Zapewne wiecie, że człowiek do dobrego szybko się przyzwyczaja. Byłem za zachodnią granicą niby krótko, bo jedynie dwa miesiące, ale w ciągu tego czasu często poruszałem się po tamtejszych drogach.
O wielu rzeczach nie wspomnę, ale właśnie ta prozaiczna sprawa - zachowanie kierowców na drodze zwróciła moją uwagę. Tam wszystko jest takie normalne. Samochodów pełno, poruszają się bardzo szybko i bardzo sprawnie. Tam gdzie ograniczenia obowiązują, wszystkie auta jadą jedynie tyle ile wolno, nie prędzej. Są miasta, gdzie prędkość na całym obszarze ograniczona jest do 30 km/h i o dziwo nikt nie jedzie prędzej. 30 to 30 i koniec. Ulica wygląda jak film puszczony w zwolnionym tempie

Na autostradzie gdzie w większości nie ma ograniczeń, szybkie mocne auta popylają lewym pasem 200 km/h i więcej, reszta, 150-170 km/h, a tam gdzie pojawiają się ograniczenia, to wszyscy, jak jeden mąż, jadą np. 120, a na odcinkach w remoncie - 70 km/h. Nie ma mistrzów prędkości.
I jeszcze jedno. Jest dużo małych miast, gdzie w dzień wolno jechać tyle ile u nas - 50 km/h, lecz nocą od 22-6 rano ograniczenie jest do 30 km/h. Po prostu auta jadące wolno robią mniej hałasu. Tam liczy się człowiek. Ma się w nocy w ciszy wyspać!
Uświadomiłem sobie to wszystko jak tylko przekroczyłem granicę w drodze powrotnej do domu. Jadąc tam, wcale nie zwróciłem na to uwagi. U nas prędkość maksymalna na autostradzie wynosi 140 km/h i... co z tego. Wszystko wygląda podobnie jak w Niemczech. Wypasione auta gnają też ok. 200 km/h, reszta też szybko. Jadąc 130 km/h byłem jednym z najwolniej poruszających się samochodów. Przepisy sobie, a życie sobie.
W Warszawie bardzo trudno jeździć przepisowo. Np. na Trasie Siekierkowskiej jadąc przepisowo 80 km/h jest się zwykłą zawalidrogą. Chyba tylko autobusy komunikacji miejskiej jadą wolniej.
No cóż, właśnie wróciłem z "kosmosu"