Dodaj do ulubionych

"O smakach, apetycie, gryzieniu i namiętności"

20.09.04, 01:11
Za zgodą Autora zakładam nowy wątek, do którego przekleję
opowieści różnej treści El Padre, "mądrym dla memoryjału, idyjotom
dla nauki, politykom (czytają nas?) dla praktyki, melancholikom
dla rozrywki".

Dołączę też tzw. (przez Brunoscha) "krytykę literacką", w moim subiektywnym
wyborze - możecie oczywiście dokleić inne posty.

Teksty El Padre bez obróbki redakcyjnej :)
Obserwuj wątek
    • Gość: El Padre Ofiara snobizmu niekulinarnego IP: *.spray.net.pl / *.spray.net.pl 20.09.04, 01:12
      • Re: snobizm kulinarny (temat otwarty) IP: *.neoplus.adsl.tpnet.pl
      Gość: El Padre 13.09.2004 23:25 odpowiedz na list odpowiedz cytując


      No więc opowiem wam jak padłem ofiarą snobizmu, ale nie kulinarnego.
      Z racji mojej profesji, miałem wziąć udział w reklamówce i agencja
      reklamowa (to są dopiero trendy snoby) zażyczyła sobie żeby fryzur
      zrobiono mi u Hupały i Wolfa. Dla ludzi z poza kraju, gwoli wyjaśnienia,
      najbardziej modny zakład fryzjerski w Warszawie w budynku stacji
      telewizyjnej TVN. To chyba ci co znęcali się nad Wernerową. Pojechałem,
      na lekkim luziku, bo myślę sobie że za 4000$ za 1 dzień pracy to mogę
      strzelić se pióra nawet na różowo. Co mi tam. Potem najwyżej brzytwa i
      za Kojaka polatam jakiś czas. Wchodzę, ni to muzeum, ni burdel.
      Siadam, w lustrze wmontowana plazma- telewizorek, modelki i modele
      w nim gibcy i przystojni się wyginają, że niby ja, po wizycie tam, taki
      sam się stanę. Bardzo subtelni anglo i niemiecko języczni mężczyźni
      zaraz wzięli mnie w swoje obroty, łeb do miski wsadzili, czaszkę
      wymasowali, gdy nagle za plecami stanął sam Wolf. I przygląda się.
      Z prawej, z lewej, pod kątem, to zmierzmi mi czuprynkę, to przygładzi,
      co i rusz rączki zaciera, no po prostu jak Rubinstein przed koncertem w
      Olimpii. Ja na luziku siedzę, gęba do pokera, co on mi na tej głowinie mojej
      nastroszy zaciekawiony czekam. I ruszył. Jak on się gimnastykował,
      ile przysiadów zrobił, to dwa włoski przyciął, to mi supełek jakiś zawiązał,
      a Jaga tylko na konsultacje podchodziła i na uszko coś sobie szeptali.
      A ja włosiny raczej marne mam, do układania nie skore, swoim życiem
      lubiące się cieszyć. No jednym słowem chłopina namęczył się więcej
      tymi prysiudami niż strzyżeniem. Na koniec nałożył sobie żelu pełną
      garść jak wiejska baba ciasta przy robieniu pączków, w łeb mi to wtarł i
      wszystkie włosy do przodu zaczesał. Jakbym głowę z miski z wodą wyjął
      to byłoby to samo. Tyle że na sztywno. Na koniec brwi przyciął i
      powiedział, że tak powinienem chodzić na co dzień. Pomyślałem ok,
      może do jutra wytrzymam. Rachunek (chyba niebotyczny) uregulowała
      agencja, ja tylko opłotkami do samochodu i do domuuuu! Next day,
      jak mnie zobaczyła fryzjerka na planie, to tylko zapytała, kto mi taką
      krzywdę zrobił, włożyła łeb do miski, zmyła ten trendy klajster i z
      grubsza uczesała tak jak noszę się na co dzień. Trendy palanty z agencji
      nawet nie zauważyli:)))
      PS. MM, ty musisz mieć ciężkie życie. Zacznij tu bywać częściej,
      zacznij sam eksperymentować w kuchni, próbować różnych smaków
      to może się wyluzujesz i odstresujesz. Z jedzeniem jest jak z winem.
      Ciągle trzeba szukać nowych smaków i czasem wracać do ulubionych.
      • Gość: nb komentarze IP: *.spray.net.pl / *.spray.net.pl 20.09.04, 01:15
        • El Padre, tato młody ... IP: *.neoplus.adsl.tpnet.pl
        Gość: giezik 13.09.2004 23:31 odpowiedz na list odpowiedz cytując


        bo Ty nic z tego nie rozumiesz.
        Byles tylko zbędnym dodatkiem do swoich wlosów.
        Wpadłeś w ręce specjalistów od fryzury, przeto nie dziw się, ze nie było wazne
        to co pod włosami

        polecam "Wiwat Agencja" P. Mayle
        (dla tych co by mieli wątpliwości, ze to nie kulinarnie - to ten sam autor co
        Rok w Prowansji popełnił)


        • Re: El Padre, tato młody ... IP: *.neoplus.adsl.tpnet.pl
        Gość: El Padre 13.09.2004 23:42 odpowiedz na list odpowiedz cytując


        Zawsze mam takie poczucie, jak muszę brać udział w czymś takim.
        Ale ponieważ w życiu swoim kleiłem już wąsy, brody, sztuczne nosy,
        malowałem się, to siedziałem w tym zakładzie i przybrałem formę
        przetrwalnikową. Myślałem, co ten oszołom wykombinuje czego nie znam?
        No i wymyślił. A więc jednak artysta. Z tego gatunku, co kładą na
        gorącym schabowym zimny plaster ananasa z puszki i nazywają to
        "sznicel hawajski".



        • Re: snobizm kulinarny (temat otwarty) IP: *.neoplus.adsl.tpnet.pl
        Gość: Cynamoon 13.09.2004 23:41 odpowiedz na list odpowiedz cytując


        El Padre, uwielbiam Cie czytac!!!

        Hi, hi, je tez raz bylam u Jagi ;-)
        Ale zdecydowanie wole najtrendowszy zaklad fryzjerski w Lublinie ;-))) gdzie
        zawsze daja mi czekoadowe cukierki.
        A gdyby tam byla ta plazma z modelkami przed nosem (jest jedna ale z tylu, nie
        widze jej dokladnie z fotela)
        to by mi one (te cukierki) przez gardlo nie przeszly...




        • Re: snobizm kulinarny (temat otwarty) IP: *.neoplus.adsl.tpnet.pl
        Gość: El Padre 13.09.2004 23:51 odpowiedz na list odpowiedz cytując


        Robili ci tam te piegi?
        PS. To na poważnie???



        • Re: snobizm kulinarny (temat otwarty) IP: *.neoplus.adsl.tpnet.pl
        Gość: Cynamoon 14.09.2004 00:10 odpowiedz na list odpowiedz cytując


        Co na powaznie? Ze uwielbiam Cie czytac? Tak.
        Napiszmy razem ksiazke!
        (moze byc kucharska)
        Czy ze w moim fejwrit zakladzie herstajlistowskim karmia cukierkami
        czekoladowymi?
        Piegi robilam sobie sama tym olowkiem EL, ktory zreszta po 2 tygodniach
        zgubilam i tyle go milalam.
        Za to bylam trendi, bo kupilam go a stolycy, bo w Lublinie panie w sklepach z
        kosmetykami wybaluszaly tylko oczy.
        hi, hi, hi.

        Btw, odbija mi juz dzis ze zmeczenia, jak pisze glupoty to sorki.


        • Re: snobizm kulinarny (temat otwarty) IP: *.neoplus.adsl.tpnet.pl
        Gość: El Padre 14.09.2004 00:55 odpowiedz na list odpowiedz cytując


        No i przez was zawaliłem dziś robotę. Ale jakoś mi tak nieskoro...
        Co do książki. Ja jestem człowiekiem (trochę) piszącym, więc...
        To musiałoby być coś o smakach, o apetycie, o gryzieniu, o namiętności.
        Coś co spowoduje, że po przeczytaniu, bardzo chce się żyć. Mimo wszystko.
        Może w odcinkach? Na tym forum? Rany, już widzę te komentarze na
        gorąco. To by były pierwsze niecenzuralne joby na tym forum!
        Co za emocje! Piekarniki dymią. Kotlety się przypalają. Ciasto opada!!!
        Jaką by to mogłoby by mieć formę? Listy? Powieść? Poradnik?
        Może przepisy! Ale nie tylko kulinarne. W końcu to forum jest taką
        rozległą książką, coś jak "Gra w klasy". Można zacząć i skończyć w
        każdym momencie. Chociaż nie do końca... Uzależnia.
        Ale spokojnie dziewczęta i chłopcy, stali bywalcy, egzemplarze
        autorskie mają gratis. (A po ile ten "gratis" zapytał mnie
        ynteligentny kierowca Nysy na stopie 20 lat temu:)))
        PS. My im polakierowane koguty (do jedzenia), oni nam prochy
        przodków w słoiku (też do jedzenia jako przyprawy, kurde, takie
        to bez smaku jest Hieniu, nie uważasz? Jedz Hela, w Ameryce nie
        mogą się mylić. Za dolary kupili.)



        • prochy przodków IP: *.neoplus.adsl.tpnet.pl
        Gość: giezik 14.09.2004 07:17 odpowiedz na list odpowiedz cytując


        z tymi prochami to różnie bywa. W niektórych kulturach zjedzenie prochów
        przodków to zapewnienie przodkowi
        nieśmiertleności, sobie zaś kontynuację duchową z dziadkiem, wujkiem czy kto
        tam właśnie wyzionął ducha.



        • Re: snobizm kulinarny (temat otwarty) IP: *.crowley.pl
        Gość: alienor 16.09.2004 17:36 odpowiedz na list odpowiedz cytując


        El Padre, dzieki! Poprawiles mi humor. Swietnie piszesz!



