kann2
10.11.09, 22:16
Na szkolnym krzyżu się nie skończy. Inne postulaty włoskich ateistów
są jeszcze bardziej absurdalne
Obecność krucyfiksu we włoskiej szkole w Abano Terme oburzyła pewne
małżeństwo. Massimo Albertin i Soile Lautsi nie chcieli, by dwójka
ich pociech spoglądała podczas lekcji na figurę ukrzyżowanego
Chrystusa. Pani Lautsi zaskarżyła państwo włoskie i wygrała sprawę
przed Europejskim Trybunałem Praw Człowieka w Strasburgu.
Jeśli jednak komuś wydaje się, że chodzi wyłącznie o możliwość
wychowywania dzieci w zgodzie z własnymi przekonaniami, jak uznał
Trybunał, jest w grubym błędzie.
Massimo Albertin, już po ogłoszeniu werdyktu, udzielił wywiadu
włoskiemu dziennikowi „Il Messaggero”. Powiedział w nim
m.in.: „Strasburg leży daleko od Rzymu. Członkowie Trybunału mogli
więc przeanalizować sprawę, nie obawiając się nacisków ze strony
Watykanu”. Dodał, iż podczas siedmioletniej batalii sądowej był
często zastraszany i obrażany. Stwierdził, że „fanatyzm religijny
występuje nie tylko w islamie”, po czym zaznaczył: „Nigdy nie
ukrywałem, że jestem członkiem włoskiego Związku Ateistów,
Agnostyków i Racjonalistów”.
Wyjdźcie z Kościoła
Organizacja ta (włoski skrót: UAAR) została założona w 1991 r., ma
dziś około 4 tys. członków i oddziały w największych miastach Włoch.
Wydaje czasopismo („Ateista”), przyznaje także własną nagrodę na
festiwalu filmowym w Wenecji, tzw. Premio Brian – za „dzieło filmowe
wspierające wartości laickie, prawa człowieka, swobodę wyznania
etc”.
Każdego lutego UAAR organizuje w Rzymie Tydzień Antykonkordatowy,
podczas którego odbywają się debaty i seminaria na temat świeckości
państwa, feminizmu, wolności seksualnej. Rok temu związek
przeprowadził akcję nawołującą Włochów do apostazji, publikując na
swojej stronie internetowej szczegółową instrukcję, co zrobić, by
opuścić Kościół katolicki. Przed kilkoma miesiącami zaś próbował –
bezskutecznie – w kilku włoskich metropoliach umieścić ateistyczne
hasła na miejskich autobusach. Zgodziły się jedynie władze Genui.
Związek Ateistów, Agnostyków i Racjonalistów jest, jak widać,
organizacją niezwykle aktywną. Ma też bardzo sprecyzowaną wizję
tego, jak powinno wyglądać włoskie państwo, a szczególnie jego
stosunki z Kościołem katolickim. Usunięcie krzyży ze szkół
publicznych jest tylko jednym z dogmatów ideologii wyznawanej przez
członków UAAR. Na stronie www.uaar.it znajdziemy cały zestaw ich
postulatów i żądań, a także wskazówek, co każdy racjonalista
powinien uczynić, by Włochy stały się ateistycznym rajem.
Przyjrzyjmy się kilku z nim.
Nie chodźcie po górach
Aktywistom UAAR przeszkadza m.in., iż duchowni katoliccy uczestniczą
w ceremoniach państwowych i lokalnych. „We Włoszech obowiązuje
dekret premiera z 14 kwietnia 2006 r., wedle którego jesteśmy
zmuszeni do oglądania hierarchów kościelnych na honorowych
miejscach, siedzących przed obiektywami fotoreporterów i kamer
telewizyjnych”.
UAAR występuje także przeciwko katolickiej rozgłośni Radio Maria
(sic!), która – zdaniem związku – instalując na całym Półwyspie
Apenińskim anteny nadawcze, naraża zdrowie osób mieszkających w
okolicy. Przekaźniki te emitują bowiem groźne fale
elektromagnetyczne, które UAAR nazywa „elektrosmogiem”.
Członkom związku nie podoba się również fakt, iż w wielu włoskich
zakładach pracy pojawiają się od czasu do czasu księża, „aby
poświęcić np. sklepowe kasy czy systemy antywłamaniowe, przyjmując w
zamian grubą kopertę”.
„Kalendarz świąt państwowych we Włoszech jest wciąż w większości
powiązany ze świętami religijnymi” – narzeka UAAR. Jednocześnie kpi
z biskupa Imoli, który swego czasu pozwolił sobie na stwierdzenie,
iż organizowanie wyścigu Formuły 1 na pobliskim torze dokładnie w
Wielkanoc jest „niezbyt właściwe”. „Oczywiście [Kościół] nie
pozwoli, by jakieś religijne święto miało swoją laicką konkurencję” –
czytamy na stronie związku.
