Dodaj do ulubionych

napisałam książkę

14.12.17, 21:25
Napisałam książkę, a właściwie książeczkę. Rumcajs, introligator z zawodu, wydrukował ją i oprawił. I pojechała w świat.

A było to tak.

Złożona rok temu jakimś przeziębieniem, leniwie przeczesywałam internet w poszukiwaniu czegoś ciekawego do czytania. Trafiłam na blog kierunekavonlea.blogspot.com, prowadzony przez Bernadetę, Polkę mieszkającą w USA.
Otóż ta Polka jest zafascynowana życiem i twórczością Lucy Maud Montgomery (tej od "Ani z Zielonego Wzgórza") i Wyspą Księcia Edwarda. Na Wyspie kupiła dom o nazwie Blue Moon. Bernadeta ma córkę Nadię. Najbliższym sąsiedztwem Blue Moon jest dom - pensjonat o nazwie Złoty Brzeg. A w Złotym Brzegu pracuje pani, która ma córkę imieniem Rilla. Rilla ze Złotego Brzegu!!! Obie dziewczynki poznały się i zaprzyjaźniły, a moja wyobraźnia ruszyła z piskiem i nie chciała się zatrzymać. Przecież "Rilla ze Złotego Brzegu" to powieść LMM!

Nie było wyjścia. Musiałam napisać to, co mi w duszy zagrało - przeniosłam amerykańską rodzinę w przeszłość, w czasy LMM, w świat częściowo realny, a częściowo wymyślony przez pisarkę. I tak w Blue Moon mieszkają sobie Jankesi, a w Złotym Brzegu - jakżeby inaczej - Ania i Gilbert Blythe'owie z dziećmi i służącą Zuzanną Baker. Dodatkowo na pobliskiej poczcie pracuje sama Lucy Maud Montgomery (co jest prawdą historyczną). Jak szaleć to szaleć.

Początkowo miało to być tylko opowiadanie, ale w miarę pisania zaczęło się rozrastać. Dodatkowo Bernadeta zamieszczała na blogu informacje, które aż się prosiły o wplecenie w opowieść!

Gdy skończyłam pisać, wybrałam kilka zdjęć z bloga, obrobiłam w IrfanView, żeby wyglądały jak rysunki, po czym do dzieła przystąpił Rumcajs.

Oto efekt:

https://fotoforum.gazeta.pl/photo/9/fi/gb/v6x4/Lauco9VmKSyhV0baaX.jpg

https://fotoforum.gazeta.pl/photo/9/fi/gb/v6x4/D5qeBNv6vbZvHqGSUX.jpg

https://fotoforum.gazeta.pl/photo/9/fi/gb/v6x4/LB3lwrsuevvBpbOSZB.jpg

Gotowe dzieło zapakowałam w kopertę i wysłałam do USA. Bernadeta nie wiedziała wcześniej, co dla niej szykuję. To była niespodzianka.

Tak się po prostu chciałam Wam pochwalić.
Obserwuj wątek
    • aankaa Re: napisałam książkę 16.12.17, 13:56
      tylko jeden egzemplarz ?
      • arim28 Re: napisałam książkę 16.12.17, 16:43
        No wlasnie - tylko jeden ????!!!!

        Uwielbiam Ane z Zielonego wzgorza. Nawet corce dalam to imie.
    • esimona Re: napisałam książkę 16.12.17, 21:22
      Tylko pochwalić to stanowczo za mało. Prosimy o drukowanie powieści w odcinkach na Poczekajce. Sienkiewicz też drukował w prasie w odcinkach. Poprzyjcie mnie Koleżanki i wpiszcie się na listę oczekujących.
      • pi.asia Re: napisałam książkę 16.12.17, 22:07
        Napisałam długi post, ale najwidoczniej go nie wysłałam. Cóż, przeziębienie i zalewający oczy katar robią swoje. No to jeszcze raz.

        Moja Przyjaciółka, po przeczytaniu fragmentu, gorąco namawiała mnie do wydania książki. Ja równie gorąco się broniłam, uważając, że jest to historia osobista i tak bardzo oparta na przeżyciach konkretnej osoby, że nie zainteresuje nikogo poza główną bohaterką i jej rodzicami.

        Bernadeta była jednak innego zdania. Zamieściła fragment na swoich profilach na fb (polskim i kanadyjskim) i posypały się pytania o możliwość zdobycia książki!
        Ustaliłyśmy więc, że po Nowym Roku bierzemy się do pracy i wydamy wersję dwujęzyczną, oczywiście w jej tłumaczeniu.
        Jakieś dziesięć egzemplarzy to będzie wersja exclusiv - w twardej oprawie; moja część będzie ilustrowana moimi rysunkami (to co widać na zdjęciach, to fotografie przerobione w programie graficznym), jej część - kolorowymi zdjęciami, które zrobiła na Wyspie Księcia Edwarda. Do tego autografy autorki, tłumaczki, obu bohaterek a także - uwaga uwaga! - rodziny Lucy Maud Montgomery, z którą to rodziną Bernadeta żyje w wielkiej przyjaźni i zamierza zabrać te 10 egzemplarzy na Wyspę, żeby dać im do podpisania!

