Dodaj do ulubionych

Z Pamiętnika Katolika.

13.04.20, 13:55
WSTĘP

Coś ostatnio brakuje mi na forum luźniejszych form literackich.
Pyskówki mnie nie bawią, przekomarzanki owszem, ale ile można?

Postanowiłem więc założyć kolektywny Pamiętnik Katolika.
Kto pamięta coś z historii i tradycji własnej wiary, niech to opisze,
starając się przy dopisywaniu do pamiętnika zachować jakąś chronologię.
Znaczy wstawiając swoją historię w najbardziej odpowiednim miejscu
i nie komentując wspomnień innych. No to do dzieła.
Obserwuj wątek
    • awariant Re: Z Pamiętnika Katolika. 13.04.20, 13:57
      ROZDZIAŁ 1.

      Życie jest piękne.

      Moje kobiety niedawno znalazły nową jaskinię.
      Jest większa i mniej wilgotna od starej. W kościach nie łupie.
      Nawet jedzenia tu więcej i jakby mniej strachliwe było.
      Właśnie się do niej przeprowadziliśmy.

      Starego niedźwiedzia, co tu mieszkał przegoniliśmy.
      Uciekł do lasu, ale kręci się po okolicy i czasem jakieś
      małe dziecko porwie. Większych się boi i nie zbliża.
      Dobrze jest mieć dużo dzieci, bo człowiek czuje się
      bezpieczniej - jego niedźwiedź nie ruszy.

      Ulepiłem z gliny Grubą Babę i postawiłem na środku jaskini,
      żeby o tym pamiętać. Chyba pomogło. Kobiety tak twierdzą.

      W międzyczasie moje kobiety znalazły kolejną fajną jaskinię.
      Mieszkała w niej Stara Kobieta o Wyschniętym Łonie.
      Kazałem im ją przegonić, ale powiedziały, że się przyda,
      bo jest mądra i pokazała im jak się robi futerka z małego jedzenia.

      Podobno na jej stado napadło jakieś większe stado, w którym
      było kilku ludzi. Ich człowieka zabili, kobiety i dzieci zabrali,
      a ją zostawili samą, bo niepotrzebna. Co za upadek obyczajów
      - kilku ludzi w jednym stadzie. Jak oni to robią? - zawsze był jeden.

      Stara powiedziała nam, że jedzenie nazywa się koza, a jak
      z jajami to kozioł i że można tego nałapać na zapas, tylko musi
      być jeden kozioł, żeby kozy nie uciekały. Bardzo fajny pomysł,
      szkoda, że nie wiedziałem o tym wcześniej. Okazało się, że
      małe jedzenie nazywa się królik i moje kobiety oszalały
      na punkcie futerka z królika - wszystkie chcą mieć takie,
      bo futro z niedźwiedzia jest im za ciężkie i podobno śmierdzi.
      Mnie nie śmierdzi, ale nie będę się z babami kłócić - niech mają.

      Ostatnio koło jaskini kręci się jakiś podrostek i chyba chce
      mi ukraść kobiety. Przeganiam kamieniami, bo trudno go dogonić.
      Szybki jest. My swoje podrostki też przeganiamy z jaskini i zwykle
      już nie wracają. Nie wiem skąd ten się wziął, ale trzeba uważać.
      Stara Kobieta o Wyschniętym Łonie mówi, żeby dać mu jedną
      jeszcze nie używaną kobietę i sobie pójdzie. Głupi pomysł.
      • awariant Re: Z Pamiętnika Katolika. 13.04.20, 13:58

        ROZDZIAŁ 2.

        Życie jest piękne.

        Ten stary niezguła co mieszkał w jaskini złamał nogę
        jak mnie próbował dogonić i kobiety same go przepędziły.
        Teraz jaskinia i wszystkie kobiety są moje. I wygląda na to,
        że zadowolone z wyjątkiem tej Starej o Wyschniętym Łonie.
        Ze starymi kobietami o wyschniętych łonach zawsze jest
        problem i pewnie ją uduszę, jak mi skończy robić futro z królika.

        Chyba jednak jej nie uduszę - powiedziała mi, że nad potokiem
        o dwa dni drogi jest takie miejsce, gdzie leżą żółte kamienie.
        Żebym poszedł i przyniósł ile się da, to dopiero zobaczę. Poszedłem,
        przyniosłem i zobaczyłem - kobiety wprost oszalały ze szczęścia.
        Wszystkie chcą dostać swój kolejny kamień i to natychmiast.
        Od kilku dni nie wychodzę z jaskini. Dobrze, że ten stary niezguła
        zostawił spory zapas jedzenia, bo pewnie padłbym ze zmęczenia.

        Grubej Babie z gliny, co stoi na środku jaskini, zrobiłem
        wianek z tych kamieni. Błyszczą. Zajebiście to wygląda.

        W jaskini wszystko wróciło do normy. Kamienie mi się skończyły.
        Ale nie ma tego złego, co by na dobre nie wyszło. Teraz to
        kobiety zaczynają dawać mi swoje kamienie, żebym...
        A jak znowu trochę uzbieram, to ja im daję i tak się kręci.
        Stara Kobieta o Wyschniętym Łonie powiedziała mi wtedy, że to
        nazywa się handel i dlatego zawsze warto mieć żółte kamienie.

        Stara Kobieta o Wyschniętym Łonie niestety umarła.
        Przynajmniej tak to określiła, bo pierwszy raz widzę,
        by ktoś sam umarł dobrowolnie. Wyniosłem ją z jaskini
        i przysypałem kamieniemi, żeby się sępy nie zlatywały.
        Ale moje kobiety powiedziały, że widziały ją znowu w lesie
        jak zbierała grzyby, a jak się do niej chciały zbliżyć, znikła.
        Na wszelki wypadek usypałem większy kopiec z kamieni.
        Pomogło, przestała się pokazywać.

        Tylko kobiety zaczęły się bać same chodzić do lasu.
        Podobno straszno w tym lesie i jakieś dziwne głosy słychać.
        Nie wiem, co o tym myśleć, więc nie myślę. Tak lepiej.
        • wawrzanka Re: Z Pamiętnika Katolika. 13.04.20, 14:56
          awariant napisał:

          > Tylko kobiety zaczęły się bać same chodzić do lasu.
          > Podobno straszno w tym lesie i jakieś dziwne głosy słychać.
          > Nie wiem, co o tym myśleć, więc nie myślę. Tak lepiej.

          Ach to tak! Dobrze, że otworzyłeś tę opowieść. Myślałam bowiem, że każdy ma pisać coś ze swoich wspomnień. I już chciałam zacząć od tego, że nadano mi podczas chrztu trzy imiona: Anna Maria Zofia.

          Nie wątpię, że Twoja historia jest prawdziwa. W końcu według Biblii człowiek może żyć i tysiąc lat. A skoro tysiąc to dlaczego nie trzydzieści tysięcy? Nie widzę powodu.

          Uważam, że Kobieta o Wyschniętym Łonie nadal żyje.
          Tak się czasem zdarza, gdy umiera ktoś stary. Twoje kobiety muszą jednak uważać.
          Żyjący umarli pragną bowiem pociągnąć za sobą żyjących żywych.
          Właśnie dlatego wabią ludzi i zwierzęta dziwnymi głosami.
          Jest tylko jeden sposób, żeby uchronić się przed wołaniem Kobiety o Wyschniętym Łonie.
          Twoje kobiety zbudują dla mnie - Afrodyty - bogini wszystkich kobiet, Leśny Ołtarz.
          I będą codziennie wieczorem paliły na nim wonne zioła.
          Wtedy ja, Afrodyta, ochronię je przed Kobietą o Wyschniętym Łonie.

          • awariant Re: Z Pamiętnika Katolika. 13.04.20, 16:35
            ROZDZIAŁ 3A.

            Życie jest piękne.

            Ale bywa bolesne.

            Jeden podrostek z naszej jaskini uciekł z nieużywaną jeszcze kobietą.
            Z moją kobietą! Jakiś podrostek po kulawym łachudrze!
            Mały i chuderlawy był jeszcze, więc go nie przepędzaliśmy.
            Kto się mógł spodziewać, że takie rzeczy mu w głowie?

            Okazało się, że rozbili się nad potokiem dwa dni drogi stąd. Pod lasem
            zbudowali szałas z gałęzi i cały czas w nim siedzą i uprawiają handel.
            Byłbym go przepędził i odebrał mało używaną kobietę, ale okazało się,
            że opodal jeszcze jakiś drugi podrostek się rozbił, a trochę dalej trzeci...
            Co to się teraz z ludźmi porobiło? - żeby człowiek z jedną babą żył.

            No i żółtych kamieni nie przyniosłem, bom im samemu rady nie dał.
            Moje kobiety były wściekłe. Więc wziąłem je ze sobą do pomocy
            i jeszcze raz poszliśmy nad potok, żeby swoje odebrać. Na wszelki wypadek
            zabrałem Grubą Babę, żeby mieć wsparcie i w razie czego coś na wymianę.
            A tam już sześć szałasów stoi, a jeszcze jeden większy, wspólny, budują.
            Łomotu im spuścić nie można, tak wielu ich, że policzyć niepodobna,
            bo palców brakuje, a Grubej Baby nie chcą. Mówią, że zrobią swoją,
            Smukłą i Powabną - więcej biustu, mniej bioder, a brzucha wcale.

            Ale najgorsze było to, że moje kobiety jak już weszły do tego nowego,
            dużego szałasu, to powiedziały, że nie wyjdą. Tak im się handel z tymi
            co bardziej podrośniętymi spodobał. Musiałem sam, z Grubą Babą wracać.
            A pożytek z niej mniejszy, niż ze Starej Kobiety o Wyschniętym Łonie.
            Wiem co mówię, bo sam sprawdzałem. A jak jeszcze wilki kozła zagryzły,
            i jedzenie się po lesie rozbiegło, to co miałem robić? Zostawiłem Grubą Babę
            w jaskini i tylko żółte kamienie jej zabrałem - może innym się taka przyda.
            I poszedłem nad potok własny szałas budować, nowe życie zacząć.

            Nie żałuję, bo nowe życie jest piękne. A Smukła jest zajebista.
            • wawrzanka Re: Z Pamiętnika Katolika. 13.04.20, 17:43
              Dobra, teraz rozumiem. Mamy nie komentować pamiętnika przedmówcy, ani do niego nie nawiązywać.
              Myślałam, że będziemy snuć opowieść wspólnie, a każda kolejna osoba będzie kontynuować opowieść poprzednika. Tak byłoby moim zdaniem ciekawiej, ale to Twój wątek. Zatem muszę się wyplątać z Twoich kobiet.

              Ja, Afrodyta, jestem boginią tego lasu.
              Ptaki uwiły mi wianek z porannych kwiatów, ale coś ciśnie.
              No tak, jak zwykle nietoperza mi wplotły. Żywego w dodatku.
              A mówiłam, że tylko małe jaszczurki toleruję.
              Nie można mieć zaufania do poddanych.

              Ciekawe co kobiety ze wsi tym razem zostawiły mi na ołtarzu.
              Jakie to błoto rzadkie dziś. Kostur by się przydał, a nawet kijki.
              Głupie baby, za daleko ten ołtarz postawiły. Codziennie to samo.
              O, to rozumiem. Lniana sukienka. Wino!
              Trochę za słodkie, ale czego tu wymagać.
              Całe naręcza lawendy, ładnie, ładnie.

              Młodzieńca dziś żadnego. Albo się ze sznurków wyrwał i uciekł.
              Psiakość. To po co cały wschód słońca tu szłam? Nogi ubłociłam po kolana.
              Nie... śladów brak. Nikt nie uciekł. Tylko im się nie chciało łapać, lebiegom.
              Już ja im pokażę. Jak jutro młokosa związanego tu nie będzie...
              Orła czarnego na wioskę napuszczę. Kruki i wrony.
              Nauczą się me białogłowy, że nowy młodzieniec ma być co pełnia księżyca.
              A nie co dwie.
              • awariant Re: Z Pamiętnika Katolika. 13.04.20, 18:05
                wawrzanka napisała:

                > Dobra, teraz rozumiem. Mamy nie komentować pamiętnika przedmówcy, ani do niego nie nawiązywać.
                > Myślałam, że będziemy snuć opowieść wspólnie, a każda kolejna osoba będzie kontynuować opowieść
                > poprzednika. Tak byłoby moim zdaniem ciekawiej, ale to Twój wątek.

                To według mnie byłoby technicznie dość trudne, dlatego propozycja jest taka, żeby
                każdy opisywał to, co zostało mu w pamięci, ale w miarę możliwości jako odpowiedź
                na post z możliwie najbliższej epoki. A nie automatycznie na ostatni opublikowany.
                W widoku drzewka dostaniemy wtedy jakąś chronologię zdarzeń.
                Oczywiście kontynuacje czyichś wizji są mile widziane - przecież każdy inaczej pamięta
                to samo zdarzenia zdarzenie.

                Jak widzisz ja jestem dopiero Neandertalczykiem i, jeśli nie przyjdzie mi do głowy inny pomysł,
                niedługo na arenę wkroczy homo sapiens i znajdzie w jaskini Grubą Babę.
                • wawrzanka Re: Z Pamiętnika Katolika. 13.04.20, 18:38
                  awariant napisał:

                  > Jak widzisz ja jestem dopiero Neandertalczykiem i, jeśli nie przyjdzie mi do gł
                  > owy inny pomysł,
                  > niedługo na arenę wkroczy homo sapiens i znajdzie w jaskini Grubą Babę.

