                                          wiekszą niechecią darzy tego, kto zazymuje? jakaz to radosc z
                                          bycia "razem"? Nie pojmuje. wszelako czlowekz klasa i sercem tak sie
                                          rozstaje, by nie poegowac bólu innej osoby - raz, konsekwentnie, bez
                                          szarpaniny. A co barzo wazne - normalny rodzic nie "rozstaje się "
                                          zdiecmi. Mieszkając osobno musi szczególnie dbac, by dzieci maly
                                          swiadomsc,z e sa pzezeń kochane, ze nie sa odpowuedzialne za
                                          sytuacje miedzy dorosłymi.
                                          to sa sprawy trudne kannie, ale zyciowe, nie ozna ich zamykac
                                          stwierdzeniami "tylko małzenstwo i tylko do smierci" to moze byc
                                          twoje zalozenie i jesli jest to fajnie, ale musisz brać po d
                                          uwagę,ze w zyciu innych ludzi roznie sie dzieje, wiec skoro o nim
                                          dyskutujemy - wtym watku o adopcji obje teroretycznie przecież,
                                          musimy brac pod uwage realia "ichnie" a nie nasze.
                                          >
                                          > Tego konkubentowi porzucającemu konkubinę nikt powiedziec nie
                                          może.
                                          > Bo nie ma podstaw.

                                          o widzisz tu się róznimy:) ty uznajesz za moralne tylko podstawy
                                          prawa, a ja nie. Nie ma prawa nakazującego dotrzymania obietnicy
                                          przyjacielowi, nie ma takiego, które nakazuje spelnic ostatnia wole
                                          umieajaceo, o ile nie ejst testamentem, a jednak woich oczach osoba
                                          która tego nie zrobi jest nikczemna, chyba,ze nie miala mozliwosci.
                                          >
                                          > A poza tym jest jeszcze coś takiego, jak miłość. Nie wiem, czy w
                                          tej
                                          > dziedzinie jestes praktykiem. Ale ja, staruszek, Ci powiem, że
                                          > odgrywa ona niebagatelną rolę w relacjach między mężczyzną i
                                          kobietą.

                                          No własnie, a nie ma papierów na milosc, a te które niby sa , sa
                                          diabla warte - miłosc to jest miłosc, nie da sie jej
                                          usankcjonować :)
                                        • karafka_do_wina Re: Komu miły, temu miły 11.10.09, 18:56
                                          > A poza tym jest jeszcze coś takiego, jak miłość. Nie wiem, czy w tej
                                          > dziedzinie jestes praktykiem. Ale ja, staruszek, Ci powiem, że
                                          > odgrywa ona niebagatelną rolę w relacjach między mężczyzną i kobietą.

                                          nareszcie, Kannie to zauwazyles. w zwiazku najwazniejsza jest milosc i tylko
                                          wtedy moze byc trwaly. zaden slub i przysiegi tego nie zapewnia. zwlaszcza w
                                          dobie rosnacej liczby rozwodow, ktory calkiem latwo (i niedrogo) mozna dostac.

                                          • kora3 Karafko droga 11.10.09, 20:44
                                            kann Ci zaraz moze odp. ze wg KRK miłosc nie ejst stanem uczuć, a
                                            WYBOREm - biorac slub koscielny wybierasz, ze bedziesz kochac te
                                            osobe co by się nie działo - trudno wszelako komukolwiek uzywającemu
                                            tego hmmm argumentu powiedzieć co to w praktyce oznacza, poza tym ,
                                            ze trwale nie ziazesz sie z inna osobą. Opuscic współmałzonka
                                            mozesz, a nawet powinnas , gdy stanowi zagrozenie dla Twej lub
                                            potomstwa duchowosci, albo cielesnosci. W pewnych sytuacjac - typu
                                            alkoholizm nie nalezy mu nawet pomagać, ze wzgledów akura
                                            terapeutycznych, małzonka mozna opuscić trwale i na zawsze także w
                                            sytuacji, gdy powód separacji ustał, gdy powodem tym byla zdrada.
                                            tak wiec wszystko z ta miłoscia jako wyborem sprowadza się do
                                            koscielnego zakazu trwałego (podkreslam: na zasadzie zw. cywilnego,
                                            albo konkubinatu, a nie np. dochodzących czasem tylko, raz w
                                            tygodniu np. pań:)) związania się z kims innym. Podkrelam ze kosciół
                                            ma takie prawo co do swych wiernych wymagac tego, ale nadal nie
                                            wyjasnia to jak to jest, ze miłosc jest wyborem :)
      • chickenshorts Re: Konkubenci będą mogli adoptować dzieci? 09.10.09, 22:38
        kora3 napisała:

