Dodaj do ulubionych

Bezinteresownosc a religia

15.01.09, 09:24

Czy bezinteresownosc klóci sie z religią?
Uczynki z wiary to jak uczynki wbrew pierwotnemu sobie,
za to dla nagrody.
Czy przez wprowadzenie wizji owej nagrody czlowiek nie zaglusza w
sobie instynktu np.pomocy drugiemu i nie zaczyna byc wyrachowany?
Czy wizja nagrody jest skonstruowana dla tych, ktorzy bez zaplaty
palcem nie ruszą?
Pytanie do wierzących: dlaczego warto byc przyzwoitym?
Obserwuj wątek
    • martha31 Re: Bezinteresownosc a religia 15.01.09, 14:20
      Pytanie świadczy o tym,który je zadaje??
      Kto tworzy takie pytania: co będę mieć z przyzwoitości!!!?
      Zastanów sie najpierw nad sobą, nie nad innymi:((((((
      • kolebeczka Re: Bezinteresownosc a religia 15.01.09, 15:11
        martha31 napisała:

        > Pytanie świadczy o tym,który je zadaje??

        Zawsze, Martho. I nie tylko pytanie.

        > Kto tworzy takie pytania: co będę mieć z przyzwoitości!!!?

        Ktos, kto ma pytania, a nie zarzuty.
        Poza tym ciut fantazji na czytanie "warto" i "bezinteresownosc".
        Nie sadzisz, ze owa "bezinteresownosc" jest uwazana za tzw.cnote, a
        jednak- bezinteresownosc sensu stricte nie istnieje.
        Zatem slowo to nalezy wykreslic ze slownika, czyz nie?

        > Zastanów sie najpierw nad sobą, nie nad innymi:((((((

        Tak tez czynie, a ze milej jest Z INNYMI, to mi wybacz.
        No chyba, ze dotknelam jakiejs Twojej otwartej rany.
        Czyzbys byla katoliczka?
        Ciekawi mnie Twoja opinia, bo katolicy rzadko maja watpliwosci i
        stad rzadko dykutuja- chetniej ujadaja, wuw wuw.
        Dam Ci jednak nawiasy w odwrotna strone!:)))
      • d.o.s.i.a Re: Bezinteresownosc a religia 15.01.09, 15:39
        > Pytanie świadczy o tym,który je zadaje??
        > Kto tworzy takie pytania: co będę mieć z przyzwoitości!!!?
        > Zastanów sie najpierw nad sobą, nie nad innymi:((((((


        Dziewczyno, czy Ty w ogole potrafisz dyskutowac? Po co tak
        atakujesz??? Po co obrazasz?
        Nigdy nie myslisz? Nigdy sie nie zastanawiasz? Nie miewasz
        refleksji? Dlaczego uwazasz, ze we wszystkim masz racje?
        Swieta sie znalazla, k..wa jego mac.
    • piwi77 Re: Bezinteresownosc a religia 15.01.09, 14:32
      Mysle, że motywy do czynienia dobrze wszyscy mają podobne, tak
      wierzący jak i niewierzący. Wiary są tak skonstruowane, że wcale
      dobrych uczynków nie nagradzają. Mówią to bardzo wyraźnie, że
      człowiek dostaje się np do nieba, nie dzięki swoim uczunkom, ale
      dzięki czemuś tam, tu wspomina się coś o łasce. Czyli do nieba idzie
      się z łaski, nie za dobre uczynki.
      • kolebeczka Re: Bezinteresownosc a religia 15.01.09, 15:02
        piwi77 napisał:

        > człowiek dostaje się np do nieba, nie dzięki swoim uczunkom, ale
        dzięki czemuś tam, tu wspomina się coś o łasce.

        To akurat sola gratia, czyli ewangelicka postawa.
        A co z uczynkami z wiary?
    • nick3 Etyka Posłuszeństwa wyklucza etykę współczucia! 15.01.09, 14:42

      Wklejam swój stary post na podobny temat.