                  Hahah, to wyprzedziłam czasy dosyć znacznie, ludzie już robią wino, sznurki i ubrania ze lnu. Widzę tę historię jako fantasy. Neandertalczycy i homo sapiens mogą w sumie mieszkać razem na tym globie. Ciekawe co by to było...
                  • dunajec1 Re: Z Pamiętnika Katolika. 14.04.20, 01:57
                    Awariant, na co czekasz? Dawaj ten pamietnik.
                • pocoo Re: Z Pamiętnika Katolika. 14.04.20, 09:05
                  awariant napisał:

                  > Jak widzisz ja jestem dopiero Neandertalczykiem i, jeśli nie przyjdzie mi do gł
                  > owy inny pomysł,
                  > niedługo na arenę wkroczy homo sapiens i znajdzie w jaskini Grubą Babę.

                  Ale zanim...
                  Trzęsie się ziemia, lecą skały , a jaskinia o mało się nie rozpadnie.
                  Co to jest? Patrze, a to Gruba Baba się po jaskini miota.
                  -Ej, Gruba co tak walisz tymi girami?
                  -Jestem sama i nawet jaszczur końcem ogona mnie dotknąć nie chce.Roznosi mnie.
                  -Twoja siła jest mi potrzebna, tak jak tym niedorozwiniętym homo erectus twoja wielka dupa. Wynosimy się z tej jaskini i znajdziemy takich homo , którzy wiedzą co i z czym się je.
                  No dawaj!
                  • wawrzanka Re: Z Pamiętnika Katolika. 14.04.20, 10:27
                    Nie podoba mi się w tym lesie.
                    Nie podoba mi się w tym czasie.
                    Młodzian niczego, nie powiem.
                    Nawet dobrze się spisał.
                    Ale to już nie to samo co kiedyś.

                    Człowiek, czy bóg, jeden pies.
                    Zawsze więcej chce i więcej.
                    Drugi ołtarz łachudry ustawiły nad potokiem.
                    Drugiej bogini im się zachciewa.
                    Jeszcze mi dary przynoszą.
                    Jeszcze się boją.
                    Ale już szemrają po chatach.
                    O tej drugiej sobie opowiadają.

                    Tamtej paskudzie kozła przywiedli.
                    A ryczał jak go opalali aż tu żem słyszała.
                    Ja im przecie tych młodzieńców nie zjadam.
                    Kto zaszczytu obcowania ze mną dostąpi ten do wioski wraca.
                    A tamta łajza żre koźlinę. Żeby jej tak gęba spuchła.
                    Ropą zaszła, a oczy wygniły.
                    Dość mam tej wioski i tego tchórzliwego luda.

                    Gdzie kostur? Idę ja wzdłuż rzeki.
                    Szukać nowej, lepszej wioski.
                    Lećcie ptaszki nasrać na tę wioskę.
                    Tylko dobrze się sprawcie.
                    Wszystko ma być w ptasim, białym łajnie.

                    • wawrzanka Re: Z Pamiętnika Katolika. 14.04.20, 10:49
                      Przygód Bogini Słodyty, primo voto Afrodyty, ciąg dalszy.

                      Dobrze gdy bogini rusza w świat.
                      Odtąd imię moje będzie Słodyta.
                      Znajdę osadę, gdzie mnie pozna każdy kmiotek.
                      Burza idzie. W sam raz teraz się pokażę.
                      Suszę mieli to będą mi dziękować.
                      Słodkie miody w darze składać.

                      Pora żebym się przyjrzała dziewkom w tej wiosce.
                      Żeby życie miało smaczek....
                      Raz dzieweczka raz junaczek.
                      • wawrzanka Re: Z Pamiętnika Katolika. 14.04.20, 11:49
                        Żeby życie miało smaczek....
                        Raz dzieweczka raz junaczek.

                        Nie jestem rozwiązła, co to to nie.
                        Ja ich tylko chciałam pooglądać.
                        Skóra taka gładka. Oczy błyszczące.
                        Krew rwąca.
                        • wawrzanka Re: Z Pamiętnika Katolika. 16.04.20, 10:53
                          Czy kogoś interesują dalsze losy słowiańskiej samozwańczej bogini Słodyty? Pisać, czy nie pisać dalej? Awariant jest mistrzuniem, chapeau bas! Ale jak ktoś czyta również o Słodycie to będę pisać dalej. Tylko jakiś feedback poproszę :D
            • awariant Re: Z Pamiętnika Katolika. 14.04.20, 18:25
              ROZDZIAŁ 4.

              Życie jest piękne.

              Nasi wojownicy niedawno znaleźli opuszczoną jaskinię.
              Wcześniej mogły w niej mieszkać te wstrętne małpiszony,
              więc na wszelki wypadek nanieśli chrustu i wypalili ją ogniem.
              Widok był zajebisty.

              Małpiszony chyba wyniosły się z okolicy, bo ostatnio rzadko
              się pojawiają. Było z nimi trochę kłopotu, ale daliśmy radę.
              Dobry wojownik powinien mieć małą głowę i niewiele mózgu,
              a za to dużo mięśni. Małpiszony miały duże głowy i sporo
              mózgu (notabene, całkiem smaczny) więc w walce na maczugi
              nie miały większych szans.

              Przed jaskinią był spory kopiec z kamieni. Rozkopaliśmy go, w nadziei,
              że będą w nim te żółte i błyszczące kamienie, ale nie było. Tylko szkielet.
              Szaman mówi, że to straszne marnotrawstwo żywności.
              Szkielet nic nie mówi, tylko się śmieje szyderczo.

              Pod popiołem znaleźliśmy figurkę grubej baby. Wódz chciał
              ją kopnąć i tylko sobie palec u nogi wybił - taka twarda.
              Szaman powiedział, że to może być Wielki Brzuch - bogini
              płodności i że kobiety powinny przynosić dla niej owoce,
              to wtedy on będzie ją karmił, a one będą rodzić dzieci.
              Nawet podał jakie owoce bogini lubi najbardziej.

              Jaskinia okazała się całkiem fajna, ale trochę za ciasna. Zwłaszcza,
              że wódz zajął połowę, a szaman drugą. Nocujemy nad potokiem.
              Tylko w lesie straszy. To podobno przez ten szkielet.

              Kobiety coś narzekają na Wielki Brzuch - podobno je za dużo
              owoców, a niewiele pomaga. Chcą mieć posążki Fallusa.
              Ojcowie naszych ojców mówili, że ojcowie ich ojców mówili,
              że takie były w Gorących Krajach skąd wyszliśmy. A wódz,
              dla odmiany mówi, że tu jest za zimno i powinniśmy wrócić.
              A przecież sam chodzi w futrze z niedźwiedzia, które zabraliśmy
              małpiszonom, a nam każe chodzić w futerkach z królików.

              Szaman próbował wypędzać złe duchy z lasu, ale to one go wypędziły.
              Powiedział, że od teraz my też będziemy sypali kamienie na zmarłych.
              I znowu przed jaskinią jest kopiec kamieni, a pod nim szkielet.
              Nie słychać, czy się jeszcze śmieje, ale nocą w lesie straszy nadal.
              • awariant Re: Z Pamiętnika Katolika. 15.04.20, 19:26
                ROZDZIAŁ 5.

                Życie jest piękne.
                Ale w lesie coraz to straszniej.

                Niektórzy sądzili, że to przez ten szkielet, co pod kupą kamieni leży.
                Ale był tam i uśmiechał się szyderczo. Więc zasypaliśmy go znowu.
                Szaman powiedział, że takie przesypywanie kupy kamieni nazywa się
                "ekshumacja" i że on osobiście rozpoznał, że to jest szkielet Starca z Gór.
                Podobno schodzi z gór starzec, by ostrzec o zbliżających się nieszczęściach.
                Małpiszony pewnie go ukamienowały, bo nowiny nie chciały poznać.
                Niedobrze jest go spotkać, więc lepiej od razu zgromadzić zapas owoców
                dla Wielki Brzuch, bo nie wiadomo, co nas może czekać.

                Czekało nas spotkanie ze wściekłą niedźwiedzicą. Wyszła z lasu.
                Jeden wojownik chciał ją powalić maczugą, ale mu maczugę
                razem z ręką do pachy odgryzła. Okazało się, że ma młode.
                A z niedźwiedzicą z młodymi lepiej nie zadzierać. Szaman mówi,
                że to Wielki Brzuch rozgniewała się na nasze kobiety i zamiast
                nim dała płodność niedźwiedzicy. Co mówią kobiety o szamanie
                - nie powtórzę. Ale owoce na wszelki wypadek ciągle przynoszą.
                Do lasu już nikt normalny nie wchodzi. Szaman również nie.

                Szaman się bardzo pomylił z tym starcem. Starzec z Gór zszedł wczoraj
                i był jak najbardziej żywy. Wyglądał na bardzo starego i kosturem się
                podpierał, ale stanął na polanie nad potokiem i gromko wołał:
                "Ludzie, ludzie, uciekajcie. Potop idzie. Tratwę budujcie i uciekajcie".
                Zapytaliśmy, co to jest tratwa i dlaczego mamy uciekać. Opowiedział
                nam co to jest tratwa i na ile łokci ma być długa i szeroka. I że bóg
                się na nas pogniewał, bo oddajemy cześć Wielkiej Brzuch a nie jemu.
                I nawet powiedział który bóg, ale niewyraźnie jakoś, więc jedni słyszeli
                coś jak rżenie konia, a inni jak wycie Północnego Wiatru. Na pewno
                nie był to Fallus, więc kobiety powiedziały, że rezygnują z posążku.
                A Starzec pogroził nam jeszcze raz kijem i poszedł dalej.

                No i zbudowaliśmy tę tratwę na wymiar. Ale wódz z synami i ich
                kobietami jeszcze nie zdążył na nią wsiąść, jak wyszła niedźwiedzica
                z młodymi. Baliśmy się ją rozzłościć. Zabrała tratwę i odpłynęła.

                A potem był potop. Lało i lało, cały las był zalany po czubki drzew.
                Dobrze, że jaskinię mamy wysoko nad potokiem i wódz zgodził się
                ustąpić połowę ze swojej połowy jaskini, żeby nas pomieścić.
                Jeszcze lepiej, że szaman zakopał Wielki Brzuch w kącie jaskini,
                bo zapas owoców przydał się bardzo.

                Po tygodniu jak zaczęło, tak nagle lać przestało. Tylko owoce się nam skończyły.
                Więc wódz wysłał swoich trzech synów na trzy strony świata, bo czwarta
                jeszcze zalana była, by rozejrzeli się, czy gdzieś czegoś do jedzenia nie ma.
                Wrócili z wieścią, że wszędzie na skałach pełno ptactwa się gnieździ, co z lasu
                uciekło przed potopem. A gołębi najwięcej. To była dobra nowina. Lubimy gołąbki.

                A potem wszystko spłynęło, wyschło i wróciło do normalności.
                Tylko w lesie straszy jeszcze bardziej, mimo że nie ma już niedźwiedzicy.

                A jeszcze potem wrócił Starzec z Gór i powiedział, żebyśmy się pilnowali
                i nie grzeszyli więcej, bo to był tylko próbny potop, gdyż bóg chce
                ustalić, jak duża powinna być ta tratwa. I poszedł dalej pogroziwszy kijem.
                A my teraz próbujemy wszystkiego po kolei i każdy z każdym, żeby ustalić,
                co to może znaczy "grzeszyć", bo nam powiedzieć zapomniał.
                • dunajec1 Re: Z Pamiętnika Katolika. 15.04.20, 21:12
                  Dzieki, ale dalej mi malo.
                  • awariant Re: Z Pamiętnika Katolika. 15.04.20, 23:53
                    ROZDZIAŁ 17


                    Jedliśmy z żoną spóźnioną kolację, gdy nagle ktoś zapukał do drzwi.
                    - "Kto tam i po co?" - niegrzecznie spytała żona nie wstając z krzesła.
                    - "Ja w sprawie ziemi" - dał się słyszeć miły męski głos.
                    - "Nie zamierzamy sprzedawać, ani kupować" - odpowiedziałem nie wstając.
                    - "To nie o kupno lub sprzedaż chodzi, sprawa jest większa" - usłyszałem
                    - "Jeśli mnie pan wpuści na chwilkę, to wszystko wyjaśnię".
                    No cóż, wpuściłem.

                    Za drzwiami stał miły, młody człowiek, tak koło trzydziestki, elegancko ubrany,
                    porządna marynarka, dobrany krawat, złoty zegarek... Chyba komiwojażer.
                    Ale coś mi nie pasowało w wyglądzie - domokrążca miałby tanią chińską
                    podróbkę Rolexa, a jego zegarek wyglądał na prawdziwy, mechaniczny.
                    Podał mi wizytówkę: J. Elohim jr. Powyżej logo Absoluth Corp., a niżej
                    mniejszymi literami: Vicepresident.
                    A widząc, że przyglądam się zegarkowi dodał:
                    - "Zwyczajny Patek, a pan pewnie pomyślał, że jakaś chińska podróbka Rolexa"
                    - "Przejdźmy do rzeczy" - powiedział - "wygrał pan u nas Ziemię".

