Gość: Młoda lekarka
IP: *.isw.intel.com
08.01.08, 09:39
Młoda lekarka: Zarabiam jak sprzątaczka
Po "nocce" przeliczam: zarabiam na godzinę 13 złotych. Mój brat
(producent filmowy) to komentuje: "Wstać z łóżka by mi się nie
chciało". A jego teściowa: "Ja Ukrainkom za sprzątanie płacę 15
złotych za godzinę" - pisze w DZIENNIKU Anna Śliwińska, która
pracuje w warszawskim szpitalu dziecięcym.
Czerwiec. Od mojego powrotu do pracy minęło już pół roku. Mój syn
Janek ma 15 miesięcy. Teoretycznie mam prawo nie dyżurować do jego
czwartego roku życia, ale pytanie, którego i tak już się
spodziewałam, pada przed wakacjami: "Jak się zapatrujesz na sprawę
dyżurowania?”. Jak ja się "zapatruję”?! Niezbyt eufemistycznie...
Przy pierwszym synu - Franku - zaczęłam dyżurować, kiedy miał 20
miesięcy. Wtedy był to mój debiut dyżurowy i nawet specjalnie nie
protestowałam, chcąc już poczuć się jak "prawdziwy lekarz”.
Ale teraz myślałam, że jeszcze trochę pobędę z synkiem, może zdążę
go odstawić od piersi. Z drugiej strony przy "gołej” pensji lekarza -
młodszego asystenta - naprawdę zaraz zostaniemy "goli”, a naszego
kredytu mieszkaniowego mimo pomocy rodziców nie spłacimy do
emerytury!
Trochę więc się waham, ale ostatecznie mówię, że jakby się dało, to
wolałabym jednak zaczynać dyżury od jesieni. Okazuje się, że
się "nie dało” - następnego dnia w pracy odnajduję wielokrotnie
swoje nazwisko na lipcowym grafiku dyżurowym... "Zaczął się sezon
urlopowy” - słyszę.
No dobrze, przynajmniej nie mam dylematu: dzieci czy finanse. A
skoro i tak już muszę zacząć, to dlaczego nie od razu - jeszcze
został jeden tydzień czerwca - przynajmniej "średnia dyżurowa”
będzie lepsza. Tylko co z odstawianiem Janka? Później o tym
pomyślę...
Pytam więc starszą koleżankę, czy nie chce oddać swoich dyżurów
czerwcowych. Rzeczywiście "nocki” na naszym oddziale należą do
najcięższych w szpitalu, ale nie spodziewałam się aż takiego
entuzjazmu - "Naprawdę?! Z nieba mi spadłaś!”. Zaraz jednak pyta z
przerażeniem w oczach: "Ale dlaczego ty to robisz?”. Tak, jej mąż
(nie lekarz), należy do innego progu podatkowego.
Po dwóch dniach ruszam więc rano na swój pierwszy po długiej
przerwie dyżur. W plecaku: pojemnik hermetyczny z resztką obiadu z
wczoraj i laktator. Uznałam, że nie będę fundowała Jankowi dwóch
stresów na raz: i znikanie mamy na półtorej doby kilka razy w
miesiącu, i odstawianie od piersi. Może ten drugi problem jakoś sam
się później rozwiąże.
Dyżur ciężki. Nie byłam pewna, czy dwoje dzieci dożyje rana -
dożyły. Po całodziennej, wieczornej i nocnej bieganinie po oddziale
o drugiej w nocy przysiadam na łóżku lekarza dyżurnego. Jestem tak
zmęczona, że chyba zasnę na siedząco. Ale moje przepełnione piersi
mi nie dają. Wyciągam więc laktator i jeszcze godzinę spędzam na
odciąganiu mleka, zastanawiając się, czy ktoś mi teraz wejdzie do
pokoju w jakiejś niezwykle pilnej sprawie. O trzeciej myślę, czy
jeszcze warto się kłaść. Warto.
Teoretycznie mamy prawo, a od czasu kiedy weszliśmy do Unii wręcz
obowiązek wychodzić wcześniej z pracy po dyżurze. Ale w
praktyce "wcześniej” oznacza około południa. Moje jeszcze bezdzietne
koleżanki, wychodząc po dyżurze, mówią, że idą w końcu, bo muszą się
wyspać. Ja idę "w końcu”, bo muszę z Jankiem pojeździć
samochodzikami, zbudować zamek w piaskownicy, poczytać Kubusia
Puchatka i odebrać Franka z przedszkola.
