Dodaj do ulubionych

Żyjemy obok siebie.... :(

12.11.13, 09:35
Witam wszystkich. Podczytuję Was czasem, do tej pory nie miałam powodów by pisać (w zeszłym tygodniu założyłam wątek na forum "Oszczędzamy"), ale czuję, że nie wytrzymuję i muszę się komuś wygadać. Według mnie - powinnam chyba podjąć jakąś terapię. Chodzi o mnie i o mojego partnera. Mieszkamy razem 3 lata, planujemy ślub, ale jest pewne ALE. Mam wrażenie, że od jakiegoś czasu żyjemy obok siebie. Nasz cel to tylko praca. Zaliczyć "dzień" i paść ze zmęczenia. Nie mogę powiedzieć, że jestem zmęczona pracą samą w sobie - prowadzę małą działalność gospodarczą (więcej nt problemu w moim wątku na forum Oszczędzamy). Robię to, co lubię. Problem leży w ciągłej niepewności. Moja działalność polega na uczeniu, douczaniu języków obcych (angielski i niemiecki). Taka działalność najbardziej mi odpowiada, gdyż zarobię w ten sposób więcej, niż zarobiłabym w firmie w moim mieście, przy tym jestem w domu, mam na oku córkę (lat 10), odrabiam z nią lekcje, wyprowadzam psa, ugotuję obiad i dopilnuję wszystkiego. To ja piorę, gotuję, prasuję, opiekuję się dzieckiem, psem, płacę rachunki (mieszkanie z kredytem są moje). Problem polega na tym, że partner w niektóre sprawy nie angażuje się wcale, lub angażuje się w bardzo małym stopniu. Nie wiem jak to ująć konkretnie, bo on nie pali, nie pije, nie wychodzi nigdzie z kolegami, nie ma tu swoich znajomych, przyprowadził się do mnie z innego województwa. To ja czuję "że trzeba więcej zarobić", to ja trzymam rękę na pulsie, to ja za wszystko płacę, partner zarabia tzw "najniższą" i chyba mu z tym dobrze. Aha, ta najniższa przelewana jest na moje konto i ja tym dysponuję. Mam wrażenie że "dwoję się i troję" by było dobrze. Jego pensja starcza na ratę kredytu + czynsz. Resztę opłat, jedzenie, sprawy dziecka, psa, samochodu (jest nasz wspólny) ja mam na głowie. Rozmawiamy dużo i często, nie wybuchają kłótnie, on się po prostu zamyka w sobie i słyszę "nie masz to idź i zarób, bo ja już więcej nie mogę". Aplikacje składa wszędzie, ale odzew znikomy, jeśli jest, to albo praca w innym mieście, gdzie pensja może i wyższa, ale po odliczeniu dojazdu wyszłoby na to samo. Zaczyna się dziać źle między nami, bo ja czuję się jak robot do zarabiania pieniędzy, nie jak kobieta. O sobie mogę powiedzieć tyle, że mam 34 lata, jedno dziecko..... (partner chciałby drugie ale skutecznie sprowadzam go do parteru argumentem że kto nas utrzyma), czuję się bardzo nieatrakcyjna - przed poznaniem partnera mogłam wziąć sobie 500 zł i wydać w centrum handlowym tylko na siebie, kupić buty, torebkę i płaszcz na zimę. Teraz mogę o tym pomarzyć. Zrobiłam się wredna, wybuchowa, sfrustrowana...nie wyglądam na kogoś, kto prowadzi dg, uczy 2 języków i zarabia dość sporo jak na kobietę. Wyglądam jak 7 nieszczęść. Jak rozmawiamy nt zakupów to on mówi "no oczywiście, kup sobie". Taaaaa, mam sobie kupić i potem martwić się bo nie ma??? Chodzi mi o to, że on nie myśli o tym żeby coś zrobić dodatkowo. Jestem wiecznie zalatana, nerwowa i nie mam dla siebie absolutnie ani czasu, ani pieniędzy. Nie mam czasu na zainteresowania. Ostatnio mi powiedział, żebym zrobiła coś ze sobą, żebym była bardziej kobieca. Ja stwierdziłam "daj mi na to". Czuję się jak robot do wszystkiego i zaczynam żałować tego związku. Nie że facet jest zły. Nie wyzywa, nie poniża, nie pije, w domu przy sprzątaniu pomaga, dobrze się dogaduje z moją córką. Tylko ja mam dosyć tego, że mam na karku absolutnie wszystko. Kiedyś, gdy z córką mieszkałyśmy jeszcze w mieszkaniu mojej mamy, a ja dorabiałam na boku poza firmą gdzie się dało, to wiedziałam, że te pieniądze będą moje, absolutnie