      Tytuł: "Krzyż to szantaż moralny a nie nauka współczucia"


      forum.gazeta.pl:80/forum/72,2.html?f=902&w=88877586&a=88925612



      Jest to post spod artykułu o wigilijnym okrucieństwie wobec karpi, z
      dyskusji, która się wywiązała po tym, jak stwierdziłem, że w całej
      Biblii nie ma pojęcia takiego zła jak "okrucieństwo".

      I że go być nie mogło, ponieważ godziłoby to szybko w Boga jako
      ostateczne źródło moralności.




      Mój post:


      >>Jedyną i ostateczną odpowiedzią obrońcy chrześcijaństwa mającą
      krytykom dowieść, że w jego religii naprawdę chodzi o "nieskończoną
      miłość Boga", może być tylko stawianie w kółko rozmówcy przed oczy
      cierpień rabiego z Nazaretu (przedstawianych jako dobrowolne
      cierpienia samego Boga), co ma wystarczyć za ostateczną
      dyskredytację moralną wszelkiej krytyki.


      Ale nie wystarczy.


      > Jeżeli w Biblii nie
      > ma pokazanego okrucieństwa, to czym jest MĘKA PANA JEZUSA?


      Ja nie twierdziłem, że w Biblii nie ma okrucieństwa (jest go aż
      nadto;)


      Ja twierdziłem, że w Biblii nie ma POJĘCIA okrucieństwa.


      Autorzy biblijni ukazują mnóstwo okrucieństw. Ale nie posiadają
      kategorii moralnej takiej jak "okrutne"/"okrucieństwo", która
      pozwoliłaby jasno dostrzec zło tych czynów właśnie w ich
      okrucieństwie (a nie np. w obrazie majestatu Boga, pysze, czy
      nielojalności wobec Przymierza).


      Męka Jezusa jest oczywiście okrutna, ale biblijne przesłanie na jej
      temat nie ma wcale na celu obudzenia w nas moralności opartej na
      współczuciu.

      Ewangeliczna relacja o męce Jezusa ma oczywiście wzbudzić w
      czytelniku trwogę moralną. Ale tak naprawdę nie przede wszystkim ze
      względu na samo swoje okrucieństwo (co znamienne, identyczna śmierć
      towarzyszy Jezusa, tzw. "łotrów", nie budzi u narratora Ewangelii
      żadnych specjalnych reakcji moralnych), lecz jako Obraza Majestatu
      Boga.

      (Co to jest Majestat? To jest zgrubsza mówiąc coś takiego, co za
      swoją obrazę karze z ogromnym okrucieństwem (tj. surowo) Wystarczy
      poczytać, w jaki sposób wprowadzony został nastrój Majestatu Boga w
      jego pierwszych objawieniach, kluczowych dla pojmowania w całej
      Biblii tego, kim jest Bóg. A mianowicie stało się to w ten sposób,
      że czytelnikowi Biblii zostały ukazane trwoga i ogromny lęk przed
      karą za przekroczenie granic dozwolonego u tych, którzy Boga ujrzeli
      na własne oczy (Mojżesza, Izajasza)

      Ewangeliczne ukazanie Męki Chrystusa wcale nie ma na celu uwrażliwić
      nas na cierpienie.

      Wręcz istnieje w Ewangelii epizod zaprzeczający, że o wzbudzenie
      współczucia chodzi. Kiedy nad idącym na śmierć Jezusem płaczą
      jerozolimskie kobiety, on w tonie wyniośle moralistycznym
      odpowiada "Płaczcie raczej nad sobą".

      Trwogę, winę i skruchę (ze względu na "mistyczny współudział
      czytelnika w Zamordowaniu Samego Boga") chce wzbudzić ewangeliczny
      opis śmierci Chrystusa. A nie - świadomość, że nie wolno powodować
      cierpienia (każdego, nie tylko boskiego).


