emilia25
06.04.11, 23:54
Witam,
Czy Któraś z Was spotkała się z takim twierdzeniem: seks ( w małżeństwie) jest zaspokajaniem potrzeb własnego EGO i aby w pełni się rozwijać duchowo trzeba z niego zrezygnować i ćwiczyć dyscyplinę.
Jestem w małżeństwie 10 lat, pierwsze lata i pojawienie sie dziecka było generalnie docieraniem się , mąż był obojetny na moje potrzeby, nieobecny nie miał dobrego kontaktu z dzieckiem, taki powiedzmy pracoholik. Od roku coś się zmieniło, bardzo mocno uwierzył w Boga, stał się dla mnie lepszy, pomaga mi w każdej chwili. Urodziło nam się drugie dziecko , kontakt z nim ma wspaniały, nosi Go tuli, całkiem inaczej niż wcześniej, mówi ciągle że nas kocha.
W zeszłym tygodniu powiedział mi to co napisałam na początku postu, Jak ja ma się ustosunkować do tego? Nasze pożycie może nie było ponętne i udziwnione ( nigdy nie oczekiwaliśmy od siebie jakiś ekstrawagancji). Ale było ok, może ja nie miałam tak często ochoty jak On ale dogadywaliśmy się. Od jakiegoś miesiąca nasze życie wygląda mniej więcej tak: w dzień praca, przychodzi do domu, jest uśmiechnięty, wygląda i mówi że jest szczęśliwy, bawi się z dziećmi, a jak dzieci pójdą spać idzie do swojego pokoju i pracuje do późnej nocy. Praktycznie nie przytulamy się a wieczory spędzam sama. Zasypiam codziennie sama.. Nawet nie mam szansy coś zadziałać w tym kierunku...Nie podejrzewam zdrady, raczej tego że jest ambitny i pragnie rozwoju duchowego bardziej niż chyba naszego małżeństwa...Jeszcze nie dawno usłyszałam że kocha mnie bardziej niż mi się wydaje.
Mimo tego czuję że coś jest nie tak...czuje się samotna , opuszczona, mimo że mąż jest dla mnie dobry...dla mnie sfera seksu nie jest czystym zaspokajaniem potrzeb tylko dawaniem siebie innej osobie, ta czułość i bliskość jest dla mnie ważna. Co powinnam zrobić? naciskać? prosić o wyjaśnienie? czy odpuścić i czekać jak się potoczy nasze życie?