        > a w czym problem Kannie?
        > Bo nie dostrzegam :)

        Myśl 'Konradzie Wallenrodzie' zamiast kannie i wsztstko będzie
        jasne...

        kann robi 'robotę'
    • kora3 Życiowa zagadka - la zyciowych :) 11.10.09, 21:03
      Tacy co to majka alergie na sytuacje z zycia wziete moga sobie
      darować.

      Otóz: nie tak dawno dowiedziałam się od zainteresowanej poniekad, że
      znów jest ze swoim mezem.
      No, ale od początku. Moja znajoma wyszła za maz młodo, z miłosci
      wielkiej, acz decyzję o slubie w tym akurat momencie przyspieszyła
      ciąża. Miała ona 20 lat, uczyła się w studium, chłopak - student -
      22 lata. Slub brali i koscielny i cywilny, czasy przedkonkordatowe
      wszak. Pobrali się, urodziła syna. Rodzice im jakos wspólnymi silami
      kupili mieszkanie. ona skończyła studium w dobrym zawodzie, nieźle
      płatnym. On się przeniółs z dziennych na wieczorowe, znalazł pracę,
      mama jej pomagała się zajmowac dzieckoem. Jakieś 5 lat po slubie,
      gdy on juz studia skończył, staneli dobrze finansowo na nogi ona
      zorientowała się,ze mąz ma romans i to ... z zona kolegi. Wspólne
      wypady, ogniska, wakacje - a tu sie okazuje, ze z soba sypiaja.
      Spotkałysmy sie po dłuzszym niewidzeniu własnie w tum czasie, to
      było z 10 lat temu. A kochala meza, ciezko zniosła jego zdrade i
      rozwód, ale sobie jakoś radzila.Dobrze zarabiała, rodzice jej
      pomagali.
      Po tym spotkaniu nie widziałysmy sie prawie 10 lat. Przy okazji
      portalu n-k znalazła mnie i napisała. Z radoscia to przyjełam:)
      Kiedy bylam u rodziców spotkałysmy się z A. przyszedł też
      jej ...były maż.Okazało się, ze od 2 lat znów sa razem. On sie po
      rozwodzie ozenil z kobitka kolegi, która też się rozwiodla z tamtym,
      ale chyba się coś nie ukladało. jak mówila A coraz czesciej wpadał
      do syna, na coraz dluzej, w końcu nocował, potem juz nie sam. W
      efekvie rozwódł się z tamta kobitka, ale A. slubu juz z nim nie
      chce. Mieszkaja razem, maja wspólnego syna. Są rozwiedzeni
      formalnie, kanonicznie sa małzeństwem, ale wg prawa to bez
      znaczenia:)
      ona od poczatku miał dwuczłonowe nazwisko, nie pozbyła sie drugiegi
      członu po rozwodzie, ze wzgledu na syna.
      Dziwna i prawdziwa hostoria, pewnie jest wiele takic, ale ja
      pierwszy raz w zyciu zetknełam sie z czyms takim tak namacalnie, z
      grona osób, z którymi kiedys bylam bardzo blisko, dobrze je znam.
      Nie potepiam dziewczyny, ze przyjeła goscia z powrotem, bo to nie
      było tak, ze poszedł do kochanki i za dwa dni wróciłi tak w koło, od
      ich rozwodu do jego powrotu mineło pare lat dobrych. Mnie na to nie
      byłoby stac, wiem to na pewno :), ale im zycze wszystkiego
      najlepszego.
      Tak wszelako czy owak - ona slubu już nie chce i wcale się nie
      dziwię. Dobrze im, ale gdzieś w niej jest to co sie stało kiedyś.
      Dobrze zarabia, zabezpieczeń nie potrzebuje kobieta w tym zakresie,
      a o tym, ze maz moze zdradzic i pójsc sobie, choc jest mezem juz
      wie :)
      Zagadka: czy oni żyją w konkubinacie? :) wg mnie - tak :)
      Ale ci najciekawsze: w grzechu nie :)
    • kann2 W małżeństwie bezpieczniej niż w konkubinacie 13.10.09, 17:49
      Życie w małżeństwie bezpieczniejsze niż w konkubinacie

      Małżeństwo chroni przed przemocą domową – twierdzi hiszpański
      Instytut Polityki Rodzinnej. I przedstawia dowody na to, że w
      konkubinatach dochodzi do zabójstw o wiele częściej niż w
      małżeństwach.

