mariner4
01.06.14, 12:50
Marynarski biznes
Na FK jedna pani, także tutaj obecna postawiła min taki zarzut
więc trochę o tym
Narosło wiele legend na ten temat.
Czy marynarze handlowali w czasach PRL? Tak, ale oczywiście nie wszyscy.
Może najpierw realia. Był tzw dodatek dewizowy. 4 strefy o różnych stawkach zróżnicowanych także wedle stanowisk na statkach.
Było to od około 1 USD do około 4 USD dziennie, poza krajem. Jako praktykant pokładowy miałem 10 centów dziennie.
Nawet za najwyższa stawkę dzienną, w Europie Zachodniej nie można było pójść do kina. Bilet był droższy.
Jeżeli marynarz odłożył w miesiącu 30 USD ok 3000 zł w/g kursu czarnorynkowego, to sprzedając to na czarnym rynku miał drugą pensję.
Jako 3 oficer miałem 2600 zł pensji + nadgodziny i dodatki. Pokusa, aby to nieco rozmnożyć była więc silna..
Najpierw trzeba było się dostać na "garbaty" statek, czyli taki który pływał w b. krótkim zasięgu. Najlepiej na tzw "most węglowy", czyli mały masowiec wożacy polski węgiel do duńskich elektrowni.
"Sołdek" stojący teraz na Motławie w Gdańsku okrężny rejs robił w ok 30 godzin. Było to zwykle kilkanaście rejsów w miesiącu. Przywożąc tylko to co wolno można było dużo zarobić.
Ale tam się dostać? Trzeba było mieć tzw "garba", czyli znajomości, być mocno partyjnym, albo TW Urzędu Celnego, albo TW SB, dawni wojskowi, albo po prostu wżenić się z firmę, czyli panienkę z biura.
Najlepiej było zostać na takim statku sekretarzem OOP PZPR, delegatem związkowym, albo przewodniczącym organizacji młodzieżowej. To dawało 2letnią kadencję i z urzędu prawo do powrotu po urlopie.
Normalny marynarz po urlopie szedł zwykle na inny już statek. Mafie przemytnicze pływały na tych statkach latami. Porobione mieli skrytki, tzw "dziuple". Nie dało by się tego robić bez cichego przyzwolenia dyrekcji firmy i poprzednio wymienionych instytucji. Zasiedzenie sprzyjało układom z odbiorcami. Korzystali z tego także skorumpowani pracownicy administracji armatora.
Handlowano różnie, na różnych kierunkach. Do Danii wożono alkohol i papierosy, Za to kupowano tzw "grzbietówkę", czyli po jednej sztuce ciuchów wszystkich rodzajów. Marynarz wynosił to na sobie, co było wolno. Taki strój nazywano "cebulką", z racji warstw odzieży wszelakiej.
Do UK przemycano alkohol i papierosy. Do Włoch aparaty fotograficzne radzieckiej produkcji, gdzie kupowano złote wyroby. Pamiętam nawet relację "Zenit E" dawali 40-45 tych lirów. 1 gram złota w wyrobach ok 1600. Wożon0 tam też skóry lisów.
Pamietam aferę. Wtedy na rufie statku był śmietnik w kadłubie statku z zasuwą za burtę, którędy wywalano śmieci za burtę. (Teraz oczywiście tak nie wolno.) Po wyjściu z Gdyni bosman z marynarzami wypłukali odpady za burtę. Razem ze schowanymi tam skorkami lisów, które ktoś tam schował!
Powtarzam. Marynarz bez układów bujał się gdzieś daleko po świecie i szans na handel miał mały, albo wcale. jak coś dorobił to na bieżące wydatki.
W/w "Sołdek" był jednym ze statków przemytniczych. Zasiedziałe załogi i "zaplecze" lądowe sprzyjały zjawisku mafijności.
Bez układów było to zajęcie ryzykowane. W razie wpadki wylatywało się z pracy. chyba że ...."garb". Najlepsze było tzw "stado wielbłądów w ministerstwie"
Od czasu do czasu przy okazji jakiejś wpadki celnej statku i karami nałożonymi na statek, dyrekcja się budziła i wysyłała na statek okólniki straszące konsekwencjami przemytu i karami. Pamiętam jak to przyszło do nas telegraficznie na środek Oceanu Indyjskiego. Nie muszę chyba dodawać jakie joby poszły na dyrekcję za ich totalną hipokryzję.