        • El Padre, IP: 81.210.125.*
        Gość: Liska 16.09.2004 23:01 odpowiedz na list odpowiedz cytując


        ha ha ha!! Ale się uśmiałam! Skąd ja to znam (jako, że środowisko agencyj
        reklamowych jest mi nieobce)


    • Gość: El Padre Na początku był mamut IP: *.spray.net.pl / *.spray.net.pl 20.09.04, 01:17
      Jeszcze o snobiźmie
      Autor: Gość: El Padre IP: *.neoplus.adsl.tpnet.pl
      Data: 14.09.2004 21:46 + dodaj do ulubionych wątków

      --------------------------------------------------------------------------------
      Tak chodzi mi ten temat po głowie cały dzisiejszy dzień i myślę,
      od czego to się zaczęło. No i doszedłem do odkrywczego wniosku,
      że zaczęło się od samego początku.
      Bardzo, bardzo dawno, ale strasznie dawno, bo nawet najstarsi górale
      tego za cholerę nie mogą sobie przypomnieć, Neandertale buszujący
      gdzieś między Apeninami a Uralem żywili się tylko surowizną.
      Czyli po dzisiejszemu, można powiedzieć "carpaccio i tatar jako podstawa
      wyżywienia". A to w wersji wegetariańskiej (ale co ci biedni trawożercy
      mogli wnieść do rozwoju ludzkości!!!) a to w wersji mięsnej. A obróbki
      żywności przecież nie znali. Przypraw źadnych też. Tyle co im zabity
      pterodaktyl wytarzał się w trawie po trafieniu dzidą czy kawałkiem skały.
      No i pewnego wiosennego dnia (bo wiosna to wtedy już jednak chyba
      była) nieduże plemię takich owłosionych po długiej i wyczerpującej
      walce zabiła upatrzonego wcześniej dobrze wypasionego mamuta.
      Potem obsiedli go wkoło i każdy se tam po kawałku wyrywał co
      smaczniejsze kąski, krzemiennej siekierki używając w charakterze
      tłuczka, noża i widelca w jednym. Mięso twarde, jak to słonina, w zęby
      wchodziło no i długo na żołądku leżało i krwawa łaźnia wokół.
      Mamut duży był, to posiedzieli parę dni, ale dalej spora góra
      mamuciny jednak została. Rozejrzeli się więc Neandertale,
      (z szacunku jednak z dużej litery piszę) na migi znaki sobie dali, że
      trzeba by zwłoki gałęziami przykryć co by muchy nie upstrzyły to może
      jeszcze na parę dni wystarczy. Pościągali krzaków różnych, a to kawałek
      jałowca który przytargał, a to buczynki, a to olszyny, tak że niezły stosik
      z tego się zrobił. A nocą burza wiosenna nadeszła. I jak nie gwizdnie
      w ten chrust piorun, jak to się ogniem nie zajmie, to Neandertale się
      przestraszyły i w te pędy po lesie rozbiegły. Wrócili nad ranem, patrzą,
      cała polana w wytopionym mamucim tłuszczu, podchodzą ostrożnie
      bliżej, zwęglone pieńki odrzucają, co by choć oczy zmarnowaną dziczyzną
      napaść, a tu pięknie zrumieniony mamut leży. Włoski wszystkie opalone,
      mięsko ogorzałe i pachnące, różowiutkie w środku, aż ślinka sama z ust
      cieknie. A zapach po całej sawannie się rozszedł i inni Neandertale już
      nadciągać zaczęli. No to nasi debatują, że jednak może by szybciutko
      zjeść tą spaleniznę i chodu. Jak pokombinowali tymi trzema zwojami
      tak zrobili. Czarne spalone strzepnęli i spruchniałe kiełki w mamucinie
      utopili. Tymczasem inni zza krzaków z zaciekawieniem im się przyglądali.
      I jeden obcy mówi do drugiego "Wow! Ci goście są trendy! Zgrilowali mamuta!
      Kurdę! Mają łeb. Że też my wcześniej na to wpadli." No i pobiegli do
      swoich tą radosną wiadomością się podzielić.
      No i od tego czasu zaczęła się obróbka żywności. A od ogniska do
      piecyka gazowego to już w sumie rzut bumerangiem tylko. Inna
      technologia, ale zasada ta sama. Najważniejsze było wpaść na pomysł
      z obróbką termiczną. (Ryby prawdopodobnie też same się ugotowały w
      jakichś wodach termalnych i ktoś bardzo głodny je zjadł a drugi podejrzał)
      Tak, tak, drogie dziewczynki i chłopcy. Snobizm nie zawsze bywa taki zły.
      Może być maszyną postępu.
      PS. A ci co przyszli na samym końcu, gdy tylko sam tłuszcz na polance leżał
      pewnie póżniej założyli jakiś Loreal czy Este Lauder i krem do nóg
      zaczęli produkować.
      PS.2 I nikt na suhi nie wybrzydzał bo wszyscy surowiznę pałaszowali.



      • Gość: nb komentarze IP: *.spray.net.pl / *.spray.net.pl 20.09.04, 01:22
        • Re: Jeszcze o snobiźmie IP: *.neoplus.adsl.tpnet.pl
        Gość: Cynamoon 14.09.2004 22:00 odpowiedz na list


        I tym oto sposobem (niechciacy) powstal pierwszy odcinek "naszej" ksiazki
        on-line...
        Od dzis codziennie lub prawie codziennie ( w miare mozliwosci)nalezy publikowac
        na tym forum kawalek o " smakach, o apetycie, o gryzieniu, o namiętności".

        Bardzo dobrze, El Padre, przetarles szlaki ;)))



        • Re: Jeszcze o snobiźmie IP: *.proxy.aol.com
        Gość: Pichciarz 14.09.2004 22:03 odpowiedz na list


        Ale kto ma cierpliwość czytać takie epistoły? Ja nie.



        • Re: Jeszcze o snobiźmie IP: *.neoplus.adsl.tpnet.pl
        Gość: El Padre 14.09.2004 22:05 odpowiedz na list


        Bo może wy w tej Ameryce za szybko żyjecie, Pichciarz?



        • Proszę o więcej
        nobullshit 15.09.2004 01:13 odpowiedz na list


        Gość portalu: Pichciarz napisał(a):

        ) Ale kto ma cierpliwość czytać takie epistoły? Ja nie.

        Ja mam i proszę o więcej. Podobno 5 minut śmiechu dziennie jest lepsze niż...
        Zapomniałam. Może lepsze niż magnez, czy co tam dobrze robi na sklerozę.

        A czy można te odcinki powielać i rozsyłać (za darmo!) znajomym,
        czy też korzystać z nich wolno tylko na miejscu, tj. na forum?



        • Re: Proszę o więcej IP: *.neoplus.adsl.tpnet.pl
        Gość: El Padre 15.09.2004 01:17 odpowiedz na list


        Jeśli to ma być działalność "no profit" to tak. W przeciwnym wypadku
        wskazana jest wpłata na jakieś schronisko dla braci mniejszych.



        • Re: Proszę o więcej
        nobullshit 15.09.2004 01:19 odpowiedz na list


        Ok. To za ewentualny profit kupię karmę dla mojego własnego kota,
        bo "charity begins at home". Za Biblią w polskim przekładzie:
        "Biednych macie u siebie".



        • Re: Proszę o więcej IP: *.neoplus.adsl.tpnet.pl
        Gość: El Padre 15.09.2004 01:27 odpowiedz na list


        Z mojego poprzedniego życia wiem, że od jednego kota lepsze jest tylko
        posiadanie dwóch kotów:)))
        PS. Jednemu własnoręcznie przeciąłęm pępowinę i po zejściu matki
        wykarmiłem własnoręcznie na butelce. To było dopiero cudo:)))


        • hola hola IP: *.neoplus.adsl.tpnet.pl
        Gość: giezik 15.09.2004 07:49 odpowiedz na list


        El Padre, zapodaełeś niezły kawał historii (czyżbyś znalazł spisane na skórze
        mamuciej początki?)
        Ale tu brakuje jeszcze jednego bardzo ważnego wątku - to póki co był rozwój,
        nie snobizm.
        Snobizm przyszedł poźniej. I mogło to wyglądać tak, że kilkaset lat później gdy
        pieczenie mamutów było juz normą i na porządku
        dziennym, pewnej grupie czełkoształtnych, którzy mieli potrzebę wyróźnienia się
        przszyło do głowy, żeby jeść tego mamuta na
        surowo. Było tym łatwiej, ze na tym poziomie umusłowym większośc była
        przekonana, że pieczony mamut był od zawsze.
        Ale pojawił się jeden problem - to surowe jakieś takie nie smaczne i w ogóle
        twarde. Głupio tak przy współbratymcach pokazywać
        swoją wyższość, gdy oni lekko io delikatnie odgryzają strzępy mięsa, podczas
        gdy my-chcący pokazać swoją lepszość z uporem
        próbujemy odgryźć kawał surowizny.
        I tu - EUREKA - surowizne dzielimy na maleńkie kawałki. takie na jeden kęs, że
        nawet jak nie smakuje to z uśmiechem można
        przełkąć.
        I w ten sposób to właśnie mogło się zacząć (co więcej ze wzgledu na niewielkie
        porcje byli to równiez protoplaści novelle
        cuisine)



        • opowieść
        brunosch 15.09.2004 09:12 odpowiedz na list


        Taka opowieść byłaby czymś świetnym, ale - i tu mój zmysł racjonalizatorski
        dochodzi do głosu:
        Założyć na nią odrębny wątek, nadać mu tytuł stosowny, przy czym kolejne teksty
        zasadnicze numerować, natomiast teksty krytyczno-literackie wpisywać starannie
        pod omawianym tekstem, bo zrobi się bałagan, chaos i bigos.
    • Gość: El Padre Doświadczenia restauracyjne IP: *.spray.net.pl / *.spray.net.pl 20.09.04, 01:23
      • Doświadczenia restauracyjne IP: *.neoplus.adsl.tpnet.pl
      Gość: El Padre 15.09.2004 23:29 odpowiedz na list


