Zacznijmy od tego, że dziwną i rzadko stosowaną praktyką jest wydawanie dwóch
płyt w tak niewielkich odstępach czasu ( kilka miesięcy ). Ale to nie jedyne,
i nie największe zaskoczenie jakie przynosi ze sobą " Damnation ". Najnowszy
album Opeth zaskakuje przede wszystkim brzmieniem. Wprawdzie urozmaicanie
typowo black- i death metalowych aranżacji wstawkami chóralno-akustyczno-
uspokajającymi było charakterystyczną cechą muzyki zespołu, ale cała płyta
bez jednego ostrzejszego, metalowego fragmentu ? Mówiąc szczerze, nigdy nie
spodziewałem się, że Opeth kiedykolwiek coś takiego nagra. A jednak nagrał,
więc jako sympatykowi zespołu pasuje mi się do tego ustosunkować
Steven Wilson ( Porcupine Tree ) pracuje z Opeth już od jakiegoś czasu. W
ubiegłym roku nagrał z macierzystym zespołem wręcz genialny album " In
Absentia ". A ponieważ jego wpływ na " Damnation " był bardzo duży, od razu
daje się zauważyć podobieństwo. Otwierający płytę " Windowpane " wydaje się
pochodzić z ostatniego dzieła PT. Na szczęście im dalej, tym więcej różnic.
Jak już wspomniałem, próżno szukać na " Damnation " jakiegokolwiek złamania
struktury. Osiem utworów to osiem ballad, zaaranżowanych głównie akustycznie
( choć zdarzają się także solówki, jak np. w " In My Time Of Need ", może
niezbyt wirtuozerskie, ale ładne, i ładnie wkomponowane w utwory ). " In
Absentia " miała " Blackest Eyes ", tutaj nie ma nawet fragmentu cięższego.
Mikael Akerfeldt słodko sobie śpiewa ( czasem pomaga mu zresztą sam Steven
Wilson ), melodie leniwie płyną. Właśnie - melodie. Nie są tak przebojowe i
łatwo przyswajalne jak na płycie Porcupine Tree. Subtelne, zimne, jak na
Skandynawów przystało. Na pewno do " Damnation " trzeba się dłużej
przyzwyczajać. Ale warto, bo przyjemność ze słuchania jest ogromna.
Warto zwrócić uwagę na dwa nieco różne od innych utwory. " Ending Credits ",
wbrew tytułowi jest przedostatni, i jest to jedyny na płycie kawałek
wyłącznie instrumentalny. Zaskakuje takim... hmmm... trudno to określić, może
konwencjonalizmem ? Melodia jest dość prosta, przewidywalna, mógłby z tego
spokojnie być normalny, radiowy przebój instrumentalny ( a przecież zdarzały
się i takie ). To chyba pierwszy taki utwór Opeth w ich historii. Ostatni "
Weakness " przynosi najuboższą na całej płycie aranżację. Oparta jest ona na
mrocznym, " schowanym " motywie syntezatorowym.
Komu mogę polecić ten album ? Myślę, że mimo wszystko fani Opeth nie będą
rozczarowani, nawet ortodoksyjni death metalowcy powinni spróbować się jednak
przekonać, bo naprawdę warto. Płyta na pewno spodoba się tym, którzy
polubili " In Absentia ", im wszystkim wielbicielom mrocznej, smutnej i
zimnej muzyki. Dla mnie to jedna z najlepszych płyt 2003 roku. Gorą... to
znaczy zimno polecam na zimę