dubitando
14.01.06, 11:52
Przedruk z Naszego Dziennika
"W tekście tym zawarłem wiele szokujących dawniejszych wyznań polityków
Platformy Obywatelskiej. Przytaczane przeze mnie wypowiedzi czy fragmenty
życiorysów czołowych platformersów są wymowną ilustracją podstawowych cech
ludzi PO: skłonności do postawy kameleona, hipokryzji i obłudy, ciągłego
przebierania się w nowe szatki polityczne, w zależności od koniunktury, by
przypomnieć choćby ataki furii, z jaką jeden z dzisiejszych liderów PO Stefan
Niesiołowski dokładał partii w 2001 r., starannie i pracowicie mieszając ją z
błotem, czy mało eleganckie wyznanie Jana Rokity z 2000 r.: "Chamem jestem
generalnie".
Chcę przypomnieć różne przemilczane dziś fakty, gdyż zbyt często nasi
politycy żerują na braku pamięci o wielu sprawach, przez lata pomijanych w
najgłośniejszych "przekaziorach". Tak robili przez wiele lat postkomuniści,
starając się maksymalnie przesłonić swoje wyczyny w PRL-u, i tak robią
dziś "przebierańcy" z PO, dążąc do zapomnienia ich "wyczynów" w Unii
Demokratycznej, Kongresie Liberalno-Demokratycznym, Unii Wolności. Gros
dziennikarzy, zwłaszcza z liberalnych mediów, nader chętnie zapomina słabości
i przekręty swych lewicowo-liberalnych idoli. Tym bardziej więc jestem
wdzięczny "Naszemu Dziennikowi" za możliwość przypomnienia wielkiej porcji
faktów, częstokroć świadomie przemilczanych. Mam nadzieję, że mój tekst
jeszcze bardziej pomoże w uprzytomnieniu sobie przez nas wszystkich, jakim
szczęściem stało się dla Polski uratowanie jej przed rządami PO i Donalda
Tuska. Możemy dzięki temu rozpocząć nowy rok w atmosferze wielkich nadziei, w
skali niespotykanej od czerwca 1989 r. Obyśmy nie zmarnowali tych nowych
szans!
Donald Wiarołomca
W "Naszym Dzienniku" z 18 października 2005 r. pisałem już o rozlicznych
przykładach kłamliwości Donalda Tuska. Od tego czasu wyszła jednak na jaw
historia jego świeżego, szczególnie niegodziwego wiarołomstwa, popełnionego
wobec własnego kolegi, współprzywódcy PO - Jana Rokity. Okazało się, że Tusk
oszukał go z zimną krwią, robiąc to wyjątkowo cynicznie. Poszło o dobór
kandydatów na listy wyborcze. Rokita, obciążony pracami programowymi, naiwnie
zgodził się, żeby cały ostateczny kształt listy wyborczej kandydatów PO do
Sejmu i Senatu ustalił Tusk. Z jednym tylko zasadniczym warunkiem: żeby
przestrzegał przy tym zasady fifty-fifty - połowa dla zwolenników Tuska,
połowa dla zwolenników Rokity. Tusk zaakceptował warunek, ale zrealizował go
tak, jak robili Sowieci w przeróżnych starych dowcipach, tj. "po bratersku".
Z pomocą swego wiernego pomagiera - sekretarza generalnego PO Grzegorza
Schetyny - po prostu "wykolegował" Rokitę i jego zwolenników. I to do tego
stopnia, że ostatecznie w Sejmie znalazło się od 10 do 30 zwolenników Rokity
i aż od 70 do 90 zwolenników Tuska i Schetyny (wg "Gazety Polskiej" z 16
listopada 2005 r.). O tym, że cała sprawa wycięcia ludzi Rokity z listy
wyborczej PO jest całkowicie pewna, może przekonać fakt, iż pisano o niej
nawet w tak życzliwych dla PO gazetach, jak "Newsweek" czy "Gazeta Wyborcza"
(w numerach z 16 listopada i 7 grudnia 2005 r.).
Nasuwa się pytanie: jeśli Tusk tak bezczelnie oszukał swego bliskiego kolegę
z partii, jej współprzywódcę, to jak można było w ogóle liczyć na jego
jakąkolwiek lojalność w rozmowach koalicyjnych z PiS?
Przegrało germanofilstwo!
Przegrana wyborcza Tuska to przede wszystkim uratowanie Polski przed
triumfem "stronnictwa pruskiego" i germanofilstwa. Małe znaczenie miało to,
czy dziadek Tuska służył w Wehrmachcie czy nie. Chodziło o postawę samego
Tuska na dziś, jego wyraźny brak chęci do twardego, jednoznacznego stawiania
naszych interesów w rozmowach z wielkim sąsiadem zachodnim. Sąsiadem, który
od lat prowadzi wobec nas nieczystą grę, wykorzystując służalstwo dużej
części naszych elit politycznych. Aż nadto wiele faktów, ze sławetnym
gazociągiem na dnie Bałtyku, dowodzi, że coraz wyraźniej mamy do czynienia
z "kiczem pojednania" zamiast tak opiewanego przez Geremka i Kwaśniewskiego
rzekomego "cudu pojednania". W tym kontekście od dawna szczególny niepokój
budziło lizusowskie germanofilstwo Donalda Tuska. Ciekawe, że zwrócił na to
uwagę nawet publicysta sprzyjającego PO tygodnika "Wprost", Maciej Rybiński.