        Mało tego - wymyśliła, że namówi Paula, który prowadzi w Złotym Brzegu pensjonat, aby wśród pamiątek dla turystów umieścił też moją książeczkę.

        Wersję ekskluzywną wydrukujemy w zaprzyjaźnionym punkcie ksero, a Rumcajs, który pracuje w drukarni, poskłada ją, zszyje, sklei i oprawi. Ma dostęp do wszystkich maszyn, zapłaci tylko za materiały.

        Wersja mniej ekskluzywna (miękka okładka, zdjęcia czarno-białe) będzie drukowana w USA, gdzie wydanie takiej broszury kosztuje dosłownie grosze.

        No i na stare lata zostanę pisarką czytaną w USA i Kanadzie wink
        • pi.asia NADIA z Blue Moon - część I 16.12.17, 22:09
          „BO NIE JESTEM CHŁOPCEM”


          - Nie chcecie mnie! Nie chcecie mnie, bo nie jestem chłopcem!
          Nadia Milewski gwałtownie poderwała głowę z poduszki. Długie, proste, brązowe włosy, okalające jej twarz, zafalowały, zatańczyły w powietrzu. Co za dziwny sen, pomyślała, trąc palcami powieki. W tym śnie byłam…
          Coś stuknęło w szybę. Raz, a potem drugi. Nadia natychmiast zapomniała o śnie, wyskoczyła z łóżka, i, plącząc się w długiej, nocnej koszuli, podbiegła do okna. No tak, Rilla Blythe! Stała na trawniku z zadartą głową, patrząc w okno na facjatce. W jednej dłoni trzymała dużą, szarą kopertę, a w drugiej kolejny kamyk, przygotowany zapewne po to, by rzucić nim w szybę. Nadia otworzyła okno.
          - Już schodzę! – krzyknęła do przyjaciółki. – Daj mi pięć minut!
          - Zaspałaś? – zaśmiała się Rilla. – A podobno to ja jestem największym śpiochem na całej Wyspie. Pośpiesz się!
          Nadia ubrała się w iście ekspresowym tempie i zbiegła na dół. Mama była w kuchni, obejrzała się na wbiegającą córkę.
          - Śniadanie czeka już od godziny – powiedziała z uśmiechem. – Nie chciałam cię budzić, spałaś tak słodko… a poza tym masz wakacje! Zaraz, a dokąd to?
          - Mamuś, Rilla na mnie czeka! – zawołała Nadia, w biegu łapiąc ze stołu drożdżową bułeczkę i kierując się do drzwi. Od progu zawróciła, w przelocie pocałowała matkę w policzek, i wybiegła na zalany słońcem trawnik. Przed dom, noszący nazwę Blue Moon. Tu, między klombami kwiatów, czekała na nią jej najbliższa przyjaciółka - Rilla Blythe ze Złotego Brzegu.

          * * *

          Rilla, siódme z kolei dziecko Ani i Gilberta Blythe’ów, czuła się w rodzinie nieco osamotniona. Starsze rodzeństwo nie umiało znaleźć wspólnego języka z młodszą o kilka lat siostrzyczką. I siostry, i bracia, traktowali Rillę jak swego rodzaju maskotkę – niekiedy rozpieszczali ją i hołubili, a niekiedy odstawiali na bok, gdy uważali, że „ta mała” mogłaby im przeszkadzać w „dorosłych” zabawach. Rilla snuła się więc po domu, czytała, wynajdywała sobie różne zajęcia, i marzyła o dziewczynce-rówieśniczce, z którą mogłaby się zaprzyjaźnić. Pewnego dnia to marzenie się spełniło. Do niedalekiego domu, zwanego Blue Moon, sprowadziła się trzyosobowa rodzina.