moje (na ciuchy, kosmetyki, fryzjera). Teraz wszystko idzie "w domu" i dla mnie osobiście nie zostaje nic, albo kombinuję "z lumpa". Nie mogę się też od dłuższego czasu przekonać do uprawiania seksu. Do tego muszę się sama czuć atrakcyjna i kobieca. Chciałabym żeby partner mi powiedział coś miłego, na samym początku związku było cudownie w sprawach łóżkowych....potrafił sprawić że czułam się NAJ, jak ktoś absolutnie wyjątkowy, ale też muszę przyznać że dbałam o siebie o wiele więcej bo też i miałam dla siebie więcej kasy. Nie wiem jak sobie z tym poradzić i zakończyć to błędne koło. Zwariuję niedługo albo zacznę szukać potwierdzenia własnej atrakcyjności w Internecie. Czuję się bardzo niepewna siebie i jak przysłowiowa ścierka do podłogi. Do tego doszły problemy z włosami- wypadają na potęgę, mimo książkowych wyników badań lekarskich. Włosy obcięłam, i czuję się jeszcze gorzej - zawsze miałam piękne, długie i czarne. Teraz została tylko część. Coraz częściej płaczę, z byle powodu. Czuję, że muszę tak się zapracowywać, bo inaczej nie będzie co jeść, bo z jego pensji zapłacę czynsz z kredytem i ...co dalej??? Błędne koło.
Obserwuj wątek
    • ad.a6 Re: Żyjemy obok siebie.... :( 12.11.13, 09:44
      Chciałam jeszcze dopowiedzieć, że chciałabym mieć w partnerze wsparcie, a go nie mam. Żeby to on zaopiekował się mną, żeby to on poprowadził mnie za rączkę, gdy coś nie wyjdzie. Mam czasem ochotę rzucić dg i pójść na etat "za najniższą" i powiedzieć "taką pracę mam to mam, teraz ty kombinuj". Nie mam w nim żadnego wsparcia. To facet poprawny po prostu, ale, gdy jest kasa, to jest cudownie, nie ma kasy zarzuty są stawiane tylko mi "dlaczego nie ma? dlaczego sobie nie kupisz, przecież zarabiasz?" On nie potrafi zrozumieć, że chciałabym żeby on pomyślał, co zrobić by było więcej i żeby mi sprawić jakąś przyjemność...... Czuję się gorzej niż przed związkiem. Zawsze myślałam, że związku tworzy się po to by było łatwiej. Pomyliłam się.
      • ad.a6 Re: Żyjemy obok siebie.... :( 12.11.13, 09:52
        I przypomniały mi się wczorajsze jego słowa: "słuchaj opony muszą być w samochodzie wymienione jak najszybciej, myślę że jutro lub pojutrze, umów nas do mechanika". Ja pomyślałam "a kasa na to? czy ty wiesz czy ja mam czy nie?"......a w ogóle, skąd pomysł, że wszystkie pieniądze, które zarobię, muszą być przeznaczane na dom/samochód? Ja z tych pieniędzy "dla siebie" nie zostawiam nic, odzież, buty i wszystko inne powoli zaczyna się kończyć, pracuję taką samą ilość godzin jak na etacie, ale wszystko wkładam w tzw "braki" spowodowane kiepską pensją męską. :(
    • tully.makker Re: Żyjemy obok siebie.... :( 12.11.13, 10:02
      Przede wszystkim - pilnuj zeby kredyt na TWOJE mieszkanie byl sprlacany wylacznie z twoich srodkow i bys mogla to w razie potrzeby udowodnic w sadzie. Bo za chwile okaze sie, zeby pan domaga sie udzialow w twoim mieszkaniu, bo on splacal razem z toba kredyt.
      • ad.a6 Re: Żyjemy obok siebie.... :( 12.11.13, 10:21
        Mówiąc szczerze - nie myślałam o tym. Poza tym JAK to zrobić, skoro jego zakład pracy przelewa pieniądze na moje konto? Taki układ był wygodny, ponieważ partner stwierdził, że nie ma głowy do pieniędzy i znając go już całkiem dobrze wiem, że rzeczywiście by tak było, on sprawy kasy traktuje bardzo lekką ręką - dostałby wypłatę i od razu wydał połowę i miałby "gest" kupując mi na przykład jakąś biżuterię, a potem "się zobaczy" :(
        • tully.makker Re: Żyjemy obok siebie.... :( 12.11.13, 10:28
          A nie mozesz zalozyc osobnego konta, na ktore bede splywaly tylko twoje dochody w ilosci odpowiedniej do pokrycia raty kredytu, i z tego konta splacac?

