Dodaj do ulubionych

Bezradność

26.06.09, 20:14
mateusz.pl/wdrodze/nr317/317-03-jakimowicz.htm
Początek artykułu :

"Co spotkało muzyków? Narażenie na śmieszność, brak zainteresowania ze strony
wydawców (kto znajdzie nowe płyty Armii w sieci EMPiKów?), powkładanie do
szufladek z napisami „kato–rock” albo „muzyka chrześcijańska”... Za wszelką
cenę starano się zamknąć ich w getcie.



Czyż może być co dobrego z Nazaretu?
Odpowiedział mu Filip: Chodź i zobacz.



Powiało ze strony, z której niewielu spodziewało się świętości i świadectwa.

Od kilku lat z uporem maniaka pytam, czy jest w Polsce ktoś, kto odważyłby się
drogą logicznych rozumowań wytłumaczyć nieoczekiwane nawrócenia na katolicyzm:
Tomka Budzyńskiego (lidera punkowej Siekiery i Armii), Darka Malejonka (Houk,
Izrael, Moskwa, Armia), Piotra Żyżelewicza (Voo Voo, Armia), Grzegorza
„Dzikiego” (przez lata związanego z Armią i środowiskiem anarchistycznym),
Roberta Friedricha „Litzy” (gitarzysty Acid Drinkers, Flapjacka), Darka
„Brzóski” Brzóskiewicza (happenera gdańskiej formacji Totart i autora
postabsurdalnych haiku), Marcina Pospieszalskiego (świetnego jazzowego
basisty), Joszki Brody (góralskiego muzyka z Istebnej), Roberta Tekieli
(redaktora skandalizującego niegdyś „bruLionu”) czy Tomka Goehsa
(heavymetalowego perkusisty)? Pytam, ale nie otrzymuję odpowiedzi.

Dlaczego tak wielu muzyków rockowych oddaje dziś życie Jezusowi, wyznaje, że
odkrywa w Kościele miłość i autentyczność? Czy można znaleźć klucz do tych
spektakularnych nawróceń? Dziennikarze prasowi bezradnie rozkładają ręce, a i
zawsze pewni siebie autorzy telewizyjnego „Tok– –Szoku” podeszli do problemu z
„pewną taką nieśmiałością”...


Obserwuj wątek
    • kaczy.i.indyczy ...niech cię strzeże, niech cię broni Chrystus... 26.06.09, 20:37
      adonai.pl/swiadectwa/?id=108

      Fragment:

      "W tym czasie Pan Bóg kojarzył mi się z zenem, albo z jakimś Hare Kriszna. Jezus
      był postacią średnio ciekawą. Muszę przyznać, że nie byłem wtedy nawet
      chrześcijaninem. Byłem ochrzczony, ale to co robiłem ze sobą, to nie było
      chrześcijaństwo. Zacząłem czytać Pismo św., ale czytałem je tak, jak się czyta
      komiks. Pisałem piosenki, gdzie było pełno metafor takich jak np. światło, ptak,
      wiatr, a więc bardzo znane symbole z Pisma św.