          * * *

          - To są Jankesi, droga pani doktorowo – oświadczyła posępnie Zuzanna, wnosząc do salonu tacę z herbatą i ciasteczkami. – Przewiduję kłopoty.
          Ania Blythe i panna Kornelia (a właściwie pani Marshallowa Elliot), która przyszła do Złotego Brzegu w odwiedziny, spojrzały na siebie z rozbawieniem.
          - A dlaczego tak uważasz, Zuzanno? – spytała panna Kornelia z uśmiechem.
          - A dlatego, pani Marshallowo Elliot, że ludzie, którzy nie potrafią usiedzieć na miejscu, i własny kraj jest dla nich za mały, nie mogą przynieść nic dobrego!
          - Zuzanno kochana – Ania spojrzała z czułością na siwowłosą kucharkę – to są porządni ludzie! Przyjechali tu kiedyś, zakochali się w Wyspie i szukali domu do kupienia. Wiesz, jacy byli szczęśliwi, gdy okazało się, że Blue Moon jest wystawiony na sprzedaż? Doktor spotkał ich na stacji kolejowej i mówił mi, że w życiu nie widział nikogo tak oczarowanego Wyspą Księcia Edwarda. I że wyglądają na ludzi znających Józefa. Na pewno wszystko będzie dobrze.
          - No, zdziwiłabym się, gdyby Wyspa im się nie spodobała – oświadczyła z godnością Zuzanna. – U siebie na pewno nie mają nic równie pięknego. Tylko czy ta ich córka będzie pasować do tutejszych dzieci? Mam nadzieję, że nie nauczy ich żadnych niestosownych zachowań! W każdym razie nasze pociechy będę trzymać od niej z daleka!
          Zabrała tacę i wyszła do kuchni. Ania spojrzała na pannę Kornelię i westchnęła.
          - Aniu, kochanie – panna Kornelia od razu domyśliła się, co dręczy przyjaciółkę. – Nan i Di są już duże i rozsądne, a Rilla, choć nieco rozpieszczona, też ma sporo oleju w głowie i nie jest ani w połowie tak naiwna jak inne dziewczęta w jej wieku. Nie sądzę, żeby ta mała Jankeska miała na nią zły wpływ. W końcu – Jankesi czy nie Jankesi – skoro pokochali Wyspę, to dobrze o nich świadczy.
          - Panno Kornelio – Ania spojrzała na rozmówczynię z wdzięcznością – pani zawsze umiała spojrzeć na wszystko z właściwej strony.
          - Wpływ Marshalla – oświadczyła panna Kornelia z komiczną powagą. – Ciągle powtarza, że co ma być, to będzie, choćbyśmy stanęli na głowie. I że nie warto się martwić na zapas, bo jak przyjdzie pora na zmartwienia, to i tak tego zapasu zabraknie. Typowo po męsku!
          • pi.asia Re: NADIA z Blue Moon - część I 16.12.17, 22:11
            Podczas gdy Ania i Zuzanna martwiły się, jaki wpływ na dzieci ze Złotego Brzegu będzie miała nowoprzybyła dziewczynka, Bernadette Milewski miała dokładnie takie same obawy, tylko, rzecz jasna, odwrotne. Jej jedynaczka, obdarzona dużą wrażliwością i sporą wyobraźnią, łatwo mogła stać się pośmiewiskiem wiejskich urwisów – i jako „nowa”, i jako Jankeska, i – wreszcie – jako uciekająca w świat książek marzycielka. Wprawdzie Evan, ojciec Nadii, wyśmiewał te obawy, nazywając je wymysłem matki-kwoki, ale Bernadette wiedziała, że i on w głębi serca martwi się, czy jego księżniczka, jak nazywał Nadię, zaaklimatyzuje się wśród tutejszych dzieci. Spotkany na stacji doktor Blythe w dużym stopniu rozwiał ich lęki, mimo że nawet o nich nie napomknęli. Uznali jednak, że człowiek takiej kultury i subtelności jest niejako gwarancją dobrosąsiedzkich stosunków.
            Sama Nadia nie miała żadnych lęków ani obaw. Była w wieku, w którym świat jest barwny i przyjazny, każdy dzień niesie nadzieję na coś wspaniałego,
            a wątpliwości rzadko dochodzą do głosu. Od pierwszej, krótkiej wizyty na Wyspie marzyła, żeby na niej zamieszkać. Gdy rodzice oświadczyli jej, że kupują jeden z domów wystawionych na sprzedaż, popłakała się z radości. Dom na Wyspie! Nad jeziorem! Prawdziwy, drewniany, ze skrzypiącymi schodami, z pokoikiem na facjatce! „I ma sekretarzyk” – dodała mama z tajemniczą miną. Nadia nie wiedziała, co to jest sekretarzyk, ale sądząc z podekscytowania mamy, musiało to być coś niezwykłego. Zresztą – z tajemniczym sekretarzykiem czy bez – ten dom i tak był czymś fascynującym. Nosił piękną nazwę „Blue Moon”, ogromny staw, nad którym stał, nazywał się „Jezioro Lśniących Wód”, a z drugiej strony wznosiły się łagodne wzgórza i łąki, porośnięte kolorowym łubinem! I tam, właśnie tam, mieli się wprowadzić w najbliższe wakacje! Na całe lato! I może gdzieś tam będzie mieszkać dziewczynka, z którą można się będzie zaprzyjaźnić i przeżywać cudowne przygody!
            Mama Nadii, po kilku wizytach na Wyspie, podczas których wraz z mężem załatwiała formalności związane z nabyciem Blue Moon, wyzbyła się wszelkich obaw – mieszkańcy byli serdeczni i życzliwi, co niosło nadzieję, że ich dzieci będą takie same. Po kilku dniach od zamieszkania w nowym domu postanowiła wraz z mężem i córką odwiedzić najbliższych sąsiadów – państwa Blythe’ów ze Złotego Brzegu.