          Uwierz mi, to naprawde wazne. Wlasnie jestem po rozmowie z prawnikiem w tej sprawie, na szczescie zawsze pilnowalam rozdzialu.
          • ad.a6 Re: Żyjemy obok siebie.... :( 12.11.13, 10:39
            Założę takie konto, w sumie i tak myślałam nad założeniem firmowego. Ale nie o to tu chodzi. Ja nie chcę podziałów, rozstania. Facet jest potulny, nieagresywny, nie jest wredny, z dzieckiem się dogaduje bardzo dobrze, ma poczucie humoru, mała go lubi. Dba o pracę, którą wykonuje, nawet to mnie czasami denerwuje "nad czym ty się tak *rasz, przecież to TYLKO praca za najniższą" na co on: "a jak nawet i to stracę?"..... Facet żyje w moim mieście już sporo czasu, aplikacje składa, na rozmowy jeździ. Nie wiem, w czym jest problem.... Facet po studiach (niestety babski kierunek, słabo rokujący, wydaje mi się że on jest wygodny i z takim nastawieniem właśnie na studia poszedł, żeby się za wiele nie wysilać i do końca żywota za biurkiem siedzieć), biegły angielski.... wiem, że są lepsi, lepiej wykształceni, ale leniem nie jest, bo temu co robi, oddaje się namiętnie, dba o to stanowisko, przeżywa to, co dzieje się w pracy. I znowu JA usiłuję mu pomóc. Tylko dlaczego to ON nie pomaga mi?
            • pade Re: Żyjemy obok siebie.... :( 12.11.13, 10:42
              Czyli co?
              Szukasz rady jak zmienić faceta? Nie ma takiej. Nie da się zmienić drugiego człowieka.
              Zmienić możesz tylko siebie.
        • pade Re: Żyjemy obok siebie.... :( 12.11.13, 10:36
          Zbierz się w końcu na odwagę, zamiast się nerwowo wykańczać, spisz wszystkie wpływy i wydatki i podsuń mu pod nos.
          Rozgranicz finanse na Twoje i jego.
          Wypisz ile każdy z Was ma się dokładać do wspólnego "worka", ile zostawiacie sobie na własne wydatki.
          Wtedy będziesz wiedziała ile musisz zarobić na swoje mieszkanie, córkę czy inne potrzeby, a ile ma zarobić partner by pokryć koszty własnego utrzymania.
          Odkładaj sobie co miesiąc jaką kwotę na "siebie", tylko i wyłacznie.
          Jesteś sfrustrowana, bo nie masz żadnej gratyfikacji w związku z pracą oraz żyjesz w układzie, który Ci nie odpowiada. Czas to zmienić. Jeśli Ty nie pomyslisz o sobie, nie zadbasz o siebie, nie uszanujesz siebie, nikt tego za Ciebie nie zrobi.
          Gratuluję tez odpowiedzialności i nie fundowania sobie dzidziusia:)
          • pade Re: Żyjemy obok siebie.... :( 12.11.13, 10:37
            W zakładzie podaje się po prostu inny numer konta.
            To żaden problem.
            • pade Re: Żyjemy obok siebie.... :( 12.11.13, 10:41
              I jeszcze jedno. Dla niego bardzo wygodne jest to, że Ty zajmujesz się wszystkim. On tylko idzie do pracy, i przelewa pensję, a Ty się martw, czy starczy do pierwszego, płać rachunki, kombinuj.
              Dlatego warto całkowicie zmienić ten układ finansowy. To nauczy go odpowiedzialności. Jeśli nie, będziesz wiedziała na czym stoisz.
              Jesteś odpowiedzialna za siebie i swoje dziecko, a nie za dorosłego faceta.
              • ad.a6 Re: Żyjemy obok siebie.... :( 12.11.13, 10:49
                Może inaczej zatem - JAK nauczyć go odpowiedzialności nie robiąc przy tym wielkich przewrotów, wrzasku i kłótni?? Jak mu powiem że dużo kasy wydajemy na jedzenie to potrafi 2-3 dni nie jeść - strajkuje po prostu i robi z siebie ofiarę "dla mnie nie gotuj obiadu". To nie jest wyjście, bo on wie, że ja dla siebie i córki i tak obiad zrobię, a jak jadę do klienta i zostawiam przygotowany obiad, to on i tak zje, i jeszcze powie "ale ty robisz, ja o to nie prosiłem" :( Czuję się jak kretynka wtedy, cwane podejście, nie?
                • pade Re: Żyjemy obok siebie.... :( 12.11.13, 11:38
                  Nie musisz ulegać takim zachowaniom, one są dziecinne. Udawaj, że tego nie widzisz i nie bierz do siebie.
            • ad.a6 Re: Żyjemy obok siebie.... :( 12.11.13, 10:45
              Tak, to wiem.... jak pisałam wyżej, i tak muszę założyć konto firmowe, z czym zwlekam jakoś.... Ale mi chodzi o uchwycenie tego sedna problemu. Nie chcę rozstania. Nie ma kłótni, żyjemy spokojnie, dziecko ma normalność, pełną rodzinę (tatuś mieszka w innym mieście i pojawia się raz na 2-3 miesiące, alimenty płaci regularnie), jak wspomniałam wcześniej, ja nie dążę do podziałów i rozstania, tylko do tego, by mój partner osiągnął jakiś poziom świadomości finansowej - że coś kosztuje tyle i tyle i coś zależy od niego. Żeby wziął się w garść. Pisałaś o odpowiedzialności i dzidziusiu - tak, masz rację to ja panuję nad tym. To ja chodzę do lekarza i pilnuję antykoncepcji, również za nią płacę. Partner tylko wie, że biorę pigułki. Nie wie, co, ile, za ile. Nic go nie interesuje. Szczerze mówiąc, zazdroszczę kobietom, które mogą świadomie zdecydować się na dziecko, poleżeć, poczytać, pojeść, zadbać o siebie i ktoś się o nie troszczy. Ja chyba umrę w biegu ....:(
      • zuzanna56 Re: Żyjemy obok siebie.... :( 19.11.13, 15:08
        tully.makker napisała:

        > Przede wszystkim - pilnuj zeby kredyt na TWOJE mieszkanie byl sprlacany wylaczn
        > ie z twoich srodkow i bys mogla to w razie potrzeby udowodnic w sadzie. Bo za c
        > hwile okaze sie, zeby pan domaga sie udzialow w twoim mieszkaniu, bo on splacal
        > razem z toba kredyt.


        Tak miała moja koleżanka i została z niczym, do tego jest cięzko chora
    • blond_suflerka Re: Żyjemy obok siebie.... :( 12.11.13, 11:03
      Nie chcesz rozstania i nie chcesz kłotni. Czyli dobrze. Odpowiedzialnie próbujesz działać zamiast uciekać przy niepowodzeniach;)
      Na początek-spisz sobie na kartce czego potrzebujesz w związku i co teraz najbardziej Ci przeszkadza. Ustal to najpierw sama ze sobą.
      Jednocześnie -od dzis-zapisujcie wszystkie wydatki. Na co, kiedy, jaka kwota i róbcie tak przez miesiąc. Potem sobie usiądźcie i zobaczcie ile wydajacie na co, na czym można zaoszczędzić(dobrze jest tez zapisywać czy są jakieś rzeczy, które się marnują, ktore wyrzucacie, itd).
      Popros partnera o to samo-niech napisze czego potrzebuje w związku i co mu teraz najbardziej przeszkadza. Potem sobie usiądźcie i sprawdzcie czy macie podobną wizje związku a jeśli nie to czy jest możliwy kompromis.