      Należę do ludzi którzy są dość oporni na ogólnie pojętą reklamę. Taka
      wrodzona nieufność, albo brak wiary w bezinteresowne zajęcie się moją
      osobą. Zawsze okazuje się w końcu, że chodzi o to, żebym nabył
      kompletnie niepotrzebny mi przedmiot, kupił udziały w hotelu na Costa
      Dorada czy pojechał za darmo do Lichenia i wziął udział w prezentacji
      stalowych garnków. Oparłem się nawet urokowi tajlandczyka który przez
      godzinę wciskał mi miecz samurajski z epoki Ping za 100$ schodząc z
      ceną do 15$. Zawsze w takich sytuacjach mam poczucie, że ktoś,
      delikatnie mówiąc gra ze mną nie czysto, czyli inaczej próbuje ze mnie
      zrobić przysłowiowego wała.
      Podobnie ma się sprawa z knajpami. Bywam rzadko i przelotnie, raczej
      z musu niż przyjemności. (Jak mówił jeden pan, bigosu w knajpie nie
      jadam, bo nie wiem co w nim jest, a w domu też nie, bo wiem co w nim jest)
      Ale... Sytuacja zmienia się diametralnie na wyjeżdzie. O! Na wyjeździe
      to zupełnie inna para kaloszy. Jedno oko spozira na gotycką katedrę,
      drugie myszkuje po okolicznych kartach dań a nos niucha ciągnąc w
      stronę co bardziej apetycznych woni i aromatów.
      Dwa lata temu z moją kobietą wybraliśmy się do Hiszpanii. Ale nie tej z
      kurortami nad Morzem Śródziemnym, ale do tzw. Zielonej Hiszpani.
      Kantabria, Asturia i Galicja. Wynajęliśmy samochodzik w Madrycie i wio
      przed siebie gdzie oczy, a raczej bardzo dobry przewodnik poniesie.
      Przez Burgos wjechaliśmy w góry, potem wzdłuż oceanu, Oviedo,
      Corunia aż do Cabo Fisterra czyli końca ziemi. Małe nadmorskie knajpki,
      miejscowa ludność uwija się w ukropie co by nielicznym turystom
      dogodzić, sardynki dochodzą na grilu, calamares en su tinta bulgocą
      w kociołku, no po prostu żyć nie umierać. A staraliśmy się stołować
      tam, gdzie jedzą miejscowi. Prosta piłka, swoich nie otrują. Tanio,
      szybko i smacznie. I w takim zadowoleniu dojechaliśmy do Santiago de
      Compostella żeby figurę Św. Jakub objąć z tyłu i pomyśleć jakieś życzenie
      (właśnie w sobotę się spełniło) A potem - w miasto. I w tym momencie
      coś na rozum nam siadło i czarnym nieprzemakalnym płaszczem okryło.
      Idziemy coś zjeść. I weszliśmy w uliczkę gdzie były wyłącznie same knajpy
      i sami turyści. A wystawy już kuszą urokiem stworów morskich różnorakich
      prosto z oceanu wyłowionych. Pod wieczór już szło i nerwowy się jakiś
      robiłem bo od rana nic na ruszta nie wrzuciłem. Wreszcie decyzja,
      wchodzimy tam gdzie są ładne Percebes. Jest to stworek morski który
      przyczepiony do skały żyje, długości ok,3 -5 cm, czarny z małym
      "kopytkiem" Inna nazwa to "palce mumii" Wewnątrz skórzastego
      odwłoka jest dość apetyczne (podobno) mięsko, ale wygląda mocno
      obrzydliwie i dużą walkę wewnętrzną odbyłem zanim do ust to wziąłem.
      A więc, butelka zimnego białego, miska muli na dzień dobry, po jednej
      Viejra na twarz dla rozgrzewki (to zwykła kokilka Saint Jacques, w końcu
      byliśmy w jego mieście) i po porcji Percebes. Kelner popatrzył na nas
      wzrokiem buhaltera. Zastanawia się, na ile nas może stuknąć, pomyślałem
      i nie myliłem się. Za chwilę przyszedł z dwoma miskami solidnej porcji
      mumijnych paluszków, zapytał czy wystarczy i zniknął w kuchni.
      Obok Niemcy, Anglicy jedzą jak ludzie homary, navajas i inne normalne
      rzeczy a my nie. My Percebes. Bo Polak to musi być taki, kurde
      odkrywczy smakosz. Camarero przygalopował po chwili, postawił dwie
      dymiące michy przed nami i czeka. No to ja, troszkę obeznany w
      miejscowym narzeczu mówię mu, kochanieńki, nie ma to tamto, ty nam
      pokazuj jak to jeść. No to on jednego paluszka w swoje palce wziął,
      widelcem ze środka białego robala wyjął i do ust sobie wsadził.
      Za moje je, przez głowę mi przemknęło, ale cóż. Z innych stolików już
      z zaciekawieniem pozirają, no to my dawaj te białe robale wygrzebywać
      i konsumować. Krótko - nic specjalnego, tylko tak trendy wyglądają.
      Zjedli wypili, no to "la cuenta" poprosiłem. Kelner położył na papierek
      na talerzyku i czym prędzej chodu do kuchni. Na pewno łobuz jeden
      zza firanki nas obserwował. Moja kobieta taż luknęła na karteczkę i
      filozoficznie rzuciła "wydawały mi się tańsze". "Tak kochanie, bo to
      była cena za porcję 100 gr" odparłem sięgając po świadectowo
      przynależności do klubu dłużników firmy Visa i okrągłe sto euretes
      odpłynęło wahlując się paluszkami Percebes.
      PS. Póżniej w Madrycie widziałem Percebes w sklepie rybnym.
      Kilo kosztowało 8 Euro. Nie stołujcie się w knajpach dla turystów.

    • Gość: El Padre Ech, gdzie te czasy IP: *.spray.net.pl / *.spray.net.pl 20.09.04, 01:24
      • Ech, gdzie te czasy! IP: *.neoplus.adsl.tpnet.pl
      Gość: El Padre 17.09.2004 00:52 odpowiedz na list


      Zdarzało się w latach głębokiej komuny przypadkiem za granicę
      wywędrować. Jeśli do bloku wschodniego, to jeszcze pół biedy,
      bo waluta nasz (plus bela pluszu i biseptol na handel - to Rumunia
      i Bułgaria, ewentualnie ewentualnie kryształ i aparat Zenith jeśli
      bardziej wypasione wakacje na campingu w Grecji ) jednak jakąś siłę
      nabywczą w tamtych rejonach posiadała, a przynajmniej człowiek
      trochę się łudził. Ostra jazda zaczynała się wtedy, gdy przekraczało
      się granicę którą trzech smutnych panów w Teheranie między cygarkiem
      a koniakiem sobie wyrysowali i załatwili nas na 50 lat na cacy. Tam już
      nikt naszych uciułanych złociszy nawet na papiaki nie chciał przyjąć,
      a człowiek jest tak skonstruowany, że jeść musi. No więc co robił Polak,
      jak go szczęśliwy los i urząd paszportowy pod strzelistą wierzę Eifla rzucił?
      No co? Tak! Brał wałówę ze sobą. A to suszoną kiełbaskę, a to paprykarz
      szczeciński, a to znowu słoik z wekowaną wołowinką. I ogrzewał.
      Pół biedy gdy on prywatnie sobie z namiocikiem na zachód ciągnął,
      bo zawsze kocherek przy drodze rozłożył, denaturatu nalał i żarcie
      podgrzał. Ale jak zrządzeniem Ministerstwa Kultury i Sztuki na
      wymianę artystyczną jechał, albo nie daj Bóg na festiwal i go w
      hotelu zakwaterowali? Kaplica. Ale Polak potrafi. Wtedy brał
      grzałkę (można było jajeczko ugotować herbatkę) oraz maszynkę
      elektryczną (coś bardziej treściwszego). Do takiej wprawy
      doszliśmy, że w niejednym hotelu przy recepcji wisiała po polsku
      zajawka "Uzyzanie masynek i grzalek zabronione". No strach wtedy
      blady padł na wszystkich. Nie ma jednak siły na nas. Nam zakazy takie
      wiszą kalafiorem obojętnym i francuski hotelarz nie będzie na pluł w
      twarz. W końcu za pomoc Napoleonowi coś się należy. No to francuz
      jeden wziął się na sposób, bo mocno na prądzie był stratny, i wyłączył
      napięcie w kontaktach jak tylko rodacy nasi nadciągali. Ale naiwny.
      No po prostu jak dziecko. On by w prawdziwym komuniźmie nawet
      tygodnia nie przeżył.
      Nadjechał teatr objazdowy z Polski co by Polonii naszej język ojczysty
      przybliżyć i trochę franiów od nich wyciągnąć. Jak wiadomo, każda taka
      anterpryza musi mieć swój parowóz, czyli najlepiej twarz mocno przetartą
      po ekranach TV lub kina. Bo Szarika z 4 pancernych chcą oglądać a
      zwykłego pasterskiego już nie. No i tym razem gwiazdą wyjazdu była
      słynna aktorka kabaretowo komediowa, (słynna w środowisku z
      wrodzonej niechęci do wydawania pieniędzy.) Z Ameryki mężowi w
      prezencie przywoziła gazety które rozdawali w samolocie na trasie
      powrotnej. No i siedzą w tym cholernym hotelu, palce gryzą co by
      te 5 dolarów diety do kraju przywieżć i w Pewexie przepuścić na
      gorzałę a nie tu wydać na żarcie. Dwa dni tak o suchym pokarmie
      już się męczą, gdy nagle jakiś miły zapach po korytarzu się rozchodzi.
      Wszyscy wylegli zaciekawieni i klucząc po korytarzach spotkali się pod
      drzwiami gwiazdy. Zapach już im kiszki skręcał więc zapukali grzecznie
      pytając czy pomocy jakiej nie trzeba bo swąd spalenizny czuć dość mocno.
      Gwiazda chwilę zasłaniała sobą kuszący widok, ale woni powstrzymać nie
      mogła. No to pytają się skąd ona prąd ma i co pichci. Ona na to, że
      niczego zabronionego nie robi. Nie używa kuchenki ani grzałki i niech
      właściciel spada na winnicę. Ona jest artystką i suknie musi mieć
      wyprasowane, więc poprosiła właściciela, żeby jej prąd włączył.
      No i tej głupek na to poszedł, a ona czym prędzej na żelazku teflonowym
      najpierw bekonik szybciutko podsmażyła, a potem jeszcze dwa jajeczka
      sobie strzeliła.
      PS. Tylko uwaga, gdy będziecie to robić nie zapomnijcie, że dzisiejsze
      żelazka z tzw. wyrzutem pary nie bardzo się do tego nadają.
      Chyba że brokuły lub inne warzywko na parze ktoś chce sobie zapodać.