                    - "Ale ja w nic nie grałem, nie dam się wiągnąć w żaden hazard" - zaprotestowałem.
                    - "Naprawdę?" - podniósł brwi w geście zdziwienia - "ale kupił pan w zeszły piątek
                    puszkę "Szprot w pomidorach" firmy Absoluth Corp i był na niej kod promocyjny JHMH?"
                    - "Faktycznie, ale żadnego kodu nie widziałem, szprotki zjadłem a puszkę wyrzuciłem!"
                    - "Zjadłeś makrelę w pomidorach, szprotki jeszcze są" - wtrąciła się żona
                    i wyjęła z szafki puszkę z logo Absoluth Corp. Pod spodem był kod kreskowy i napis.
                    - "JHWH" - przeczytała - "a pan chyba mówił JHMH?"
                    - "Niech pani pokaże" - wziął od żony puszkę i wyjął czytnik kodów kreskowych
                    - "No widzi pani, w kodzie jest jak byk JHMH, pewnie się drukarz musiał pomylić".

                    - "Przejdźmy do rzeczy" - kontynuował - "państwo Adam i Ewa Rajscy - nieprawdaż?"
                    - "Skąd pan nas zna" - zdziwiła się żona
                    - "Mąż płacił kartą, więc wiemy o was wszystko" - wyjaśnił gość.
                    - "Wygrali Państwo Ziemię i Absoluth Corp. zaraz ją dla państwa stworzy".
                    - "Ale my mamy ziemię" - nie kryłem zdziwienia.
                    - "Ale nie taką. Absoluth Corp. tworzy najlepsze Ziemie. Sami Państwo zobaczą,
                    ale lepiej by było, gdybyśmy wyszli na dwór - widok szerszy". Wyszliśmy do ogrodu.

                    Pan Elohim jr. zerknął do notatnika i powiedział "Przepraszam Państwa na chwilę"
                    a potem powiedział "Niech stanie się ciemność" i stała się ciemność.
                    - "Względy bezpieczeństwa, musiałem wyłączyć energię, ale już możemy działać dalej"
                    - "Niech stanie się światłość" - zawołał i stała się światłość "- już dobrze!".
                    Ale dobrze raczej nie było, bo nasz dom zniknął, a wokół tylko woda i woda.
                    - "Teraz rozdzielę wody dolne od wód górnych, może trochę kapać" - powiedział Elohim jr.
                    - "To ja szybko pójdę po para..." - zacząłem i ugryzłem się w język. Przecież domu nie było.

                    Wody zostały rozdzielone, dolne zebrane w kilku miejscach i pokazał się suchy grunt.
                    Potem wyrosły rośliny, zaczęły fruwać ptaki i motyle, a w wodzie zaroiło się od ryb.
                    - "Upps, przepraszam za roztargnienie, jeszcze słońce i księżyc." i pokazało się słońce.
                    - "A Teraz stworzymy zwierzęta" - powiedział pan Elohim i stworzył zwierzęta.
                    - "Ale będzie im pan musiał nadać nazwy. Co to jest?" - zapytał.
                    - "To może ja" - wtrąciła się Ewa - "ja byłam lepsza z biologii, a Adam z matematyki".
                    - "To pies. Kot. Mysz. Nasza krowa Krasula. Świstak. Nasza druga krowa, Łaciata.
                    A to nie wiem, co to jest..."
                    - "To jest smok" - podpowiedział.
                    - "Taki mały" - zdziwiłem się, bo sądziłem, że smoki są większe.
                    - "Zje Łaciatą, to urośnie" - uspokoił mnie Elohai.
                    - "Nie pozwolę zjeść Łaciatej" - krzyknąłem i tupnąłem nogą. Smok uciekł.

                    I tak wszystkie zwierzęta zostały stworzone i nazwane, a Elohai odciągnął mnie na bok:
                    - "Właściwie to powinienem stworzyć panu nową kobietę, ale ma pan już jedną.
                    Chce pan nową?"
                    - "Oczywiście, że...' - zacząłem
                    - "Oczywiście, że ja zostaję" - dokończyła Ewa.

                    No i co z tego, że świat jest nowy, jak żona jest stara.
                    • dunajec1 Re: Z Pamiętnika Katolika. 16.04.20, 00:26
                      Cholera z babami.
                      • awariant Re: Z Pamiętnika Katolika. 16.04.20, 09:48
                        ROZDZIAŁ 26

                        Żył raz w Galilei Żyd jeden, pobożny i bogaty, co mialłna imię Mosze.
                        I miał ten Mosze żonę Salci i dwóch synów Aarona i Jozuego, co wołami
                        handlował i poślubił córkę kupca Symeona imieniem Rachela. A starszy syn
                        Aaron miał żonę Esterę, córkę Izaaka, co był z rodu dawidowego.
                        A że Bóg łaskawym okiem na niego patrzył, miał Mosze majątek wielki, trzody liczne,
                        gromadę niewolników i kilka nałożnic, z którymi jeszcze sześciu synów spłodził
                        a dał im wszystkim na imię Mosze na wieczną rzeczy pamiątkę.

                        I miał ten Mosze jeszcze córkę najmłodszą, słodką i powabną Rebekę, a ta Rebaka
                        zachorowała na świnkę. Twarz i szyja tak jej opuchły, że trudno ją było poznać
                        i jeść nie chciała, choćby Mosze kąski co najlepsze jej dawał.

                        Wysłał więc Mosze służącego do Jerozolimy by medyków uczonych sprowadził.
                        I wrócił służacy z trzema uczonymi mędrcami, by ratowali Rebekę.
                        A jeden z nich ziół tajemnych nawarzył i okłady z nich Rebece robił i eliksir
                        jakiś do picia dawał - ale nie pomogło. A drugi krwi jej upuszczał, by choroba
                        z niej ze złą krwią wyszła - i też nie pomogło. Trzeci, by boga o zdrowie uprosić,
                        cielaka pierworodnego na ofiarę wybrał, a zarżnąwszy go spalił i w dymie ofiarnym
                        Rebekę dzień trzymał - też nie pomogło. Więc przegonił Mosze medyków i zapłaty
                        im nie dał i tylko modlił się z żoną Salcią, synem Aaronem i żoną jego Rachelą,
                        oraz z synem Jozue, bo Rachela akurat w połogu była, więc nieczysta. I modliło się
                        z Moszem niewolników wielu oraz nałożnice liczne i szesciu małych Mośków również.

                        A Bóg sprawił, że właśnie przejeżdżał tamtędy Jezus na osiołku ze swoimi uczniami,
                        o chorobie Rebeki się dowiedział i do domu Moszego zawitał. Zaprowadził Mosze Jezusa
                        do córki swojej, słodkiej i powabnej Rebeki, co chorobą zmożona w łożu wielkim o sześciu
                        nogach, jedwabnym prześcieradłem nakrytym, leżała. Popatrzył Jezus na chorą i rzekł:
                        - "W imię Ojca mego, idź precz siło nieczysta" i po trzykroć to powtórzył.
                        I wyskoczyła siła nieczysta z ciała Rebeki i kwicząc żałośnie uciekła w zarośla,
                        ale ją słudzy dopadli i ukamienowali. Tak to Jezus cud sprawił i chorą Rebekę uzdrowił.
                        A ta za Zachariasza, co był najbogatszy w okolicy, za mąż wyszła i urodziła mu wielu synów.
                        A najstarszy z nich miał na imię.... ale to już pewnie wiecie.
                        • dunajec1 Re: Z Pamiętnika Katolika. 16.04.20, 13:04
                          Nic nie wiemy, dawaj dalej.
                        • awariant Re: Z Pamiętnika Katolika. 16.04.20, 22:07
                          ROZDZIAŁ 50

                          Niebo jest ogromne i niebieskie.
                          Ogromne było od zawsze. Niebieskie jest od kilku lat.
                          Wcześniej było tęczowe, ale przemalowali. Podobno różnobarwne
                          kolory rozpraszają pracujące tam anioły. Niebieski uspokaja.

                          Pracujące anioły - dobre sobie. Wszędzie pusto, tylko na recepcji
                          siedziały dwa, oba niskiej rangi - jeden odbierał maile, drugi telefony.
                          Ale oba kiwały się tylko na fotelach, co chwilę zamykały się im oczy
                          i wydawało się, że zaraz posną z nudy. Nikt nie dzwonił, a po ekranie
                          komputera latały jakieś esy-floresy, bo się wygaszacz ekranu włączył.

                          W ogromnym przedsionku Nieba, który pewnie wszyscy znają
                          z pocztówek nie było nikogo. Pustka. Nuda.
                          - "Czy można porozmawiać z kimś z szefostwa" - spytałem tego,
                          co sennie kiwał się przy komputerze.
                          - "Ja tu tylko maile odbieram, nie udzielam informacji ustnych" -
                          powiedział, ale nagle jakby odżył i przebudził się z odrętwienia:
                          - "ale gdyby mnie Pan mailem zapytał, to bardzo chętnie odpowiem"
                          - "Oczywiście, zaraz pana zapytam drogą mailową, ale na jaki adres?"
                          Anioł zgasł i posmutniał:
                          - "Nie udzielam informacji ustnych, proszę wysłać zapytanie mailowe
                          albo zadzwonić do kolegi. On przyjmuje zgłoszenia telefoniczne.

                          Nie zadzwoniłem, bo wydało mi się, że nawet na ma sensu pytać o numer.

                          - "Gdzie oni wszyscy mogą być?" - zadawałem sobie pytanie wędrując
                          po niebieskich korytarzach niebieskich. Większość gabinetów była
                          pootwierana na oścież, a w środku pustka. Czasem, gdy któreś drzwi
                          były przymknięte i można było przeczytać wywieszkę czyj to gabinet:
                          "Archanioł Rafał", "Archanioł Gabriel", "Michał Anioł"...

                          Po paru godzinach błąkania się trafiłem w końcu na sprzątaczkę.
                          Stara, przygarbiona duszyczka z wiadrem i mopem. Spojrzała na
                          mnie z lekkim zdziwieniem i zapytała:
                          - "Co pan tu robi? Nie urwał się pan razem z wszystkimi?
                          Dzisiaj mecz - Cherubiny z Serafinami grają!"
                          • dunajec1 Re: Z Pamiętnika Katolika. 16.04.20, 22:26
                            A jaki to mecz?A wygrany to w nagrode zwiedzanie piekla dostanie?
                    • wawrzanka Re: Z Pamiętnika Katolika. 16.04.20, 10:43
                      awariant napisał:

                      > - "Oczywiście, że ja zostaję" - dokończyła Ewa

                      Desperatka

        • spinoff Re: Z Pamiętnika Katolika. 08.09.20, 13:36
          awariant napisał:

          >
          > ROZDZIAŁ 2.
          >
          > Stara Kobieta o Wyschniętym Łonie niestety umarła.
          > Przynajmniej tak to określiła, bo pierwszy raz widzę,
          > by ktoś sam umarł dobrowolnie.

          Z tego co pamiętam, było zimno. Leżałam na ziemi mokrej od szczyn. Sponiewierana, bo wyschło mi łono. Zbyt wielu z niego wyszło. Także ci, co na mnie naszczali. I ten żartowniś, który rozsmarował mi po twarzy gówno, ku uciesze reszty. Też we mnie powstał. Karmiłam, nosiłam, broniłam... Nie zawsze się udało. Ta rozpacz po stracie. A przy kolejnym ten okropny lęk, że znów zabiorą i rozszarpią. Morze, morze łez... Wyschło łono, myślałam - wyschną i morza. Więc szczęśliwa, że nareszcie, że koniec z tym, odetchnę, koniec udręki, pochwaliłam się im. A oni... Z wyschniętym łonem okazałam się bezużyteczna, niepotrzebna. Wyciągnęli mnie z jaskini i skopali do nieprzytomności. Nikt nie oponował. Gdy się ocknęłam, leżałam na wznak, a oni stali nade mną i szczali. Było już ciemno. Żebra miałam połamane, flaki wywleczone na zewnątrz, między nogi wbity jakiś kij... Słyszałam parsknięcia, powarkiwania i pomruki zadowolenia. Istna burza mózgów. Ludzie mówią, że w przyrodzie nic nie ginie. Ale każdy wie, że w przyrodzie wszystko ginie. I czułam, że właśnie nadchodzi mój czas. Dygotałam i grzebałam rękami w glebie, próbując się skryć, przysypać, zniknąć... Niezdarnie i nieskutecznie, ale było to silniejsze ode mnie. Odruch? Nie wiem, na nic więcej nie był mnie stać. Wstyd, ból, bezradność. Tylko tyle było we mnie pod czarnym niebem. I wtedy to niebo się rozstąpiło. I zalało nas światło ciepłe. W popłochu wszyscy padli na ziemię. I zrozumiałam, że moje miejsce jest po prostu gdzie indziej. I że wkrótce tam będę, TU będę. I wiedziałam, że już nic mi nie grozi. I niczego już się nie bałam. Wyschły morza i wybaczyłam każdemu. Naprawdę! Chciałam im to jakoś przekazać, bo czułam, że jest ważne i potrzebne. Nie było jednak słów, by coś tak głębokiego wyrazić (porozumiewaliśmy się przecież warknięciami). Ale ja czułam taką błogość i spełnienie... Próbowałam więc wycharczeć przynajmniej zdawkowe: żegnajcie kochani! Tylko w gardle mi zaschło i zamiast tego wycharczałam: chuj z wami! Mogło to tak zabrzmieć, zdaję sobie sprawę.
          • awariant Re: Z Pamiętnika Katolika. 08.09.20, 17:33
            Kiedy się obudziłam was już nie było.