      Na razie to masz partnera, który przyjął bardzo wygodną pozycję a Ty nie wiadomo dlaczego godzisz się na coś co Ci nie odpowiada. Pewnie nie wiesz ale dbanie o siebie w związku to inwestycja nie tylko w siebie ale i w związek. Więc jeśli cierpisz w milczeniu to przestajesz być szczęśliwa, taką też nieszczęsliwą 'dostaje Cię' partner w związku, i tutaj albo zaczyna uciekać albo atakować albo się wkurza a to jest dla związku destrukcyjne. Zadbajcie więc o to, żeby każdemu w Waszym związku było dobrze.

      Natomiast to co piszesz, że partner robi z siebie ofiarę, że nie potrafi w sposob dorosły rozmawiać o pieniądzach, ze się obraza, że jest roszczeniowy to są niepokojące sygnały i być moze to ktoś kto nie podda się tej próbie naprawy relacji o jakiej napisałam wyżej bo być może to taka niedojrzałość do przerobienia na terapii a nie w warunkach domowych. To też musisz wziąć pod uwagę.

      Kwestia priorytetow w związku jest ważna, żeby wiedzieć gdzie mozna odpuścic. Znam kobiety które utrzymują facetów ale za to oni ogarniają dom, dzieci, organizują jakieś rozrywki. I wtedy taka kobieta może sobie zrobić pewną 'kalkulacje'-co dla niej w związku jest ważne, z czego na pewno nei zrezygnuje a gdzie moze się nagiąć. I jeśli jej wychodzi, ze ona woli zarobić ale za to mieć wsparcie w facecie na innych polach, to ok. Natomiast to nagięcie to musi być prawdziwa Twoja decyzja, nie cierpienie w milczeniu.

      Mówisz, ze w związku powinno być łatwiej niż osobno. No ale to zależy w związku z kim. Nie ma takiej opcji, ze związek zawsze ułatwia. Ułatwia wtedy jak ludzie dogadają się na tyle, że jest im obojgu dobrze.
      • ad.a6 Re: Żyjemy obok siebie.... :( 12.11.13, 11:18
        Dzięki Blond Suflerka :) spisywanie już przerabiałam kilka razy. Podobno dobrze i oszczędnie gotuję, aczkolwiek nie przesadzam z tym, bo wszyscy troje lubimy zjeść w miarę dobrze. Chodzi mi tylko o to, żeby w partnerze jakoś "obudzić" to co ja sama mam od dawna tzn strach przed biedą. Zawsze lubię mieć pewną kwotę odłożoną w ramach "poduszki finansowej" a on tego nie rozumie. "No przecież kupuj sobie" - mówi. Owszem, mogłabym teraz wyjść na miasto i za ciuszki zapłacić kartą np za kwotę 1tys czy 2. Ale nie o to chodzi, że sama wydaję to co sama zarobię. On nie czuje takiej potrzeby, niestety. Nie czuje potrzeby wydawania i potrzeby dorabiania, nie czuje stresu, nerwów, presji. Mówi, że jest minimalistą. Dostał ładną, zadbaną, atrakcyjną kobietę, która w zasadzie miała wszystko więc po co się dla niej starać. Tak to rozumiem z perspektywy czasu. Poza tym, po co związek skoro nie ma wspólnych celów? Dodam, że mieszkanie i to co w mieszkaniu jest moje. Samochód jest wspólny, tzn kupiony za czasów związku już. Blond Suflerka: ja bym właśnie chciała trochę wyluzować, zająć się bardziej domem, dzieckiem, mam 34 lata i 16 lat pracy w ciągłości, urlopu nie miałam chyba ze 3 lata bo ciągle było "coś". Kredyt również musiałam wziąć ja, bo gdy zamieszkał w moim mieście, nie miał umowy o pracę. Tzn zaczął pracę, ale na początek bez umowy. Ja mam po prostu dosyć bycia filarem wszystkiego i wszystkich.
        • pade Re: Żyjemy obok siebie.... :( 12.11.13, 11:36
          Nie będę tu pisać okrągłych zdań:)

          Nie chcesz nic zmieniać, ale chcesz zmiany. No tak się nie da:)
          Zacznij po prostu działać.

          Twoj partner nie zmieni się pod wpływem presji czy Twojego marudzenia. Może się zmienić, podkreślam, może, pod wpływem działania.
          Postaw wyraźne granice i określ swoją odpowiedzialność. On będzie się buntował, na pewno, ze strachu przed zmianą, przed wyjściem ze swojej strefy komfortu, ale przyzwyczai się. Spróbuj rozdzielności przez 2-3 miesiące, jesli obawiasz się na dłużej.