            * * *

            Nadia z zachwytem wpatrywała się w panią Blythe - smukłą panią o rudych włosach, ogromnych szarych oczach i ujmującym uśmiechu. Było w niej coś niezwykłego, tajemniczego i pociągającego. Pan Blythe – przystojny, szpakowaty brunet - w niczym nie przypominał Nadii lekarzy znanych jej z rodzinnego Connecticut. Już sam jego widok budził zaufanie i sprawiał, że człowiek czuł się zdrowszy. Lekki niepokój wzbudzała w dziewczynce tylko siwowłosa służąca, zwana Zuzanną, która spoglądała na gości z pewną dezaprobatą i dystansem. Czekoladowe ciasto, popisowy wypiek mamy, amerykańskim zwyczajem przyniesione na powitanie, obrzuciła nieufnym spojrzeniem i wyniosła do kuchni, żeby pokroić.
            - Miło nam poznać nowych mieszkańców Wyspy – doktor Blythe ukłonił się ceremonialnie, jednak figlarny błysk w jego oczach przeczył pozornej oficjalności powitania. - Siadajcie państwo, proszę.
            - Nasze dzieci wyjechały na wakacje do Avonlea – powiedziała pani Blythe, zwracając się do Nadii. – Została tylko Rilla, jest w twoim wieku, więc zapewne się zaprzyjaźnicie. Ona też marzy o bliskiej koleżance. Gilbercie, gdzie właściwie jest Rilla?
            - Jeszcze nie wróciła od Meredithów. Rozalia obiecała jej pokazać jak robi się hafty richelieu – odpowiedziała za Gilberta Zuzanna, która właśnie weszła z pokrojonym ciastem i dostrzegła spłoszone spojrzenie doktora, najwyraźniej nie mającego bladego pojęcia, gdzie aktualnie podziewa się jego córka.
            Hafty richelieu! Nadia pierwszy raz usłyszała tę nazwę, nie wiedziała co to jest, ale brzmiało cudownie. Postanowiła, że też musi się ich nauczyć.
            - Rozalia i John Meredithowie to nasi pastorostwo – wyjaśniła pani Blythe. – Pani Milewski, to ciasto wygląda szalenie apetycznie! I jak pachnie! Jeszcze go nie spróbowałam a już chcę znać przepis!
            Ha! Nadia nie była zdziwiona. Czekoladowe ciasto pomysłu mamy było jej popisowym ciastem, któremu nikt nie był w stanie się oprzeć.
            - Oczywiście, pani Blythe, jutro przyślę przepis przez Nadię – mama upiła łyk herbaty z filiżanki, przyniesionej przez Zuzannę. - Wspaniała herbata, co za aromat! W życiu takiej nie piłam!
            Rudowłosa pani domu uśmiechnęła się lekko. Nadia nie wiedziała, że pani Blythe doskonale zdaje sobie sprawę tego, że Zuzanna - pozornie całkowicie pochłonięta krzątaniem się w kuchni - uważnie słucha rozmowy prowadzonej w salonie.
            - Istotnie, rewelacyjna – tata też upił łyk i też wyglądał na zachwyconego. Nadia pochyliła się nad swoją filiżanką. Herbata wyglądała zwyczajnie, jednak nie o wygląd tu chodziło: ciemnobursztynowy, przejrzysty płyn wydzielał dziwny zapach – jakby dymu czy suszonych śliwek. Oczami wyobraźni dziewczynka ujrzała zamglony, jesienny sad; drzewa, z których wolno spływały ostatnie żółknące liście, krople deszczu na trawie i snujący się między drzewami opar, pachnący dymem. Ostrożnie upiła łyk i zamarła. Napar nie tylko pachniał dymem, on smakował jak dym! Jak szlachetny dym z suchych liści i czystego drewna.
            - Jaka pyszna herbata! – zawołała, nie bacząc na to, że przerywa rozmowę prowadzoną przez dorosłych.
            Doktor Blythe roześmiał się głośno.
            - No i w tym momencie skradliście państwo serce Zuzanny – oświadczył. – Zasmakowała wam jej ulubiona herbata, nigdy nie mogę zapamiętać jej nazwy.
            - Lapsang Suchong, panie doktorze – oświadczyła Zuzanna, wnosząc do salonu tacę z ciasteczkami. – Herbata wędzona, specjalna…
            Opowieść Zuzanny przerwało głośne tupanie na ganku. Do salonu wbiegła dziewczynka, na oko dwunastoletnia. Wbiegła i stanęła jak wryta, zaskoczona widokiem gości. Po krótkiej chwili dygnęła.
            - A otóż i nasza najmłodsza córeczka – pani Blythe wstała i otoczyła ramieniem dziewczynkę. – Rillo, przywitaj się z państwem.
            Nadia wpatrywała się z zachwytem w nowoprzybyłą. Rilla miała rudo złociste loki i prześliczne orzechowe oczy z brązowymi rzęsami. Była zarumieniona od szybkiego biegu i lekko rozczochrana, ale z tym wszystkim i tak była najładniejszą dziewczynką, jaką Nadii zdarzyło się widzieć. Do tego była sympatyczna, uśmiechnięta i życzliwa. Za zgodą matek obie opuściły salon i pognały na górę, do pokoju Rilli, gdzie Nadia chciała dowiedzieć się co to są hafty richelieu, a Rilla – jak wygląda Ameryka i czym się różni od Wyspy Księcia Edwarda.
        • aankaa Re: napisałam książkę 16.12.17, 23:12
          no, to ja się zapisuję na wersję exlusiv w obu wersjach językowych
          mogę miesiącami czekać na egzemplarze z podpisami