Poza tym im wcześniej wyjdę, tym mniejsze prawdopodobieństwo, że
moje mleko - z takim poświęceniem odciągane dla Janka w nocy -
znajdzie się w czyjejś kawie (kiedyś o mały włos tak się nie
stało!). W drodze do domu staram się przeliczyć, ile zarabiam za
godzinę dyżuru, ale to strasznie trudny rachunek wobec mojej
umiarkowanej przytomności podyżurowej.
W końcu się udało - 13 zł. Jak to potem skomentuje mój brat
(producent filmowy): "Wstać z łóżka by mi się nie chciało”. A jego
teściowa: "Ja Ukrainkom za sprzątanie domu płacę 15 zł za godzinę”.
Świetnie! Może się przekwalifikuję? W końcu, jak uważa były minister
zdrowia, tyle się uczę na takich dyżurach, że powinnam to robić za
darmo dla własnego rozwoju zawodowego. A może jeszcze dopłacać?
Ale co by nie było, przy czterech - pięciu dyżurach w miesiącu, to
prawie druga pensja - co prawda żałosna, ale co dwie żałosne pensje
to nie jedna - staram się pocieszyć. W końcu jedziemy na wakacje nad
morze (polskie, oczywiście), nie ma co narzekać! Chłopcom i dziadkom
mówimy, że pod namiot, bo to świetna przygoda. Sami wiemy, że nas na
kwatery nie stać. Z powodu urlopu i mojej dwutygodniowej
nieobecności w pracy trzy dyżury kumulują mi się w jednym tygodniu.
Po takim tygodniu zapomniałam, że kiedykolwiek byłam na urlopie...
Wkrótce i ja, i cała rodzina przyzwyczajamy się do moich dyżurów.
Dla chłopców to wręcz atrakcja - wieczór z tatą spędzony na grach
komputerowych. Dla mnie to też pewnego rodzaju odskocznia od
wiecznych "dyżurów” w domu - Janek budzi się jeszcze często w nocy,
a w dzień obaj chłopcy są baaardzo absorbujący. Zaczynam wręcz czuć
się nieswojo w tygodniu bez dyżuru. A kredyt pomału się spłaca.
Ale do czasu. Od nowego roku, zgodnie z prawem unijnym, trzeba
wyrazić pisemną zgodę na pracę powyżej 48 godzin tygodniowo, czyli
powyżej dwóch dyżurów miesięcznie. Doskonała okazja dla całego
środowiska lekarskiego, żeby wynegocjować od dawna obiecywane
podwyżki - owszem, możemy dyżurować więcej, ale jeśli opłata za tę
pracę przestanie być porównywalna ze stawkami ukraińskich
sprzątaczek. Wchodzimy w spór zbiorowy z dyrekcją.
Solidarnie nikt nie podpisuje słynnej klauzuli opt-out, oczekując
zbiorowych podwyżek. Tylko co z grafikiem dyżurów na styczeń? Na
innych oddziałach, wobec niemożliwości ułożenia takiego grafiku,
jeśli każdy dyżuruje nie więcej niż dwa razy w miesiącu, wprowadza
się system pracy zmianowej - na 12 godz. - raz w dzień, raz w nocy.
Oczywiście pacjenci mogą zapomnieć o posiadaniu lekarza
prowadzącego. Na oddziałach specjalistycznych, gdzie większość
pacjentów jest przyjmowana planowo, zmniejsza się liczba takich
przyjęć o połowę. U nas, by tego uniknąć i uchronić oddział przed
systemem pracy zmianowej, mobilizuje się wszystkie siły dyżurowe.
Trzy nowe osoby wskakują na grafik, osoby dotychczas finansowo
niezainteresowane dyżurami - również. Udało się. Tylko czy o to nam
chodziło? Teraz dyrekcja, niepostawiona pod murem, wcale nie musi
się spieszyć z podwyżkami.
Bardzo chętnie wzięłabym jakiś dyżur od koleżanki, która ma męża
bankowca i wcale nie chce dyżurować. Ale nie mogę. Bo umówiliśmy się
wszyscy, że solidarnie nie podpisujemy zgody na pracę powyżej 48
godz. tygodniowo, licząc, że w ten sposób uda nam się wynegocjować
godne, obiecywane podwyżki. A jeśli nam się nie uda - pora pomyśleć
o jakimś innym, pięknym kraju, w którym lekarze są lepiej opłacani
niż sprzątaczki. A szkoda. Bo Polska to piękny kraj.