      • Gość: nb komentarze IP: *.spray.net.pl / *.spray.net.pl 20.09.04, 01:24
        Re: Ech, gdzie te czasy! IP: *.spray.net.pl / *.spray.net.pl
        Gość: Nobullshit 17.09.2004 01:38 odpowiedz na list


        A już się martwiłam, że dziś bajki na dobranoc nie będzie :)

        Przypomniało mi to mój pierwszy pobyt na zachodzie, w Paryżu w 1987,
        wyprawa naukowa się to nazywało, bo niby paryskie biblioteki mieliśmy
        oglądać (ja po bibliotekoznawstwie i dezinformacji naukowej).

        Wieść niosła, że we francuskiej stolicy niczego tak nie pożądają,
        jak polskiej żubrówki, i w restauracjach za brzeczącą walutę ją kupują z
        pocałowaniem ręki, więc cała "wyprawa" w liczbie sztuk sześciu w rzeczoną
        żubrówkę się zaopatrzyła, średnio po dwie flaszki a 750 ml na łeb.
        Wydatnie obciążyło to plecaki (a stopem jechaliśmy), i tak już wypchane
        wiktuałami (np. serem, który po podróży i kilku dniach pobytu nad Sekwaną
        sam zaczął pełznąć w stronę najbliższego śmietnika), ale co tam, byliśmy młodzi
        i silni.

        Niestety, okazało się na miejscu, że wieść jakaś przeterminowana była,
        Paryż w żubrówce się kąpie i nikt jej wziąć nie chce, nawet po cenie
        i bez całowania rąk. A wypić takiej ilości nie szło, zwłaszcza w kraju
        winnym, gdzie za litr soku z winogron w plastikowej butelce 5 franciszków sobie
        tylko życzono. Jeden z naszej szóstki w przypływie desperacji wylał swój
        transport do Sekwany, ale i tak parę literków zostało.

        Uratowały nas spostponowane biblioteki. Wracając ze zwiedzania książnicy
        Arsenału, zahaczyliśmy o dzielnicę Marais. A tam pewien starozakonny, sklep
        posiadający, słysząc na ulicy ojczystą polszczyznę, zagaił do nas w te słowa:
        - A do sprzedania co macie?
        - Ależ proszę pana, to są studenci! - odparła z oburzeniem w głosie nasza
        opiekunka, szacowna niewiasta z Biblioteki Narodowej.

        Następnego dnia studenci...




        • Re: Jeszcze o snobiźmie
        siostraheli 16.09.2004 10:23 odpowiedz na list


        Zawsze to lepiej zaplacic za konsumpcje w knajpie dla turystow niz za
        przekroczenie szybkosci o 7 km/h w Norwegii (900 koron - 450 zł)! Ale wracajac
        do watku kociego - w ramach zemsty wywiezlismy im nielegalnie jednego pieknego
        norweskiego kotka lesnego. Teraz chce jesc tylko norweskie lososie!


    • Gość: El Padre Jak, o mały włos, nie zostałem trawożercą IP: *.spray.net.pl / *.spray.net.pl 20.09.04, 01:25
      Jak, o mały włos, nie zostałem trawożercą IP: *.neoplus.adsl.tpnet.pl
      Gość: El Padre 19.09.2004 10:31 odpowiedz na list


      Było to w poprzednim życiu moim. Otóż kobieta owa nieduży domek
      na Ziemiach Odzyskanych miała (chociaż czy Warmia i Mazury to Odzyskane?)
      W każdym bądź razie stary poniemiecki dom. Ja nie wpadam specjalnie w
      obowiązującą manię posiadania nieruchomości. Wiem z czym to się je i jakie
      ma ujemne strony. Przez osiem lat ani morza ani gór nie wiedziałem, tylko
      co sobota na wieś uroczą a to sztachety naprawić, a to dach bo cieknie, a
      to drzwi po kolejnym włamaniu wstawić. Po prostu super wakacje i odpoczynek.
      Ale nie o dom się rozchodzi a o łączkę co za płotem do posiadłości przylegałą.
      Zdarzyło się bowiem, że chłop sprzedać ziemię postanowił, bo mu w mieście
      robotę dawali, a on tak specjalnie za brudzeniem sobie rąk ziemią nie był.
      Jak tylko po wsi się rozeszło, że ojcowizna idzie na sprzedaż, to od razu
      ruch w interesie się zrobił a my w strach, że nam łączkę pod bokiem zaorzą,
      kukurydzę albo inny zbórz wysieją i krowy plackami upstrzą. Cena zbyt
      wygórowana nie była, no więc podchody zaczęliśmy robić. Jako że wiadomo,
      z tymi z miasta to inaczej się a gada, a w sumie lubli nas, to na przybicie
      interesu na kolację do siebie nas zaprosili. Ja flaszkę w rękę, kalosze do
      marynarki i miedzą do sąsiada. A tam już full wypas na stole, czyli dla pań
      słodki "Napój wiśniowy z dodatkiem alkoholu" dla panów wódka mrożona i
      oranżada Hellena na popitkę a gospodyni dawaj co i rusz wiktuały z kuchni
      donosi. My tu gadu, gadu, piękna łączka, kij do zadu, kasa policzona, no
      jednym słowem, czujemy się już prawie jak posłanka Begerowa, tyle, że my
      1 ha kupowaliśmy za to za gotówkę a nie na kredyt. No i w końcu gorące
      wjechało. Dymiąca micha mięsiwa w gęstym sosie i druga micha ziemniorów
      gotowanych spyrką i koperczakiem posypanych. No i mizeria ze śmietaną.
      Czyli typowy "Zestaw polski nr1" Gospodarz prosi żeby nakładać sobie,
      kobieta wącha z apetytem i kurtuazyjnie zapytuje, "Ach, cóż to za mięsko?"
      gospodarzowi coś tam spod wąsa wyfrunęło w stylu, "Pani je. Później powiem",
      a ponieważ już druga flaszka w połowie opróżniona była to na taki
      szczegół zbytniej uwagi nie zwróciłem. Enyłej, gorącą kolację wtranżoliliśmy,
      gorzałeczką popiliśmy, interes przybity. Teraz torta jeszcze kawałek i
      powoli, płaszcz, gumiaki i miedzą do domu. No i gdy do rozchodniaczka
      się przymierzaliśmy, to głupia kobieta (oj głupia ona była, jaka ona głupią
      kobietą wtedy była) pyta gospodarza co to mięsko pyszne było. A on na to.
      " Bo wie pani, duszą tych chłopów coraz bardziej. Nic się nie opłaca.
      No zupełnie. Ja ojcowiznę wyprzedał, żeby do tartaku pójść pracować to
      i szwagier fermę nutrii zlikwidował no i świeżynki nam troszku podrzucił."
      NUTRIA!!!! Zjadłem Nutrię!!!! Rozumiecie? Szczura! Siedzę przy stolę i
      czuję jak ta nutria za wszelką cenę w drogę powrotną się wybiera,
      więc szybko szklanką wódki ją polałem i mówię jej siedź! Nie wychodź na
      spacer. Wypuszczę cię na miedzy. Patrzę na kobietę, która jakaś taka blada
      się zrobiła, więc szybko szklankę wódy do ręki, za rękę i w kierunku ust
      podnoszę. A tam już, już kawałęk nutri było widać. Ale jakoś udało się
      i obciachu na całą wieś nie narobiliśmy. Poszły się pasać prosto na łączkę.
      Na swoje przecież już rzygałem, nie?!
      Ale to taki moment w moim życiu był, że gorzko żałowałem, że
      wegetarianinem nie jestem. Od tego czasu, gdy w odwiedziny szliśmy,
      już od progu wołaliśmy, "Proszę nic nie szykować, my prosto od stołu idziemy!!!"
      PS. Chłop 50ha sprzedał wraz z maszynami i poszedł do fabryki mebli pracować.
      Za forsę kupił samochody (kilka bo mu rzęchy puszczali a chłopina się nie znał)
      żona kuchnię se na miastową modłę uczyniła no i oczywiście wielki,
      ogromniasty telefizor i sateleitę co by łączność z cywilizacją mieć lepszą.
      Next yare, fabryka spłonęła, chłop na zasiłek poszedł, a łączka jest i kwitnie.
      Tyle, że to w moim poprzednim życiu było więc kto inny już ją teraz obrabia.
      Ale nutrię ja musiałem spałaszować. I gdzie tu sprawiedliwość?


      • Gość: nb komentarze IP: *.spray.net.pl / *.spray.net.pl 20.09.04, 01:27
        • Re: Jak, o mały włos, nie zostałem trawożercą IP: *.spray.net.pl /
        *.spray.net.pl
        Gość: Nobullshit 19.09.2004 12:24 odpowiedz na list

        Mam pomysł racjonalizatorski: może by przekleić Twoje historyjki do jednego,
        osobnego wątku? Znajdziesz czas? Ewentualnie mogę to zrobić,
        jeśli mnie upoważnisz :)



        • Re: Jak, o mały włos, nie zostałem trawożercą IP: *.neoplus.adsl.tpnet.pl
        Gość: El Padre 19.09.2004 15:13 odpowiedz na list


        Oczywiście że się zgadzam, bo ja taki w tych komputerowych przekrętach
        nie za bardzo jestem oblatany. A w dodatku do netu mam podłączonego Maca.
        Chyba że nas współforumowicze do wszystkich diabłów odeślą.
        Co smaku. Kombinowałem że króliczynę zapodali, a że to milutkie zwierzę,
        to myślę sobie przeżyję:)))
        Czy kabanosy to nie wiem, ale parówkę to zdaje się ze wszystkiego zrobią.



        • Re: Jak, o mały włos, nie zostałem trawożercą IP: *.neoplus.adsl.tpnet.pl
        Gość: Cynamoon 19.09.2004 22:22 odpowiedz na list


        Tak! Tak ! Ja tez chce osobny watek dla El Padre!!!

        Koniecznie.
        P.S. Zawsze niecierpliwie czekam na next part!



        • Czy to prawda ze sa kabanosy z nutrii? IP: *.w83-114.abo.wanadoo.fr
        Gość: Ela 19.09.2004 13:21 odpowiedz na list


        Ale sliczna historia, caly kontekst, wies, laka, chlop, transakcja przy stole,
        i dalszy ciag.

        Zadaje pytanie ktore bym sie nie odwazyla, ale powiedzmy jest opportunité. Czy
        to prawda, ze sa kabanosy z nutrii?