      Najlepszym dowodem na to, że nie we współczuciu i w niezgodzie na
      okrucieństwo czytelnik Ewangelii ma widzieć podstawę swoich ocen
      moralnych, jest dalszy opis postępowania zmartwychwstałego już
      chrześcijańskiego bóstwa przedstawiony w księdze Apokalipsy.

      "Paść będzie ludzi rózgą żelazną" (chodzi chyba o ten sam przyrząd
      rzymski, który widzieliśmy w działaniu w "Pasji" Mela Gibsona).

      "Brodząc we krwi swoich nieprzyjaciół umoczy swoje szaty jak
      tłoczniarz w soku winogron." (Cytuję z pamięci, więc proszę nie
      wyciągać minimalnych rożnic od dosłownego brzmienia na dowód
      mojego "kłamstwa":)


      Piszesz, że męka Jezusa była okrucieństwem. Bez wątpienia jako męka
      człowieka - była nim.

      Ale okrucieństwem (sumarycznie na pewno większym) jest też użytek,
      jaki robi z niej ewangeliczna religia: oskarżanie wszystkich ludzi o
      tę śmierć (jako o mniemaną śmierć Boga) i wpędzanie ludzi, którzy
      znajdą się w zasięgu wychowania chrześcijańskiego, w ogromne
      poczucie winy.


      Można wreszcie całkiem zasadnie myśleć, że ewangeliczna opowieść o
      okrutnej śmierci Boga nie tyle uwrażliwiła ludzi na cierpienie ich
      bliźnich, co właśnie odjęła mu wagi.

      Zrelatywizowała je bowiem:
      "Wszystkie cierpienia ludzkości nic nie znaczą wobec cierpienia Boga
      na Krzyżu."


      W Starym Testamencie cierpienie człowieka się liczyło (Hiob mógł je
      nawet przeciwstawiać Bogu).

      W chrześcijaństwie za sprawą Krzyża cierpieniu człowieka (tego
      niebędącego Bogiem;) odjęta jest nieredukowalna powaga.

      Cierpieniu człowieka zamyka się usta stawiając mu przed oczy
      cierpienie Jezusa jako domniemane cierpienie samego Boga (mające o
      wiele większą wagę od wszelkich innych cierpień).

      Czy to jest religia ucząca etyki opartej na współczuciu do realnie
      napotkanego cierpienia, bez dzielenia go na ważne i nieważne,
      ludzkie i zwierzęce, bez stawiania go w cieniu "nieskończenie
      większych" cierpień boskich będących tylko przedmiotem wiary, a nie
      realnego współodczucia?


      Czy nie zapominamy z powodu Krzyża o tym, że potworne kaźnie kobiet
      czy homoseksualistów (np. w świecie islamu) powinny być dla nas co
      najmniej w tym samym stopniu odrzucające moralnie co cierpienie
      pewnego kaznodziei 2000 lat temu?

      Zwłaszcza, że on podobno szedł na swoją śmierć w poczuciu zupełnej
      determinacji moralnej, a afrykańska dziewczyna kamieniowana przez
      tłum czy młody chłopak zakopywany żywcem za homoseksualizm nie ma
      takiego oparcia we własnej słuszności moralnej, lecz po prostu boi
      się jak przerażone zwierzę.


      Czy nabożna trwoga skupiona wokół cierpień Jezusa (i tych
      rzeczywistych ludzkich i tych przypisywanych przez wiarę, "boskich")
      nie odwodzi przypadkiem wierzących od autentycznego współczucia,
      które musiałoby być zupełnie inaczej rozłożone, o wiele bardziej
      skoncentrowane na współczesnych potwornościach niż na jednym
      wybranym cierpieniu z odległej starożytności?