          myślę, że nie tylko ja
          • aankaa Re: napisałam książkę 16.12.17, 23:15
            i nie będę czytać w odcinkach tylko poczekam na pełne wydanie smile
            • esimona Re: napisałam książkę 17.12.17, 15:43
              I ja się zapisuję na obie wersje książki, ale będę czytać odcinki, bo już zaczęłam i czuję się uzależniona. Gratuluję Tobie jako autorce wpisania się w klimat "Ani" i życzę szybkiego pozbycia się przeziębienia. Na święta mam opowieść wigilijną dla gości a ilustracją będzie odczytanie fragmentu powieści i bombka z dziewczynką o złocistych włosach i pięknych oczach, którą dostałam od Ciebie i która będzie wisiała na choince na honorowym miejscu.
              • pi.asia Re: napisałam książkę 17.12.17, 16:22
                Kochane jesteście kiss
                Wersja dwujęzyczna będzie prawdopodobnie zrobiona w ten sposób, że będzie dwustronna, tzn. będzie mieć dwa fronty - z jednej strony będzie po polsku, a po odwróceniu jej do góry nogami - po angielsku. Mam nadzieję, że wiecie o co mi chodzi.

                Esimono, następny odcinek:

                - No, droga pani doktorowo – Zuzanna, zbierając talerze po skończonej wizycie, mogła wreszcie dać upust swoim wrażeniom. – Jankesi, ale porządni ludzie. Gdybym nie wiedziała, skąd przyjechali, byłabym przysięgła, że urodzili się
                i wychowali w Kanadzie, i to na Wyspie. I ta mała, jak dobrze ułożona! A to ciasto było naprawdę pyszne!
                - Zuzanno, przecież ci mówiłam, że nie ma się czym martwić – Ania dobrze wiedziała, co przekonało Zuzannę do przybyszów. – Rilla nie będzie się nudzić w domu, a ja mam nowych, sympatycznych sąsiadów.
                - Pani doktorowo… - Zuzanna niepewnie spojrzała na Anię. – Nie gniewa się pani, że podałam na stół te ciastka poziomkowe, które upiekłam na jutro?
                - Zuzanno – Ania ujęła pomarszczone dłonie, które tyle dobrego zrobiły dla mieszkańców Złotego Brzegu – Zuzanno kochana! Jutro razem upieczemy nowe ciasteczka! I wypróbujemy przepis na to czekoladowe ciasto! Jestem pewna,
                że w twoim wykonaniu będzie jeszcze lepsze!

