565656d
13.04.07, 18:41
przez prawie 10 lat pracowałem (w tej samej firmie) jako specjalista. Coraz
lepszy, biorący się za coraz bardziej odpowiedzialne zadania, coraz lepiej
wykształcony. Ale zacząłem odbijać się od sufitu (finansowego). U nas pewien
pułap mogą w zasadzie przekroczyć tylko managerowie.
Więc przepisałem się na managera. Zarządzałem niewielkim zespołem (zresztą
międzynarodowym). I była to dla mnie katorga. Rozdzielanie pracy, funkcje
kontrolne - to jeszcze rozumiem. Ale motywowanie, dbanie o ścieżkę kariery,
oceny półroczne i roczne, pilnowanie szkoleń, team-building etc - to była
katorga. Czary goryczy dopełnił fakt, że pewna pani zaszła w ciążę, a jej
stanowisko szło do likwidacji właśnie gdy miał się jej skończyć urlop
macierzyński.
Zrezygnowałem i przeszwarcowałem się znowu na specjalistę. Managerka - mo,
thanks, to dla mnie za mocne, mam za słabe nerwy. Wolę pracę z pecetami niż z
ludźmi. Podziwiam prawdziwych managerów - tzn. nie takich, co odbębnią
korporacyjny rytuał (takich miałem większosć, zresztą wszyscy nie-Polacy),
ale tacy co to spotykasz ich zdołowany, a wychodzisz pełen entuzjazmu (no,
przynajmniej trochę). Mam nadzieję, że są tacy.