      Czy przekonanie, że największym złem w dziejach było "zamordowanie
      Boga" nie odwodzi ludzi od etyki opartej na współczuciu i czy nie
      buduje zupełnie innej etyki opierającej się nie na empatii lecz na
      posłuszeństwie Autorytetowi, wymuszonym grozą szantażu moralnego,
      którym jest Krzyż?


      Przecież zupełnie nie z etyki współczucia brało się poczucie winy
      milionów chrześcijan za rozwód, masturbację czy homoseksualizm.

      Lecz z trwogi przed wmówionym "mistycznym udziałem w zamordowaniu
      Chrystusa".

      Z tej etyki wzbudzanej przez Krzyż zupełnie nie bierze się żadna
      litość dla udręki karpi (czy dajmy na to, dla młodego
      homoseksualisty dręczonego moralnie przez nauki chrześcijańskie).


      To dlatego uważam, że "Bóg to zło".

      Także Bóg-Chrystus (pomimo że doceniam dużą wartość pewnych
      ewangelicznych nauk).


      Czy potrzebuję "nawrócenia"?


      Po to żebym głosował na panią, którą znakomita większość
      amerykańskich "nowonarodzonych" chrześcijan (wiedziona zapewne
      głosem Ducha Świętego) uznała za najlepszą kandydatkę do rządzenia w
      ich kraju?



      wiadomosci.gazeta.pl/Wiadomosci/1,80708,5977168,Wywiad_Palin_z_obcina
      niem_indykowi_glowy_w_tle.html



      Wybacz, chyba obce mi są gusta Ducha Świętego...
      • kolebeczka Re: Etyka Posłuszeństwa wyklucza etykę współczuci 15.01.09, 15:37
        nick3 napisał:
        >Czy przekonanie, że największym złem w dziejach było "zamordowanie
        Boga" nie odwodzi ludzi od etyki opartej na współczuciu i czy nie
        buduje zupełnie innej etyki opierającej się nie na empatii lecz na
        posłuszeństwie Autorytetowi, wymuszonym grozą szantażu moralnego,
        którym jest Krzyż?

        Dokladnie o to pytam, nick3.

        >To dlatego uważam, że "Bóg to zło".

        hmm- ja akurat mysle, ze "taki Bóg to zło".
        Ale moj akurat jest inny.
        Wcale nie wymaga ode mnie dowodow milosci,
        bo to by swiadczylo, ze marny i przekupny jest i nawet sobie samemu
        nie ufa.
        Ze wszystkich biblijnych historii najbardziej chyba lubie te o
        dobrym łotrze.
        Tu jest wyrazne rozgraniczenie pomiedzy zyciorysem doczesnym a
        zyciem wiecznym.
        Co nie znaczy, ze mam byc łotrem.
        Ale wlasnie- dlaczego mam nim nie byc, zeby odwrocic pierwotne
        pytanie, ktore tak Marthe razi?

        Dlaczego mam widziec Jezusa w drugim czlowieku (nie wspominam juz o
        innych stworzeniach)?
        Czy bez tej drogi okreznej nie jestem w stanie wydobyc z siebie
        empatii? Czy dopiero strach czy tez milosc do Niego mnie do empatii
        zmusza?


        • focus35 Re: Etyka Posłuszeństwa wyklucza etykę współczuci 15.01.09, 18:48
          kolebeczka napisała:

          >
          > Dlaczego mam widziec Jezusa w drugim czlowieku (nie wspominam juz
          o
          > innych stworzeniach)?
          > Czy bez tej drogi okreznej nie jestem w stanie wydobyc z siebie
          > empatii? Czy dopiero strach czy tez milosc do Niego mnie do
          empatii
          > zmusza?
          >
          >
          mialam nie odpowiadac, bo pytalas wierzacych ale odpowiem, jak ja to
          widze - sadze, ze uczenie empatii poprzez jakies bostwo jest pewna
          podstawowa szkolka nibyempatii - czemu niby? bo gdyby nie majestat
          tegoz bostwa ani blizni ani inne stworzenia nie moglyby same z
          siebie i dla swojego dobra liczyc na rzeczywista empatie -
          rzeczywista czyli bezinteresowa, nazwiazujac do Twojego pierwotnego
          pytania.
          Jesli w tle mamy obietnice zycia wiecznego i dlatego warto czynic
          tzw. dobre uczynki (bo laska laska, ale wiara bez uczynkow martwa
          jest, jak mowi Pismo) to przestaje to byc bezinteresowne. Bo w tle
          glowy mamy szlachetna idee nietozsama z obiektem, wobec ktorego mamy
          byc dobrzy czy empatyczni.
          Empatia jest, moim zdaniem, zupelnie naturalnym mechanizmem, ktory
          kazdy ma o ile ma prawidlowo uksztaltowany system nerwowy (w
          przeciwnym razie dawno bysmy sie wszyscy pozabijali) - wojsko i
          szkolenia w kazdego rodzaju autorytarnej instytuacji maja wlasne te
          naturalna empatie zabic, na rzecz bezszmerowego wykonywania rozkazow.
    • krytykantka07 no to spróbujmy odwrócić problem ;) 15.01.09, 21:26
      kolebeczka napisała:

      > > Czy bezinteresownosc klóci sie z religią?

      Załóżmy, że sie nie kłóci...
      Uczynki miłosierne co do duszy i co do ciała o tym mówią ;).
      To już sobie kiedyś wyjaśniałyśmy, ale przypomnę...
      Zgodnie z nimi ksiądz powinien dziecko ochrzcić za darmo i do tego
      cieszyć się, że ma nową owieczkę...
      Pogrzeb powinien być za darmo...
      Na tace nie powinno się zbierać, a odprawianie mszy powinno być w
      ramach pracy społecznej...
      Żadnej hierarchii w Kościele być nie może...
      Zresztą to nie byłoby możliwe gdyby w grę wchodziła praca społeczna.
      No to zgadnij jak szybko upadłoby chrześcijaństwo? ;)

      > Uczynki z wiary to jak uczynki wbrew pierwotnemu sobie,
      > za to dla nagrody.

      No niedokładnie, bo pierwotne ja to jednak zmieniony człowiek...

      > Czy przez wprowadzenie wizji owej nagrody czlowiek nie zaglusza w
      > sobie instynktu np.pomocy drugiemu i nie zaczyna byc wyrachowany?
      > Czy wizja nagrody jest skonstruowana dla tych, ktorzy bez zaplaty
      > palcem nie ruszą?

      Oczywiście, że tak...
      Zresztą religia chrześcijańska jest oparta na ... szantażowaniu Boga.
      To już w słowach faryzeusza z Tarsu widać: " jeśli Jezus nie
      zmartwychwstał to daremna jest nasza wiara "
      Czyli gdyby ktokolwiek udowodnił, że Jezus nie zmartwychwstał to
      chrzescijanie staliby się najbardziej prymitywną populacją...

      > Pytanie do wierzących: dlaczego warto byc przyzwoitym?

      Aby móc być sobą ;)
      • kolebeczka Re: no to spróbujmy odwrócić problem ;) 19.01.09, 08:30
        krytykantka07 napisała:
        > > Uczynki z wiary to jak uczynki wbrew pierwotnemu sobie,
        > > za to dla nagrody.
        >
        > No niedokładnie, bo pierwotne ja to jednak zmieniony człowiek...

        Przeciez jest roznica miedzy wiara typu "robie to dla ciebie, bo
        wierze, ze ci to pomoze" a "pomagam ci, bo wierze, ze tak powinnam
        jako chrzescijanka".