        A jesli chodzi o szczury, francuska opinia jest ze jesli sie je kroliki, to
        mozna tez szczury - ta sama rodzina (rongeurs). Nasz slawny znajomy matematyk,
        francuski medal Fields (nie zyje juz) opowiadal nam dawno temu ze jadl szczura,
        i ze nie bylo takie zle.



        • Re: Czy to prawda ze sa kabanosy z nutrii?
        emka_1 19.09.2004 13:32 odpowiedz na list


        nie wiem czy są kabanosy, ale pasztet z nutrii nie do odróżnienia od pasztetu z
        królika:) poza tym nutrię i szczura łączy tylko rząd gryzoni, to są inne
        rodziny. bliższą krewniaczką szczura jest wiewiórka:)

    • Gość: Nobullshit Ufff... IP: *.spray.net.pl / *.spray.net.pl 20.09.04, 01:30
      Gotowe! I proszę docenić fakt, że wycięłam prawie wszystkie dygresje
      o kotach.

      El Padre, teraz mi proszę pisać tutaj, ordnung must sein.
      I tytułuj porządnie każdy odcinek.

      Twoja ulubiona edytorka, nb
    • Gość: nb up!!! n/t IP: *.spray.net.pl / *.spray.net.pl 22.09.04, 23:00
    • Gość: El Padre Uwielbiam kuchnię amerykańską IP: *.neoplus.adsl.tpnet.pl 23.09.04, 23:01
      Od zawsze fascynowały mnie kuchnie innych narodów. Być może, dlatego, że jedną z pierwszych
      książek kucharskich jaką miałem była ?Kuchnia z różnych stron świata? i z niej właśnie w czasach
      siermiężnego socjalizmu kartkową chabaninę na indyjski czy polinezyjski sposób sobie modziłem.
      No, ale los mi zdarzył, że do anterpryzy teatralnej jako komik zostałem zatrudniony, co by kaganek ze
      słowem polskim po kontynentach obwozić i parę dolców od polonusów naszych kochanych za Ojczyzną
      tęskniących przy okazji wyszarpać. Próby się odbyły, paszporty z Pagartu dostaliśmy, kanadyjskie wizy
      takoż i już w IŁ68 wespół siedzieliśmy, aby po 11 godzinach lotu na lotnisku w Montrealu stopę
      postawić. Ja z wielką radością za ocean leciałem, żeby zdążyć na własne oczy zobaczyć jak
      imperialistyczne mocarstwo w gruzy się wali, a przy okazji podpatrzyć, co chłopaki tam jedzą. Prosto z
      lotniska menago do moteliku nas podrzucił i razem z Hindusami i innymi Boat Peaple zamieszkaliśmy,
      co by zbytnio budżetu jego nie nadwerężyć, a wieczorem na uroczystą kolacyjkę do naszych
      kanadyjskich rodaków zaproszeni byliśmy. No to żeby te diety troszkę przychomikować
      wyszykowaliśmy się, odprasowali, i na party stawili się jak jeden mąż. Gospodyni urocza, już od progu
      nas wita i zasuwa głodne kawałki jak to oni za polską mową z tęsknoty umierają i jakie to święto dla
      nich taki polski teatr zobaczyć. Po czym do stołu nas nagania, a tam specjałów różnych, różnistych od
      metra. A to szyneczka konserwowa z Krakusa, podsuszana krakowska w plasterki równiutkie pocięta,
      salcesonik z polskiej masarni im.Józefa Bema, ogóreczki konserwowe, polskie, a jakże, oraz inne nasze
      specjały krajowe. Rozmowa luźna się toczy, ?co tam w kraju?, ?ciężka bieda? i takie tam gadki idą bo
      Polacy ponarzekać przecież lubią po czym na ciepło wjeżdżają zrazy wołowe z kaszą w sosie z
      prawdziwków z polskich mazurskich lasów. W międzyczasie dumny jak paw pan domu hojnie wódeczką
      zmrożoną, z Krajowego Monopolu Spirytusowego hojnie wszystkich podlewał.
      Nie tego oczekiwaliśmy po zmarłym jak powiedziała pewna hrabini u Prosta. O, nie! Rozglądnąłem się
      dyskretnie i widzę, że w gustownie podświetlonym barku dumnie prężą klaty różne ciekawe whiskacze i
      giny. Marzył mi się jakiś wyczytany u Chandlera Manhattan czy Bloody Mary. Nawet Malibu bym łyknął
      byle egzotyką wionęło. Ale nie. My równo czystą walimy. My z Polski to taki przyrodzony ścisk dupy
      mamy i jakoś tak głupio o coś innego było się upomnieć. W końcu ok. 3 nad ranem w kierunku
      moteliku się udaliśmy zderzając się w drzwiach z Hindusami popylającymi akurat na pierwszą zmianę
      do huty. Rano, swojski wódczany kac lekko tylko przytłumiony continental breakfast i na próbę. Potem
      zwiedzanie Down town i już wieczorny sukces zwieńczony dziesięciominutową owacją na stojąco.
      Dla aktora, brawa, to ważna rzecz. Łomnicki kiedyś opowiadał, że zaprosił go na daczę wielki artysta
      Gruziński czy Ormiański i przez dwie godziny puszczał mu z magnetofonu tylko same brawa nagrane
      ze sztuk, w których kreował. Szkoda, że ja sobie nie nagrałem. Miałbym, co synowi puszczać.
      No, a po spektaklu? Zaproszenie od innej polskiej rodziny na mały poczęstunek. No gościnni oni nad
      wyraz. Menago na uszko szepce, żeby iść, bo inaczej on krzywe kluchy w Montrealu do końca życia
      mieć będzie. Ja idę. Myślę, może J.Danielsa zapodają? Od słowa do słowa szybciutko hajwajem na
      przedmieścia pomknęliśmy. Chatynka, nie powiem, kelnerzy się uwijają, high life, bon ton i muchy w
      nosie, no i co nam serwują? Ano dania kuchni polskiej, za którą tacy stęsknieni bardzo są, a teraz
      okazja się nadarzyła! I wjechały flaczki. A do popicia, co? Czysta. No, myślimy sobie trzeba chodu
      dawać z tego miasteczka, na stepy się wypuścić, bo z życiem nie ujdziemy. No i w kierunku Toronto
      pomknęliśmy.
      Enyłej w dziewięć dni odwiedziliśmy siedem miast. Rano przylot, próba, przedstawienie, bankiet i lulu
      pa. Rano w samolot, przelot, próba, spektakl, bania i tak bez przerwy. Jak ósmego dnia spojrzałem na
      tego faceta co z lustra na mnie patrzył to bardzo się nad nim zlitowałem.
      Z kuchni amerykańskiej poznałem takie interesujące potrawy jak: zrazy zawijane w sosie z
      prawdziwków, flaki, gulasz (bo żona jednego polonusa węgierką była) , kapusta faszerowana czyli
      nasze gołąbki kochane w sosie pomidorowym, fantastyczne pierogi z kapustą oraz ruskie, schabowe
      panierowane, żeberka wieprzowe w sosie, klopsiki i bigos. A, i raz był podeschnięty indyk, bo właśnie
      Thanksgivingsday?s leciał. I oczywiście czysta krystaliczna. Zdradzę wam sekret. Od Toronto, poprzez
      Montreal, Quebec, Saskatoon, Edmonton i Calgary aż po Vancouver króluje kuchnia polska. Nawet w
      pewnym momencie taki lokalny patriotyzm we mnie się obudził i duma narodowa pierś do przodu
      wyprężyła. Choć z drugiej strony jednak lekka żałość brała. Bo człowiek prosty, w świecie jeszcze
      niebywały i tej kanadyjskiej whiski chciałby jednak popróbować. Ale mówi się trudno. Za przedstawienie
      płacili po sto dolców, ja w teatrze zarabiałem 13,50 to skrzętnie te dolary w rulonik zwijałem. W końcu
      wycieńczeni, na skrzydłach sukcesu do Polski migasem wróciliśmy. Przyjeżdżam do domu rodzinnego,
      a tam mamusia moja kochana już stół nakryła żeby synkowi podziękować, że wolności nie wybrał i do
      domciu wrócił i szybciutko talerz pełen pod nos podstawia. A na talerzu co? Ano mielony polany
      spyrką, kartofle tłuczone i ogóreczek własnoręcznie ukiszony. Nie ma to jednak jak Kanada,
      pomyślałem i do konsumpcji żwawo przystąpiłem.
      PS. Wszystkie oszczędności szlag trafił, bo akurat transformacja u nas się zaczęła i Balcerowicz (który
      oczywiście powinien w końcu odejść) podgwiździł mi dorobek dziewięciu dni ciężkiej pracy mojej
      wątroby.
      PS2. Przyznam się wam , że podobnie wyglądają kuchnie USA, Australii, Wielkiej Brytanii, Szwajcarii a
      nawet Australii. Tylko W Bangkoku inaczej karmią, bo tam na szczęście tylko międzylądowanie
      mieliśmy.
      • jottka elpadre 23.09.04, 23:06
        ja mam dwa pytania

        1. słyszałeś może kiedyś o akapicie?

        2. czy ty sie właśnie uczysz niemieckiego, że niemal wszystkie orzeczenia
        pchasz na koniec zdania/frazy?

        :)
        • Gość: Nobullshit Re: elpadre IP: *.spray.net.pl / *.spray.net.pl 24.09.04, 02:17
          Felietonista orzeczenia na końcu zdania umieszcza, bo styl taki ma.

          Ale akapit istotnie użyteczny bywa i lekturę ułatwia: np. można
          zrobić sobie chwilę przerwy, żeby się pośmiać - bo jak zwykle jest z czego.


