jul-kaa
21.08.09, 22:40
Przyznam, że piszę pod wpływem ostatnich wydarzeń, ale przemyślenia mam od lat.
Zastanawia mnie, czy i w jakich rodzinach istnieje coś takiego, jak przedkładanie jej członków nad innych ludzi. Uściślając – czy w trudnej dla nas sytuacji bardziej liczymy na członków rodziny, czy na innych ludzi (przyjaciół, współpracowników), czy rezygnujemy z własnych planów w momencie, kiedy rodzina nas potrzebuje, czy w ogóle rodzina jest dla nas „ważniejsza od reszty świata”.
Może dla ilustracji opowiem swoją historię – otóż kilka dobrych lat temu miałam w swoim życiu dość nieprzyjemną sytuację, której konsekwencje (dla mnie) ciągnęły się dość długo. Bardzo wtedy potrzebna mi była pomoc rozumiana zarówno jako wsparcie, jak i konkretna podpora. Pomoc otrzymałam od najbliższej rodziny (rodzice i obecny mąż) oraz przede wszystkim od przyjaciół, z którymi nie mam i wtedy też nie miałam bliskiego (rozumianego jako codzienny, czy choćby copółroczny) kontaktu, ale którzy byli i do dziś są przy mnie zawsze, kiedy tego potrzebuję. Warto podkreślić, że opisywana sytuacja nie była w pełni jednoznaczna i można ją było rozumieć zarówno jako wynikającą wyłącznie z mojej winy, jak i jako nieszczęście, które spotkało mnie niezasłużenie.
Na moje (dzisiejsze) nieszczęście, o niektórych sprawach dowiedzieli się ludzie, którzy dowiedzieć się nie powinni – czyli członkowie trochę dalszej rodziny. Są to krewni drugiego stopnia, czyli dla niektórych bardzo bliscy. Jest w naszej rodzinie tradycja spotykania się z nimi raz na jakiś czas (np. z okazji świąt) oraz czasem próbuje się „podtrzymać więź”. Dla mnie zaczyna to być trauma – ci ludzie wiedzą o mnie rzeczy, które do dziś są dla mnie trudne, nie dają mi (co gorsza) o nich zapomnieć wbijając raz na jakiś czas celną szpilę (mówiąc na przykład: ”tak, tak, pamiętamy, co się wtedy działo” – zupełnie bez kontekstu, tak tylko, żeby przypomnieć). Zastanawiam się, w imię czego mam w ogóle utrzymywać z nimi kontakt? Dlaczego w ogóle mają istnieć w moim życiu? Czy mogę się od nich zupełnie odciąć? Czy (i jeśli tak, to dlaczego) zasługują na to, żebym uwzględniała ich istnienie w jakichkolwiek swoich planach?
A jak jest u Was? Czy członkowie bliższej i dalszej rodziny są dla Was ważni? Czy wybaczacie im więcej, niż wybaczyłybyście innym? Czy spędzacie święta z tymi, których nie lubicie, ale z którymi trzeba spędzać czas?
Jakie jest Wasze podejście do „rodziny” – rodziny pochodzenia (ew. rodziny męża/TŻeta), czyli tej, której sobie nie wybrałyście, ale która została Wam dana z całym dobrodziejstwem inwentarza?