            Tylko Ja leżała obok. A dookoła ciemność.
            Wyjęłam robaka, co wchodził Ja do oka i zrobiło się nieco jaśniej.
            Włożyłam go Ja do ust. Tłusty był i bardzo mi smakował.
            A potem następny, i następny... Obżarłam się, jak nigdy dotąd.
            Nie wiem jak to się stało, ale z którymś robakiem sama też trafiłam do brzucha Ja.
            Tfu..., co za obrzydliwstwo. Potworny niesmak.
            Nie wiem, czy może być coś bardziej zgniłego i zepsutego od kobiety.

            Potem przez chwilę byłyśmy my, aż Ja ze starej kobiety o wyschniętym łonie
            przepoczwarzyło się w młodą dziewczynę i my znowu byliśmy jedno ja.

            A wtedy zleciały się skądś białe sępy.
            Gapiły się żarłocznie na nas, a właściwie to już tylko na mnie.
            - "A chuj z nimi?" - zapytał jakiś głos z wysokości.
            - "Nie ma chuja!" - chórem wyśpiewały sępy.
            - "To co tam jeszcze robicie!" - odezwał się głos.
            - "Grzechy spisujemy i liczymy" wyśpiewały sępy
            - "Odpuście sobie, chłopa nam trzeba, hurys mamy już komplet".
            I sępy odleciały.

            Poczułam się opuszczona i samotna. Nie byłam już starą, wyschniętą kobietą,
            więc chcica dopadła mnie ogromna. No, ale hurys przecież nie potrzebowali.
            Żeby choć jakiś królik lub kozioł. Nic - żadnego stworzenia.
            Roślinek też nie było, żadnego ogórka czy marchewki. Pustka.
            Wszędzie dokoła szary proch i tyle. Z prochu powstałeś, w prochu się obrócisz.

            A potem przyleciało stado czarnych sępów.
            Wyciągnęły jakąś błyszczącą skrzyneczkę i gapiły się w nią.
            - "I co tu mamy?" - zapytał głos z góry.
            - "Paragraf Pierwszy - zbluźniła mówiąc ''chuj z wami'" - odpowiedziała skrzyneczka.
            - "Ha, ha, ha ..." - z góry zabrzmiał ironiczny śmiech - "Oni już chyba ocipieli zupełnie.
            Jeśli nie zrezygnują z doktrynerstwa i nie zaczną działać pragmatycznie, to padną".
            - "To co robimy?" - zapytały sępy?
            - "Dawać, każdy jest dobry, jeśli tylko umieć poszukać w czym jest dobry".
            Sępy założyły mi kask i spadochron. Uniosły mnie w górę i poleciały zabawnie
            merdając ogonami i kierując się prosto ku niosącemu światło.

            Życie jest piękne. Nawet po śmierci.
            • kalllka Re: Z Pamiętnika Katolika. 10.09.20, 13:18
              „a dic is beautiful”- rzekl w obcym języku i pole cial szukać ikony do użycia.

              • awariant Re: Z Pamiętnika Katolika. 10.09.20, 13:46
                kalllka napisała:

                > „a dic is beautiful”- rzekl w obcym języku i pole cial szukać ikony do użycia.

                A co pięknego jest w obciętym dick'u?
                • kalllka Re: Z Pamiętnika Katolika. 10.09.20, 13:54
                  A mnie skąd o tym wiedzieć?
                  Ja tylko na prośbę autora dopisałam, w pamiętniku, to co powiedziało uleciawszy...
          • spinoff Re: Z Pamiętnika Katolika. 01.11.20, 15:07
            spinoff napisał:

            > Mogło to tak zabrzmieć, zdaję sobie sprawę.

            Ale nie chciałam tego powiedzieć. I Ty to powinieneś wiedzieć. Ty wiesz, że co innego chciałam, co innego myślałam. Głupio wyszło, ale to nawet nie były słowa, tylko warknięcia. Na dobrą sprawę mogły oznaczać wszystko. Przebaczyłam im, serce miałam czyste - czy to się nie liczy? Milczysz. Z szatanem ponoć walczyłeś osobiście. Błagam Cię więc uroczyście... Byłam już w piekle. Przeżyłam piekło na ziemi, a teraz, przez to krótkie, nieopatrzne warknięcie w chwili agonii, mam znowu być na nie skazana? Podobno zwyciężyłeś szatana. A mnie do niego odeślesz... z piekła do piekła, za jedno chuj z wami? Nie bacząc na to wszystko, co mnie spotkało z ich strony? Życie, zwykłe życie pośród ludzi to jest czysty horror, niemożliwy do zaakceptowania. Cóż z tego, że Twoja łza znad planety spada i groby przecieka? Nikt tam na to nie czeka. Nadpodaż łez mamy. I soli na nasze rany. Wyschnięte morza soli, by nie powiedział nikt, że go nie boli. Popęd wymyśliłeś, bo nie mielibyśmy dzieci z własnej woli. Nikogo nie skazalibyśmy na istnienie. I szybko wszystko by się skończyło, w jedno pokolenie. Wiesz to przecież. Więc mnie gwałcono... Tak, warknęłam na nich, przyznaję się! Warknęłam za to, co mi robili, wtedy i przez całe życie. I będę się drzeć, będę KRZYCZEĆ! Bo tam, pośród ludzi, albo się sprzedasz, albo cię zgwałcą. Cały wybór. Od urodzenia do śmierci: albo - albo!!!

            Ależ nie za warknięcie cię sądzę, powiedział, lecz przeciwnie. Urodziłaś się wprawdzie nie z własnej woli, w nie swoim świecie, jak mówisz - w piekle, ale potem, gdy już się zorientowałaś i zdecydowałaś żyć, to wzięłaś na siebie odpowiedzialność za tamten świat i za całe zło, jakie ma w nim miejsce. Za cały ten horror! Nie ma tłumaczenia, że nie wiedziałaś, bo wiedzieć nie chciałaś, nie widziałaś, bo odwracałaś się, by nie widzieć, nie dopuszczałaś prawdy do siebie... Przebaczyłaś im? Nie w twojej mocy przebaczać. Za to cię sądzę, że zbyt późno im wygarnęłaś! Nie przeszkadzało ci, gdy poniewierano innymi. Nie byłaś przecież pierwsza, ani ostatnia. Egoizm - grzech pierworodny. W przyszłości posłałem im część siebie w ludzkiej postaci, by dać im przykład, pokazać, że można inaczej. I stanąłem w obronie kobiety, którą gardzili. Pożądali i gardzili równocześnie. Powiedziałem im: kto jest bez winy niech pierwszy rzuci kamieniem! I wyobraź sobie, wszyscy rzucili. Poza jednym, bo nie miał ręki. Kradł figi, więc mu obcięli. Rękę! Co za głupki...

            copyright: AM, CKN, RW, SK, LK, ZH
    • awariant Re: Z Pamiętnika Katolika. 14.04.20, 10:46
      ROZDZIAŁ 66.

      Ludzie mówią, że sztuką żyć się nie da, ale to nieprawda.
      Od dwudziestu lat jeżdżę po kraju z chłopakiem, co go do zawodu przyuczam
      i Światowidy stawiamy. Idzie z tego wyżyć, bo choć figura gęby ma cztery, a płacą jakby
      miała tylko trzy, to jednak roboty tylko tyle co przy dwóch, a materiału idzie jak na jedną.
      I pewnie byśmy tak dalej jeździli po kraju, ale nowe czasy przyszły.

      NOWE CZASY

      Wzywa mnie kniaź Bolko i mówi:
      - "Bracie Artysto Ludowy, nową figurę świętą będę potrzebował...".
      Tknęło mnie od razu, że coś jest nie tak i nowe przyszło, bo kniaź
      zwracał się do mnie zwykle per "Ej, ty tam", a tu od brata mi wymyśla.
      Więc mówię do niego:
      - "Bracie Kniaziu, a jaka to ma być figura".
      Książę spurpurowiał ze złości na gębie i krzyczy:
      - "Chamie jeden, brat to ty dla mnie jesteś, a nie ja dla ciebie".
      Ale zaraz się uspokoił i mówi dalej:
      - "Książę ponoć nowych bogów u Niemca lub Czecha kupił i nowych figur nam trzeba".
      - "Ale jakich, Kniaziu Mój Miłościwy, obyś żył wiecznie" - pytam się jego.
      - "Jeden ma się nazywać Jesus, drugi Łociec, reszty nie pamiętam.
      Jezus taki boleściwy na gębie ma być, ale więcej książe nie napisał"
      - "To jak ma w detalach wyglądać?" dopytuję.

      Kniaź rozejrzał się wokoło i wskazał jednego z poddanych:
      - "O, tak jak ten, ino bardziej szlachetnie".
      - "Ząb mnie boli" - wtrącił się wskazany, "a do kowala pójść nie mogę, bo go zimą wilki,
      razem z koniem, co miał go podkuć, zjadły. Najbliższy kowal, co by mógł mi ząb wyrwać
      i ćwieka solidnego w to miejsce wstawić trzy dni drogi stąd"
      - "Dwa" - sprostował kniaź.
      - "Dwa, to jak się ma konia podkutego, a jak nie podkuty, to trzy albo i cztery"
      - "No dobrze, Jesusa już mamy," przerwałem im "- a pozostałe trzy gęby jakie mają być".

      - "Drugi to Łociec" - stary powinien być i z brodą, o tak jak ten" - wskazał kniaź.
      - "Panie, kiedy ja już ledwo na nogach stoję, wszystko mam chore i lada chwila pewnie umrę"
      - "Żaden problem," - mówię, "byle mi świeżego dali, to będzie w porządku".
      Kniaź pomyślał dłuższą chwilę:
      - "Trzeci to chyba Duch się nazywał i ma nie wyglądać".
      - "Dobra, jakieś ornamencik - krzaczki, ptaszki, chmurki i płomyczki zrobię i będzie cacy, a czwarty?"
      - "Nie ma czwartego" zasmucił się kniaź, "ale zaraz, chyba tam jeszcze jakaś kobieta była.
      Podobno panna i dziewica. Wezmę, poszukam i sprawdzę" - zaoferował się kniaź.
      No i zaczął kniaź Bolko sprawdzać wszystkie panny w okolicy, ale jakoś niesporo mu to szło.
      Co wyszedł z komnaty, to mówił "Ta już nie" i sprawdzał następną.
      Aż została jedna taka, że jej kniaź żadną miarą ochoty sprawdzać nie miał. Dziewica na pewno.
      - "Trudno," mówię "zmarszczki się wyszlifuje, krosty zaszpachluje, nos przytnie, drugie oko
      wstawi takie jak to pierwsze, a reszty nie widać. Jak taka została, to niech będzie".

      No i postawiliśmy figurę nowego boga na Wisielczym Wzgórzu zamiast starej.
      Wyglądała zajebiście.

      Ale potem przyszły nowe wytyczne...
      Jeszcze nowszą trzeba było postawić.

      Ludzie mówią, że sztuką żyć się nie da. I mają rację.
      Musiałem drugiego ucznia na przyuczenie wziąć, żeby tę belkę od krzyża przytrzymał,
      roboty co nie miara, bo nie dość, że ten nowy Jesus brodę i długie włosy ma,
      to jeszcze reszty ciała w tej samej cenie sobie życzą. A jak do płacania przyjdzie
      to mówią "Bóg zapłać" i psami szczują. Chyba przejdę na krasnale ogrodowe z gipsu.
      Bo choć sztuką żyć się już nie da, to solidne rzemiosło ma przyszłość.
      • awariant Re: Z Pamiętnika Katolika. 17.04.20, 14:26
        ROZDZIAŁ 67.

        Te krasnale gipsowe to jednak nie był strzał w dziesiątkę.
        Słabo szły.

        Uczeń, co go przyuczam do zawodu formierza krasnali ogrodowych
        zaproponował, żeby zacząć je malować w różnych kolorach.
        Zielone trochę szły, ale pistacjowe okazały się kompletnym niewypałem.
        Czarne w kropki bordo jeszcze gorzej. Groziła plajta, zwolniłem go.

        Ale wtedy okazało się, jak mądrą kobietą jest moja żona.
        - "Dobromirze, " - mówi do mnie "- a może ty źle target wybrałeś
        i zamiast po grodach, po gumnach lepiej skrzaty sprzedawać?
        W grodach nie mają ogrodów, więc gdzie takiego krasnala postawić?"
        Bez przekonania, ale posłuchałem i pojechałem w teren. Cała furmanka
        skrzatów w dzień poszła i jeszcze dowozić drugą musiałem.
        Czerwonych i zielonych, bo te pistacjowe i w kropki nadal nie szły.

        Nowego ucznia do nauki zawodu przyjąłem, bo jak furmanką jeździłem,
        to nie miał kto skrzatów produkować i przestoje technologiczne były.
        Teraz on jeździ i sprzedaje, bo się jeszcze zawodu nie nauczył.

