Dodaj do ulubionych

strata bliskiej osoby

07.02.04, 11:19
Moja przykaciółka straciła bliską osobę - śmierć w wypadku samochodowym. Nie
chcę opisywać, co ona przeżywa, myślę, ze każdy się domyśli.
Usłyszałam kiedyś od pewnego kawalera po 50tce, że zostało mu oszczędzone
wiele lęku: nie boi się o żonę, o dzieci: czy nie zachorują, czy im się coś
złego nie stanie...
Z kolei inna znajoma - panna lat 32 - powiedziała, ze ona by wolała
pocierpieć byle cokolwiek w życiu przeżyć.
Co myślicie na ten temat? Lepiej mieć bliskich: rodzinę, przyjaciół - i
ewentualnie cierpieć po ich stracie? Czy lepiej nie mieć nikogo i oszczędzić
sobie tego bólu?
Moim zdaniem jednak przyjaźń i miłośc są warte każdego cierpienia, co nie
zmienia postaci rzeczy, że martwię się o moich najbliższych.
Obserwuj wątek
    • baba-jaga Re: strata bliskiej osoby 07.02.04, 13:10
      samotnosc tez bywa bolesna (a jesli do tego ma sie wyobraznie i troche
      wspolczucia, wystarczy poczytac codzienne wiadomosci). A kto nie ma lub nie
      bedzie mial bliskich ktorych nie utraci? Ale nie ma tego zlego co by na dobre
      nie wyszlo. Utrata w smiertelnosci moze byc zyskiem w niesmiertelnosci. Poprzez
      cierpienia i utraty uczymy sie szukac radosci ktora nie przemija (albo
      grzezniemy w depresji i frustracji upartego ego).
      A kto woli radosc ziemska ten bedzie gladki i bogaty.
      • a000000 Re: strata bliskiej osoby 07.02.04, 13:43
        Poruszyłaś mamałgosiu strunę, która boli najbardziej.

        Stracić kogoś bliskiego - ból niewyobrażalny, graniczący czasem z bluźnierstwem.
        Żyć całe życie w samotności i nie zaznać miłości - zanużenie się w bezsensie
        pustego żywota.

        Nie wiem co lepsze, czy wygodniejsze. Myślę, że skoro jednak Bóg dał nam
        zdolność do miłości i przyjaźni, nakazał łączyć sie w pary celem prokreacji,
        Jezus powiedział - gdzie KILKU modli się do Ojca, tam jestem wśród nich (nie
        cytat), należy żyć w miłości, przyjaźni, w gromadzie, nawet jeśli oznacza to
        późniejszy ból.
        Moja koleżanka od kilku lat jest wdową. Czasami tak siedzimy i poruszamy tematy
        różne. I kiedyś próbowałyśmy rozwikłać dylemat: która z nas szczęśliwsza. Czy
        ona,samotna, mająca grozę stania nad grobem kochanego męża za sobą, czy ja,
        która wszystko mam przed sobą. Wyszło nam, że jednak ja. Gdyż nie wiadomo, czy
        na pewno to ja będę pierwsza w kolejce do św Piotra? A nawet gdyby, to jakoś
        tak dziwnie i mądrze jest świat urządzony, że strata osoby bliskiej w starszym
        wieku mniej boli niż to samo w wieku młodszym. Zanim ktoś z czytających sie
        oburzy, niech najpierw przemyśli i zaobserwuje w realu.

        Wyrazy współczucia dla Ciebie i Twojej przyjaciółki.
        • mamalgosia Re: strata bliskiej osoby 07.02.04, 18:24
          no tak, nikt nie obiecywał, ze życie będzie łatwe...
          A by the way, dlaczego mi współczujesz?
          • a000000 Re: strata bliskiej osoby 09.02.04, 16:20
            mamalgosia napisała:

            > no tak, nikt nie obiecywał, ze życie będzie łatwe...
            > A by the way, dlaczego mi współczujesz?