Byliśmy wtedy w 6 miesięcznym rejsie i tam jakiekolwiek interesy nie miały miejsca. Nie ten statek i podróż ( na statku raczej używa się słowa podróż, niż rejs). Takie rejsy i takie statki traktowano niemal jak zesłanie
Za PRL był taki facet na statku, co był ochmistrzem. To taki intendent. W 1992 roku ostatecznie to zlikwidowano. O jego obciążeniu pracą najlepiej świadczy fakt, że po likwidacji tego etatu i przerzuceniu jego zadań na kapitana i trochę na kucharza, okazało się, że
zajmuje mi to ze 4 godziny w miesiącu! Płace, rozliczenie prowiantu, przygotowanie dokumentów na odprawy portowe itp, czyli papierkowa robota
Jednym słowem ochmistrz prawie nic nie robił! Był jednak liderem szmuglerów. Kim oni byli? Grupa bardzo zaśmiecona byłymi milicjantami, celnikami, pracownikami biura, którzy podpadli. Tylko czasem byli "normalni"
To stanowisko ma uzasadnienie na pasażerach, Ale na frachtowcu z 25 osobową załogą? W WSM w Gdyni otwarto nawet taki wydział. (Już nie istnieje). Niektórzy absolwenci znaleźli nawet niezłe zatrudnienie na wycieczkowcach.
Ale u polskich armatorów? Byli to najczęściej ludzie przypadkowi. A mieli rangę kierowników działu. Były 3. Dział pokładowy z kierownikiem, st. oficerem, maszynowy ze st. mechanikiem i hotelowy z właśnie ochmistrzem. Ja go nazywałem "kierownikiem załogi toaletowej" co wzbudzało jego furię i pisanie skarg na mnie do biura.
"Ostatni Ochmistrz Rzeczpospolitej", to słynna w PŻM postać. Teraz działacz panny "S". Ten to umiał się urządzić! Pensja, gratyfikacje. Premier to przy nim pestka! PiS do dziesiątej potęgi!
Jak ktos był obrotny, to mógł dorobić. Ale nie wszyscy do tego się nadawali.
Były rózne biznesowe "mody". Czas zegarków. Woziło się "Atlantiki" "Delbany". "Doxy". Były płaszcze ortalionowe i potem ortalion i laminaty ("papa"), peruki ("skalpy"), reklamówki plastikowe i wiele innych
Skończyło się to kiedy statki przestały pływać w oparciu o porty krajowe. Na statek leci się samolotem i samolotem się wraca a limit bagażu 40 kg ( nasze bilety mają wyższy, bo na przykład trzeba ciuchy na wszystkie strefy klimatyczne) i pory roku) i tak na wiele nie pozwala.
W 1989 roku dostaliśmy paszporty do ręki. Na zawsze! i to był przełom. Marynarz to prawdziwy wolny zawód w skali świata. Pracę było łatwo znaleźć. Polska flota prawie stanęła z powodu uciec. Podniesiono 2 razy płace, w końcu do niższego poziomu światowego. Na to trochę niższe wynagrodzenie mozna było sobie pozwolić z powodu znacznie wyższego komfortu pracy.
Zmieniły się relacje. Jako młody oficer zarabiałem około 5000 zł, czyli w/g kursu rynkowego USD około 50 USD + ok 40 USD dodatku dewizowego.
Najtańsza brandy w Kanale Kilońskim "Chevalier"("Porucznik"- bo***, "śmierć marynarza") kosztowała 29c. W UK dawali kilka funtów. To była pokusa. Dzisiaj to nic nie znaczy. Teraz albo kontener przemytu, albo nic. Poza tym porty w związku z terroryzmem są mocno strzeżone. No najważniejsze nie ma już motywów ekonomicznych tego procederu.
Koszty załogowe dramatycznie wzrosły polskim armatorom. Organizacja pracy pozostała znacznie w tyle. Groziło bankructwo. Prawo pracy było wykańczające dla armatorów. No to przerejestrowano statki pod obce bandery. Pod polską nie mają szans się utrzymać.
Pod obca banderą marynarz sam musi zapłacić sobie np ZUS (jak chce). Pod polską płaci armator. Żeby więc tyle samo dostać na rękę, pod polską banderą musiałoby być dużo więcej.
Chronią nas konwencje o unikaniu podwójnego opodatkowania. Marynarz płaci podatek dochodowy (a właściwie armator w jego imieniu) gdzieś na Bahama i jest spokój.
W Polsce wchodzi to tylko do podstawy opodatkowania i na przykład zarabiając dodatkowo w kraju wchodzi się do wyższego stopnia skali podatkowej.
Tak jest na całym świecie.
Permanentna izolacja od domu ma swoją cenę.
Jak mi się będzie chciało to napiszę jeszcze o tych w końcu mało znanych sprawach.
Aha! Związany z tym "zawód" cinkciarza. Skąd ta nazwa? Kiedyś słyszałem w TV, że to od dawania "cynku" (uprzedzania np o milicji)). Nieprawda. Za obcymi marynarzami ("bojkami") biegali handlarze walutami i po cichu oferowali swoje usługi: "cińć many" (od "change money"). To jest źródło tej nazwy. Najpierw nazywano ich "cińciarzami" a potem zamiennie"cinkciarzami"
M.