        No a żona znowu mnie woła i mówi:
        - "Słuchaj Mirek, a gdyby tak gratis jakąś legendę do skrzatów dołożyć?"
        - "Jaką legendę, Sławka, i czemu gratis?" - się pytam, bo Dzierżysława jej było.
        - "Może, że od nornic skrzaty gumno chronią" - zastanawiała się Sławka,
        "albo że do kamionki na ogórki szczają, żeby szybciej kisły?"

        Kiszone ogórki okazały się hitem. Mało kto u nas ogórki na zimę kisił,
        więc każdy chciał spróbować. Mówią, że te od skrzata najsmaczniejsze.
        Zatrudniłem jeszcze jednego ucznia i dokupiłem perszerona.
        Wół furmanki krasnali z przyczepą na kamionkę nie pociągnie.
        Sprzedajemy w bandlu - dwie kamionki na jednego skrzata.

        Potem moja Sławka miała nowy pomysł:
        - "A jakby tak skrzatom jakąś panienkę do towarzystwa dorobić?"
        Wymyśliliśmy, że damy jej na imię Marysia i będziemy sprzedawać
        w komplecie - jedna Maryśka, siedem skrzatów i mendel kamionki.
        A jak połowa we wsi kupi, to jeszcze dużą Maryję gratis dokładamy.
        A jak we wszystkich gumnach skrzaty stoją - to Maryję z dzieciątkiem.

        Ale mojej Sławce jeszcze chyba dość nie było, woła mnie więc i mówi:
        - "Mirek, ty opatentuj te Maryje, skrzaty i kamionki, uczniów wyzwól,
        niech sami je robią i za patent płacą. Ty zajmij się tym, co lubisz".

        Maryje z dzieciątkiem już gratis nie są i chyba nigdy nie będą.

        A mnie nie trzeba było dwa razy powtarzać co lubię .
        Bliźnięta mamy - jednemu daliśmy Mirosław, a drugiemu Sławomir.
        • dunajec1 Re: Z Pamiętnika Katolika. 17.04.20, 15:46
          No! Dzieki.
          • awariant Re: Z Pamiętnika Katolika. 17.04.20, 21:16
            Dunajec, ty lepiej pisz, niż czytaj.
            Nie trzeba być specjalnie oczytanym, żeby coś od siebie napisać.
            A wawrzankę też do roboty zagoń, bo jakoś nagle zamilkła.
            • dunajec1 Re: Z Pamiętnika Katolika. 17.04.20, 23:56
              Lepiej sie czyta niz pisze.
              A no nie wiem dlaczego wawrzanka przestala pisac, moze "przypadlosc miesieczna ja nawiedzila"?
              • wawrzanka Re: Z Pamiętnika Katolika. 18.04.20, 10:39
                dunajec1 napisał:

                > Lepiej sie czyta niz pisze.
                > A no nie wiem dlaczego wawrzanka przestala pisac, moze "przypadlosc miesieczna
                > ja nawiedzila"?

                Pisze się palcami. Przestałam, bo nikt nie czyta. Miło jest mieć choć jednoosobową publiczność :-)
                • awariant Re: Z Pamiętnika Katolika. 18.04.20, 13:06
                  wawrzanka napisała:

                  > Pisze się palcami. Przestałam, bo nikt nie czyta.

                  To nieprawda. Ja mam ustawiony sort od najnowszego, więc jak twoje było na górze, to czytałem.
                  Teraz nie chce mi się przewijać, żeby przeczytać. Zwłaszcza, że i tak nic nowego tam nie będzie.
                  • awariant Re: Z Pamiętnika Katolika. 18.04.20, 13:33
                    A tak właściwie to można by już przestać pisać.

                    Zasygnalizowaliśmy całe dzieje religii katolickiej, od czasu gdy pierwotny człowiek
                    stworzył boga na obraz i podobieństwo swoje (znaczy, swojej ciężarnej kobiety),
                    po czasy, gdy stworzony przez człowieka bóg, przybierając coraz to nowe formy i treści,
                    niekiedy piękne i sławiące radość życia, niekiedy groźne i nieprzyjazne, straszące nas
                    śmiercią i cierpieniem, stworzył na obraz i podobieństwo swoje człowieka, a uśmierciwszy go
                    wskrzesił do życia wiecznego (a dokładniej Zuzię Frątczak, którą położna ze szpitala powiatowego
                    w Nisku z pomocą proboszcza zdążyła w środku nocy ochrzcić, by mogła żyć wiecznie) .

                    Fakt, dość pośpiesznie, niestarannie i wybiórczo przeszliśmy przez czasy, gdy dziwni faceci
                    w sukienkach o mocno stonowanej kolorystyce z pomocą starych kobiet o wyschniętych łonach
                    wszczepiali wiarę przodków coraz to nowszym i nowszym pokoleniom. Niekiedy wręcz dosłownie.
                    Jeszcze sporo dałoby się uzupełnić lub uściślić - ale przymusu nie ma.
                    • dunajec1 Re: Z Pamiętnika Katolika. 18.04.20, 14:07
                      No tak, skonczylo sie czytanie.
        • awariant Re: Z Pamiętnika Katolika. 17.04.20, 21:28
          ROZDZIAŁ 71

          Już nie pamiętam który z nich - Bóg Ojciec, Jezus czy Duch Święty powiedział,
          że w każdej szanującej się wsi powinien stać kościół, a przed kościołem krzyż.
          A w mieście, jak nie na każdym rogu, to przynajmniej jeden na każdej ulicy.
          I też koniecznie z krzyżem.

          Powiedzieć łatwo, wykonać trudniej.

          No bo taka, dajmy na to, sośnina. Niby pniak prosty, do obróbki na krzyż łatwy,
          co z tego jak żywicę puszcza i mógłby Jezus na krzyżu szaty pobrudzić, a sprać
          to potem ciężko. A świerczyna nie wiele lepsza, a sęków ma więcej. O jedlinie
          nie wspomnę, bo nie dość, że sęków mnóstwo, to jeszcze potem wylatują.
          A w ogóle iglaste się nie bardzo nadają, bo kruche jakieś i drzazgi się
          z nich robią. Czy nie dość się Pan Jezus nacierpiał, by nas zbawić od złego,
          żeby teraz jeszcze drzazgi mu wbijać?

          Dąb może i by się nadał, ale nie dość, że w obróbce ciężki, to jak na deszczu
          dłużej postoi czernieje i czerw się w nim lęgnie. Miałże by Jezus nasz kochany
          na krzyżu za nas wisząc mlaskanie robactwa słyszeć? Nie przejdzie.
          Modrzew niby nie robaczywieje tak bardzo, ale rzadki jest i pod ochroną.
          Lipa - to lipa. Odpada, krzyż ma być dobry. Z brzozy to partyzantka jakaś,
          a nie uczciwe rzemiosło. Pewnie byłoby na grabie lub jesionie stanęło,
          ale jeden mnich mądry w swych księgach uczonych znalazł, że najlepszy byłby
          cedr i to koniecznie libański. Ponoć nawet I Świątynia w Jerozolimie była cedrowa.

          I tu się pojawił drugi problem - skąd taki cedr wziąć. Umyślni rozbiegli się po okolicy
          cedru szukając i z niczym wrócili. Nie ma cedru. Nie ma krzyży.

          WYPRAWY KRZYŻOWE

          Zwołali się ludziska i każda wieś chłopa silnego dała, każda osada giermka pieszego,
          a każdy zamek rycerza zbrojnego na koniu wystawił. I wyruszyli do Libanu drewna cedrowego
          lub nawet gotowych, na miejscu zrobionych krzyży, przywieźć. Przykazane spełnić.

          A ci, co nie zdążyli na I Wyprawę Krzyżową na Drugą poszli, albo na Trzecią...

          Czasem zdarzało się z Arabami poróżnić, bo drzewa cedrowego dać nie chcieli,
          tłumacząc, że okręty z niego robią, by nimi cywilizację do Hiszpanii zwozić.
          Czasem z cesarzem w Konstantynopolu był problem, bo mówił, że drewno jego,
          gdyż jako cesarzowi należy mu się to, co cesarskie. Aleśmy mu wytłumaczyli,
          że co boskie jest ważniejsze. Czasem dzieciaki, co też tu za nami po swoje
          małe krzyżyki przyszły, trochę narozrabiały. Różnie bywało.

          Jakby jednak na sprawę nie patrzeć, wyprawy zakończyły się naszym pełnym sukcesem.
          W każdej szanującej się wsi kościół stoi, w mieście jak nie na każdym rogu, to przynajmniej
          jeden na każdej ulicy. A przed każdym krzyż, jak Bóg, nie pamiętam już który, przykazał.
          • awariant Re: Z Pamiętnika Katolika. 07.05.20, 21:25
            Dla porządku formalnego i tutaj tą stronę z Pamiętnika Katolika wklejam, bo partacz jakiś
            sprawił, że linki do postów nie działają poprawnie, gdy ustawimy sobie podgląd od najnowszego.
            Tutaj mi w każdym razie pasuje lepiej. Mam nadzieję, że snajper jej nie odwklei.

            -----------------------------------------------------------------------


            Był kiedyś mnich pobożny i mądry, co w klasztorze na wysokiej górze mieszkał
            i imię Bonawentura przybrał.

            Czytał Bonawentura codziennie Pismo Święte, każde jego słowo z osobna i razem
            z innymi słowami studiował, ale im więcej czytał i studiował, tym mniej rozumiał.
            Zapytał więc raz w klasztornej bibliotece samego przeora jak to jest i dlaczego
            sensu słowa bożego w pełni zrozumieć nie może. A ten wyjaśnił mu, że w Piśmie
            Świętym jest jeszcze przekaz drugi, ukryty i zaszyfrowany, jedynie nielicznym
            wtajemniczonym dostępny, a nie ogółowi zwyczajnych grzeszników.

            Szukał więc mnich Bonawentura ukrytego przekazu, szukał i szukał, lecz na ślad
            nie mógł trafić, jeno ciekawostki różne odkrywał, lecz nie sens najgłębszy.
            Aż jeden kupiec wędrowny, co wodę święconą z samej Jerozolimy do klasztoru
            dostarczał, powiedział mu w tajemnicy, gdy mnich Bonawentura nieźle go okowitą spoił,
            że do szyfrowania najlepiej użyć Liczb Pierwszych.

            Nie wiedział Bonawentura, co to takiego Liczby Pierwsze, bo w Piśmie o nich nie było,
            ale wnet się dowiedział, że z małej litery się je pisze i że przez nic innego jak przez
            same siebie dzielić się nie chcą. Zaczął więc mnich liczby pierwsze studiować.
            Po tygodniach wytężonej pracy, bo w rachunkach za dobry nie był, znalazł mnich
            Bonawentura tysiąc pierwszych liczb pierwszych, ale na tym poprzestał, bo coraz
            trudniej z liczeniem mu było. Popróbował co któreś słowo według liczb pierwszych
            licząc z Pisma Świętego w myśl bożą ułożyć i wiele nowych, ciekawych myśli poznał.
            Ale nie dość mu było i chciał więcej.

            Zaczął się więc do Boga modlić, żeby mu wszystkie liczby pierwsze wyjawił.
            Bo tylko Bóg Ojciec, Jezus Chrystus i Duch Święty w Trójcy Jedyni je znają.

            Ale potem, na koncept wpadłszy, modlił się tylko o to, by największą liczbą pierwszą
            poznać. Wykoncypował sobie bowiem, że jak się wszystkie inne liczby pierwsze
            przez siebie pomnoży i doda jeden, to największa liczba pierwsza z tego wyjść musi.
            Więc on tylko jeden od tej największej, co mu ją Bóg poda odejmie, a resztę sobie
            przez zwyczajne dzielenie sam odtworzy. I będzie wtedy najmądrzejszym z ludzi,
            bo ani święty Augustyn z Hippony, ani święty Franciszek z Asyżu, ani nawet najmądrzejszy
            z nich, święty Tomasz z Akwinu największej liczby pierwszej nie znali, a przecież
            wszystkie ich dzieła w bibliotece klasztornej przestudiował.

            A jak już będzie Bonawentura wszystko wiedział, to i dowie się, jak żyć pobożnie,
            by na życie wieczne sobie zasłużyć. Jak żyć tak, jak sam Pan Bóg przykazał, ale ukrył
            to i zaszyfrował w Piśmie Świętym, by niegodni zbawienia dostąpić nie mogli.

            Modlił się więc brat Bonawentura do Boga by mu największą liczbę pierwszą wyjawił.
            Najpierw co wieczór przed snem się modlił, ale Bóg nie reagował. Więc potem przed
            każdym posiłkiem się modlił, potem modlił się co godzinę - Bóg nie reagował nadal.
            W końcu co minutę się modlić zaczął i Bóg już wytrzymać tej nachalności nie mógł,
            więc archanioła Michała mu zesłał, by ten mu największą liczbę pierwszą podał.

            Poprosił jedynie Bonawentura archanioła Michała, by dyktował powoli i wyraźnie,
            bo on sobie musi tę liczbę spisać, by jej nie zapomnieć. I archanioł dyktuje.
            A jak skończy, to Bóg Bonawenturę na Sąd Ostateczny wezwie i żył będzie wiecznie.
        • awariant Re: Z Pamiętnika Katolika. 30.04.20, 12:40
          ROZDZIAŁ 69

          Było tak, że nasz starosta posprzeczał się z opatem i przez to Krystek został Jezusem.
          Właściwie to nie tyle Jezusem, co jego zastępcą, ale i tak wszyscy wołali na niego Jezus.

