Gość: dada
IP: *.dynamic.chello.pl
30.09.13, 21:14
Mój syn ma 2,5 roku i jest typem wyjątkowo upartym i, niestety, konsekwentnym w tej upartości ;) Jak sobie coś ubzdura, na czymś mu zależy, albo przeciwnie - czegoś nie chce zrobić, będzie walczył do upadłego.
Przykład z wczoraj: wychodzimy z domu, ja mam kilka worków śmieci. Mówię, że najpierw idziemy do śmietnika. Czy mi pomoże nieść (coś lekkiego bym mu dała)? Nie. OK, nie musi, myślałam, że to będzie atrakcja. Na korytarzu zaczyna się marudzenie, że on chce na ręce. Tłumaczę, że nie mogę go wziąć, nie mam wolnej ręki, że wezmę go na chwilę, jak wyrzucę śmieci itd. On swoje - chce na ręce. W końcu zaczyna się płacz, potem już ryk, wycie i tarzanie się po ziemi. Powtarzam więc, że teraz nie mogę, wezmę na ręce później. Młody wyje nadal. Idę przed siebie. On prosi, żebym zaczekała. Czekam więc a on leży na podłodze i wyje. Ruszam przed siebie. I tak kilka razy. W końcu widzi, że nic nie ugra, więc rusza za mną wyjąc nadal. Dochodzimy do śmietnika. Wyje nadal. Wyrzucam więc śmieci i przytulam, tłumaczę jeszcze raz, że miałam zajęte ręce. On mnie kopie rzuca się i nadal wyje. W końcu próbuję go wziąć na ręce mówiąc, że teraz już mogę. On wyjąc tłumaczy, że on teraz to już nie chce, bo on chciał na korytarzu, wtedy, nie teraz. Więc tłumaczę jeszcze raz. I tak dalej... Młody wył potem jeszcze ze pół godziny, może nawet dłużej nie dając się wziąć na te ręce, zagadać, zmienić tematu... W końcu po blisko godzinie awantury uspokoił się.
Tak jest za każdym razem, kiedy nie ulegnę. Ulegam więc kiedy tylko mogę, bo zwykle nie mam czasu ani ochoty na godzinne awantury. Nie ulegam w kwestiach ważnych (typu: zęby trzeba umyć, trzeba trzymać się za rękę przechodząc przez ulicę), albo w sprawach zupełnie absurdalnych, jak opisana powyżej (bo oczywiście mogłabym wynieść te śmieci na dwie tury z dzieckiem na rękach, ale dla mnie to absurd, tym bardziej, że młody nie był ani zmęczony, ani śpiący i spokojnie mógł ten odcinek przejść). I tu nie mam wątpliwości. Zastanawiam się natomiast, jak postępować w sprawach mniej ważnych, gdzie niby mogę odpuścić, ale ta walka jest ewidentnie walką o władzę i ja ustępując mą władzę oddaję. Ustępować dla spokoju mojego i dziecka? Czy walczyć? Chodzi mi o sytuacje codzienne, na przykład taka: młody po przyjściu z dworu nie chce zdjąć butów, bo chce, żebym ja mu zdjęła. Ja bym chciała, żeby był samodzielny. Wiem, że umie to zrobić, nie sprawia mu to kłopotu, a on uparcie codziennie zapiera się, że butów nie zdejmie, bo ja mam to zrobić. Jeśli mu zdejmę, jest wszystko ok. Jeśli ja też się zaprę i powiem, że ma zdjąć sam, leży przez kilkadziesiąt minut w przedpokoju i wyje, czasem z tego płaczu sika w majtki, albo wręcz zaczyna wymiotować.
To jest moje trzecie dziecko. Starsza dwójka była zdecydowanie łatwiejsza pod tym względem. Jeśli nawet nie chcieli czegoś zrobić, zawsze w jakiś sposób dawali się przekonać. Będąc w takim wieku, jak teraz młody byli bardzo samodzielni - sami się rozbierali, ubierali, jedli, chodzili na własnych nogach (jego czasem noszę, bo nie mam siły walczyć) itd.
Boję się, że ulegając młodemu sprawię, że będzie totalnie niesamodzielny, roszczeniowy, jednym słowem rozpieszczony i wejdzie mi zupełnie na głowę. A z drugiej strony nie mam pewności, czy warto zmuszać go do tego przykładowego zdejmowania butów kosztem nerwów jego i moich i nieustannie napiętej atmosfery w domu.