Dodaj do ulubionych

Robin Trower

27.02.04, 12:15
Ten pan grał na kilku płytach Procol Harum, to chyba wiedzą wszyscy. Ale ja
bardziej chciałbym się skupić na jego solowej karierze. A właściwie
dowiedzieć się z jakimi płytami warto się zapoznać, a z jakimi dać sobie
spokój. Mam tylko jedną solową płytę Robina, jest to "Bridge of Sighs'. Nie
jestem wielkim zwolennikiem bluesowego grania, tzn. w żadnym wypadku mi nie
przeszkadza, ale zazwyczaj też nie oczarowuje. Ale ta płyta jest jedynym
chyba wyjątkiem od tej reguły. Uwielbiam ją. Trowera wspomagają James Dewar
(Bas, wokal) i Reg Isidore (perkusja). Pierwszy na płycie 'Day Of Eagle',
dynamiczny kawałek. Już w tym utworze słychać wspaniałą grę Isidore`a, który
używa bardzo dużo talerzy, a to lubięsmile. Mocny głos Dewara, też sprawdza się
świetnie w tego rodzaju muzyce. Trower bardzo często porównywany do Hendrixa,
udowadnia, że nie dzieje się tak bez powodu. Dziwi mnie tylko fakt, że nie
zyskał choćby połowy sławy Hendrixa. I gdy wydaje się nam, że pierwszy utwór
jest na jedno kopyto, spotyka nas bardzo miła niespodzianka, całkowita zmiana
tempa, uspokojenie. Taki zabieg ma chyba na celu przygotowanie słuchacza na
następne utwory na tym albumie. A są to połączone ze sobą 'Bridge Of Sighs'
oraz 'In This Place'. Pierwszy z nich zaczyna się od dźwięków wiejącego
wiatru, cały utwór jest bardzo wolny i stonowany, leniwe solówki Trowera na
długo zapadają w pamięci. Tylko trzech muzyków potrafiło wytworzyć tu klimat,
który trudno opisać słowami. Dźwięki wiatru pojawiają się jeszcze w tle w
czasie trwania utworu, i są bardzo ładnymi ozdobnikami tej piosenki.
Słuchając tego utworu mam wrażenie, że gdyby muzycy zagrali go odrobinę
wolniej to by się całkowicie posypał. 'In This Place' jak już pisałem,
płynnie wyłania się z poprzedniego utworu i jest utrzymany w podobnym
klimacie. Jest równie urzekający, ciężko mi wybrać który z tych utworów
bardziej lubię. Niewątpliwie, te dwa utwory są najlepszą częścią płyty.
Następny na płycie 'The Fool And Me' już nie ma tej siły, piękna co
poprzedzające go utwory, co jednak nie oznacza, że jest słabym utworem.
Trower i tu popisał się bardzo siarczystą solówką. Na uwagę zasługuje
piszcząca stopa od hit-hata. Znamienną cechą tego albumu jest to, że gra
tylko trzech muzyków, ale całość brzmi bardzo bogato, na pewno na ten fakt ma
wpływ bardzo kombinatorska gra Isidorea, i bardzo mocno zarysowna linia basu.
Oczywiście mogą pojawić się zarzuty, że z pewnością jest kilka linii gitar.
To fakt, ale tylko w kilu miejscach. Kolejny na płycie 'Too Rolling Stoned',
niby kawałek jakich setki ale jest coś w nim, jak i w całej płycie, co
powoduje, że chce się do niej wracać. I po raz kolejny w miarę rozwijania się
tego utworu jego tempo spada, ale moje zadowolenie z jego słuchania rośnie
odwrotnie proporcjonalnie do jego tempasmile. 6 utwór to 'About to begin' bardzo
ładna, ballada. Krótko rzecz ujmując, piękna. 'Lady Love' i 'Little Bit of
Sympathy' to dwa ostatnie utwory. Nie odstają poziomem od reszty płyty. Jako
bonusy na płycie zostały umieszczone wersje live kilku utworów, które są
zapisem jakiegoś występu Robina. Bardzo przyjemnie się ich słucha. Live-
Bonusy potwierdzają, że muzycy na scenie radzili sobie równie dobrze co w
studio. Album ma wg mnie pewną wadę. Jest to złe rozplanowanie utworów. Punkt
kulminacyjny, którym są 'Bridge Of Sighs' i 'In This Place', występuje tu
zdecydowanie za wcześnie. Co nie zmienia faktu, że jest to mój ulubiony
bluesowy album.

