63_wendy
09.05.12, 16:22
Pisze na forum bo już sama nie wiem, co mam robić.
Dowiedzieliśmy się z mężem, że nasze nastoletnie dziecko bierze narkotyki. Nie chce się leczyć. Byliśmy w poradni leczenia uzależnień, psycholog kazała stosować tzw. twardą miłość, nie wpuszczać do domu, nie dawać pieniędzy. I mamy się tego oboje konsekwentnie trzymać, bo tylko tak, zdaniem pani psycholog, możemy uratować dziecko przed śmiercią. I być nieubłaganym, bo inaczej stracimy dziecko szybciej, niż myślimy.
Mąż zgadza się z tym, ja... nie potrafię. Nie potrafię własnego dziecka wyrzucić za drzwi. Jak nie wpuszczę do domu, myślę całą noc, co się dzieje, gdzie śpi, co robi. Dla mnie jest dwa razy bardziej zagrożone śmiercią na dworze, będąc naćpanym do nieprzytomności, niż w domu. Mąż kłoci się ze mną ciągle o to, mówi, że przy moim podejściu dziecko szybciej w grobie wyląduje, niż poprosi o leczenie.
Ja sama nie wiem, co mam już robić. To chyba jest najgorsza rzecz i decyzja, jak własnemu dziecku każe się wynosić z domu. Nie potrafię czasami, dosłownie nie potrafię.
Nie wiem, kto z nas ma rację. Ja już nie mam siły czasami, nie mam takiego silnego postanowienia, że: nie, nie wchodzisz, i koniec. I nie wiem, co dalej robić. Czy faktycznie ta twarda miłość jest taka dobra i skuteczna.