juka_2
25.06.13, 23:56
Jesteśmy razem od 5,5 roku, oboje jesteśmy dojrzali, (pod 40), a problem istnieje od samego początku naszego związku. Mamy dość duże grono znajomych i często spotykamy się na kameralnych imprezach, w których trakcie pojawia się alkohol. W bardzo przyzwoitych ilościach. Problem polega na tym, że mój partner nienawidzi kiedy piję. W ogóle. Nie jest to absolutnie jakieś wielkie picie, 2-3 słabe, "damskie" drinki przez cały wieczór lub kieliszek wina. Są to niewielkie ilości. Po każdej imprezie, na której choćby umoczę usta jest przynajmniej foch ale często awantura. Czasami odpuszczam, wybierając święty spokój ale częściej się kłócę, bo jestem dorosła i nic złego nie robię, nie upijam się do upadłego i nie widzę powodu dlaczego miałabym nie napić się alkoholu od czasu do czasu. Nasi znajomi wiedzą o "przypadłości" mojego partnera i kilka razy poczułam się naprawdę idiotycznie, kiedy próbowali mi nalewać "pod stołem", korzystając z chwili nieuwagi mojego M. Tak więc walczyłam, kłóciłam się przez kilka lat, próbując walczyć nie tyle o alkohol (bo bez tego spokojnie mogę się obejść :) ale bardziej chyba o zachowanie niezależności.
Od jakiegoś czasu jednak patrzę na to trochę inaczej, ponieważ zaczęłam dostrzegać pewne związki pomiędzy zachowaniem mojego partnera obecnie, a jego dzieciństwem. Nie jestem fachowcem ale myślę, że jest on DDA. Nie znam wielu szczegółów ale kiedyś opowiedział mi o okresie w jego życiu, kiedy jego mama piła. Są zupełnie zwyczajną, nie patologiczną rodziną, ona teraz już nie pije, niemniej jednak był taki czas gdy wracał ze szkoły i zastawał ją pijaną. Nie wiem zbyt wiele ale opowiadał mi o swojej bezradności, kiedy jako nastolatek bał się wracać za szkoły, bo nie wiedział co tam zastanie. Wiem jakim traumatycznym przeżyciem było, kiedy nie był w stanie przenieść kompletnie pijanej matki z podłogi do łóżka.
Dlatego myślę, że to jego obecne zachowanie ma źródło w tamtym okresie jego życia. I tu pytanie o mnie: jak ja mam się zachować w tej sytuacji? Zrezygnować zupełnie z alkoholu (co nie jest dla mnie jakimś olbrzymim wyrzeczeniem) czy jednak zachować prawo do niezależności? Wiem, że związek to kompromis ale czy on też nie powinien wykazać odrobiny zrozumienia? A może te jego doświadczenia są na tyle silne, że to ja powinnam wykazać maksimum zrozumienia? Muszę coś z tym zrobić, bo dość mam już imprez, podczas których albo nie piję w ogóle, w imię św. spokoju (a czasami mam na to ochotę) albo jeśli choć trochę wypiję narażam się na awanturę "po".
Jakie jest wyjście z tej sytuacji?