          Nie bardzo wiadomo, o co poszło staroście i opatowi. Jedni mówią, że opat
          przegrał z naszym starostą w karty swoją ulubioną nałożnicę, siostrę Bogumiłę
          i nie chciał długu spłacić. A dług karciany, to dług honorowy i spłacić go trzeba.
          A wąchocki opat honorowy nie był, co wszyscy wiedzieli, bo za nic nie płacił.
          Więc starosta zebrał konnych, klasztor najechał i mnichów przepędził.

          Choć niektórzy twierdzą, że to nie o młodą i ponętną siostrę Bogumiłę chodziło,
          ale o przeoryszę Bernardettę, która w tych kwestiach bez grzechu i winy była.
          To ją podobno starosta nakrył, że mnichów wraz z opatem w swoim klasztorze skrywała.
          Więc nieprawdą jest, że starosta z konnymi klasztor najechał, bo żeńskich nie wypada.

          Inni mówią, że to za sprawą brata Innocentego, co go złapali in flagranti z najmłodszą
          córką starosty. Opat tłumaczył, że mnich jest niewinny, bo ta jego członek odsłonięty
          za sutek matki wzięła i sama ssać zaczęła. A poza tym, skąd wiadomo, że to brat Innocenty,
          jak zakapturzonego mnicha z dzieckiem widzieli. Więc starosta dał tydzień, żeby winny
          się znalazł i przyznał, a jak przyjechał po tygodniu, to klasztor był już pusty.

          Jak było, tak było. Nie mnie o tym dociekać. Dość że gdy cystersów zabrakło i nie było
          komu o zdrowie moralne i zbawienie przyszłe zadbać, starosta nakazał, by każda wieś
          wybrała swojego Jezusa, znaczy jego zastępcę. U nas wypadło na Krystka.
          Krystek miał tak na oko około trzydziestki, więc pasowało jak najbardziej, i był znajdą.
          Znaczy, sam się razu pewnego, z ćwierć wieku temu, jako dziecko we wsi znalazł i został.
          Chodzi po wsi taki, długi i pokrzywiony jak jaki męczennik, nieogolony i nieumyty,
          pod nosem coś mruczy, lecz co, nie bardzo idzie zrozumieć. Ale porządny człowiek z niego jest.

          Dobrzy ludzie czasem jeść mu dali, zimą z psem w budzie się przespał i gnatem podzielił.
          Bo wszystkie zwierzęta go lubiły i chodziły do niego, a one na ludziach się znają.
          On chłopom w zamian gęsi nad wodą wypasał, bo to umiał dobrze, nie tak jak z mówieniem.
          Powiadają, że to prorok jakiś zesłany jest, bo wszystko co wymruczy spełnia się co do joty.
          Ja sam tego potwierdzić nie mogę, bo słuch mam nie najlepszy.

          Chodził więc Jezus Krystek po wsi i mruczał coś pod nosem, a wszyscy szczęśliwi byli.
          Ten, bo od Krystkowego mruczenia krowa mu się ocieliła i ma jałóweczkę śliczną,
          drugi - bo dzięki Krystkowi piorun w starą, spróchniałą gruszę trafił, a nie w jego chałupę,
          Trzeci - bo syna bogato ożenił, choć wszyscy wiedzą, że nierób z niego jest i pijak.
          Ów, bo mu dziadek umarł i chałupę w spadku zostawił, inny - bo babcia starowinka ciągle
          dzięki Krystkowemu mruczeniu żyje i ma się kto dzieciakami zająć jak z żoną w pole pójdą.
          Wszyscy szczęśliwi, tylko gęsi markotne, bo nadążyć za nim nie mogą, jak po wsi chodzi.

          Ale wszystko co dobre kiedyś musi się skończyć.
          Pogodził się starosta z opatem, cystersi do klasztoru wrócili. Jezusa starego znów mamy.
          Ale to już nie ten Jezus, co Krystek. Nikomu z dobroci nie pomoże, "co łaska" się domaga.
          • awariant Re: Z Pamiętnika Katolika. 30.04.20, 13:08
            Sorki, uciekła mi sama końcówka:
            ----------------------------------------------------------------

            W Wąchocku na kołku se wisi i sam do ciebie nie przyjdzie. Łazić do niego trzeba.
            A Krystek gęsi pasie.
            • dunajec1 Re: Z Pamiętnika Katolika. 30.04.20, 14:15
              No i gesiom sie dobrze zrobilo.Pewnie zadowolone.....
      • awariant Re: Z Pamiętnika Katolika. 30.04.20, 00:31
        ROZDZIAŁ 63

        Wybrał się brat Adalbert na północ dzikie ludy nawracać.
        Żeby w podróży mu się nie ckniło, towarzyszyła mu siostra Lolobrygida
        na którą wszyscy mówili Lola. Szli więc brat z siostrą przez góry, lasy
        i doliny, szli i szli, aż w końcu doszli.

        Nad brzegiem rzeki, którą miejscowi nazywali Wisła, a której brat Adalbert
        nadał imię Vistula, stał na wysokiej skale zamek potężny, a obok gród bogaty.
        Zwał się Kraków, bo królem jego był Krak dzielny. Ale akurat nie było go
        w zamku, bo udał się do Breslau córkę swoją Wandę za Niemca wydać.
        Przyjął go kasztelan Mirmił, co w miejscowym języku podobno znaczyło
        "pokój miłujący" i zaprowadził na królewskie komnaty.
        - "Co to jest" - zdziwił się brat Adalbert na widok stołu z powyłamywanymi nogami.
        - "Stół z powyłamywanymi nogami" - objaśnił Mirmił - "królewna Wanda nie chciała
        Niemca tylko Wikinga, a dziewczę to nadzwyczaj stanowcze jest. Zabrał ją dobry
        król Krak w klatce z żelaza, przez kraty ją karmi i tylko za potrzebą wypuszcza".
        - "A potrzeby to ona ma duże" - wtrąciła Sławojka, żona Mirmiła.
        Jej imię w miejscowym języku znaczyło podobno "sławiąca wojnę", ale ta pozorna
        sprzeczność nie przeszkadzała Mirmiłowi i Sławojce być zgodnym małżeństwem.

        - "Przybyłem tu nawracać was na prawdziwą wiarę" - przeszedł do rzeczy Adalbert.
        - "Ale my już mamy prawdziwą wiarę, Cyryl i Metody tu byli" - zauważyła Sławojka.
        - "Nie interesują mnie metody Cyryla. Prawdziwa wiara pochodzi z Rzymu".
        - "To będziemy musieli na króla poczekać" - powiedział Mirmił.
        Sam nie chciał decydować, bo był tylko kasztelanem. Na króla wolał poczekać.

        Czekać nie musieli długo, bo wkrótce król Krak wrócił po swoją młodszą córkę
        Honoratkę, by wydać ją w Breslau za Niemca. Wanda, wypuszczona pod pretekstem
        potrzeby, skoczyła do Wisły i tyle ją widziano. Miejsce to nazwali Skoczów
        i teraz gród tam stoi. Mówią, że królewnę Wandę podobno widziano pod Gdańskiem,
        jak wyszła z wody i była cała mokra. Skusił ją napis "Danzig" na przybrzeżnej
        oberży, ale jak się okazało, że nie ma tam dancingu, to popłynęła dalej
        do Szwecji, swojego Wikinga szukać. Więc król Krak wrócił po Honoratkę
        i udał się z powrotem do Breslau, a dla Adalberta i Loli czasu nie znalazł.

        Sugerował wprawdzie brat Adalbert, że od plebsu nawracać zacznie, ale na uwagę
        kasztelana, że jednak dobre obyczaje i kultura osobista wszędzie obowiązują
        i od króla trzeba zacząć, musiał skapitulować. Włóczył się więc z siostrą Lolą
        po grodzie, miejscowe atrakcje turystyczne zwiedzając. A to do Wierzynka na pizzę
        wpadli, a to plac przy Rynku, na którym za radą Cyryla i Metodego świątynię Hagia Sophia
        miano budować, obejrzeli, a to Kebaba pod Trzynastką zjedli i miodem Trójniakiem Piastowskim,
        co był akurat w Bożej Krówce w promocji, popili, aż im się trzy dni po nim odbijało.
        Aż w końcu nad rzekę Vistulę, co ją miejscowi Wisła nazywali, zaszli. Patrzą, a tam
        pod zamkiem jaskinia wielka i jaszczur pradawny w niej mieszka.

        Wyszedł jaszczur przed jaskinię gości powitać:
        - "Cześć, jestem Dino, witam w Krakowie" - powiedział.
        A wtedy myśl chytra przez głowę brata Adalberta przebiegła.
        - "A nie chciałbyś ty być Draco, głów mieć siedem i rogów dziesięć" - zapytał.
        - "A chciałbym, od wyklucia się z jaja o tym marzyłem" - odpowiedział jaszczur Dino.
        Ochrzcił więc brat Adalbert jaszczura w rzece Vistula, co ją miejscowi zwą Wisła,
        imię Draco Vavelensis mu nadał, siedem głów i rogów dziesięć po śmierci obiecując.
        Wieprzowiny mu jeść zabronił. I niewiast żadnych łatwych, jeno dziewice najczystsze.
        Spojrzał Draco łakomym okiem na siostrę Lolę, ale brat Adalbert głową pokręcił.
        Upiekli więc owieczkę na wielkim ognisku chaszcze okoliczne zebrawszy, a krew Panu Bogu
        na brzegu spuściwszy, sami mięsem się podzielili. A na znak łaski Bóg sprawił, że Draco
        ogniem zionąć zaczął, więc drewna na opał szukać nie musiał. I wiedział, że było to dobre.

        I tak minął dzień i wieczór trzydziesty szósty, a nazajutrz król Krak do Krakowa wrócił.
        Bez córki Honoratki, co ją za Niemca wydał. Oporów nie stawiała, bo był bogaty bardzo.
        - "Witaj królu Kraku" - powiedział brat Adalbert.
        - "Witaj bracie Wojciechu i siostro Lolu" - odpowiedział król - "co was tu do nas sprowadza?"
        - "Myśmy tu z siostrą przyszli, żeby was nawrócić i ochrzcić"
        - "Odpada, " - rzekł król "- Cyryl z Metodym byli tu wcześniej, by Wiarę Głosić i Prawo Sławić".
        - "To chociaż Kościół Mariacki zamiast Hagia Sophia zbudujcie, by trud nie poszedł na marne".
        - "Tak może być" - odparł król Krak "- bo cel i metody te same".

        I poszli brat Adalbert z siostrą Lolobrygidą dalej na północ, aż do Gniezna dotarli.
        A był to rok 966. Polska się ochrzciła, a Krakowowi tylko Smok na pamiątkę został.
        Ale i to nie na długo, bo go skubany szewczyk siarczystą owieczką załatwił.
        Żyje teraz Smok w Niebie, siedem głów i dziesięć rogów mając. Żądzą odwetu zionie.
        • dunajec1 Re: Z Pamiętnika Katolika. 30.04.20, 01:14
          Pieknie.
        • kalllka Re: Z Pamiętnika Katolika. 30.04.20, 10:16
          .. odtąd i na jego pamiątkę, grody capitulne, smoga w charakterze nieboskłonu, maja, amen.
    • awariant Re: Z Pamiętnika Katolika. 14.04.20, 12:55
      ROZDZIAŁ 97.
      (Projekt)

      Szanowni Bracia i Siostry Medycy, drodzy nasi Pacjenci.

      Niełatwo jest, kiedy wokół szaleje zaraza, siedzieć nad prywatnym (tak, prywatnym,
      bo nikt nie zadbał o środki łączności dla lekarzy) laptopem będąc uwięzionym przez
      kwarantannę, nie mając nawet maski, rękawic czy innych podstawowych środków ochrony
      (tak, o to też nich nie zadbał i musimy się sami zaopatrywać w to, co niezbędne
      jest w naszej misji ratowania ludzkiego życia i zdrowia) i nie móc nic zrobić.
      A przecież zadaniem lekarzy nie jest bezczynne siedzenie i śledzenie w mediach
      informacji o postępach choroby, która nęka nasz współczesny świat.
      Trudno nam się pogodzić z wciąż napływającymi informacjami o kolejnych ofiarach
      pandemii, o zainfekowanych sierocińcach i domach starców, o zamkniętych oddziałach
      szpitalnych, takich jak nasz. Trudno pogodzić się z tym, że w Polsce, naszej
      ukochanej Polsce, naszej Ziemi Obiecanej, jedna trzecia wszystkich infekcji
      dzieje się za sprawą palcówek służby zdrowia. A gdzie indziej wcale nie jest lepiej.
      Najsłabsi ludzie, którym należałoby poświęcić najwięcej troski, co zawsze czyniliśmy,
      umierają masowo we Francji, we Włoszech, w Hiszpanii, w bogatej Ameryce. Wszędzie.

      Nie tak miało być!
      Nie pozwólmy by tak było dalej!
      Przywróćmy normalność!