          Masz dwa wyjścia: nic nie robić i czuć się tak, jak się czujesz teraz. Albo działać i zobaczyć co będzie dalej.
        • blond_suflerka Re: Żyjemy obok siebie.... :( 12.11.13, 11:39
          A co wyniknęło z tego spisywania, które przerabiałaś kilka razy? Co nie zagrało w tym sposobie?
          No niestety-ewidentnie widać, że wzięłaś na siebie za dużo i teraz to zajmie trochę pracy, żeby to odkręcić. Ze związkami jest tak, że granice ustala się właściwie od początku i na bieżąco. Ty najpierw wzięłaś na siebie, potem już czułaś, że Ci to przeszkadza ale w sumie dalej trwasz w tej roli. To nie dziwne, ze zaczynasz mieć problemy ze zdrowiem i samopoczuciem.
          Teraz po prostu musisz zrobić z tym porządek raz a dobrze;)
          Zamiast kwitnąć w związku to Ty wpadasz w depresję. Sama piszesz-kiepsko wyglądasz i kiepsko się czujesz. Zdecydowanie nie na tym polega związek no ale to oczywistość;)

          Nie ma chyba sensu budzić w nikim strachu przed biedą bo posiadanie takich lęków nikomu nie służy. Tutaj raczej należałoby po prostu podzielić się z nim odpowiedzialnością za finanse. Czyli nie, że on przelewa kase a Ty się martwisz. Tylko wspólnie zliczacie pieniądze i razem! ustalacie na co idzie kasa. Co jest konieczne, co trzeba zapłacić, co mozna odlozyć(jeśli to jest Twoja silna potrzeba to zadbaj o siebie i odkładaj nawet mała kwotę) i co można kupić dla siebie-Ty dla siebie i on dla siebie.
          Jego stosunek do pieniądzy jest niepokojący i najpewniej widać to było już wcześniej, tak? Popełniłas błąd jaki popełnia wielu ludzi sądząc, że jakoś to będzie.
          A teraz masz faceta, który mieszka u Ciebie, sprzęty Twoje, kredyt na Ciebie, on ma niską pensję i do tego podejrzewasz, że gdybyś dała mu kasę to wydałby w tydzień na głupoty.

          Masz tutaj dwie opcje. Rozmawiać i podzielić się tą odpowiedzialnością. Albo zaakceptować i docenić jakieś inne zalety tego faceta.
          Najłatwiej jest napisać-rozstań się i pewnie wiele takich rad dostaniesz. A będzie to wynikać z tego, że jednak większość osób chce mieć partnera odpowiedzialnego i dorosłego. A przecież to co opisujesz to bardziej zachowanie dziecka. To dziecko wydałoby(i to też nie kazde, są bardzo mądre i odpowiedzialne dzieci) pól pensji rodzica na głupoty.

          Ciekawe też, że w zaletach faceta wymieniłaś potulność. Ja bym nigdy tego za zaleta nie odczytała. Co to właściwie znaczy? Potulny? Robi co mu każesz, na wszystko się zgadza, wszystko mu jedno? Masz sprzeczne pragnienia-jak chcesz miec odpowiedzialnego, dorosłego faceta to on nigdy nie będzie potulny. On będzie rozmawiał, chodził na kompromisy, szanował siebie i Twoje potrzeby ale nie będzie potulny.

          I tu jest piłka po Twojej stronie. W związkach jest tak, że ludzie dobierają się po pewnych swoich deficytach czy schematach. Zazdroscisz innym kobietom,, że mogą lezec a ich faceci sa odpowiedzialni? Tylko z jakiegoś powodu wybrałaś własnie takiego faceta i właśnie tak godzisz się funkcjonowac z nim w związku trzeci rok. Tu jest też Twoja rola w podtrzymywaniu swojej sutuacji. Widzisz to? I rozumiesz? Najprawdoponiej te inne kobiety od początku nie pozwoliłyby na pewne rzeczy albo w ogóle się z takim facetem nie wiązaly. Być moze tu jest praca dla ciebie do wykonania-przedefniowac swoją rolę w związku, nauczyć się brać a nie tylko dawać. Może masz zakodowane, że na milosc trzeb zasluzyc? Ze dopiero jak się tak bardzo postarasz to ktoś z tobą bedzie? Że nie zasługujesz na troskę i opiekę?

