pollyanna-ja
21.06.10, 12:59
Witam wszystkich. Przeglądając historię tego forum, znalazłam kilka
podobnych historii, ale zdecydowałam się napisać o swoich rozterkach.
Mianowicie - po około półrocznym rozstaniu z wieloletnim partnerem,
zastanawiam się, czy warto próbować odbudować nasz związek. Mam 30
lat, on 29. Byliśmy razem ponad 6 lat, oczywiście było różnie,
lepiej i gorzej. Nie chcę koloryzować, były cięższe chwile, ale było
nam razem dobrze - do czasu. Przed rozstaniem nadszedł czas małych
kłótni i nieporozumień, zaczęliśmy się oddalać, każdy na swój
sposób - ja dużo podróżowałam, spotykałam się ze znajomymi, ale na
jego wyjścia patrzyłam się źle. On ponoć czuł się jak w klatce.
Doprowadziło to do zdrady (spał z nią kilkakrotnie). Mimo to chciał
ze mną zostać, bo wg jego słów zdrada była udowadnianiem sobie, że
może żyć "swoim życiem".
Rozstanie mieliśmy dość burzliwe. Po okresie przerwy doszło do
konfrontacji, odkryliśmy, że świetnie spędzamy razem czas i dobrze
się dogadujemy. Spotykamy się nawet parę razy w tygodniu,
wyjechaliśmy razem na weekend. Mamy o czym rozmawiać, śmiejemy się z
tych samych rzeczy. Ale to wszystko na płaszczyźnie kolega-
koleżanka. On trzyma dystans fizyczny, ponieważ po rozstaniu ze mną
związał się z dawną koleżanką. Mówi, że odkrył, że jest głupiutka i
pusta i oprócz wspólnych wizyt w siłowni (to jest jego ulubione
zajęcie, a ja nigdy nie chciałam mu za bardzo towarzyszyć) nie mają
wspólnych zainteresowań. Mimo to ich związek trwa, a ja
jestem "odwróconym" trójkątem - z nią sypia, a do mnie ucieka jak do
kochanki, z tym że tylko w celu wspólnego spędzania czasu, rozmów,
wyjazdów. Twierdzi, że musi się przekonać, czy możemy jeszcze być
razem. Ale mnie to mierzi, chciałabym bliższej więzi fizycznej, a
dopiero jeśli będę wiedzieć, że jestem jedyną kobietą w jego życiu,
na tej bazie mogę dalej coś budować. To jest typowy konflikt
interesów, którego nie możemy rozwiązać. Na dodatek on za bardzo nie
chce o tym rozmawiać, mówi, że musimy pozwolić rzeczom się toczyć.
Dla mnie to ciężka sytuacja - po zdradzie wyobrażam sobie, że
mężczyzna powinien się bardziej starać, przepraszać, zabiegać. Wiem,
że to naiwny stereotyp, ale gdzieś we mnie zaklęty. Mam wrażenie, że
to ja muszę się wykazywać większym zrozumieniem i cierpliwością.
Przeszkadza mi to, ale z drugiej strony wiem, że gdyby nie chciał
znów ze mną być (albo próbować), to na pewno nie chciałby się
spotykać. Nie wiem, ile ta sytuacja może jeszcze trwać. Nie mogę być
zazdrosna o jego obecną "partnerkę", ponieważ nie jesteśmy razem.
Mimo to bardzo mi to przeszkadza. Czy to jest tylko żądza
posiadania? Nie wiem, jak mam dalej postępować. Kazać mu wybrać nie
mogę, bo wiem, że żądanie radykalnego rozwiązywania tej sytuacji
tylko go wystraszy. Czekać? Nie wiem, jak długo - przeszkadza mi to
czekanie, a on powtarza, że musimy się przekonać i zobaczymy, jak
się wszystko potoczy. Dodatkowo nie podoba mi się, że on ją okłamuje
(np. przy wspólnych weekendowych wyjazdach wymyśla jej różne
historie). Oni nie mieszkają razem, spotykają się 3-4 razy w
tygodniu (np. wieczorna siłownia + ew. wieczór u niego...), ponoć
oboje nie stawiają tego związku jako swojego priorytetu. Mimo to nie
chcę widzieć, jak kłamie - wiem, że mnie szanuje bardziej, ale to
przecież może oznaczać, że i mnie będzie w stanie okłamywać... Co
mam myśleć? Tak jak wspomniałam, dogłębna rozmowa i analiza naszej
sytuacji z jego strony nie jest możliwa (ucieka przed tym). Mam się
wycofać? To, że się nie może zdecydować, interpretować jako ucieczkę
od odpowiedzialności i zachłyśnięcie się tą "swobodą", której przy
mnie nie miał? Czy brać za dobrą monetę to, że wciąz chce mnie
widywać (a czas znajduje z trudem - więc doceniam to, że się stara),
że dobrze nam razem, że chce być pewien, że nam się uda... i dopiero
potem stworzyć parę?
Wiem też, że obecna sytuacja może przypominać nasz związek przed
rozstaniem - tzn. on chce większej swobody, a ja na niego naciskam.
Ciężko jednak z nim to przedyskutować, jeśli "poważne" rozmowy chce
zostawić aż na "potem", przy czym ja wolałabym odwrócić tę
kolejność - najpierw opracować jakiś plan, przedyskutować wszystko,
a dopiero potem próbować być razem...
Co myślicie? Czy da się w tej sytuacji znaleźć rozwiązanie?