      Dlatego, choć głupio nam i wstyd apelujemy do wszystkich ludzi dobrej woli
      i czystego serca o pomoc dla naszego szpitala, jednego z najstarszych na świecie,
      a teraz niedoinwestowanego i zaniedbanego, o życzliwość i pomoc.
      Dzisiaj mija 830 lat, odkąd Jezus nakazał nam, Szpitalnikom Najświętszej Marii Panny
      Domu Niemieckiego w Jerozolimie dbać o wasze zdrowie fizyczne, psychiczne i moralne.
      I my o nie dbaliśmy, jak mogliśmy najlepiej. A teraz to my potrzebujemy pomocy.

      Tu następują podpisy i numery kont bankowych.
      • dunajec1 Re: Z Pamiętnika Katolika. 15.04.20, 17:36
        Awariant, gdzie te dalsze pamietniki?
    • awariant Re: Z Pamiętnika Katolika. 16.04.20, 19:12
      ROZDZIAŁ 98.1

      Szanowni państwo,
      na poprzednich zajęciach poznaliśmy, co to takiego "algorytm" i jak zapisać
      go za pomocą schematów blokowych, co to jest "program" i jak sprawić,
      żeby komputer taki program wykonał. Dowiedzieliśmy się, jakie są języki
      programowania i dlaczego wybraliśmy właśnie pythona. Macie już Państwo
      na swoich komputerach zainstalowane środowisko najnowszego pythona 3.8.2
      i potraficie się w tym środowisku poruszać. Teraz napiszemy pierwszy program.

      ŚWIAT WEDŁUG PYTHONA.

      Na początek coś łatwego - stworzymy świat. A potem będziemy go udoskonalać.
      Otwieramy środowisko i tworzymy plik o nazwie swiat_1.py. Oczywiście, ponieważ
      python 3.8.2 jest interpreterem języka python, świat możemy tworzyć również,
      jak to mówią "z palca" wpisując kolejne polecenia, ale nie byłoby to wygodne.

      Świat, jak łatwo przewidzieć, możemy wyrazić przy pomocy skończonej pętli
      od początku świata do jego końca przy kroku, którym może być na przykład rok.
      Niech zmienna Genesis zawiera informację o terminie początku świata, w zmiennej
      Armagedon zapiszemy datę jej końca.

      Nasz przykładowy program mógłby wyglądać tak:
      Genesis = -4004
      Armagedon = 2020
      
      print("Hello, World!")
      for year in range(Genesis, Armagedon):
      	pass
      print ("Goodbye, World!")
      

      Są to najczęściej ostatnio podawane wartości dla Genesis i Armagedon,
      ale ich zmiana na inne, dowolnie przyjęte, nie wpłynie na działanie programu.
      Zarezerwowanego słowa "pass", a dokładniej wyrażenia pass użyliśmy, ponieważ
      to co się działo w trakcie kolejnych lat jest nam teraz całkowicie obojętne. Podobnie,
      jeśli chcemy opisać świat z większą precyzją, zamiast kroku rok możemy użyć dzień
      czy sekunda, a wcześniej wyrazić wartości zmiennych w odpowiednich jednostkach.
      Czyli na przykład tak:
      Genesis_d = int(-4004 * 365.2422)
      Armagedon_s = int(2020 * 365.2422 * 86400)
      

      Użycie funkcji int() było konieczne, by dni i sekundy wyrażane były w liczbach całkowitych.
      Wprawdzie można Genesis i Armagedon wyrazić liczbą rzeczywistą lub zespoloną
      na przykład:
      Armagedon = 2020.0
      Armagedon = 0,2020J 
      

      ale na razie łatwiej nam będzie operować na liczbach całkowitych, niż dodawać
      lata rzeczywiste lub urojone do rzeczywistych lub urojonych Armagedonów.

      Zauważyliście Państwo, że liczby określające Genesis i Armagedon przyjęliśmy umownie.
      Tymczasem jest wiele różnych podawanych terminów, zwłaszcza dla Armagedon.
      Zakładamy więc nowy plik swiat_2.py i zmodyfikujemy nasz program.
      Posłużą nam do tego struktury zwane listą. Na przykład w ten sposób:
      Gen_zrodlo = ["Kalendarz żydowski", "Wielebny J.Ussher", "Nick Bytnar"]
      Gen_data = [-3761, -4004, -4026]
      
      for kto in range(len(Gen_zrodlo)):
      	print("Witaj Świecie w roku", Gen_data[kto], "powiedział", Gen_zrodlo[kto])
      

      To samo możemy zrobić z Armagedon.

      Do dobrze, ale co, jeśli będziemy chcieli połączyć losowo wybrane Genesis z losowo
      wybranym Armagedonem? Wtedy musimy zaimportować i użyć moduł random.
      I nasz program swiat_2.py będzie wyglądał na przykład tak:
      import random
      
      Gen_zrodlo = ["Kalendarz żydowski", "Wielebny J.Ussher", "Nick Bytnar"]
      Gen_data = [-3761, -4004, -4026]
      Arm_zrodlo = ["św. Marcin z Tours", "Antychryst", "św. Wincenty z Ferrary", "Maj"]
      Arm_data = [ 400, 992, 1412, 2012 ]
      
      Gen_kto = random.randrange(len(Gen_zrodlo))
      Arm_kto = random.randrange(len(Arm_zrodlo))
      Gen_to_Arm = Arm_data[Arm_kto] - Gen_data[Gen_kto]
      
      print("Witaj Świecie w roku", Gen_data[Gen_kto], "powiedział", Gen_zrodlo[Gen_kto])
      print("Żegnaj Świecie w roku", Arm_data[Arm_kto], "powiedział", Arm_zrodlo[Arm_kto])
      print("Bóg był z nami przez", Gen_to_Arm, "lat i wystarczy")
      

      Nam nadzieję, że niedługo każdy będzie umiał sobie stworzyć własny świat, jaki
      mu pasuje. Są jakieś pytania? Nie ma? - to do zobaczenia na następnych zajęciach.
      • awariant Re: Z Pamiętnika Katolika. 16.04.20, 19:19
        Jakby ktoś pytał, to świat według Monty Pythona jest tutaj:
        www.youtube.com/watch?v=uaEU0GQhkqA
        • dunajec1 Re: Z Pamiętnika Katolika. 16.04.20, 20:05
          Te Pytony to jakies nowe, dawaj cos z histori, tak kolo rozdzialu 50 czy innego.
    • awariant Re: Z Pamiętnika Katolika. 18.04.20, 10:26
      ROZDZIAŁ 99.

      "W proch się obróciłeś, z prochu powstaniesz" - powiedział Jezus i uczynił znak krzyża.
      Towarzyszyło mu dwóch rosłych aniołów. Jeden miał dużą, czarną teczkę, drugi był z laptopem.
      Był jeszcze tata Zuzi. Chwiał się na nogach i coś bełkotał sam do siebie, bo odkąd mamę
      Zuzi, jakieś dziesięć lat temu, rozjechał pijany kierowca lawety, rozpił się strasznie.
      Ludzie dziwili się, że można tyle wypić za zasiłek dla bezrobotnych. On jakimś cudem mógł.

      Grób Zuzi Frątczak (☼ 21.07.1998 † 22.07.1998 "Śpij aniołku") otworzył się i ukazała się Zuzia.
      Prawdę mówiąc nie wyglądała najlepiej. Anioł z laptopem coś poklikał na klawiaturze i powiedział:
      - "Zespół Edwardsa, szefie. Aż dziw, że toto w ogóle się urodziło".
      Drugi anioł otworzył czarną teczkę i wyjął małe pudełeczko. Była w nim duszyczka Zuzi.
      Tak malutka, że Jezus musiał użyć pęsety, by wyjąć ją z pudełka i tchnąć w ciałko zmarłej.
      Zuzia poruszyła się w grobie i zaczęła wyć z bólu.
      - "Zaraz jej przejdzie" - powiedział anioł z laptopem. I miał rację.
      - "Kto następny" - zapytał Jezus.
      - "Benita Suarez, Flores w Gwatemali, cmentarz św. Heleny" - odczytał z laptopa anioł,
      "92 lata, panna, zapalenie płuc, a tak na prawdę to Alzheimer. To co, lecimy?".

      Dwaj aniołowie chwycili Jezusa za ręce i wzbili się w powietrze. Najpierw wznosili się
      powoli, a kiedy już byli wysoko nad ziemią włączyli dopalacze i cała trójka nagle zniknęła.
      Tylko smuga na niebie pokazywała dokąd polecieli, ale i ona rozwiała się szybko.

      Podobno tata Zuzi czasem trzeźwieje. Można go wtedy spotkać na miejscowym cmentarzu.
      Klęczy przed grobem Zuzi Frątczak (☼ 21.07.1998 † 18.04.2020 "Śpij aniołku") i się modli.
      • dunajec1 Re: Z Pamiętnika Katolika. 18.04.20, 14:10
        Hmm, a juz myslalem ze sie skonczylo czytanie.
    • spinoff Re: Z Pamiętnika Katolika. 19.04.20, 12:30
      Moja matka była dziewicą, nie znała seksu, nigdy go nie uprawiała. Wziąłem się z niepokalanego poczęcia. Wiem, że miała też inne dzieci, wszystkie bez seksu. Córki i synów, moje siostry, moich braci. Dziewczynki mają szansę na dłuższe życie, nie lepsze, tylko dłuższe, takie jak matka. Ja byłem synem i pisane mi było życie krótkie. Mamy prawie nie znałem: urodziła mnie i umyła. To wszystko. Już następnego dnia odszedłem i nie widziałem jej nigdy więcej. Zaopiekowali się mną ludzie. Przypięli do łańcucha dość długiego, abym mógł się położyć, ale nie obrócić się, ani tym bardziej chodzić. Innych znałem więc tylko z widzenia. Całe życie spędziłem samotnie. Dobrze mnie karmili, obficie, sztucznym mlekiem, pozbawionym żelaza, aby mięso me było jasne, takie jak lubicie. Bez żelaza stawy nie rosną, więc zamiast żelaza dodawano środki przeciwbólowe, bez których bym nie wytrzymał. Gdy podrosłem i lazłem do auta, podtrzymywano mnie, bo byłem anemikiem. A i tak złamałem nogę, jedną albo wszystkie, przez te słabe stawy. Na miejscu ogłuszono mnie z pneumatycznego pistoletu i puszczono krew... Nazywałem się byczek Fernando. Przeżyłem 2 miesiące. I tyle. A oto jest krew moja i ciało moje. Jedzcie i pijcie. Smacznego, ludzie. Wiem, że zasadniczo dzielicie się na dwie grupy. Jedni pocieszają się, że nie jest dobrze, ale w przyszłości będzie lepiej. Drudzy twierdzą, że jest dobrze, bo w przeszłości było gorzej. Chciałbym wam przyznać rację, ale nie potrafię. Za życia nigdy nie widziałem nieba, a teraz w nim jestem i powiem wam, że ludzi tu niewielu.
      • kalllka Re: Z Pamiętnika Katolika. 19.04.20, 13:59
        A gdzieżeś, to gdzie, nauczył się,
        po ludzku, Fernando?
        I egri bicaver jak wodę w winę/
        • spinoff Re: Z Pamiętnika Katolika. 19.04.20, 14:34
          kalllka napisała:

          > A gdzieżeś, to gdzie, nauczył się,
          > po ludzku, Fernando?
          > I egri bicaver jak wodę w winę/

          Trzymaj się, kalllka!
          Sto lat, czy jak się mówi "po ludzku". W zdrowiu!
          • dunajec1 Re: Z Pamiętnika Katolika. 19.04.20, 15:15
            No widzisz awariant?
            Dawaj 32 rozdzial.
    • feelek Re: Z Pamiętnika Katolika. 27.04.20, 23:35
      Przyznaję:
      czytałem, ale jakoś nie wciągnęła.
      Będzie cd.?
      • awariant Re: Z Pamiętnika Katolika. 27.04.20, 23:55
        feelek napisał:

        > Będzie cd.?

        Jak napiszesz, to będzie.
        • dunajec1 Re: Z Pamiętnika Katolika. 28.04.20, 01:34
          No to sie dowiedzialem...
        • awariant Re: Z Pamiętnika Katolika. 28.04.20, 09:33
          awariant napisał:

          > feelek napisał:
          >> Będzie cd.?
          > Jak napiszesz, to będzie.

          Jak nie napiszesz, to też będzie.
          • pocoo Re: Z Pamiętnika Katolika. 28.04.20, 10:15
            awariant napisał:

            > Jak nie napiszesz, to też będzie.
            JEST.
    • awariant Re: Z Pamiętnika Katolika. 28.04.20, 09:41
      ROZDZIAŁ NIENUMEROWANY

      - "Panie Holmes, sprawa jest bardzo delikatna. Ktoś kradnie nam dusze"
      powiedział Szef Wszystkich Szefów i kontynuował:
      - "Zdecydowaliśmy się wskrzesić Pana, bo tylko Pan może nam pomóc rozwikłać
      tą zagadkę. W zeszłym tygodniu ktoś włamał się do naszych magazynów w Warwick
      i ukradł dusze. Wszystkie systemy zabezpieczeń sprawne, kamery monitoringu
      niczego nie pokazały, a dusz nie ma. Dwanaście pustych kontenerów i nic.
      Żadnego punktu zaczepienia, żadnego pomysłu kto i po co to zrobił".