pzdr
Obserwuj wątek
    • vulture można się było spodziewać ilości wpisów 28.02.04, 21:40
      Niestety, nie znam zbyt dobrze twórczości solowej Robina Trowera. Kiedyś tam
      posłuchałem kilku utworów, ale to co usłyszałem jakoś mnie nie porwało albo
      niedokładnie wysłuchałem, nie pamiętam. Może szkoda. Było to niby-bluesrockowe,
      ale jakieś takie męczące, przynajmniej takie wrażenie odniosłem. W każdym razie
      pamiętam, że bezpośrednio po wysłuchaniu tych nagrań zakupiłem na kasecie
      album "Something Magic", uznawany za mniej ciekawy, i wysłuchałem go z dużą
      ulgą po nagraniach Trowera. Tak jakoś mi się to kojarzy. Z Trowerem może
      jeszcze mi się kiedyś zdarzy zmierzyć...
      • joseph80 Procol Harum 28.02.04, 21:54
        vulture napisał:

        > bezpośrednio po wysłuchaniu tych nagrań zakupiłem na kasecie
        > album "Something Magic", uznawany za mniej ciekawy, i wysłuchałem go z dużą
        > ulgą po nagraniach Trowera.

        Hehe. A ja tego albumu Procol Harum, akurat nie znam. Czy jest na nim coś
        ciekawego? Jak się prezentuje przy największych dziełach PH?

        pzdr
        • vulture Something Tragic 28.02.04, 22:01

          Ten album jest gorszy niż np. "A Salty Dog" czy "Grand Hotel". Zawiera kilka
          ładnych kompozycji, w tym wspaniały i niedoceniony moim zdaniem utwór tytułowy
          (brzmi jak soundtrack do jakiegoś kryminału retro) czy rozmarzone "Skating On
          Thin Ice" i "Strangers In Space". Niestety, całą drugą stronę zajmuje suita,
          której głównym tematem jest proces życiowy robaka i drzewa (tradycyjne
          literackie porównanie małego robaczka z dużym drzewem, które powala burza, ale
          na nowo wypuści pędy i takie tam pierdoły). Niestety, bo suita mimo że w
          warstwie dźwiękowej byłaby niezła, to w warstwie wokalnej jest nieco inaczej.
          Gary Brooker uparł się, że będzie utwór nie śpiewać, a recytować (później tego
          żałował, jak można przeczytać we wkładce), więc całość brzmi jak spektakl z
          cyklu "Jerzy Trela recytuje przepisy na zapiekankę z warzywami". Do tego
          dołożono jeszcze nagranie, którego oryginalnie na płycie nie było - bardzo
          przeciętną piosenkę "Wizard Man" - i wrzucono nie na koniec, jak to z bonusami
          zwykle bywa, ale w środek repertuaru oryginalnej płyty! AAAAAAA!!! To był
          pierwszy album PH nagrany poza Anglią i chyba nie okazało się to dobrym
          pomysłem...
          • joseph80 Re: Something Tragic 28.02.04, 22:09
            vulture napisał:


            > Ten album jest gorszy niż np. "A Salty Dog" czy "Grand Hotel".