          • Gość: ubawiona Re: elpadre IP: 213.17.230.* 24.09.04, 07:56
            Felietonista zdecydowanie styl taki ma. A najważniejsze, że i urok taki ma.
            :)))))))))))))))))))
          • jottka Re: elpadre 24.09.04, 11:12
            Gość portalu: Nobullshit napisał(a):

            > Felietonista orzeczenia na końcu zdania umieszcza, bo styl taki ma.


            no to ja widze, że styl taki ma:) ale jego ma ostatnio 99% ludzi-piszących-
            cokolwiek, więc dla dobra sprawy można by było rozważyć, czy nie warto
            poprzesuwać te orzeczenia troche do przodu w celu odróżnienia sie od tłumu i
            ułatwienia życia potencjalnym czytelnikom

            a akapity to fajna rzecz:)
      • Gość: Camille Re: Uwielbiam kuchnię amerykańską IP: *.snvacaid.dynamic.covad.net 23.09.04, 23:25
        Oj, biedaku, biedaku......u mnie dostalbys cos ciekawszego, no i na pewno nie
        czysta! Bo tu u nas winko kroluje.....Nie zapomnij o tym jak bedziesz
        piekna "kalafonie" ze swoja grupa kiedys odwiedzal. Zapraszam!
        • Gość: giezik celem uzupełnienia - kuchnia polska IP: *.neoplus.adsl.tpnet.pl 24.09.04, 07:14
          by T. Pióro
          " kiedy zaproszono mnie na wieczór autorski do Baarn pod Amsterdamem, pomyślałem, że mogła przecież zajść w kuchni holenderskiej rewolucja taka, jak w kuchni irlandzkiej, że dawno tam nie byłem, warto więc pojechać i sprawdzić. Kiedy zaś otrzymałem notkę prasową z informacją, że po moim występie pałacowa restauracja poda tradycyjne polskie kebaby, zacząłem liczyć dni."


          www.przekroj.pl/pioro
    • Gość: El Padre Skórka pomidora IP: *.neoplus.adsl.tpnet.pl 26.09.04, 23:50

      Skórka pomidora
      Zawsze zastanawiało mnie jak kobiety dobierają sobie partnerów.
      Bo ja przyłączam się do tych, którzy uważają, że to wy sobie nas wybieracie,
      a nie odwrotnie. W jaki sposób przebiega proces eliminacji? Czy może jest
      to nagłe olśnienie? Determinizm rodzinny czy podświadoma kalkulacja.
      Mówimy oczywiście o miłości, a nie o sprzedawaniu się za pieniądze.
      I tak, jednej podobają się niebieskoocy blondyni, innej krępi bruneci z
      napompowanymi baniakami, a jeszcze innej ciepli, łysiejący goście z
      małymi brzuszkami.

      Jedna moja znajoma np. miała jazdę na krzywe nogi. Nie ważne czy facet
      miał 185cm wzrostu, czy 150 minus kapelusz, szpetny czy przystojniacha
      jedno było ważne - miał mieć krzywe nogi. To ją brało po prostu i szła jak
      w dym. I znalazła sobie wreszcie jednego z takimi pałąkowatymi krzywulcami,
      wzięła go sobie za męża i już srebrne wesele w szczęściu i dostatku uczuciowym
      im stuknęło.

      Ta różnorodność cenna i potrzebna jest ze wszech miar.
      Żeby jak najwięcej ludzi w pary się poschodziło i dzieciakami albo nawet
      psami czy kotami obrosło i utrzymała ludzkość przy życiu.
      Nie wszystko da się załatwić żartem czy słynnym powiedzeniem
      ?będzie dobrze? Czasem stajemy bezradni wobec zadziwiającej
      tajemnicy życia. Wtedy myśli nasze kierują się ku ostateczności i
      ontologicznej zagadce bytu. Rozglądamy się ze zwątpieniem dookoła,
      a wszędzie tylko palec tajemnicy na ustach.
      Chyba, że otrzymamy ZNAK. A zdarza się.

      Takie coś dotknęło także i mnie. ?W połowie drogi u progu ciemnego
      znalazłem się lasu? jak pisze Dante. (w wolnym tłumaczeniu)
      No, więc przytrafił mi się w życiorysie okres bezkrólewia. Jest tak czasem
      w życiu nie do końca ustabilizowanego mężczyzny, że musi swój wigwam
      złożyć i na nowe pastwiska wyruszyć. Nie zostawiając spalonej ziemi
      za sobą, małą mansardkę w Śródmieściu wynająłem i braki w kontaktach
      damsko-męskich, spowodowanych długim monogamicznym życiem,
      nadrabiać zacząłem.
      Ku memu zdziwieniu dość łatwo mi to szło, choć przecież z jednej
      strony kościół, a z drugiej służba zdrowia przed rozwiązłością wszelaką
      bardzo przestrzegają. I choć mile łechtało to moją próżność, zacząłem
      za czymś bardziej stabilnym się rozglądać. A tu, sromotna klęska. No nic.
      Zero. Null.
      Złapać, jaką tłuściutką kurkę, wychrobotać szybciutko i luzem dalej
      chodzić, tak. A na stałe kobietkę znaleźć, co by dmuchała w ognisko
      domowe, w plecki czasem podrapała i natarła kamforą za cholerę.
      Nijak nie wychodziło. Po prostu tragedia.
      Być może z tej przyczyny Don Juan, Don Juanem został, bo zwątpił.
      Ale ja na łatwiznę iść nie zamierzałem, na was nie zwalałem winy,
      tylko raczej nad sobą samym zacząłem się zastanawiać.
      Bo człowiek to raczej jest istotką społeczną. Jakąś komórkę lubi stworzyć i
      razem uprawiać różne synchroniczne figury. Poza tym wiadomo - samotni
      żyją krócej. To też jakiś argument. Ale, powtarzam, moje wysiłki nijak nie
      przynosiły żadnego efektu.
      I już, kiedy ten szczery zamiar miałem w cholerę porzucić, w ruję i
      poróbstwo ponownie się zanurzyć, nagle, zupełnie niespodzianie,
      dostałem znak od? Nie wiem, od kogo, bo wierzący za bardzo nie jestem
      a przesądny o tyle, że jak muszę wrócić do domu to zawsze siadam i do
      dziesięciu policzę. Ale znak był. Wyraźny i niezaprzeczalny.
      Wyobrażałem sobie przez chwilę nawet, jak ten Ktoś palcem na mnie
      wskazuje i powiada. Bo przecież nie mówi, tylko tak bardziej biblijne
      zapodaje.
      ?Zmień się grzeszniku. Daje ci szansę. Wykorzystaj ją, bo inaczej
      dostaniesz krosty i po wieczność będziesz konsumował Fast foody!?

      Nie na żarty się przestraszyłem, bo rzeczywiście całkiem niedaleko
      taka wykwintna burger-restauracyjka była i jak czasem fryturą poniosło
      to karaluchy na drugą stronę ulicy czwórkami przechodziły.
      Tak więc, jak mówiłem, znak ponaglający do zmiany dostałem. Tym
      znakiem była WYGRANA.

      Od czasu, gdy mnię jako pacholę tatuś do wesołego miasteczka
      zaprowadził, taki socjalistyczny rollercoaster mi zafundował i z przodu
      posadził żeby synuś lepiej widział, co skończyło się najdłużej lecącym
      pawiem w moim życiu, a potem, dla uspokojenia, strzelnicę całą wykupił
      i misia ustrzelił, nic w życiu nie wygrałem. A tu masz. Wycieczka.
      Na Hawaje! Na tydzień!! Dla dwóch osób!!! Za friko!!!!
      I co? Jest znak od nieba czy nie? Powiedzcie. Dla mnie był.

      No, więc na serio do tematu poszukiwania partnerki podszedłem, choć
      kumple mnie namawiali do czegoś zupełnie innego. ?Stary, mówili, co ty
      z drzewem do lasu będziesz posuwał? Widziałeś Słoneczny patrol? Tam
      same nimfy na Waikiki się pluskają i tylko czekają, żeby chłopaki, tacy jak my,
      do Honolulu zawinęli i koło ratunkowe im rzucili?
      Może i nawet dałbym się namówić, gdyby nie ciągła myśl o tym znaku. To
      nie może być przypadek! Za duży zbieg okoliczności! Może to moja ostatnia
      szansa?!!! Już nawet prawie to sobie wytłumaczyłem, że to za to, że
      mamusią po zawale przez całe wakacje musiałem się zajmować i lato w
      mieście miałem, no i w przypływie dobrego humoru ON postanowił mi
      wynagrodzić. Taki miał kaprys. Dzień dobroci. Co by w Niego nie zwątpić.
      No tak, ale żeby ta wycieczka była na jedną osobę, to jeszcze. Ale na dwie?
      A ja sam jak palec chodzę!
      I poszukiwania coraz bardziej gorączkowe się zaczęły. Przeglądanie
      kalendarzyka z telefonami dawnych przyjaciółek, jakieś nagabywania
      dawno zamężnych byłych narzeczonych, przyglądanie się, czy miła
      kobietka nosi obrączkę czy też nie.
      Pełna panika o krok od szaleństwa i manii prześladowczej. Myślę sobie,
      sam nie polecę. Za cholerę. Samolot spadnie do morza jak nic.
      Plum i po mnie. A potem zeżrą mnie rekiny, a dalej to już pod postacią
      kapsułki z wyciągiem z wątroby rekina w aptece na półce będę kiblował.
      No w najlepszym razie jako tran dla dzieci. To lepiej. Szybko przewodem
      pokarmowym przelecę i szlus. Ale jak raz załapię się na ten łańcuch
      pokarmowy to w niebiosa wymarzone nigdy się nie wyrwę. Takie czarne
      myśli mną zawładnęły.

      Ale pewnego pięknego dnia burza ogromniasta nad Stolicę nadciągnęła.
      Oczywiście jak przystoi na spore europejskie miasto, u nas każda burza
      kończy się całkowitym paraliżem i katastrofą komunikacyjną. Ta była fajowa.
      Taka apokaliptyczna. Z piorunami i grzmotami jak się patrzy. I na koniec
      wszystko spłakało się ulewą.
      I to dla mnie to był drugi znak, tym razem już ostro ponaglający. Bo przez
      ten cholerny paraliż spotkałem koleżankę dawno niewidzianą. Gdyby nie
      burza byśmy się minęli jak sen, jaki złoty. Jak dwa okręty po wzburzonym
      oceanie bez kompasu i mapy dryfujące. Jak? Wystarczy.
      Od słowa do słowa, co u ciebie, no i taka zwyczajna gadka, jak to znajomi,
      którzy dawno się nie widzieli. Zawsze mi się podobała, tyle tylko, że w
      innej konfiguracji wtedy każde z nas było. Jak widać wszystko musi mieć
      swój czas i swoje miejsce.
      No to na kolacyjkę ją zaprosiłem, bynajmniej nie w niecnych celach, ale żeby
      tak przy szklaneczce ciepło sobie pogawędzić.