            Piszesz, że nieszczęście dotknęło Twoją przyjaciółkę, a więc i po trochę
            Ciebie. Gdy cierpi osoba nam bliska, raczej nie mamy powodu do zadowolenia.
            Stąd moje wyrazy.
            • mamalgosia Re: strata bliskiej osoby 10.02.04, 11:37
              acha, rozumiem.
        • arcykr Re: strata bliskiej osoby 14.02.04, 09:14
          a000000 napisała:

          > Jezus powiedział - gdzie KILKU modli się do Ojca, tam jestem wśród nich (nie
          > cytat),
          Na przyklad w zakonie...
      • arcykr Re: strata bliskiej osoby 14.02.04, 09:12
        baba-jaga napisał:

        > A kto woli radosc ziemska ten bedzie gladki i bogaty.
        Zalezy od poziomu jego inteligencji emocjonalnej. (Patrz klasyczny eksperyment
        z dziecmi zamykanymi kolejno sam na sam z cukierkiem).
    • luzer Re: strata bliskiej osoby 07.02.04, 15:05
      mamalgosia napisała:

      > Lepiej mieć bliskich: rodzinę, przyjaciół - i ewentualnie cierpieć po ich
      > stracie? Czy lepiej nie mieć nikogo i oszczędzić sobie tego bólu?

      Idąc takim tropem nieuchronnie doszłoby się do wniosku, że najlepiej to się
      nie urodzić, unika się wówczas wszelkich problemów. A przecież żyć samotnie -
      to tak, jakby w znacznym procencie się nie urodzić. Czy warto żyć, będąc
      nie do końca urodzonym...?

      l_r
      • baba-jaga Re: strata bliskiej osoby 07.02.04, 19:13
        luzer napisał:

        najlepiej to się
        > nie urodzić, unika się wówczas wszelkich problemów.

        nie wydaje mi sie zeby problemy byly tylko w Krolestwie Ziemskim...


        A przecież żyć samotnie -
        > to tak, jakby w znacznym procencie się nie urodzić.


        znaczy sie uziemic?
        bo jednak wole wiare w rzeczywistosc duchowa, ktorej ziemska egzystencja to
        cien jedynie, mara chwilna.


        Czy warto żyć, będąc
        > nie do końca urodzonym...?



        czy warto niby-zyc nie wierzac w zycie prawdziwe, duchowe, i nie dostrzegajac
        widocznych jego znakow?
        Jak mozna utozsamiac zycie z tym co podaja zludne, ograniczone, przemijajace
        zmysly?
        Przez zmysly sie patrzy jak przez okno, starajac sie dostrzegac umyslem i
        sercem sens tego co podaja zmysly, a nie utozsamiac widoku w oknie z zyciem
        samym. Takie bledne widzenie to jeszcze naiwny materializm i brak doswiadczenia.
        Duchowosc to nie teoria. Kto szuka ten znajdzie.

        • luzer Re: strata bliskiej osoby 07.02.04, 20:30
          baba-jaga napisał:

          > nie wydaje mi sie zeby problemy byly tylko w Krolestwie Ziemskim...

          Po pierwsze:
          Twierdzisz, że w Królestwie Niebieskim też będą nas dręczyć jakieś problemy?

          Po wtóre:
          Uważasz, że istniejemy już przed naszym przyjściem na świat, jako ukształtowane
          duchowo byty?

          > znaczy sie uziemic?
          > bo jednak wole wiare w rzeczywistosc duchowa, ktorej ziemska egzystencja to
          > cien jedynie, mara chwilna.

          Ejże, jeśli by tak miało być, to dlaczego ta pogardzana przez Ciebie, ziemska
          egzystencja, ten nieistotny cień, ta mara chwilna, ma ponoć aż tak wielki wpływ
          na nasze losy w wieczystej rzeczywistości duchowej?

          > czy warto niby-zyc nie wierzac w zycie prawdziwe, duchowe, i nie dostrzegajac
          > widocznych jego znakow?

          Niektórzy z tego niby-życia mają wiele satysfakcji.
          Dla każdego człowieka jego prawda jest ową prawdą najważniejszą.

          > Takie bledne widzenie to jeszcze naiwny materializm i brak
          > doswiadczenia.

          Sporo pychy, zgoła niechrześcijańskiej, jest w tym stwierdzeniu.
          Wszystko wiemy lepiej? Równie fundamentalistyczny ateista zarzuciłby Ci
          "naiwną transcendentność" i "wishful thinking".

          > Duchowosc to nie teoria. Kto szuka ten znajdzie.