      Zdaniem rzecznika prasowego Instytutu, Mariano Martineza-Aedo, w
      2008 roku Hiszpanii sześć na dziesięć morderstw, do których
      doprowadziły konflikty między towarzyszami życia, wydarzyło się w
      konkubinatach. Jeśli chodzi o małżeństwa, to na 311 tysięcy przypada
      jedno zabójstwo. Jeden na 25 tysięcy konkubinatów kończy się
      śmiercią poniesioną z rąk partnera.

      Zdaniem Hiszpana, wniosek jest logiczny: - W małżeństwie przemoc
      zdarza się najrzadziej, co czyni je najlepszym środkiem
      zapobiegającym przemocy. Martinez-Aedo stwierdził, iż między innymi
      z tego powodu Instytut Polityki Rodzinnej dąży do tego, aby rząd w
      większym stopniu chronił i wspierał instytucję małżeństwa.


      www.fronda.pl/news/czytaj/hiszpania_zycie_w_malzenstwie_bezpieczniejsze_niz_konkubinacie
      • kora3 Ciekawe spostzrzenia Kannie 14.10.09, 07:52
        o tej przemocy domowej :) - też.

        Interesuje jedna sprzecznosc ligiczna pomiedzy tym co przytaczasz, a
        lansowanym przez przeciwników konkubinatu zdaniem.

        Otóż: jesli jest tak, jak pisxecie, ze w małzeństwieczlowiek ma
        zobowiazania, a w konkubinacie w kazdej chwili moze sobie pójsc w
        siną dal, to dlaczgo u licha w ogóle dochodzi do tak drastycznych
        przejawów przemocy domowej w tych konkubinatach, o jakich mowa.
        na logike: jesli komus jest źle w zwiazku, którego moze sie tak
        łatwo "wykolegować", a bitemu jest źle, chyba, ze jest masochistą,
        to dlaczego w nim tkwi?
        Sądze,ze zna odp. na to pytanie, a powody sa DOKŁADNIE takie same,
        jak powody tkwienia w złym zw. mazłeńskim. No, ale chce poznac też
        wazsze zdanie na ten temat.

        Druga sprawa to taka, że przedstawiając takie zdanie jak
        przytoczyłeś, zwykle wypowiadajacy je sprytniej lub, jak tu mniej
        sprytnie:) wplatają w wypowiedź fałszywe tezy, które potem
        fałszywie "dowodzą".
        Wyglada to tak, jakby:
        - w małzeństwach nie dochodziło do przemocy domowej
        - przemoc domową w konkubinatach powodował brak slubu.

        Oba te załozenie sa z gruntu nieprawdziwe.
      • karafka_do_wina Re: W małżeństwie bezpieczniej niż w konkubinacie 15.10.09, 12:11
        w malzenstwie jest bezpieczniej niz w konkubinacie, bo jest minimalnie mniejsza
        szansa na smierc z reki malzonka :-D to doprawdy radosna wiadomosc, zachecajaca
        do brania slubu! rozmumiem, ze w dniu slubu co ktorys facet troszke sie uspokaja
        i rezygnuje z morderstwa zony. :-D

        Kannie, dlaczego cytujesz 'fornde'? przeciez to zwykly brukowiec, na dodatek dla
        malo inteligentnych. zaden rozsadny czlowiek nie uwierzy w te bzdury.
      • kohei Re: W małżeństwie bezpieczniej niż w konkubinacie 15.10.09, 12:27
        kann2 napisał:
        > Zdaniem Hiszpana, wniosek jest logiczny: - W małżeństwie przemoc
        > zdarza się najrzadziej, co czyni je najlepszym środkiem
        > zapobiegającym przemocy.

        Jak komuś korelacja myli się z wynikaniem, a skutki z przyczynami,
        to powinien zastanowić się nad mniej obciążającym intelektualnie
        zajęciem. Np. rzeźbieniem świątków z lipowego drewna.

        Choć fakt, że podobne rewelacje przekazują nam tuzy pokroju Frądy*,
        dobrze świadczy.

Nie masz jeszcze konta? Zarejestruj się


Nakarm Pajacyka