                * * *

                Od tej pierwszej wizyty minęły dwa tygodnie. Teraz Nadia i Rilla maszerowały razem na pocztę, by wysłać do Montrealu dużą, szarą kopertę.
                - Wiesz, moja mama pisze opowiadania, które wysyła do wydawcy – Rilla ujawniła przyjaciółce, co jest w kopercie.
                Nadia aż zakrztusiła się bułką. Gdy złapała oddech, spojrzała na towarzyszkę
                z niedowierzaniem.
                - Jest pisarką? Prawdziwą pisarką?
                - Taką prawdziwą to chyba nie – szczerze wyznała Rilla. – Prawdziwa to taka, która pisze książki, a moja mama pisze tylko krótkie opowiadania. Potem są wydrukowane w gazecie, a to chyba się nie liczy.
                - Wiesz… - powiedziała Nadia niepewnie. – Twoja mama mi się dzisiaj śniła…
                - Naprawdę? – oczy Rilli zrobiły się okrągłe ze zdziwienia. – Co dokładnie ci się śniło?
                - Nnnoo… ja nie wiem, czy to była ona… ale tak czułam… była chuda, brzydka i nieszczęśliwa, bo nikt jej nie kochał.
                - To nie mogła być moja mama – oświadczyła Rilla z przekonaniem. – Moja mama jest zgrabna, piękna i szczęśliwa. Tata świata poza nią nie widzi, Zuzanna ją uwielbia, i my wszyscy ją kochamy. Bzdury ci się śniły i tyle!
                Nadia umilkła. W końcu sama nie była pewna, o co chodziło w tym śnie.
                W milczeniu doszły na pocztę. Kobieta, której wręczyły szarą kopertę, uśmiechnęła się do nich ciepło. Dłoń miała poplamioną atramentem, a na biurku leżał stos kartek zapisanych drobnym pismem.
                - Nowe opowiadanie, prawda? – zwróciła się do Rilli. – Pozdrów mamę ode mnie. Mam nadzieję, że za kilka dni przyjdzie odpowiedź, równie pozytywna jak poprzednie.
                - Dziękuję, panno Montgomery – Rilla była nieco onieśmielona. – A pani…. pani też coś pisze?
                - Ach – kobieta, nazwana panną Montgomery, lekko westchnęła. – Zaczęłam, ale utknęłam... Jest sierotka, której nikt nie chce…. Dobra, wrażliwa, szczera, tylko że nikt jej nie chce, a ja nie wiem dlaczego…
                - Bo nie jest chłopcem! – zawołała Nadia, zanim zdążyła uświadomić sobie niestosowność swego okrzyku. Złapała się za usta i przerażona spojrzała na pannę Montgomery. A ona utkwiła w niej przenikliwy wzrok, w którym Nadia dostrzegła nagły błysk. Jak zahipnotyzowana patrzyła w oczy kobiety, obojętna na fakt, że Rilla ciągnie ją do wyjścia. Czuła, że właśnie stało się coś bardzo ważnego, coś, co będzie miało wpływ na życie wielu ludzi. Coś, co przetrwa wiele lat i odbije się echem na całym świecie. Nie wiedziała, co to jest, ale jakąś cząstką świadomości zdawała sobie sprawę, że w pewnym stopniu jest za to odpowiedzialna. Że jej nieprzemyślane słowa, słowa, które słyszała we śnie,
                i odruchowo powtórzyła, że te słowa „bo nie jestem chłopcem” są jednymi
                z najistotniejszych słów, jakie w życiu wypowie.
                Błysk w oczach panny Montgomery powoli przygasał, kobieta wyglądała jakby wracała z bardzo daleka, albo budziła się z głębokiego snu. Odetchnęła głośno, patrząc łagodnie i z czułością w oczy Nadii.
                - Dziękuję ci, kochanie – powiedziała cicho. – Jak masz na imię?
                - Nadia – odparła dziewczynka. – Mieszkam w Blue Moon.
                - Dziękuję ci – powtórzyła kobieta. – Dziękuję ci z całego serca, Nadiu
                z Błękitnego Księżyca.


                • pi.asia NADIA z Blue Moon - część II 17.12.17, 16:26
                  PAN OCEAN