        > Zresztą religia chrześcijańska jest oparta na ... szantażowaniu
        Boga.

        a judaistyczna... na szantażowaniu ludzi przez Boga? hm...

        no i czy wolno sie modlic o cokolwiek innego niz o sile przetrwania?
    • croyance Re: Bezinteresownosc a religia 16.01.09, 18:31
      plus.maths.org/issue19/xfile/index.html
      poczytaj sobie
      • croyance Re: Bezinteresownosc a religia 16.01.09, 18:32
        Mathematical mysteries: Survival of the nicest?
        by Helen Joyce



        Survival of the nicest?
        One of the most puzzling aspects of human behaviour is cooperation,
        in situations where backstabbing and selfishness would seem to be
        more rewarding. From the point of view of evolutionary theory, the
        very existence of altruism and cooperation appear mysterious. The
        mechanics of evolution seem to imply that rugged competition is the
        order of the day; that, given an opportunity to benefit by cheating
        someone, or by defaulting on a deal, we will inevitably do so.
        Surely to do otherwise would mean relegation to the sidelines of the
        evolutionary game - and in that game, demotion means extinction.
        In fact, as even the most cynical observer must admit, cooperation
        is rife in human society. Even if you sometimes despair of human
        nature, you must admit that the "dog-eat-dog" scenario conjured up
        by the phrase "survival of the fittest" doesn't bear much
        resemblance to life as we know it. So it must be that, from a purely
        selfinterested point of view, cooperation can actually be good for
        us.



        Solitary confinement

        To highlight this puzzle, consider the Prisoner's Dilemma, described
        in detail in Adam Smith and the invisible hand in Issue 14 of Plus.
        To summarise, this very famous paradox in Game Theory describes two
        people suspected of being accomplices in a crime. They are held
        prisoner in separate, non-communicating cells. The police visit each
        prisoner, and tell both that if neither confesses, each will be
        sentenced to two years in jail. However, if only one prisoner
        confesses, implicating the other, the one who confesses will get off
        scot-free as a reward, and the other, who didn't confess, will
        receive a punitive sentence of seven years. If each confesses and
        implicates the other, both will be sentenced to three years.
        What should a prisoner do in this situation? Suppose the other
        prisoner doesn't confess. Then the best course of action is to
        confess, and go free. Even if the other prisoner does confess, it
        will be better to have done likewise - at least the sentence will be
        lower. Both prisoners will reason thus, so both will confess and end
        up serving sentences of five years - even though, if both had
        remained silent, both would have served sentences of only three
        years.



        Second-guessing

        If you think this dilemma is very far from your everyday life -
        after all, you are lawabiding and will never be thrown in jail! -
        think again. Every time you make a bargain, you are potentially
        facing the prisoner's dilemma. What is to stop you - or, more to the
        point, the person you are making the bargain with - from defaulting?
        Surely both of you will be tempted by the prospect of getting
        something for nothing, and afraid that if you are honest the other
        person won't be, and you'll get landed with the so-called "sucker's
        payoff" - getting nothing for something? It's all very well to say
        that "honesty is the best policy" but surely this is a luxury that
        only the civilised and comparatively rich can afford?

        Well, the good news is that we are not dependent on the benevolence
        of others, as the prisoner's dilemma would seem to suggest. In fact,
        cooperation can spontaneously break out even among fundamentally
        selfish agents - provided you assume that people meet each other
        more than once, and can remember what the other person did last time
        they tried to strike a bargain.

        To explore this sort of sitution, political scientist Robert Axelrod
        invented the game of "Iterated Prisoner's Dilemma" - Prisoner's
        Dilemma played repeatedly against the same opponent - and set up a
        tournament, inviting academics from all over the world to devise
        strategies. First Axelrod compared various strategies by pairing
        them and seeing who won; then he held a meta-tournament, in which
        there were many agents, each with its own strategy which it was
        allowed to modify in response to what was going on around it, for
        example if it saw that other agents had more successful strategies.