      Zespół stawał się znany, bo byli tam bardzo dobrzy muzycy. Jakoś mieliśmy
      szczęście. Dostawałem dużo listów od ludzi, którzy się pytali: "no dobra, tu
      punk rock, czad, o o co tu w ogóle chodzi, co to za teksty. Dlaczego np. nie
      śpiewasz o tym, że trzeba się buntować przeciw komunie, albo dlaczego nie
      śpiewasz w ogóle przeciwko systemowi takie anarchistyczne jakieś teksty". Bo
      przecież my w tym środowisku anarchopun-kowym funkcjonowaliśmy. A ja mówię:
      "Człowieku, ja tu jestem mistykiem, ja tutaj inne teksty śpiewam, ja tu o Bogu
      śpiewam". A on do mnie: "O Bogu, ale o którym?". Takie głupie, proste pytanie:
      "o którym Bogu?" Zacząłem mieć problem. I otrzymałem odpowiedź, wtedy jeszcze
      nie wiedziałem, że była od Ducha Świętego. Graliśmy koncerty na których był
      ostry czad i działo się kompletne wariactwo, szał. Ludzie skakali na główkę ze
      sceny, wdrapywali się z tego tłumu na scenę i skakali, tak jak do wody. W ogóle
      total. Ja również takie rzeczy robiłem. Śpiewałem dwie piosenki, jedna nazywała
      się "Przebłysk", a druga "Podróż na wschód". Kiedy je pisałem, myślałem o
      Jezusie Chrystusie. W tej piosence "Przebłysk" jest taki tekst: "...niech cię
      strzeże, niech cię wspiera światło...". Wyobraźcie sobie, że pewnego dnia
      podczas koncertu gramy, gramy, ja ten kawałek śpiewam, i wtedy coś we mnie
      zaczęto mówić: "Jezus Chrystus!". Nie wiem co to było, wiem że ten głos, który
      mi powiedział, co to jest to światło, był tak piękny, że przeżyłem ogromne
      wzruszenie, przestałem w ogóle śpiewać i stanąłem jak zamurowany. To było
      niesamowite, cudowne uczucie. Imię Jezusa Chrystusa, sprawiło że się rozpłakałem
      jak dziecko, w środku koncertu, kiedy był hałas muzyki, zupełny total, a tu
      nagle: Jezus Chrystus. Nie mogłem powstrzymać łez, powiedziałem: Jezus Chrystus,
      nie "światło". Nie wiedziałem, co się ze mną dzieje. I publiczność by zobaczyła,
      że ich idol płacze, co to ma znaczyć? Odwracam się do kolegów a oni zajęci
      czadem, nic nie widzą. Te chwile trwały bardzo krótko. Straciłem poczucie czasu.
      Wiedziałem, że przyszedł Jezus Chrystus, stanął obok mnie i tak jakby do mnie
      zapukał. Na takim koncercie, gdzie jest taki czad! On się niczego nie boi. On do
      mnie zapukał, a ja: "Kto tam?" A On mówi: "Jezus Chrystus, oto stoję u drzwi i
      kołaczę". I wtedy od razu chce się otwierać, a jak się już otworzy, to wtedy
      jest niesamowite szczęście. Człowiek mięknie, płacze, mówi : "Tak, to Ty
      przyszedłeś, ja Cię poznaję, to Ty jesteś". To jest bez słów, całe ciało zaczyna
      krzyczeć z radości. I to samo się dzieje, gdy śpiewałem piosenkę pt. "Podróż na
      wschód".

      Wtedy dopiero zrozumiałem jej głęboki sens, że tym wschodem, tą podróżą
      jest Jezus Chrystus. Pomyślałem sobie, że teraz zmienię tekst i będę śpiewał:
      "niech cię strzeże, niech cię wspiera Jezus Chrystus". Był koncert, gdzie tak po
      raz pierwszy zaśpiewałem, i muszę powiedzieć, że nie zostało to dobrze przyjęte.
      Gramy. Jest wszystko w porządku do momentu zaśpiewania piosenki o Jezusie pt.
      "Podróż na wschód". Po piosence widzę, że coś tu nie gra, jakaś grupka pojawiła
      się przed sceną i zaczynają coś pokazywać, padają epitety bardzo dla mnie
      przykre, ty cha..., Kościół to...., papież to...itd. Ja tak patrzę i myślę, o co
      tu chodzi? Tak przecież nigdy moi fani nie reagowali. Byłem przecież zawsze
      uwielbiany, nigdy mnie coś podobnego nie spotkało. Myślę sobie: dobra, może im
      przejdzie, gramy dalej, a tu nie, oni stoją i plują. Plwocina jest wszędzie.
      Atmosfera okropna. Biją innych dookoła. Strasznie mi wygrażają, cały jestem
      spluty. Najchętniej człowiek chciałby uciec, zapaść się pod ziemię. Co za wstyd
      dla idola, dla bożka, jakim wtedy byłem. Opluli go, straszliwie mu ubliżają, po
      prostu go niszczą i to przy wszystkich. Powiem wam, że wyrwało mi się z ust coś
      dziwnego, bo ja miałem w ręku mikrofon. Nie odpowiadałem im na te wyzwiska, ale
      powiedziałem coś takiego: "Człowieku, Jezus Chrystus jest Panem". Powiedziałem
      to po raz pierwszy w życiu. Myślałem wtedy: "Teraz to mnie już chyba tylko
      zabiją". Byłem wtedy wielką gwiazdą rocka. Dochodziło do takich przegięć, że po
      koncertach przychodziły dziewczyny i mówiły: "Tomek, ty masz czarodziejską moc,
      połóż mi rękę na głowie, a mnie uzdrowisz". I ja kładłem te ręce. A tu nagle
      plują na mnie i na oczach wszystkich znieważają. Co za wstyd! Dograliśmy jakoś
      ten koncert do końca, ale ja zostałem zmiażdżony. ..."

Nie masz jeszcze konta? Zarejestruj się


Nakarm Pajacyka