      Szef Wszystkich Szefów przerwał na chwilę i rzucił na głos:
      - "Matko Tereso, dwie kawy poproszę"
      - "Dla mnie herbata, z cukrem" - powiedział Holmes.
      - "Matko Tereso, dla mnie kawa, a dla gościa herbata. Z cukrem"
      Do gabinetu weszła kobieta z wielką tacą, na której stały filiżanki i cukiernica.
      Sherlock Holmes wsypał łyżeczką cukru, zamieszał, wypił łyk i skrzywił się:
      - "Nie mógłby Szef wskrzesić pani Hudson, ta herbata nie jest dobra"
      - "Aha, jeszcze doktora Watsona, i skrzypce" - dodał.
      Po chwili pojawiła się pani Hudson i wymieniła filiżankę:
      - "Mocno doprawiona, tak jak pan lubi. Gdzie położyć skrzypce?".

      - "Mogę zapalić" - zapytał Holmes i nie czekając na odpowiedź zaciągnął się fajkowym dymem.
      O fajkę i tytoń nie musiał prosić, bo kazał je włożyć sobie do trumny.
      - "No więc" - powiedział po dłuższym zastanowieniu, puszczając kółka dymu:
      - "Zniknęło wam 12 kontenerów po 12 tysięcy dusz, razem 144 tysiące"
      - "Kontenery zostały, tylko dusze zniknęły" - powiedział Szef Wszystkich Szefów,
      - "Skąd Pan wie, że było ich 144 tysiące?"
      - "Wyczytałem w Piśmie Świętym"
      - "Nie znam, a kto to napisał".
      - "Anonim".
      - "Gall Anonim?"
      - "Nie, Żyd".

      Holmes ponownie nabił fajkę i zadumał się.
      - "Śmierdząca sprawa" - powiedział.
      - "To nie to" - sprostował Szef - "magazyn jest klimatyzowany, nic nie czuć.
      Problem jest w tym, że tydzień wcześniej było podobne włamanie do Watykanu".
      - "Dedukuję, że też zniknęły dusze" - powiedział Holmes - "dokładnie 144 tysiące".
      - "A jeszcze wcześniej było włamanie w Jerozolimie..." - kontynuował Szef.

      Holmes nabił do fajki kolejną porcję tytoniu:
      - "Pani Hudson, jeszcze jedną herbatę. I może dla Szefa również, ale bez cukru".
      Szef Wszystkich Szefów wypił łyk i chyba mu zasmakowało, bo wyraźnie poweselał.
      - "Czym Pani to doprawia" - zapytał
      - "Nie powiem, to tajemnica zawodowa" - odpowiedziała pani Hudson.
      Szef podniósł słuchawkę telefonu i włączył tryb głośnomówiący:
      - "Kadry? - dajcie mi archanioła Rafała".
      - "Tu Rafał, słucham Szefie"
      - "Proszę zwolnić Matkę Teresę i zatrudnić panią Hudson. Natychmiast."
      - "Ale jak?" - zapytał archanioł - "przecież ma umowę na czas nieokreślony".
      - "Zwyczajnie - zwolnić mailem, a przyjąć po konkursie. Natychmiast".
      i szef odłożył słuchawkę, a panią Hudson wezwano do działu kadr.
      Wróciła z kawą. Bez cukru. Chyba nie gorszą, bo Szef poweselał jeszcze bardziej.

      - "No więc" - powiedział po krótkim zastanowieniu Sherlock Holmes - "jak dla mnie
      sprawa jest prosta i oczywista. To musiał być profesor James Moriarty, nikt inny".
      - "Wiecie gdzie go szukać?" - zapytał.
      Szef Wszystkich Szefów wykonał kilka szybkich telefonów i odpowiedział:
      - "Problem w tym, że nie wiemy. Profesor był buddystą i zdążył reinkarnować".
      Sherlock poprosił panią Hudson o długopis i napisał coś na serwetce:
      - "Tego imienia lepiej nie wypowiadać na głos" - rzekł i podał serwetkę Szefowi.
      - "Że też sami na to nie wpadliśmy" - powiedział Szef. Zbladł i przeżegnał się trzy razy.
      • dunajec1 Re: Z Pamiętnika Katolika. 28.04.20, 14:31
        Awariant, dzieki.
        CDN?
    • awariant Re: Z Pamiętnika Katolika. 28.04.20, 16:14
      Tym razem nie pamiętnik, ale coś na przyszłość:


      Pandemia koronawirusa spowodowała w naszym życiu szereg niedogodności.
      Jedną z bardziej dotkliwych jest problem z zaopatrzeniem w odzież.
      Galerie handlowe, w których rozlokowała się większość salonów odzieżowych
      zostały zamknięte i nie wiadomo, czy otworzą się przed wyczerpaniem
      zapasów gotówkowych osób, które zostaną dotknięte bezrobociem.
      W tej sytuacji dobrze jest wiedzieć o alternatywnych źródłach zaopatrzenia
      w odzież. Dzisiaj zajmiemy się domowymi metodami wyprawiania skóry z diabła.

      TROCHĘ TEORII.

      Diabły tak jak my są ssakami. Należą do rodziny diablaków (satanidae)
      i podrodziny diabłów właściwych. Inne podrodziny to dziwostwory i pokraki.
      W Polsce najczęściej spotykane gatunki to szatanki polne oraz podobne do nich,
      ale rzadsze i z mniej wyraźną pręgą grzbietową szatanki ogrodowe oraz
      pospolita boruta leśna. Występują również belzebuby - długo- i krótkorogi,
      piekłorodki, biesy czy czarty, ale są mniej rozpowszechnione. Majestatyczny
      antychryst olbrzymi należy do dziwostworów i podobnie jak cała podrodzina
      jest pod ścisłą ochroną. Do pokraków należą dusiołki i często spotykane
      licho leśne. Także one mogą nam posłużyć za źródło skór.

      Mięso diablaków uważane jest za niejadane z uwagi na intensywny zapach
      siarkowodoru przypominający zgniłe jaja (jeśli ktoś jeszcze z PRL-u pamięta zbuki).
      Można próbować temu zaradzić mocząc je przez 12 godzin w wodzie z dodatkiem
      Halitominu lub lepiej Halitofaru (2 tabletki na litr) i po jej odlaniu gotując
      w czystej wodzie (ew. z dodatkiem Zdroju Zuber), by usunąć zapach użytych
      środków odwaniających. Pokraki pachną mniej intensywnie, ale też trzeba
      je wymoczyć i obgotować przez spożyciem.

      JAK UPOLOWAĆ DIABŁA

      Najczęściej stosowana metoda polega na użyciu wysokokonsekrowanej wody
      święconej. Diabły prawdopodobnie wyczuwają zawarte w niej bakterie E. coli
      i starają się ich unikać. Zastępczo możemy użyć samodzielnie sporządzonych
      roztworów zawierających te łatwo dostępne bakterie beztlenowe.
      Wodę święconą wysokokonsekrowaną nalewamy do rozpylacza na przykład
      po płynie do mycia okien i spryskujemy dwie długie linie układające się
      w kształt litery V. Na ich przecięciu umieszczamy pułapkę na diabły lub czaimy
      się w ukryciu z pałką, która posłuży do ogłuszenia. Diabeł znalazłszy się
      w widełkach litery V będzie poruszał się w kierunku pułapki, bo woda święcona
      nie pozwoli mu uciec bokiem. Upolowaną sztukę wieszamy za tylne odnóża.
      Kozikiem nacinamy skórę powyżej stawów kolanowych i ściągamy ostrożnie.
      Odnóża przednie obcinamy sekatorem powyżej stanów łokciowych.
      Przy większych sztukach może być potrzebna pomoc drugiej osoby.
      Skórkę nicujemy i mizdrujemy niezbyt ostrym nożem, by jej nie pokaleczyć.
      Jeśli nie możemy obrobić jej od razu - solimy solą gruboziarnistą i zwijamy.

      MIRRA, KADZIDŁO I ZŁOTO

      Tradycyjnie wieki temu służyły do preparowania cennych skór zwierzęcych.
      Antyseptyczne i konserwujące własności mirry sprawiały, że nawet
      niezbyt dokładnie mizdrowana skóra nie psuła się i traciła przykry zapach.
      Posmarowana mirrą skóra dojrzewała kilka dni, a następnie była wędzona
      w dymie z kadzidła. Na koniec pocierano ją złotem, ale srebro i jego sole
      okazało się skuteczniejsze jako środek bakteriobójczy. Wadą tej metody
      było to, że skóra twardniała nadmiernie i niezbyt nadawała się na delikatną
      odzież, na przykład na bieliznę lub skarpety. Dlatego obecnie skóry garbujemy.

      GARBOWANIE SKÓRY

      Garbowanie to trudna sztuka i ciężko ją przeprowadzić w warunkach domowych.
      Skóra diabła swoimi właściwościami przypomina skórę kozy i tak też ją obrabiamy.
      Boruta leśna ma czarne futerko z rudawym odcieniem. Czasem ledwo widoczne cętki.
      Wadą jest to, że na tyłku futerko linieje i wyciera się, co nie wygląda najlepiej.
      Podamy najprostszy i jak się wydaje wystarczająco skuteczny sposób garbowania.

      Rozcieramy mózg diabła na papkę dodając wody dla uzyskania odpowiedniej
      konsystencji. Smarujemy nim przenicowaną (wywróconą włosiem do wewnątrz)
      skórę i zostawiamy zwiniętą, aż dojrzeje. Nazajutrz mizdrujemy ostrożnie, by ją oczyścić.
      Początkujący zamiast noża mogą użyć łyżki. Resztki mięsa i tłuszczu schodzą łatwiej,
      a olej i mielina zawarte w mózgu dodatkowo uelastyczniają i konserwują skórę.
      Będzie wyjątkowo miękka i przyjemna w dotyku.

      Pora na właściwe garbowanie. Możemy użyć do tego szyszek olchowych.
      Szyszki rozbijamy, zalewamy wrzątkiem i odstawiamy. Papka nie powinna być za rzadka.
      Nazajutrz tym roztworem moczymy skóry i zwijamy, a jak dojrzeją, trzepiemy i suszymy.
      Przed ostatecznym suszeniem skórę należy naciągnąć lub suszyć ją na prawidle.
      Bardziej ambitni mogą użyć mieszaniny popiołu drzewnego i kory dębowej.
      Domorośli chemicy - ałunu. Mocna herbata też może znaleźć zastosowanie.

      Czasem spotyka się boruty leśne - albinosy. Ich futro, zwane anielskim włosiem,
      jest szczególnie cenne - w tym przypadku zamiast kory dębowej lub herbaty używamy
      kory brzozowej, która nie powoduje ciemnienia skór. Będzie śliczne.

      Dziewczyny nie powinny się bać diabła - w jego skórze wyglądają bosko.
      • kalllka Re: Z Pamiętnika Katolika. 28.04.20, 16:35
        Ale przepraszam, skóra z diabła do produkcji odzieży ochronnej przeciw czemu?
        pytam w przerwie bo wyobraźni w skaju zabraklo /jakaś cholera zrobiła dziurę i ciurka.../
        • awariant Re: Z Pamiętnika Katolika. 28.04.20, 18:12
          kalllka napisała:

          > Ale przepraszam, skóra z diabła do produkcji odzieży ochronnej przeciw czemu?
          > pytam w przerwie bo wyobraźni w skaju zabraklo /jakaś cholera zrobiła dziurę i ciurka.../

          Jeśli przez dziurkę ciurka,
          W właściwym miejscu jest dziurka.
          • kalllka Re: Z Pamiętnika Katolika. 28.04.20, 18:21
            ... Znaczy we Widniu?
            serdeczne dzięki, klep w łeb i po ramieniu
            /oraz goździk do ręki/
      • dunajec1 Re: Z Pamiętnika Katolika. 28.04.20, 16:42
        Wow, diablow ci u mnie na wsi bylo duzo, a wielu go mialo za skora.
        To teraz juz wiem dlaczego ojcowie trzepali skore dzieciakom, taka przetrzepana skora diabelska byla bardziej podatna na wyprawe.
        Ze juz nie wspomne ze po tym trzepaniu trzeba bylo lezec na brzuchu, jak z diabla skora lezec.
    • feelek Re: Z Pamiętnika Katolika. 09.09.20, 13:38
      ZAKOŃCZENIE:
      Po 40 latach przemyśleń.
      Przemyśleniu sprzeczności.
      Uznaniu Przekazu za JWL [Jedną Wielką Lipę].
      Piszę ostatnie zdanie jako Katolik {dan: 20 lat temu].
      • kociak40 Re: Z Pamiętnika Katolika. 09.09.20, 15:46

        "Po 40 latach przemyśleń." - feelek

        Nie wszyscy są mędrcami, ale wszyscy za takich się uważamy.
        • feelek Re: Z Pamiętnika Katolika. 09.09.20, 22:43
          wszyscy?
          Ja nie.
          [: NIE uważam się za mędrca]
          Tylko pomyśl: aby byli mędrcy, muszą też być wioskowe głupki
          --
          " Welcome Idiots!"
          : napis u wejścia na zjazd głupków wioskowych w jakimś filmie Woody Allena .
          • kociak40 Re: Z Pamiętnika Katolika. 09.09.20, 23:40

            "aby byli mędrcy, muszą też być wioskowe głupki." -feelek

            Zawsze będą wioskowe głupki, bo trudno jest żyć - gdy się myśli.

Nie masz jeszcze konta? Zarejestruj się


Nakarm Pajacyka