sellaronda
03.12.09, 21:30
moi rodzice mają poważny kryzys małżeński, który nie wiadomo, czy
nie zakończy się rozpadem ich małżeństwa.
mama ma romans, straciła głowę dla jakiegoś faceta i od kilku
miesięcy trwa farsa - mieszka z ojcem w domu, a przebywa wiecznie
poza domem spotykając się z tym facetem. ojciec chce ratować
rodzinę, cierpliwie czeka. tyle tytułem wstępu.
moim problemem są obecne relacje z matką. kocham ją, kiedyś byłyśmy
bardzo zaprzyjaźnione. nie akceptuję tego co robi. nie akceptuję też
tego, że robi masakrę "w białych rękawiczkach" tzn. nie zdecydowała
się odejść - wyprowadzić i zacząć żyć z tym facetem - czyli nie
podjęła jak na razie ryzyka i nie rzuciła się na głęboką wodę. tylko
mieszka w domu, ojca wyprowadziła z sypialni do innego pokoju,
oficjalnie komunikuje, że to koniec, bo ona z ojcem już nie będzie
żyła, ale poza tym jest tak jakby "powierzchniowo" bez zmian. ojciec
jest zdeterminowany do walki, ale widzę, że cierpi, czuje się bardzo
rozgoryczony i samotny. matka próbuje winę przerzucić na cały świat,
w tym na ojca - jak może próbuje uniknąć przyjęcia na siebie
odpowiedzialności za to, co robi.
no a ja przez to, że nie potrafię zaakceptować tego co robi matka +
jej sposób ogarniania tego tematu wydaje mi się dość żenujący i bez
klasy, nie potrafię sobie ułożyć z nią relacji. unikam kontaktu.
byłyśmy blisko, a teraz wszystkie rozmowy wydają mi się puste i bez
znaczenia. rozmowy o błahostkach wydają mi się głupie w obliczu
poważnej sytuacji rodzinnej. o tej sytuacji też nie ma co rozmawiać,
bo wszystko już zostało powiedziane + to sprawa moich rodziców, a
nie moja. a ja niby wiem, że każdy ma prawo decydować za siebie tak,
jak uważa za stosowne + że relacje matki z ojcem nie powinny mieć
wpływu na relacje każdego z rodziców z dorosłymi dziećmi, ale - gdy
to są tak bliskie osoby - mój ogólny światopogląd jakoś się
wykrzywia. nie mogę się pogodzić z tym, że nasza fajna rodzina się
sypie + mam do matki żal i - niezależnie od jej ewentualnych
motywacji, nowych celów i zapatrywań życiowych, które mogę nawet w
teorii rozumieć - nie potrafię myśleć o tym chłodno i racjonalnie +
odciąć się od tematu i zachowywać jak zwykle. z drugiej strony nie
chcę też, żeby czuła się nie akceptowana i odrzucona. bo ja jej nie
odrzucam, odrzucam tylko tę sytuację, która się teraz dzieje -
jeżeli takie rozgraniczenie ma jakikolwiek sens.
wie któraś, jak sobie z tym poradzić i jak ogarnąć temat?
Pani Agnieszko? dać sobie czas i zachowywać się tak, jak aktualnie
czuję, czy zmuszać się do miłych telefonów do poszczególnych
członków rodziny - tak, żeby wszyscy byli zadowoleni?