        • nammkha Re: Żyjemy obok siebie.... :( 12.11.13, 11:39
          Kiedy kończy Ci się kredyt? Wtedy będzie łatwiej. Do tego czasu trzeba zmienić to co można. Uwierz, że na prawdę możesz małymi kroczkami osiągnąć ten cel.

          Po pierwsze, zwolnij. Tzn. Powiedz partnerowi, że jak tak dalej pójdzie to nie wyrobisz i może się to skończyć tragicznie dla waszego związku. Powinien zrozumieć. Potem zaplanuj urlop. Tak jak najbardziej byś chciała. Z nimi albo sama jak wolisz. W każdym miesiącu odłóż sobie jakąś kwotę tylko na twoje wydatki - kosmetyki, ciuchy cokolwiek. To nie musi być duża suma. dosłownie taka jak na jaką cię stać, ale musi być żelazna. Świat się wali, opony od samochodu pękają, ale ty musisz mieć te parę złotych na siebie.

          Kiedy wykonasz ten mały krok, kiedy troszkę odpoczniesz na urlopie powinien poprawić ci się humor. Wtedy trzeba porozmawiać z facetem. Nie teraz kiedy masz największe pretensje, kiedy czujesz się źle, bo to do niczego nie doprowadzi. Jak będziesz miała nieco lepszy nastrój, zobaczysz wszystko jaśniej.

          Twoje postępowanie wpłynie na pewno na twojego partnera. Jeśli dodatkowo przekażesz mu część obowiązków w domu, i zaangażujesz go w rozporządzanie finansami powinno się jeszcze bardziej poprawić twoje samopoczucie. wiadomo na początku może być trochę ciężko, ale stopniowo przyzwyczaicie się do nowego układu.

          Nie nastawiaj się na to co on powinien zmienić tylko nastaw się na zmieniania samej siebie:) A jego zmiana pójdzie za tobą.
        • rurek00 Re: Żyjemy obok siebie.... :( 12.11.13, 11:40
          wg mnie to niczego w nim nie obudzisz, ani niczego nie zmienisz. Będzie już zawsze taki, jaki jest teraz. I albo go zaakceptujesz z jego wadami i zaletami, albo się rozstańcie. Brutalne, ale prawdziwe.
        • ssnn Re: Żyjemy obok siebie.... :( 12.11.13, 11:41
          Ile kosztuje utrzymanie partnera? Czy dużo więcej niż jego zarobki? A może wcale nie więcej? Zakładam, że kredyt i utrzymanie mieszkania to nie są koszty jego utrzymania, tylko media zwiększone można uznać, bo mieszkanie rozumiem i tak byś spłacała?
          Czy to ta ewentualna różnica jest powodem Twojego poczucia,
          że nie możesz wydać kasy na siebie?

          Czy to on się zmienił, czy to Ty chcesz go teraz wychować? Z jakim facetem się związałaś pod tym względem?

          Jak bardzo zbiegł się Wasz związek z Twoją zmianą sposobu zarabiania?

          Co bardziej Cię nakręca - obciążenie kredytem, zmiana źródła dochodów, powiązanie lęku przed biedą ze zwiększeniem liczebności stada?

          Co jest skutkiem, a co przyczyną? Coś z powyższej listy to przyczyna, a Twoje oczekiwania wobec partnera to skutek, czy odwrotnie?
        • pade Re: Żyjemy obok siebie.... :( 12.11.13, 11:51
          Jeszcze jedno.
          Wiem, że trudno to przyjąć (mnie samej było ciężko:)), ale Twój partner nie jest Tobą, co oznacza, że się różni. Myśli zupełnie inaczej niż Ty.
          Czyli ma zupełnie inne wymagania, oczekiwania i potrzeby niż Twoje.
          Nie ma wizji głodu przed oczami, nie lubi się szarpać, odkładać, widocznie woli zyć skromnie i chwilą obecną.
          Tego nie zmienisz.
          Nie dostosujesz go do swoich oczekiwań.
          Jedyne co możesz zrobić to dokładnie okreslic odpowiedzialność finansową w związku.
          Jeśli brakuje Ci "dopieszczenia" zadbaj o siebie. Po prostu. Sama.
          Wbrew pozorom, to wcale nie jest takie straszne samemu dbać o siebie:) We wszystkich aspektach, nie chodzi mi tylko o ciuch czy fryzjera.

