kinga363636
19.03.13, 13:59
Mam, nadzieję, że spojrzycie na to wszystko co tutaj napiszę obiektywnym wzrokiem i napiszecie mi co Wy myślicie, bo ja już nie wiem co robić.
Pochodzę z rodziny, w której piło się alkohol, gdzie ojciec lał matkę, były np. takie sceny, gdzie ojciec kazał matce skakać przez okno z czwartego piętra i stawiał ją na parapecie na moich oczach. W nocy albo były imprezy albo awantury. Jak imprezy to oczywiście pijackie śpiewy i hałasy. Na moje prośby o ciszę słyszałam odpowiedź od mojego ojca w stylu ”Jak ci się ku... chce spać to śpij”. Jak bił matkę to nie wolno nam było wyjść z pokoju, ja wkładałam głowę pod poduszkę i zaciskałam uszy, aby tego nie słyszeć. Nas też lał, z tym, że mojego brata traktował lepiej. Brat mi to nawet kiedyś powiedział, że „miałam przerąbane”. W zasadzie do 6 roku życia wychowywała mnie babcia, u niej mieszkałam, potem musiałam iść do zerówki, przeprowadziłam się do moich rodziców i zaczęło się piekło. Jestem typowym dzieckiem z „wpadki”, moja matka urodziła mnie nie skończywszy 20 lat. Chociaż moja matka mówi, że mnie ulęgła, no ale... . Dobrze, że wszystkie weekendy, ferie, wakacje, święta spędzałam u babci, więc miałam namiastkę w miarę normalnego domu, chociaż mój dziadek był alkoholikiem, więc też nie było lekko. Gdy skończyłam 19 lat, wyjechałam kilkaset kilometrów dalej, skończyłam studia, pracuję, mam męża, dwójkę dzieci. Na początku pomagała mi babcia, potem pracowałam i sama dawałam sobie radę. Z nimi nie mieszkam już 18 lat. Przez te wszystkie lata było „normalnie”, tzn. rzadko tam jeździłam, jak jeździłam to wiecznie słyszałam pretensje, wyzwiska, typu jesteś kurwą, ku...sz się tam, twoim psim obowiązkiem jest robić to co ja ci każę. Chodziło o to, że miałam tam z nimi na tej wsi mieszkać i robić to co oni chcą. Przed rodziną, znajomymi mnie obgadywali, wyśmiewali. Nie raz słyszałam od wujka, czy cioci, abym sobie z nimi dała spokój, bo oni wygadują na mnie takie rzeczy, że aż się nie da słuchać, a ja mam rodzinę, dzieci, więc mam dla kogo żyć. Jakieś cztery lata temu przestali się do mnie w ogóle odzywać, nie odbierali telefonów, jak spotkaliśmy się u rodziny to nie rozmawiali ze mną. Pamiętam sytuację kiedy byłam na początku ciąży i w Boże Narodzenie przy stole u cioci powiedziałam o tym głośno, oni udawali, że nie słyszą. Olali mnie po prostu. Brat też do tego Bożego Narodzenia utrzymywał ze mną kontakt, nawet mnie zaprosił do siebie, a po tych świętach przestał ze mną utrzymywać kontakt, nie dzwoni, jak ja zadzwonię to oddaje słuchawkę bratowej, bo on nie ma czasu rozmawiać. Zapraszaliśmy ich do siebie przez te trzy lata, ciągle się czymś wykręcali i ani razu nie przyjechali zobaczyć dziecka. Po urodzeniu syna, mąż zadzwonił do moich rodziców, aby o tym powiedzieć, a oni przez trzy lata nie przyjechali zobaczyć wnuka. Kilka tygodni temu umarł mój dziadek. Pojechaliśmy na pogrzeb. Podeszłam do nich przywitałam się, potem podchodziłam z dziećmi do nich, ale oni odchodzili, albo się nie odzywali, nawet do dzieci. Jak już odjeżdżaliśmy i mąż się z nimi żegnał to moja matka zaprosiła go na święta. I wczoraj zadzwoniła znowu do niego, aby ponowić zaproszenie. I ja mam teraz problem, nie wiem co zrobić. Jechać, czy nie? Z jednej strony pojechałabym. Z drugiej strony boje się, że będą mnie traktować obojętnie, w ogóle ze mną nie rozmawiać, albo robić głupie mini za moimi plecami (bo to w ich stylu), bo w sumie to wydaje mi się , że bardziej zaprosili mojego męża i dzieci, niż mnie. Mi po prostu chcą pokazać gdzie jest moje psie miejsce. Mam wrażenie, że chcieliby zbuntować przeciwko mnie męża i dzieci. Nie wiem, może jestem przewrażliwiona. Jednak wiem, że oni są pamiętliwi i mściwi. Po każdym takim spotkaniu przez kilka tygodni „dochodzę” do siebie emocjonalnie, tzn. jestem bardzo zdenerwowana, o wszystko wybucham, płaczę, ciągle o tym myślę itd.
Co Wy zrobilibyście na moim miejscu? Tylko proszę, nie dołujcie mnie tekstami w stylu, że rodziców powinno się szanować, bo ja to wiem. Tylko poradźcie jak nastawić się psychicznie, tak aby „włożyć” na siebie jakiś mocny pancerz, aby to wszystko tak bardzo nie bolało. Z moimi rodzicami nie da się porozmawiać, bo ich nie obchodzi co ja czuję, co myślę. Jeśli ktoś z Was mieszkał na wsi to wie co to za typ ludzi. Sprawiedliwość musi zawsze być po ich stronie, bo jak nie to wojna. Dlatego też zastanawiam się po co po czterech latach znowu zapraszają nas do siebie, nie wiem na co mam się nastawiać, co knują. Może zależy im na opiece nad nimi, bo się starzeją. Nie wiem co robić. Poradźcie, proszę.