                  Nadia pokochała na Wyspie wszystko, ale najbardziej plaże, ciągnące się kilometrami połacie czerwonego piasku i skał; łąki, biegnące w dal, ku widocznemu morzu i kończące się nagle stromym urwiskiem wiszącym nad wodą; fantastyczne formy skał wyrzeźbionych przez wiatr, ocean i deszcze.
                  - Właściwie dlaczego nigdy nie kąpiecie się w morzu? – spytała Nadia Rillę. Obie dziewczynki spacerowały brzegiem, mocząc stopy w drobnych, pomarszczonych falkach.
                  - Bo to nie jest morze, tylko ocean – odezwał się nagle chłopięcy głos.
                  Odwróciły się, zaskoczone. Od strony lądu zbiegał na plażę wysoki, opalony chłopak.
                  - Jim! – krzyknęła rozradowana Rilla i pobiegła bratu na spotkanie. Złapał ją wpół, podniósł i okręcił się z nią kilka razy, aż stracił równowagę i upadł na piasek. Podniósł się, roześmiany i zapiaszczony.
                  - Ależ wyrosłaś, Pająku – zwrócił się do siostry. Ta naburmuszyła się i trzepnęła go po dłoni, ale zaraz z uśmiechem rozburzyła mu włosy.
                  - Kiedy wróciłeś? – zapytała. Chłopak zaczął coś opowiadać, a ona słuchała, potakując albo przerywając opowieść pytaniami.
                  Nadia obserwowała ich z mieszanymi uczuciami. Sama nie miała rodzeństwa, więc fascynowały ją relacje między Jimem a Rillą. Z drugiej strony – była troszkę zazdrosna. Oto przyjaciółka nie jest już wyłącznie jej, tylko należy także do tego chłopaka, który jej wyraźnie dokucza i uważa się za kogoś lepszego tylko dlatego, że jest starszy.
                  Odwróciła się i zaczęła wracać po własnych śladach, już prawie zatartych przez fale.
                  - Nadia, zaczekaj! – Rilla biegła ku niej, ciągnąc chłopaka za rękę. – To jest mój brat. Jim jest najstarszy z nas wszystkich, właśnie wrócił z Avonlea.
                  - James Mateusz Blythe, do usług, jaśnie pani – chłopak złapał dłoń Nadii
                  i nieoczekiwanie ją pocałował, zginając się w parodii dworskiego ukłonu. Dziewczynka poczerwieniała i wyrwała rękę.
                  - Jim, nie wygłupiaj się – powiedziała Rilla ostro. Wyglądało na to, że nie spodobało się jej zachowanie brata. – To moja przyjaciółka, nie musisz się zgrywać. Wybacz, Nadiu, niby jest najstarszy, ale czasem zachowuje się jak dzieciak.
                  Chłopak lekko się speszył.
                  - Przepraszam – powiedział cicho. Zaraz jednak poweselał. – Mama prosiła bym cię odszukał, bo z okazji naszego powrotu urządza uroczystą kolację.
                  Rilla zerknęła na Nadię, ta utkwiła wzrok w przybrzeżnych kamieniach.
                  - Wiesz, braciszku… - zaczęła niepewnie Rilla. – W zasadzie to ten wieczór planowałyśmy spędzić razem…
                  Jim palnął się w czoło otwartą dłonią.
                  - Co za gapa ze mnie! – wyznał. – Nie powiedziałem, że mama kazała odszukać was obie! Bo ty – zwrócił się do Nadii – też jesteś zaproszona. Bez obaw – uniósł dłoń, jakby uprzedzając protest dziewczynki - moja mama poinformowała twoją mamę, że cię do nas zaprasza, a po kolacji nasz tata odprowadzi cię do domu, razem z nami, oczywiście.
                  - Wspaniale! – rozradowana Rilla spojrzała na Nadię. – Zobaczysz, do jakich cudów zdolna jest Zuzanna, gdy wszyscy są w domu! To świetna kucharka,
                  ale w takie dni przechodzi samą siebie. I poznasz Waltera, Nan i Di! Chodźmy!

                  * * *
                  Złoty Brzeg rozbrzmiewał tego wieczoru radosnymi głosami wszystkich jego mieszkańców. Nadia miała wrażenie, że nawet ściany i meble są uśmiechnięte i szczęśliwe. Obserwowała Jima, siedzącego obok ojca i półgłosem rozmawiającego z nim o planach na przyszłość. Od Rilli wiedziała, że Jim idzie w ślady ojca i wybiera się na medycynę, a najbardziej fascynuje go chirurgia. Obserwowała Nan i Di, siedzące po obu stronach pani Blythe i tulące się do niej jak dwa kociaki. Była zdumiona, że bliźniaczki mogą być aż tak niepodobne do siebie. Di wyglądała zupełnie jak młodsza kopia matki, Nan miała ciemne włosy i oczy ojca. Zupełnie odmienny typ urody prezentował Shirley – ciemnowłosy, czarnooki, o ciemnej, opalonej twarzy, wyglądał jakby pochodził z innej rodziny.
                  Jednak najbardziej podobał się Nadii Walter, ukochany brat Rilli, marzyciel o ogromnych szarych oczach. Jako jedyny nie traktował dziewczynek jak dzieci, z którymi nie można poważnie rozmawiać. Wypytywał Nadię o wrażenia z pobytu na Wyspie, wymieniał miejsca, które koniecznie powinna zobaczyć, a nawet zaproponował wspólną wyprawę do Wymarzonego Domku i Latarni Kapitana Jima, z której rozciągał się najpiękniejszy widok na wybrzeże. Nadia była oczarowana, wspólnie z Rillą zaczęły już ustalać termin wycieczki.
                  - I może wreszcie uda ci się zobaczyć zielony promień słońca – odezwał się znienacka Jim, przerywając rozmowę z ojcem.
                  Przy stole zapadła cisza. Walter poczerwieniał.
                  - Zielony? – spytała Nadia z niedowierzaniem. – Jak to?
                  - Walter gdzieś wyczytał, że czasem o zachodzie słońce wysyła zielony promień. Problem w tym, że nikt z nas nigdy go nie widział, a mieszkamy na Wyspie od urodzenia i widzieliśmy wiele zachodów słońca – wyjaśnił Jim.
                  - Teoretycznie to możliwe – odezwał się doktor. – Tyle że promienie muszą się załamywać pod szczególnym kątem, i w zasadzie jest to zjawisko czysto hipotetyczne.
                  - Ale jakiż to piękny pomysł – pani Blythe włączyła się do rozmowy. Walter rzucił jej spojrzenie pełne wdzięczności. – Może zielony promień słońca to symbol czegoś, do czego dążymy, celu naszych marzeń… Tak rzadki, że prawie nieistniejący, podobnie jak błękitny księżyc…
                  - Jak to „nieistniejący”?! – wyrwało się oburzonej Nadii. – Błękitny Księżyc istnieje! Przecież ja w nim mieszkam!
                  Chóralny wybuch śmiechu zagłuszył jej dalsze słowa. Pani Blythe spojrzała na dziewczynkę ze słodyczą.
                  - Nadiu, Nadiu z Błękitnego Księżyca… Poezja w twoim życiu jest dla ciebie czymś tak oczywistym, jak powietrze, którym oddychasz. To cenny dar, i nie każdemu dany. Jak dobrze, że przybyłaś na Wyspę. Mam… mam wrażenie, że dzięki tobie my wszyscy też coś otrzymamy od losu.
                  Nadia, onieśmielona, pochyliła głowę. Nikt już się nie śmiał.
                  - Aniu, kochanie. Robi się późno – doktor Blythe zerknął na zegarek i wstał. – Najwyższy czas odprowadzić młodą damę do domu. Jim, Walter, idziemy!