W numerze z 2005 r. ukazał się jego tekst ubolewający nad postawą Tuska,
gotowego do "przytulenia każdego" i wychodzącego z "programem uległości
powszechnej" w sprawach zagranicznych, gotowości do rozmawiania nawet z
takimi naszymi wrogami jak Erika Steinbach. Z kolei Janusz Korwin-Mikke
przypomniał w "Najwyższym Czasie" z 22 października 2005 r., że "poprzednia
partia p. Tuska, Kongres Liberalno-Demokratyczny, była przez Niemców
popierana, a kwartalnik 'środowiska gdańskich literałów', czyli 'Przegląd
Polityczny' był po prostu przez nich finansowany! Dwie fundacje niemieckie -
Eberta i Adenauera - popierają niemieccy politycy! Przy tym wcale nie musi to
oznaczać, że p. Tusk jest jakimś agentem BND czy agentem wpływu RFN. Nie - to
może oznaczać tylko tyle, że Niemcy czują, iż jest to polityk miękki w
stosunku do Niemiec, sympatyzuje z Niemcami, więc forują go po cichu, ale
konsekwentnie".
Niedawno w "Naszym Dzienniku" przypomniano żarliwość, z jaką Tusk gardłował w
1992 r. na temat potrzeby autonomii kaszubskiej, rozwijając szkodliwe wizje
regionalizacji Polski. Ciekawe, ile mu z tych marzeń o Polsce regionów
pozostało? Tusk powoływał się wielokrotnie na swe przywiązanie do
kaszubskości. Na przykład w "Polityce" z 3 sierpnia 2002 r. akcentował: "Moi
przodkowie i po mieczu, i kądzieli pochodzą z Kaszub. Świadczy o tym także
nazwisko. Na Kaszubach jest bardzo dużo Tusków, chociaż mniej ludzi, a więcej
psów. Tak nazywano małe kundle używane do pilnowania owiec". Tyle że
kaszubskość Tuska, o dziwo, jakoś łączyła się u niego z niechęcią do
polskości (np. zdanie "Polskość to nienormalność"). I to właśnie go różniło
od postawy większości Kaszubów, którzy woleli powtarzać słynne słowa: "Nie ma
Kaszub bez Polski i Polski bez Kaszub", identyfikując się z odrzucaną przez
Tuska polskością.
Na przekór Kościołowi
Hasło "Bóg, Honor i Ojczyzna" od wieków integruje wszystkich Polaków.
Zastanówmy się w tym kontekście nad postawą Donalda Tuska. Czy można mówić o
honorze kogoś, kto okazał się takim zdradzieckim wiarołomcą nawet wobec
współprzywódcy własnej partii? Jak ocenić stosunek do Ojczyzny kogoś, kto
nazwał polskość nienormalnością i kto nawet dziś jest aż nadto usłużny wobec
zagranicznych zakusów? I jak wreszcie ocenić stosunek do Pana Boga u
człowieka, który przez wiele lat był odwrócony od Kościoła, a bywało, że go
nawet wyraźnie zwalczał? Chciałbym przypomnieć fakt zapomniany i niestety
nieprzypomniany w ostatnich miesiącach kampanii wyborczej. A szkoda... Oto,
co znalazłem, robiąc przedświąteczne porządki, w wycinku z
działu "Rozmaitości" katolickiego tygodnika "Niedziela" z 29 września 1992
r.: "W 24 godzinach" (nr 177) udzielił wywiadu p. Donald Tusk, przewodniczący
Zarządu Kongresu Liberalno-Demokratycznego. (...) P. Tusk odpowiada na
pytanie redaktora prowadzącego wywiad, dotyczące stosunku premiera
Bieleckiego do prymasa Glempa. Czytamy: 'Naprawdę nie wiem, co mogłoby być
obiektem konsultacji między szefem gabinetu a głową jednego z Kościołów w
Polsce'". Oto, jak lekceważąco potraktował Tusk postać Prymasa Polski -
kraju, gdzie ogromna część ludności wyznaje katolicyzm. Można nie lubić
Kościoła katolickiego, można nawet, jeśli się jest ateistą, wściekać się z
powodu jego wpływów w Polsce. Trudno jednak zrozumieć, jak można mówić o
Kościele katolickim tylko jako o jednym z wielu Kościołów, nie dostrzegając,
że jego wyznawcy stanowią ogromną większość Narodu Polskiego. Tusk "popisał
się" więc tylko ogromną nierzetelnością ocen.
Inna sprawa, że nawet w 1993 r. tak niechętny Kościołowi Donald Tusk nie
omieszkał