          Tak. A z innej pozycji - kto chce coś zobaczyć - zobaczy,
          nawet jeśli inni nie widzą niczego.


          l_r
          • baba-jaga Re: strata bliskiej osoby 07.02.04, 21:17
            coz, skoro przypisujesz mi natychmiast pogarde, deformujac 'chwile marne' to
            nie ma o czym dyskutowac.
            Mlodys, to sobie szczekaj, a jak rzeczywiscie utracisz kogos bliskiego,
            i to przetrawisz pozytywnie, to troche inna prawde od tych Twoich teoryjek
            obecnych bedziesz wyznawal. A moze nie? Ludzi bezlik i reakcji na bole tez
            nieskonczona roznorodnosc. W kazdym razie, na razie - Dobranoc.


            • luzer Język lekceważenia... 08.02.04, 00:39
              baba-jaga napisał:

              > coz, skoro przypisujesz mi natychmiast pogarde...

              A cóż to jest jak nie pogarda, to Twoje niezłomne i aprioryczne przekonanie
              o większej wartości Twych racji? Przekonanie wsparte dodatkowo epitetami
              w rodzaju : "szczekaj sobie", "twoich teoryjek" itp.
              Jeśli to nie jest język lekceważenia, to nie wiem już, co nim jest?
              Zauważyłaś może tego typu zabiegi stylistyczne w moich postach?

              > Mlodys...

              Ha, ha, ha!!! Dobre! Założę się, że jestem starszy od Ciebie. Pożegnałem już
              sporo bliskich osób, m. in. oboje Rodziców i paru już przyjaciół "z mojej
              półki", a moja prawda jest nadal moją prawdą.
              Natomiast różnica między nami jest taka, że ja nie wyrażam się z takim
              lekceważeniem o Twoich poglądach, jak Ty o moich. Czyżby to Twa żarliwa wiara
              nadymała Cię takim poczuciem wyższości?


              l_r
              • baba-jaga Re: Język lekceważenia... 08.02.04, 03:04
                zadne wyzsze racje, a poza tym zarzuczasz mi to co Cie samego dotyczy. Sam
                pokazales swoja zarozumiala i lekcewazaca strone w okrutnym osadzie samotnosci,
                a na krytyke zareagowales wielka obraza godnosci, a teraz na dodatek posuwasz
                sie do obludnego logizowania, uzywajac moich 'epitetow' jako usprawiedliwienia
                Twojej pogardliwej oceny, podczas gdy byly one jedynie reakcja na teze pogarde.
                I sam sobie laurke wiarygodnosci wystawiasz. Rozumek masz nie od parady. Cos
                jak arcyrozumek.
                • luzer Re: Język lekceważenia... 08.02.04, 05:29
                  baba-jaga napisał:

                  > Sam pokazales swoja zarozumiala i lekcewazaca strone w okrutnym osadzie
                  > samotnosci...

                  Proszę bardzo o jakikolwiek cytat moich słów, którym można by postawić zarzut
                  pogardy, lekceważenia czy choćby zarozumiałości wobec słów adwersarza.

                  > a na krytyke zareagowales wielka obraza godnosci...

                  To również Twoja nadinterpretacja. Nie było i nie ma żadnej obrazy z mojej
                  strony. Po prostu wykazałem Ci Twoje przejawy lekceważenia wobec rozmówcy.

                  > a teraz na dodatek posuwasz sie do obludnego logizowania...

                  Aha, jak coś już jest logiczne, to niech będzie, że chociaż jest obłudne, co?
                  A dowód na tę obłudę gdzie? Tam, gdzie i Twoja chrześcijańska pokora - not
                  existing. :))

                  > uzywajac moich 'epitetow' jako usprawiedliwienia Twojej pogardliwej oceny,
                  > podczas gdy byly one jedynie reakcja na teze pogarde.

                  I znowu moja prośba o jakąkolwiek moją wypowiedź, nacechowaną pogardą.
                  Ja trochę Twoich nacytowałem. :))

                  > I sam sobie laurke wiarygodnosci wystawiasz.

                  Znów widzisz to, co chcesz zobaczyć. To jakaś skaza?
                  A gdzież to ja sobie wystawiam ową laurkę? Oj, coś gołosłowiem zalatuje... :)))

                  > Rozumek masz nie od parady.