W innym miejscu ateiści pochylają się nad dyskryminowanymi
turystami. „Ktoś, kto nie jest katolikiem, ale kocha góry, przeżywa
prawdziwe katusze” – pisze UAAR. Albowiem miłośnicy wspinaczek i
górskich krajobrazów są nieustannie narażeni na widok krzyży i
kapliczek, „często o ogromnych rozmiarach i widocznych już z
odległości kilku kilometrów”.
Skoro ateistom przeszkadzają krzyże w górach, nic dziwnego, iż
irytują ich też pewne szyldy. UAAR głośno protestował kilka lat temu
przeciwko nadaniu rzymskiej stacji Termini oraz lotnisku w Bari
imienia Jana Pawła II.
Krytyka UAAR nie mogła ominąć telewizji publicznej. „Wystarczy, że
papież się przeziębi, by materiał na ten temat trafił do głównego
wydania wiadomości”. Ateistom nie podoba się nawet fakt, iż w RAI, w
porze najwyższej oglądalności, „pokazuje się kosztowne inscenizacje
historii biblijnych”.
Religia może szkodzić nie tylko oczom, lecz także uszom. Dlatego
UAAR na osobnej stronie rozwodzi się nad zgubnymi skutkami bicia w
kościelne dzwony, nazywając je „zanieczyszczeniem akustycznym”. „To
pozostałość po epoce, w której katolicyzm wyznaczał jedyny kulturowy
horyzont we Włoszech, a dźwięk dzwonów sterował codziennym życiem
wspólnot.
Dziś jednak, gdy mniej niż jedna piąta obywateli chodzi co tydzień
na msze, dźwięk ten powinien być skierowany wyłącznie do
mniejszości”. Dalej następuje wyliczanka procedur prawnych, które
należy wszcząć, jeśli komuś przeszkadza natrętny hałas z pobliskiej
dzwonnicy.
Przy powyższych postulatach inne propozycje UAAR – dotyczące
aborcji, małżeństw homoseksualnych, liberalizacji prawa rozwodowego
czy świeckich pochówków – wydają się wręcz banalne.
Naśladujcie homoseksualistów
Niektóre z żądań włoskich racjonalistów są niedorzeczne. Nie sądzę,
by udało im się zmienić nazwę lotniska w Bari czy przemeblować
ramówkę RAI. Jednak jeszcze kilka lat temu powiedziałbym to samo
o ich walce z krzyżami w szkołach. Kolejne sukcesy w sądach będą
pobudzały te środowiska do coraz śmielszych działań.
Podobną drogą podążają np. polscy homoseksualiści, którzy jeszcze
kilka lat temu chcieli jedynie uznania, iż geje i lesbijki istnieją
oraz powinni mieć prawo do spadku i odwiedzania partnerów w
szpitalach. W październiku 2002 r. podczas internetowego czatu na
portalu Onet.pl Robert Biedroń stwierdził: „Jak na razie środowisko
polskich homoseksualistów nie domaga się adopcji dzieci”.
Pół roku później w wywiadzie dla „Gali” z kwietnia 2003 r.
powtarzał: „Podkreślam, że w Polsce nie ma ani jednej organizacji,
która domaga się małżeństw homoseksualnych i adopcji dzieci. Ten
problem w ogóle nie istnieje – jest sztucznie nakręcany przez
naszych przeciwników”. Jeszcze w styczniu 2007 r., we własnym
tekście zamieszczonym w „Gazecie Wyborczej”, ironizował: „Uważający
się za obrońców tradycyjnych wartości mówią (...), że jeśli dziś
zaakceptujemy osoby homoseksualne, to jutro będą one chciały adopcji
i homoseksualnych małżeństw”.
Wkrótce nastąpił gwałtowny zwrot. W styczniu 2008 roku Biedroń
cieszył się z wyroku Europejskiego Trybunału Praw Człowieka, który
uznał, że Francja dyskryminowała pewną lesbijkę, odmawiając jej
prawa do adopcji dziecka. „To kamień milowy. Decyzja ta zamyka
administracjom poszczególnych państw możliwość odmowy adopcji dzieci
przez osoby homoseksualne, a w wielu krajach się to zdarzało. (...)
Jeśli w naszym kraju zdarzy się taki przypadek, to sprawa trafi do
Strasburga” – zapowiadał w „Dzienniku”.
A niedawno ten sam Robert Biedroń, który jeszcze w 2007 r. „nie
domagał się