      Wróciłem do pustego wigwamu i nagle przyśpieszenia okrutnego dostałem.
      Spotkanie za cztery dni, więc jest trochę czasu. Menu najpierw ułożyłem.
      Marynowany łosoś, guacamole, sałata z pomidorami i jeszcze jakieś
      przekąseczki, żeby żołądka zbytnio nie napchać, a aby rozmaicie i smacznie
      było. I wino. Półwytrawne wydało mi się bezpieczniejsze, bo kobiety to w
      słodkim bardziej gustują. A potem do szorowania wigwamu. Wiórkowanie
      podłóg, szorowanie kibla, nawet z rozpędu okna umyłem, dobrą okazją do
      zrobienia porządków wciąż sobie tę wzmożoną nad aktywność tłumacząc.
      No i przyszła.
      Łosoś trafiony. Guacamole w dychę, winko prima sort. Sałatka takoż.
      Muzyczka łagodnie uszko dopieszcza. Wieczór skończył się przyzwoicie,
      ale... Od tamtej pory spotykać się częściej zaczęliśmy, potem codziennie
      no i teraz, po paru latach dziecię z tego wszystkiego się narodziło.
      Ale to już osobna historia.

      Teraz wracając do początkowej sprawy, tzn. kryt
      • Gość: El Padre Re: Skórka pomidora - dokończenie IP: *.neoplus.adsl.tpnet.pl 26.09.04, 23:57
        Teraz wracając do początkowej sprawy, tzn. kryteriów waszych wyborów,
        kochane kobiety.
        Całkiem niedawno, od niechcenia moja pani zdradziła mi sekret.
        To COŚ, co nurtowało mnie od zawsze.
        Posłuchajcie. Otóż, nie wykwintny łosoś, jakieś tam orgiastyczne
        guacamole czy sałatka ją zafrapowały tego wieczoru. Też, ale przede
        wszystkim to, że chciało mi się, przed wrzuceniem pomidorów do
        sałatki OBRAĆ JE ZE SKÓRKI! Wpadłby ktoś na to?

        PS. Hawaje piękne. Był luty. Na plaży sami emeryci i renciści którzy
        uciekli ze Stanów przed zimą, inwalidzi na wózkach elektrycznych i
        japończycy. Największe wrażenie wywarł na mnie jeden gościu,
        który opalał się w staniku. I zapewniam was, że też znajdzie swojego partnera.

        • Gość: Cynamoon Re: Skórka pomidora - dokończenie IP: *.neoplus.adsl.tpnet.pl 27.09.04, 00:14
          No bo to rozczulajace, ta skorka...

          Wlasnie takie drobiazgi, rzec by mozna, nieistotne, takie szczegoliki sa tym,
          co nas kobiety najbardziej pociaga i tym, co nam sie najbardziej podoba.

          Mnie w wyborach frapuje cos jeszcze: ze majac, powiedzmy, ulubiony typ urody,
          nagle mozna stracic glowe dla kogos odmiennego od tego typu o 180 stopni!
          • nobullshit Re: Skórka pomidora - dokończenie 27.09.04, 00:34
            Ładne i mądre, i zaakapitowane tak, że chyba nawet Jottka się nie przyczepi. :)

            Wyślę to MMŻ (jak wszystkie poprzednie historyjki),
            bo on by nie zauważył ZNAKU, nawet gdyby rzeczony znak bite him in the ass.

            A z innej beczki, to my (mężczyźni i kobiety) musimy mieć jakieś zakłócenia
            na łączach. Bo piszesz...

            "Złapać, jaką tłuściutką kurkę, wychrobotać szybciutko i luzem dalej
            chodzić, tak. A na stałe kobietkę znaleźć, co by dmuchała w ognisko
            domowe, w plecki czasem podrapała i natarła kamforą za cholerę.
            Nijak nie wychodziło. Po prostu tragedia."

            Ja w to ognisko dmuchać chciałam i kamforą nacierać,
            ale chętnych nie było. Tylko by chrobotali :)

            Ale MMŻ z rąk nie puszczę, na najbliższą kolację będzie zupa cukiniowo-
            czosnkowa Giezika i pulpety Cynamoon. Po takim menu będzie się musiał
            oświadczyć.
            • Gość: Cynamoon Re: Skórka pomidora - dokończenie IP: *.neoplus.adsl.tpnet.pl 27.09.04, 00:37
              W koncu mowi sie, ze przez zoladek do serca, a nie przez chrobotanie.

              hi, hi ;))
            • jottka Re: Skórka pomidora - dokończenie 27.09.04, 00:47
              nobullshit napisała:

              > Ładne i mądre, i zaakapitowane tak, że chyba nawet Jottka się nie
              przyczepi. :)


              akapitów nie:)
      • nobullshit Recenzja zewnętrzna 27.09.04, 20:17
        "Piękne było... Robię się zazdrosny o jego pisanie..."

        Przeklejone z maila MMŻ, któremu skrupulatnie na dobranoc przesyłam
        Twoje historyjki. Czy mógłbyś napisać coś takiego, żeby mi się łobuz
        wreszcie oświadczył? :)
        • Gość: El Padre Re: Recenzja zewnętrzna IP: *.neoplus.adsl.tpnet.pl 27.09.04, 21:29
          No toż już bardziej chyba podprowadzić nie można.
          Może ty mu te znaki uzmysłów. Ale uważaj!
          Bo są też znaki negatywne. Wszystko idzie dobrze, ciepło, gorąco,
          a tu nagle przyszła teściowa się objawi! I zapeszy:)))
          A tak na poważnie, to pokombinuję. To ważna jest sprawa. Trzymam kciuki.
          Jak wyjdzie stawiasz śliwówkę i zapraszasz na wieczór panieński!
          • Gość: Nobullshit Wieczór panieński IP: *.spray.net.pl / *.spray.net.pl 27.09.04, 23:43
            Nie wiesz, El Padre, że facetów zaprasza się na wieczór panieński
            tylko po to, żeby robili striptiz?
            • Gość: El Padre Re: Wieczór panieński IP: *.neoplus.adsl.tpnet.pl 28.09.04, 00:18
              Ja już od pewnego czasu chodzę na siłownię żeby baniaki podpompować.
              Za jakiś czas będzie jak znalazł. Tylko muszę jakieś fajowe stringi w grochy
              sobie kupić.
              O układ choreograficzny się nie martw. Miałem zajęcia z baletu:)))
              Jest jeszcze inna możliwość. Jako kucharzyka możesz mnie zaprosić.
              Co sobie będziesz rączki brudzić.
              • Gość: El Padre Gąski kiedyś wytargowałem IP: *.spray.net.pl 17.10.04, 19:01
                Miejsce akcji: trasa Warszawa - Biskupiec za miasteczkiem Chorzele, lasy.
                Czas akcji: późna jesień kilka lat temu
                Bohaterowie: ówczesna kobieta, ja, dwa psy, trzy koty i przydrożny
                sprzedawca grzybów.
                Kostiumy: sprzedwaca - walonki, waciak, maciejówka, rower-damka i
                cztery wiadra zielonek

                Uwielbiam zielonki, ale nie lubię ich zbierać. No nie! Cza w ziemi się grzebać,
                ściółkę leśną naruszać, z nosem pod mech się chylać. No to jedyna rada kupić.
                W tym miejscu Polski rolnicy już dawno porzucili swoje tradycyjne narzędzia
                pracy, wzięli los w swoją jedną wolną rękę (bo do drugiej jednak ta flaszka już
                na stałe przyrosła) i jako te truflowe świnki ryć zaczęli po lasach.

                Późno już było, zatrzymujemy się, a przedstawiciel miejscowej ludości sztywno
                się wiader trzyma i w te słowa do nas polską mową bełkotliwie zagaja.
                "Ludzie! Warszawiacy! Bierzcie wszystko! Tanio sprzedam! Ja troje dzieci mam!
                A rower białoruski już ledwo, ledwo"
                Ja żeby w ten pijany słowtok jakoś się wciąć "Ale po co nam tyle?" pytam.
                A gościu przytomny "Sprzedaż pan. W stolycy dwa razy tyle weźmiesz"
                Już mnie ubawił, bo wyobraziłem sobie siebie jak staję z tymi wiadrami pod
                Łomiankami i grzybowiną handluję, więc dalej się bronię.
                "Panie! Cztery wiadra? Ja dla siebie tylko chcę. Całą noc będę je czyścił"
                Gościu jakby troszku wiatru w żagle załapał i leci
                "Pralkę Franię przecież pan masz. Masz?" -pyta i nie czekając na odpowiedź
                - "Masz" - mówi. "Każdy przecie ma. A bo to jeden do prania, drugi do
                zacieru a trzeci jeszcze do czego innego. No to napełniasz ją pan wodą, sypiesz
                dwie garście soli walisz w to te piękne dorodne grzybki i wirujesz. Po
                piętnastu
                minutach zmieniasz wodę, jeszcze raz przemajdrujesz i czyste są.
                Najlepiej w obejściu to robić, - dobrą radą dyskretnie się podzielił -
                "bo spuszczasz pan wodę na pole i ogródek od razu podlewasz a to lepsze
                jak nawóz pieczarkowy."
                "A sól" zapytałem i czuję że go już trzymam przy ziemi i jedno wiaderko tylko
                wytarguję.
                "Co sól!!! Jaka sól? A jadłeś pan kiedyś ogórka bez soli? Ale pan męczysz.
                Bierz wszystko człowieku, bo jak jaki samochód obcy nadjedzie to na złość
                panu, drugiemu za darmo oddam"
                Wobec zbliżających się świateł samochodowych, przyparci do sztachet, wzielim i
                do bagażnika wsypalim. Znajomych obdzelilim.
                Frani nie posiadam, a automatu szkoda było choć można było calgonu sypnąć
                ale na podwórko przed kamienicę już mi się wynosić nie chciało.
                I było dobre.
                I chłop miał rację.
                I tęsknię, bo w tym roku bez grzybka święta się zapowiadają:(((


    • Gość: El Padre Kanibalizm, albo belgijska czekoladka IP: *.neoplus.adsl.tpnet.pl 17.10.04, 17:05

      Z dedykacją dla Nobullshit w związku z postem o Brukseli.