        Over the long term, Axelrod discovered that selfish strategies
        tended to do very badly, as did foolishly generous strategies.
        Defecting encouraged others to defect; not punishing others for
        defecting only encouraged them to do so again. One of the most
        successful and stable (in other words, successful against many
        different strategies and in many different environments) was "Tit
        for Tat". This strategy involves cooperating the first time you meet
        another agent, and after that always repeating your opponent's last
        move. So if your opponent defaults on one turn, you punish them by
        defaulting on the next; if they cooperate on one turn, you reward
        them by cooperating on the next.

        A slightly better strategy - because it avoids the possibility of
        getting trapped into long cycles of retaliation - is "Tit for Tat
        with forgiveness". This is Tit for Tat with a small randomised
        possibility of forgiving a defaulter by cooperating anyway.
        Forgiveness is particularly helpful if you introduce the possibility
        of misinformation into the game - that is, if moves are sometimes
        randomly misreported.

        The submitted strategies varied in many ways - initial hostility,
        tendency to forgive or retaliate, complexity, how much past
        behaviour they took into account, and so on. No one strategy will
        always be best because how a strategy does depends on who the other
        players are - if you're playing against mugs, you may as well be a
        freeloader, and if you're playing against sharks, you may as well
        get your retaliation in first! And research into human behaviour is
        ongoing, with biologists, economists and mathematicians studying
        phenomena such as spiteful behaviour, altruism, and kin selection
        (generosity between close relatives, which is evolutionarily useful
        since their genes are similar). But Tit for Tat did well or best in
        Axelrod's tournament against very many different opponents - showing
        how cooperation could evolve using only the selfish mechanisms of
        natural selection.
        • croyance Re: Bezinteresownosc a religia 16.01.09, 18:45
          Jeszcze dodam, ze artykul o podobnym tytule publikowany byl niedawno
          w The Scientist.
          • kolebeczka Re: Bezinteresownosc a religia 19.01.09, 08:17
            Croyance- dzieki za texty, ale czy moglbys po "naszemu"?
            To w koncu polskie forum. Mnie akurat niemiecki bardziej by pomogl,
            jesli juz ma byc po obcemu...Moze przetlumacz, bo tu nie ma co robic
            kolejnych tajemnic, tym razem zabarykadowanych jezykiem:)))
    • grgkh Re: Bezinteresownosc a religia 19.01.09, 10:05
      Chociaż jestem ateistą, ale przecież kiedyś, za sprawą lokalnej kultury, jako pacholę, chyba czegoś na kształt wiary doświadczałem.

      Pamiętam, ze ten wątek był jednym z pierwszych, które pozwoliły mi bezstresowo oddalać się od religii. Ważny jest ten spokój, wyzbycie się strachu. Na początku uznałem, że wystarczy być dobrym według zasady najogólniejszej, by nikogo nie krzywdzić, a "nic złego mi nie grozi" - zarówno od prawa świeckiego, jak i tego, co określa religia. A gdy już nie stawia się siebie na pierwszym miejscu, to i "załatwianie" lepszych warunków wegetacji po śmierci, obojętnie czy coś tam jest, czy nie ma nic, przestaje być w ogóle istotne.

      Bezinteresowność w życiu doczesnym powinna być przecież przenoszona na życie pozagrobowe, a jednak katolicyzm bardzo dba o występowanie kleru jako pośrednika i utrwala w ludziach potrzebę załatwiania sobie nagrody za ich postawę życiową wobec świata. I chyba dzieje się na odwrót niż to powinno być. To "załatwianie" i sposób w jaki się to dokonuje w religii przenosi się na życie doczesne. Interesowność jest przemycana i istnieje jako coś naturalnego i niezbędnego. Ale to już ideologów religiantów nie obchodzi, bo ich interes to umościć sobie wygodne gniazdko i korzystać z okazji. Piękne hasła religii umierają w zetknięciu z rzeczywistością, a poziom obłudy musi być odpowiednio wysoki, by dawało się omamić tłumy.

Nie masz jeszcze konta? Zarejestruj się


Nakarm Pajacyka