                  * * *

                  - Tu, na Wyspie, mam dziwne sny – zwierzała się Nadia Rilli kilka dni później. Obie dziewczynki siedziały na małej ławeczce przed Wymarzonym Domkiem jedząc zabrane na wyprawę kanapki.
                  - Co ci się śniło tym razem? – Rilla zwróciła w stronę przyjaciółki zaciekawiony wzrok.
                  - Byłam… byłam jakoś dziwnie ubrana, to znaczy może nie dziwnie ale tak jakoś bardzo biednie; miałam słomkowy kapelusz i warkoczyki…
                  - I co w tym dziwnego? – w głosie Rilli zabrzmiało rozczarowanie.
                  - Czekaj, bo to nie koniec. Stałam na ganku jakiegoś domu, przede mną stali jacyś ludzie, pytali jak mam na imię, a ja mówiłam, że Ania, ale żeby nazywali mnie Kordelią.
                  - Przecież to bez sensu! – oburzyła się Rilla. – Dlaczego tak powiedziałaś?
                  - Sama nie wiem. I w dodatku ci wszyscy ludzie byli jacyś tacy… nienormalni chyba. Kobiety z gołymi głowami, w spodniach, w jakichś swetrach, krótko ostrzyżone…
                  - W spodniach? – Rilla wyglądała na wstrząśniętą. – Z gołymi głowami? Niemożliwe!
                  - No właśnie dlatego mówię, że te sny są dziwne. I ja w nich też jestem dziwna. Niby jestem sobą, ale nie zawsze.
                  - Nie myśl o tym – Rilla zerwała się z ławeczki. – Chodź, chłopcy nas wołają, idziemy do latarni Kapitana Jima!

                  • pi.asia Re: NADIA z Blue Moon - część II 17.12.17, 16:32
                    Tu konieczna jest informacja - prawdziwa Nadia przez jeden dzień miała zaszczyt witać turystów w Muzeum Ani z Zielonego Wzgórza. Była piegowata, miała dwa warkoczyki, słomkowy kapelusz i sukienkę z epoki Ani Shirley. Na pytania turystek (w swetrach, spodniach i z gołymi głowami) jak ma na imię, odpowiadała że Ania, ale żeby nazywać ją Kordelią. Bernadeta opisała to na blogu i zilustrowała stosownym zdjęciem. Musiałam wykorzystać tę piękną historię smile
                    • aankaa Re: NADIA z Blue Moon - część II 17.12.17, 19:35
                      a może link do tego bloga ?
                      • pi.asia Re: NADIA z Blue Moon - część II 17.12.17, 20:10
                        aankaa napisała:

                        > a może link do tego bloga ?
                        >

                        Mówisz i masz Kierunek Avonlea
    • zaba_300 Re: napisałam książkę 19.12.17, 17:48
      Też obie wersje proszę.
    • zew-is Re: napisałam książkę 20.12.17, 11:50
      Wow, duża rzecz, gratuluję! smile Jesteś kobietą wielu talentów!
      • dorcia1234 Re: napisałam książkę 20.12.17, 19:07
        ja już kiedyś Asiu mówiłam żeśw wielka- pamiętam twoje opowiadanie fantasy. A książkę napisać może każdy, wydać też- ale nie każego da się czytać ( czego dowodem niech będzie moja siostra, która popełniła powieść w bardzo grafomańskim stylu...)

Nie masz jeszcze konta? Zarejestruj się


Nakarm Pajacyka