            Dzięki za recenzję, Vulsmile Kiedyś postaram się przesłuchać tę płytę. Ale numer z
            Bonusem niezły. Fajne posunięcie, ciekawe co miało na celusmile

            pzdr
            • vulture the mark of the claw 28.02.04, 22:11

              Ja też nie za bardzo rozumiem, po co kiepski bonus wrzucono do środka. "Wizard
              Man" jest kompozycją tak cudowną, jakby wyjęto ją z "Procol's Ninth" czy z
              podobnego arcydzieła.
              • joseph80 Re: the mark of the claw 28.02.04, 22:20
                vulture napisał:

                >
                > Ja też nie za bardzo rozumiem, po co kiepski bonus wrzucono do
                środka. "Wizard
                > Man" jest kompozycją tak cudowną, jakby wyjęto ją z "Procol's Ninth" czy z
                > podobnego arcydzieła.


                I tu wychodzą moje braki ze znajomosci PH. 'Procol`s Ninth' tez nie znam. Znam
                tylko: pierwszy album, A Salty Dog (maja ulubiona płyta PH), Home, Live: In
                Concert i Grand Hotel.
                Jeszcze słów kilka o Live. Wyśmienity koncert, nagrany z udziałem orkiestry
                symfonicznej. Jedena z moich ulubionych płyt koncertowych.
                pzdr
                • vulture we were young we were brave 28.02.04, 22:24
                  Ja znam chyba wszystkie płyty i większość mam, ale nie wszystkie lubię.
                  Ostatnio zaopatrzyłem się w koncertowy album "Long Goodbye" i załamałem się
                  przy wykonaniu "Simple Sister", które gościnnie śpiewa - uwaga - Tom Jones.
                  <jeb> A "Live" z orkiestrą z 1971 to genialna płyta - utworów niby mało, ale
                  słucha się tego z zapartym tchem.

                  Moją ulubioną płytą jest chyba "Grand Hotel". Przynajmniej jej słucham
                  najczęściej, a "Fires (Which Burnt Brightly)" to mój ulubiony jej fragment.
                  • joseph80 Re: we were young we were brave 28.02.04, 22:27
                    vulture napisał:


                    > Moją ulubioną płytą jest chyba "Grand Hotel". Przynajmniej jej słucham
                    > najczęściej, a "Fires (Which Burnt Brightly)" to mój ulubiony jej fragment.


                    Jeśli chodzi o 'Fires' to się zgodzę. Cudowny utwór. Też mój faworyt z płyty
                    Grand Hotel.
                    • vulture we were true we were strong 29.02.04, 20:02
                      joseph80 napisał:

                      > Jeśli chodzi o 'Fires' to się zgodzę. Cudowny utwór. Też mój faworyt z płyty
                      > Grand Hotel.

                      Może będę nieco kontrowersyjny, ale to dla mnie jedyna płyta PH, na której nie
                      ma ewidentnie słabych kompozycji. Może rzadziej słucham "Souvenir From London"
                      i "TV Caesar", ale one też coś w sobie mają. Ta cała płyta jest magiczna od
                      początku do końca. Art-rock, staroświecka elegancja i tęsknota za czasami,
                      które bezpowrotnie minęły. Nuta zdrowej melancholii smile
    • Gość: dixi Re: Robin Trower IP: *.future-net.pl 29.02.04, 18:59
      Bridge of Sighs to pana robina najlepszy kawałek. wszyscy recenzenci
      podkreślają, ze starał się on kontynuować muzykę hendrixa, ale może to ja
      jestem głuchy...? problemem trowera była pewna maniera gitary i podobna maniera
      wokalisty, śpiewającego wszystko tak samo, jak ciąg dalszy. natomiast polecam
      wydaną w znakomitej serii KING BISCUIT FLOWER HOUR płytę koncertową - bez
      tytułu. dzięki świetnej dynamice i odrobinie brudów wreszcie coś się dzieje,
      grają z werwą!

Nie masz jeszcze konta? Zarejestruj się


Nakarm Pajacyka