                  A, dzięki, dzięki... :)))


                  l_r
                  • baba-jaga Re:utrata bliskiej osoby 08.02.04, 13:11
                    luzer, wyluzuj sie, nie marnotraw, nie spinaj sie, nie jestes
                    moim 'adwersarzem', jak nie byles dyskutantem w kwestii samotnosci i utraty
                    osoby bliskiej.
                    • luzer Re:utrata bliskiej osoby 08.02.04, 14:54
                      baba-jaga napisał:

                      > luzer, wyluzuj sie, nie marnotraw, nie spinaj sie, nie jestes
                      > moim 'adwersarzem', jak nie byles dyskutantem w kwestii samotnosci i utraty
                      > osoby bliskiej.

                      Mylisz się, Babo-Jago, to właśnie Ty nie byłaś ani przez chwilę dyskutantką,
                      gdyż zamiast jakiejkolwiek próby dyskusji, zdobyłaś się jedynie na lekceważące
                      odnoszenie się do moich wypowiedzi.
                      Teraz też nie ustosunkowałaś się do moich próśb o stosowne cytaty, które
                      uzasadniłyby Twoje zarzuty, co jeszcze bardziej uwidoczniło tychże zarzutów
                      gołosłowność.
                      W związku z powyższym, przez cały czas miałem wrażenie, że rozmawiam z ojcem
                      Rydzykiem - żadnych argumentów, tylko, z uporem powtarzane, gołosłowne zarzuty.
                      A zatem - keep smiling - padre Rydzyk na pewno by Cię pochwalił i uznał za swoją
                      wzorową uczennicę. :)))
                      Pozdrawiam.

                      l_r
                      • arcykr Re:utrata bliskiej osoby 14.02.04, 09:30
                        luzer napisał:

                        A zatem - keep smiling - padre Rydzyk na pewno by Cię pochwalił i uznał za swoj
                        > ą
                        > wzorową uczennicę. :)))
                        Przeciez w pogladach baby jagi wiele jest herezji.
          • arcykr Re: strata bliskiej osoby 14.02.04, 09:28
            luzer napisał:

            > Twierdzisz, że w Królestwie Niebieskim też będą nas dręczyć jakieś problemy?
            Nawet niebo i aniolowie nie sa czysci przed Bogiem.
            >
            > Ejże, jeśli by tak miało być, to dlaczego ta pogardzana przez Ciebie, ziemska
            > egzystencja, ten nieistotny cień, ta mara chwilna, ma ponoć aż tak wielki
            wpływ
            > na nasze losy w wieczystej rzeczywistości duchowej?
            Bo to jest jakby egzamin wstepny z milosci.
            >
            > > czy warto niby-zyc nie wierzac w zycie prawdziwe, duchowe, i nie dostrzega
            > jac
            > > widocznych jego znakow?>
            > Niektórzy z tego niby-życia mają wiele satysfakcji.
            Glupiec potrafi miec satysfakcje z tego, czego robic nie warto.
            >
            > > Takie bledne widzenie to jeszcze naiwny materializm i brak
            > > doswiadczenia.
            > Sporo pychy, zgoła niechrześcijańskiej, jest w tym stwierdzeniu.
            Dlaczego uwazasz babe jage za chrzescijanke?
        • arcykr Re: strata bliskiej osoby 14.02.04, 09:23
          baba-jaga napisał:

          > Jak mozna utozsamiac zycie z tym co podaja zludne, ograniczone, przemijajace
          > zmysly?
          > Przez zmysly sie patrzy jak przez okno, starajac sie dostrzegac umyslem i
          > sercem sens tego co podaja zmysly, a nie utozsamiac widoku w oknie z zyciem
          > samym. Takie bledne widzenie to jeszcze naiwny materializm i brak
          doswiadczenia.
          Racja.
          www.utm.edu/research/iep/p/parmenid.htm
    • mamalgosia zatrzymać się 10.02.04, 11:44
      Tak mówią czasami, gdy człowiek zanadto angażuje się w pogoń za pieniędzmi, w
      pracę. Pzry okazji 1 listopada było w mojej szkole przedstawienie, w którym
      właśnie sugerowano, ze trzeba czasem się zatrzymać.
      Wydaje mi się, ze popadam w drugą skrajność: zatrzymuję się zbyt często.
      Oczywiście pracuję i nawet angażuję się w moją pracę, ale dookoła mnie
      ostatnio tyle było śmierci i ciężkich chorób, że właściwie boję się każdego
      dnia i nocy, czy się cos nie stanie. Jakaś paranoja. Czy mąż szczęśliwie
      dojedzie z pracy, czy synek nie wpadnie pod samochód...
      Może macie jakąś receptę na pozbycie się tego lęku?
      • a000000 Re: zatrzymać się 10.02.04, 14:58
        mamalgosia napisała:

        > Może macie jakąś receptę na pozbycie się tego lęku?

        Niestety, moja droga. Cierpię na to samo. To jest paranoja, która podstępnie
        niszczy. I wiesz co Ci powiem? Należy ze wszystkich sił otworzyć się na Boga i
        pogodzić z Jego wolą. Może to śmiesznie brzmi, ale to jedyna rozsądna droga.
        Wiele razy na forum wspominany był przypadek Abrahama i jego syna Izaaka. Wiele
        osób wyrażało swoje opinie o tym wydarzeniu, ja dodam swoją wersję. Otóż Bóg
        zażądał ofiary z jedynego syna, ofiary z czegoś, co było dla Abrahama zdawałoby
        się najważniesze w życiu bo z potomka, tak cenionego przez ówczesne ludy
        semickie. I co robi Abraham? Zrozpaczony i przerażony idzie pokornie i
        posłusznie poddać sie woli boskiej. Wydaje mi się, że Bóg chciał nam przez to
        wydarzenie powiedzieć, że nie wolno nam przywiązywać się do niczego co
        ziemskie, kochać cokolwiek ziemskiego bardziej niż Boga. Bóg ma być na
        pierwszym miejscu. Jest to bardzo mądre. Bóg nigdy nie zawiedzie ani nie
        zdradzi, a w chwili śmierci tylko Bóg poda nam rękę. Raz już o tym pisałam, ale
        dla Ciebie Mamałgosiu uczynię to raz jeszcze. Oto słowa które powinny dla nas
        stanowić motto w życiu.

        Kto się w opiekę odda Panu swemu
        I całym sercem szczerze ufa Jemu
        Śmiele rzec może - mam obrońcę Boga
        Nie przyjdzie na mnie żadna straszna trwoga.

        Łatwo jest radzić, wiem o tym dobrze, że strach o najbliższych paraliżuje nas
        i nie mamy na to wpływu. Ale trzeba się starać uszeregować w życiu priorytety i
        Boga umieścić na należnym Mu miejscu. Dla mnie jest to bardzo trudne i jestem
        tego świadoma.
        • mamalgosia bardzo trudne 11.02.04, 13:37
          jakbym czytała swoje słowa!
          Właśnie ja dokładnie wiem, że zaufanie Bogu jest jedynym wyjsciem. Wiem - tzn.
          mój rozum wie- że Bog jako najlepszy Ojciec nie chce dla mnie niczego złego. I
          wiem, ze nie doświadczy mnie ponad moje siły, itp. itd. etc. Ale wiedzieć i
          wcielić to w życie to niestety dwie różne rzeczy. Ciągle mi brakuje tego
          zaufania i bardzo nad tym boleję
          • arcykr Re: bardzo trudne 14.02.04, 09:31
            Sprobuj nabrac dystansu do swoich uczuc.
      • baba-jaga Re: zatrzymać się 10.02.04, 16:12
        mamalgosia napisała:

        > Tak mówią czasami, gdy człowiek zanadto angażuje się w pogoń za pieniędzmi, w
        > pracę. Pzry okazji 1 listopada było w mojej szkole przedstawienie, w którym
        > właśnie sugerowano, ze trzeba czasem się zatrzymać.
        > Wydaje mi się, ze popadam w drugą skrajność: zatrzymuję się zbyt często.
        > Oczywiście pracuję i nawet angażuję się w moją pracę, ale dookoła mnie
        > ostatnio tyle było śmierci i ciężkich chorób, że właściwie boję się każdego
        > dnia i nocy, czy się cos nie stanie. Jakaś paranoja. Czy mąż szczęśliwie
        > dojedzie z pracy, czy synek nie wpadnie pod samochód...
        > Może macie jakąś receptę na pozbycie się tego lęku?


