mitko32
30.11.10, 10:48
Jako były katolik, który dzięki solidnej dawce krytycznego myślenia zdołał wyzwolić się z okowów religii, często zadaję sobie pytanie, czy przekonywanie bliźnich do odrzucenia wiary ma sens. Doskonale pamiętam, jak sam reagowałem na podobne próby czynione przez co bardziej oświeconych kolegów lub forumowiczów - przyjmowałem postawę defensywną, czułem się w obowiązku bronić Kościoła, dogmatów, a nawet motywów biblijnego Boga :) Obecnie obserwuję, że podobnie reagują inni, których umysły opanowane przez wirusa wiary. A stąd rodzi się wniosek, że dyskusja nie ma sensu. Najwyraźniej każdy musi sam zasiać w sobie "ziarno watpliwości", a następnie pozwolić mu rosnąć poprzez szukanie prawdy poza myślowymi ramami narzuconymi przez katechetów, księży, poprzez zapoznawanie się z argumentami wysuwanymi przez wolnomyślicieli (typu Dennett, Dawkins, Douglas Adams i in.), poprzez dociekanie i domaganie się racjonalnych wyjaśnień. Innymi słowy - ten pierwszy krok każdy musi zrobić sam, bez niczyjej pomocy. Dopiero tak wypielęgnowany ateizm ma szanse przetrwać bombardowanie ze strony "nawiedzonych" chrześcijan "święcie" przekonanych o prawdziwości biblijnej wizji świata.
Co o tym sądzicie, jakie są Wasze doświadczenia z "nawracaniem" wierzących?