emil_ka2
26.11.12, 03:34
Czytam Was bardzo dlugo i widze ze sa ludzie ktorzy potrafia trzezwo ocenic sytucje bardzo bym chciala zebyscie napisali co o tym sadzicie, tylko nie linczujcie, nie mam sil juz sie bronic. Prosze rowniesz o wypowiedz Pani Psycholog. Postaram sie opisac moja sytuacje tak zeby miala lad i sklad.
Jestem z mezem 10 lat, mamy dwoje wspanialych dzieci, najmlodsze ma ponad dwa miesiace, starsze dwa latka. Jestesmy za granica od dobrych kilku lat, bywalo roznie, nie ukrywam ze jestesmy dwoma kompletnie innymi osobami z kompletnie roznymi pogladami na zycie, ale jak by nie bylo dotrwalismy do tego momentu i nagle czas stana w miejscu... poklocilam sie z mezem, jak zwykle o pomoc przy dzieciach, chwile dla siebie, o zalatwianie spraw za moimi plecami ze swoja rodzina, o podejmowanie decyji, ktore uwazam ze powinien najpierw ze mna przedyskutowac. Tego dnia obiecal mi pomoc, oczywiscie dziamgalam i dziamgalam ale bylo mi juz za ciezko, siedze z dziecmi 24/6 moj odskok to zakupy raz na tydzien... a tak dom, dziecie i reszta domowych obowiazkow. Moj M pracuje,czasami ma nadgodziny i rozumiem ze jest wtedy zmeczony, ale nawet jak pracuje normalne godziny to tez jest zmeczony... moim zdaniem malzenstwem. Dzieci mamy planowane. Zmeczony moim dziamganiem, proszeniem,placzem, dziecmi i stara juz zona.
Owego dnia sie poklocilismy, on powiedzial ze chce sie przespac i jak sie przesmi to mi pomoze to bylo juz po klotni, po godzinie obudzilam go i powiedzialam ze juz jestem bardzo zmeczona i potrzebuje jego pomocy, to za 15 minut, ok po 20 minutak bylam juz zla i powiedzialam stanowczym glosem, ze jak cos mowi to niech bedzie konsekwentny i wstanie mi pomoze, a on cos pogadal zly ze go budze i odwrocil sie ode mnie nie sluchajac i nie odzywajac sie wogle. Podeszlam i zlapalam go za rami a on wstal i uderzyl mnie w twarz, mocno, na tyle ze polecialy mi lzy i bylam w szoku. Wszystko to widziala nasza corka, przyszla do mnie na kolana i mocno przytulia. On zaczal mnie wyzywac i mowic ze sobie zasluzylam, moze nie bylam bez winy, a raczej na pewno, ale takiego bolu nie zaznalam juz dawno. Zaczal mnie szantazowac ze mnie zniszy, ze zabierze mi rzeczy. Nie wiedzialm co zrobic i zadzwonilam na policje. Przyjechali i zabrali go. Nie wnioslam oskarzenia ale mimo to poszlo z uzedu i ma zakaz kontaktowania sie. Myslalam ze mina dni a on zateskni, zrozumie ze to co zrobil bylo nie na miejscu. Nie kontaktowal sie ze mna bo stwierdzil ze jak sie odezwie to moge go posadzic. Poczulam sie urazona totalnym brakiem zaufania i robieniem ze mnie potfora. Przez te dni nie zapytal sie nawet przez kogos jak sie czuja dzieci jak sobie radzimy. Nadal byl wredny i chamski.
Slysze zebym nastawila sie na koniec tego malzenstwa i szla do przodu, nie ukrywam ze kocham go i ciezko mi bez niego, wyciagnelam wnioski z tej lekcji i wiem ze tez powinnam sie zastanowic nad swoim zachowaniem i pojsc z nim na terapie jezeli nam zalezy na nas i dzieciach. Oddalam mu wszystkie rzeczy ktore potrzebowal, wyslalam mase wiadomosci ze tak wyszlo,ze jest mi przykro, ze skoro kochal dzien wczesniej to czemu tak sie zachowuje i czemu nie szuka kontaktu. Wydaje mi sie ze jestem glupia idac mu na reke bo moge jeszcze plakac. Po cichu licze ze sie opamieta,ze zaplacze za nami. Wiem ze wiele jest podobnych watkow, ale musialam sie wygadac. Dziekuje