      Zdarzają się w życiu takie sytuacje, kiedy to nagle, w pewnym momencie
      orientujemy się, że to nie my, ale nas będą spożywać. I ta sytuacja nie musi
      się zdarzyć gdzieś w bezludnych ostępach afrykańskiej czy amazońskiej
      dżungli.
      Mnie zaskoczyła w sercu naszej kochanej Europy, kiedy 25 lat temu
      podróżowałem autostopem z Amsterdamu do Brukseli. Raczej wracałem.
      Nic nie zarobiwszy, bo specjalnego talentu do tego nie miałem, ale wtedy
      jeszcze o tym nie wiedziałem. Był to mój pierwszy wyjazd za granicę.
      Kumpel załatwił robotę w Brukseli. Troszkę dziwnym mi się wydało jak może
      istnieć w Brukseli nielegalna wytwórnia anchovis. Ale nic. Z mrożonych bloków
      te sardele na lewo wyjmowałem, filetowałem i do przygotowanych pudełeczek
      porządnie układałem.
      A w głowie tylko przelicznik: ile za godzinę, franki na dolary, dolary na
      złotówki, a te na dobra konsumpcyjne, które będę mógł w kraju zakupić.
      I nijak mi się to nie zgadzało. Musiałbym spędzić parę lat cuchnąc coraz
      bardziej rybami, żeby coś z tego uskładać.
      Tak, więc pięknego poranka wyruszyłem na gościnną ziemię holenderską,
      żeby im pomóc w zbiorach tulipanów. Przynajmniej robota na świeżym powietrzu,
      pachnąca i w cieple. Spakowałem plecak i autostopem myk do Amsterdamu.
      Dziwiło mnie, że nikt z moich usług nie chce korzystać, ale w końcu ich strata.
      Przeleciałem się po Rijksmuseum i Domu Rembrandta, a że schronisko
      młodzieżowe było w środku dzielnicy czerwonych latarni to wieczorami
      rozrywkę miałem za friko. Dla nieobytego w świecie małolata, czad!
      Ale kasiora płynęła dość szybko, więc jednak postanowiłem do Belgii z
      powrotem dać chodu. Lepsze anchovis w garści niż tulipan na
      polu.
      Za ostatni gulden zakupiłem bułkę i wodę i na wylotówce stanąłem.
      Grzało ze 35 stopni, a ja machałem i machałem. Bez skutku.
      Wreszcie ku mojemu zdziwieniu kremowy Jaguar się zatrzymuje. W nim
      samotny mężczyzna ok. 40 lat też cały na biało, buciki białe, marynareczka
      takoż. Chyba się tak ubrał żeby się od skórzanej jasnej tapicerki za bardzo
      nie odróżniać. Wózek wypasiony, co dla człowieka, co z krainy szczęśliwego
      robotnika przyjechał i tylko małym i dużym fiatem popylał nie bez znaczenia
      było.
      Plecak wrzuciłem na tylne siedzenie, pasy zapiąłem i ruszyliśmy z kopyta.
      Ale widzę, że on jedną ręką tylko prowadzi. Automat to był. A druga rączka
      najpierw sprawdza czy pasy dobrze zapiąłem a potem już tam została.
      No myślę sobie, taki styl gościu ma i wnet na autostradę wjechaliśmy.
      140 na liczniku, dobra nasza, za trzy, cztery godzinki w Brukseli będziemy.
      Ale czuje, że ta jego łapka do mojej kieszeni powoli się zakrada.
      No to łokieć tylko mocniej do biodra przyciskam i myślę, czego on tam
      szuka? Przecież frankiem ani guldenem nie śmierdzę, a on nic tylko dalej naciska.
      I nagle olśnienie! On nie do mojej kieszeni sięga. Tylko dalej. Do sedna sprawy.
      Żeby za drążek zmiany biegów potrzymać, bo sam automat miał.
      On na obiad chce mnie zjeść!
      I cytat z Wielkiego Językoznawcy mi się przypomniał
      ?Mużczina z mużcziną eto nie wazmożno!?
      Trochę się podenerwowałem, bo ja młodziutki, w życiu jeszcze nieoblatany,
      do takich przygód nie skory. Myślę, jak go walnę, to przy tej prędkości ani
      chybi w kanale wylądujemy. Jego jeszcze po bucikach i tablicy rejestracyjnej poznają,
      ale mnie!?
      No, więc on zagaduje czy dziewczynę jakąś mam, a rączkę dalej na nic nie
      zważając do mojego rozporka kieruje. W końcu sytuacja oczywista się stała i
      mówię mu grzecznie żeby jednak zabierał swoje łapy z mojego kolana.
      Nie po za nich w tyłek pod Arnhem dostaliśmy żeby on tam jeszcze się pakował.
      No i skończyła się kulturalna jazda. Obraził się czy co? Ostre hamowanie, otworzył
      drzwi, plecakiem szmajsnął, wysiadać kazał i na dalsze polowanie migasem
      się udał.
      Kurde mol, myślę, ważne, że z życiem uszedłem, bo on już by pewnie kosteczki
      moje z mięsa odzierał. I dalej rączką machać zacząłem.
      Po godzince półciężarówka się zatrzymuje. Gościu pod Brukselę jedzie, normalny
      kierowca, to jemu przynajmniej głupoty po głowie nie będą chodzić. Wsiadam,
      no i w tym momencie na kolanach moich ląduje kilkanaście porolni, co on sobie
      ogląda w chwilach zadumy. I o polskich dziewczynach zaczynamy nawijać.
      Ja, żeby mu grzeczność zrobić, przeglądam tę fachową literaturę nad
      zepsuciem tego świata zachodu się dziwując, a on, co i rusz przez ramię mi
      zagląda i zaśmiewa się do rozpuku. Więcej lukał na te gazetki niż na drogę.
      Myślę sobie, źle to może się skończyć, bo coraz bardziej robił się taki,
      nadaktywny. Na szczęście na parking przy stacji benzynowej zjechaliśmy.
      Kombinuję, może ulży sobie w WC to mu przejdzie.
      Ale on w tym momencie spodnie do kolan zdjął i pokazał mi?
      No właśnie.
      Do tej pory zastanawiam się, co to było. Bo to było NIC. On tam nic nie miał i
      tym niczym chciał mi się pochwalić. Teraz w tivi to norma, że ludzie się tym
      chwalą jak już nie mają, czym, ale wtedy?! No takie nieszczęścia się zdarzają.
      Odryzła mu któraś czy co? Smętnie pokiwałem głową nad ludzką krzywdą,
      ale on teraz mnie każe pokazywać! Chce zobaczyć, co ja w spodniach za
      sprzęt noszę! No tego to już było dla mnie za wiele. Sam wysiadłem i
      przyrzekałem sobie, że z żadnym facetem nie jadę choćby przyszło pieszo
      do Brukseli drałować.
      Ja nie jestem jakaś wyaranżerowana tirówka!
      (Rany, jak mnie się to słowo podoba:))))
      Jako i nie za długo napatoczyły się dwie dziewoje garbusem i do stolicy
      bez problemu mnie zabrały. Kazały tylko przysmaku holenderskiego
      spróbować, tzn. słonych cukierków. Zjadłem tę żabę i z wykrzywioną gębą
      w centrum po 10 godzinach podróży lekko zszokowany wysiadłem.
      A potem wróciłem wekować anchovis.
      A potem spróbowałem belgijskiej czekoladki.
      I było pięknie.
      Zostawiłem wszystkie pieniądze.
      Ale gdzieś tam, z tyłu głowy, kiedy jedliśmy mule zapijając ciemnym
      belgijskim Chimayem, ten motyw kanibalizmu jednak uporczywie się kołatał.
      I do dziś to wspominam, że jednak zjeść się w kaszy nie dałem.
      • Gość: Nobullshit Re: Kanibalizm, albo belgijska czekoladka IP: *.spray.net.pl 17.10.04, 19:08
        Jeszcze żaden pisarz nie zadedykował mi swojego uworu.
        Wzruszyłam się. :))

        A tak a propos, przypomniało mi się, jak podczas autostopu na Węgrzech
        musiałyśmy z kumpelą bardzo szybko się domyślać, co znaczy nieznany nam
        z uniwerysteckiego lektoratu niemiecki czasownik "ficken". Pośrodku pola
        bujnej kukurydzy. Brrr...

        PS. Przekleiłam do tego wątku opowiadanie o gąskach.
        • Gość: El Padre Re: Kanibalizm, albo belgijska czekoladka IP: *.neoplus.adsl.tpnet.pl 17.10.04, 19:21
          Jesteś moją pierwszą wielbicielką.

          PS. Pan jest moim największym wielbicielem, przejęzyczyła się po freudowsku
          kiedyś dawno temu jedna fanka patrząc w oczy Łapickiemu, co ten,
          na wieki wieków amant, oczywiście skrzętnie wykorzystał:))))
          • Gość: Nobullshit Re: Kanibalizm, albo belgijska czekoladka IP: *.spray.net.pl / *.spray.net.pl 18.10.04, 15:25
            Żeby podbić wątek (bo spadł, zanim część towarzystwa mogła zdążyć przeczytać)
            oraz zrobić Ci dobrze, wklejam recenzję MMŻ:

            "Przeczytałem, jak tylko otworzyłem pocztę. On jest rzeczywiście artystą
            i zazdrość mnie bierze coraz bardziej. Jedyne co mi nieco ulża (?), to to,
            że jeśli muszę lub chcę, to też mi nieźle idzie. Zależy od nastroju.
            Ale u niego, chyba jednak nie..."
    • Gość: Ula Re: "O smakach, apetycie, gryzieniu i namiętności IP: *.gdansk.sdi.tpnet.pl 18.10.04, 20:22
      brawo.............więcej
    • wojtusia Re: "O smakach, apetycie, gryzieniu i namiętności 18.10.04, 20:44
      Żeby nie było tak, że sam lukier, to dla mnie trochę egzaltowane to pisanie.
      Bardziej podobała mi się powieść w odcinkach.
      • Gość: El Padre Re: "O smakach, apetycie, gryzieniu i namiętności IP: *.neoplus.adsl.tpnet.pl 19.10.04, 00:54
        No, takie miałem to życie.
        Jak mówisz, egzaltowane, to pewnie takie było...
    • Gość: Nobullshit Up, nt. IP: *.warszawa.vectranet.pl 11.04.13, 23:58
Inne wątki na temat:

Nie masz jeszcze konta? Zarejestruj się


Nakarm Pajacyka