        'czego sie balem to na mnie przyszlo' jak mowil Hiob.
        Zycie caly czas jest wyzwaniem miedzy watpieniem a wiara.
        Zawierzajac Bogu Milosci wzmacniamy energie milosci i swiatla, pomimo
        wszelkich strat/ciemnosci. Oczywiscie, latwo powiedziec, ale nawet w
        bezsilnosci, umiec wyrazic te bezsilnosc i powiedziec w sobie: Boze zrob cos,
        jestem bezsilna, wzmacniaj, etc. - jest bardzo waznym aktem wolnej woli,
        powierzeniem sie energii leczniczej. Trzeba jej tylko dac czas, cierpliwie
        przecierpiec stan bezsilnosci, bedac wola 'uczepionym' nadziei, jak maminej
        spodnicy.
        Najgorzej to poddac sie watpieniu, rezygnacji.
        Reakcja lancuchowa. Z kazdym dniem/chwila ciezej. Cynizm rosnie. Prawda staje
        sie wzgledna. Toczenie sie w dol. Wspol-czucie zanika.
        Uczepic sie swiatla, nadziei.
        'Kto nie odda sie milosci, tego pozre lek' (W.Blake)
        • mamalgosia inaczej 11.02.04, 13:41
          nie, ja się nie poddaję zwątpieniu i rezygnacji. A nadziei mam bardzo dużo. To
          zupełnie inne odczucia i obawiam się, ze nie jestem w stanie ich
          zwerbalizować, stąd to nieporozumienie
          • baba-jaga Re: inaczej 12.02.04, 05:20
            mamalgosia napisała:

            > nie, ja się nie poddaję zwątpieniu i rezygnacji. A nadziei mam bardzo dużo.
            To
            > zupełnie inne odczucia i obawiam się, ze nie jestem w stanie ich
            > zwerbalizować, stąd to nieporozumienie


            a ja mam na mysli taki dynamiczny mechanizm jaki tu dziala: im wiecej leku tym
            mniej wiary. Jak sie dajemy skusic podszeptom leku, to
            ubywa nam po kolei jeden promyczek swiatelka za drugim. I wszystko jest OK, az
            pewnego poranka moze okazac sie ze jest juz za pozno. Lepiej bac sie leku i
            dzialac prewencyjnie, wzmacniajac wiare czy to modlitwa czy jakims pozytywnym
            dzialaniem, azeby w chwili proby i bezposredniego zwatpienia, wynikajacego z
            konkretnie doswiadczanej sytuacji, byc gotowym dac odpor realnemu zagrozeniu.
            Dodawac zlo do zla nie warto. A przygladac sie zlu, chicby z dystansu, tez
            chyba nie warto, bo mozna zamienic sie w slup soli. Lepiej przec do przodu.
            Siac swiatlo.
            • mamalgosia Re: inaczej 12.02.04, 10:38
              tak, tu się zgodzę: lęk rodzi lęk.
              Cóż : rozum jedno, serce drugie...
        • arcykr Re: zatrzymać się 14.02.04, 09:37
          baba-jaga napisał:

          > Zawierzajac Bogu Milosci wzmacniamy energie milosci i swiatla, pomimo
          > wszelkich strat/ciemnosci.
          Ale Bog jest takze sprawiedliwy i moze chciec nas oczyscic ze zlych przywiazan.
          Pokorne przyjmowanie chorob i niepowodzen zyciowych to najlepsza pokuta.
          www.pik-net.pl/bib-cgi/biblia?2Sam12.1-31
    • arcykr Re: strata bliskiej osoby 14.02.04, 09:10
      mamalgosia napisała:

      > Usłyszałam kiedyś od pewnego kawalera po 50tce, że zostało mu oszczędzone
      > wiele lęku: nie boi się o żonę, o dzieci: czy nie zachorują, czy im się coś
      > złego nie stanie...
      Moze w jego przypadku to tylko racjonalizacja? Takie robienie cnoty z
      koniecznosci? Choc z drugiej strony, cnoty sa konieczne do wielu rzeczy, przede
      wszystkim do zbawienia.

Nie masz jeszcze konta? Zarejestruj się


Nakarm Pajacyka