          do poczytania (nie sugeruj się tytułem:)
          www.structum.pl/czytelnia/Wstretne-kobiety-Jak-nie-pozwolic-im-sie-dluzej-ranic-bez-znizania-sie-do-ich-poziomu.pdf
        • pogodoodporna Re: Żyjemy obok siebie.... :( 12.11.13, 11:53
          Doskonale Cie rozumiem. Tez zabezpieczenie finansowe rodziny spedza mi sen z powiek. Ciagle czuje niepokoj, czy bede w stanie pomoc dzieciom na studiach, czy ich usamodzielnienie nie zachwieje moja sytuacja finansowa itd. W sumie moglabym sie nie przejmowac, bo doroslosc to odpowiedzialnosc za siebie, ale wiesz- bardzo chcialabym im pomoc i martwilabym sie gdyby nie bylo mnie na to stac. Dlatego rozumiem Twoja troske o byt rodziny.
          Czytajac jednak Twoje slowa nie moglam oprzec sie wrazeniu, ze to jednak pieniadze sa na pierwszym miejscu w Waszym zwiazku, sa takim celem nadrzednym, to one determinuja Wasze zycie, ze bez nich po prostu nie mozesz byc szczesliwa. Nie zrozum mnie zle, ja Cie wcale nie krytykuje, ale takie same cechy widze u siebie i walcze z tym, bo jednak priorytetem powinien byc moj zwiazek, nasze uczucie, to, ze jestesmy razem, jestesmy zdrowi, mozemy spedzac razem czas i cieszyc sie soba.
          Podejrzewam, ze Twoj partner rzeczywiscie Cie nie rozumie, uwaza, ze skoro nie cierpicie glodu, na wszystko wystarcza, to tak jest ok i nie nalezy nic zmieniac. W jego pojeciu nic zlego sie nie dzieje, bo on nie potrzebuje pomnazania majatku, nie musi miec okraglej sumki na koncie, zeby poczuc sie szczesliwym. Znamienne jest to, ze nie lubi ani gromadzic, ani nadmiernie wydawac. To typowe zachowanie u rasowych minimalistow :-)
          Jakie widze wyjscie ? Podejscia do pieniedzy u partnera raczej nie zmienisz. Ale mozesz pokazac mu swoja slabosc, nie ukrywac sie z nia. Mysle, ze jesli Cie kocha, to nie bedzie obojetny, jesli mu powiesz, ze jestes zmeczona, zaparacowana i zrozumie, ze czasem musisz sobie odpuscic. Koniecznie powinnas robic cos dla siebie, koniecznie. Wciagaj go w sprawy domowe, porozmawiaj o antykoncepcji, to przeciez tez jego sprawa, jesli robi uniki, to zwyczajnie zlec mu jakas prace bez zbednego komentarza, bez pretenssji i negatywnych emocji. I o ile to mozliwe, to nigdy nie powtarzaj sobie, ze cos MUSISZ. Moze tu wlasnie lezy problem, ze nie umiesz zwolnic obrotow, wyluzowac sie, wciaz myslisz o ciazacej na Tobie odpowiedzialnosci za byt rodziny ?
          Zwiazek zawarlas dobrowolnie, tem mezczyna ma przeciez duzo zalet, sama to przyznajesz. Nie daje Ci tylko oaprcia finansowego, sama ocen, czy to najwazniejsza rzecz jaka moze nam dac drugi czlowiek. Ja mysle, ze sa inne, wazniejsze rzeczy w zwiazku. Pytanie tylko, czy te inne rekompensuja Tobie niedosyt finansowy ? Na to niestety musisz odpowiedziec sobie sama.
          Zycze Ci pozytywnego rozwiazania Twoich problemow.

          • paris-texas-warsaw Re: Żyjemy obok siebie.... :( 12.11.13, 12:01
            W tym poście jest masa przekłamań, sprytnie wplecionych. Nie daj się im zwieść.
            Przede wszystkim:
            1. Nie wystarcza na wszystko.
            2. Ty masz dziecko, Twój facet nie. To Ty musisz myśleć o jego zabezpieczeniu.
            3. To nie minimalista, bo żeruje na Tobie.
            Nie mam czasu dalej prostować, sama się zastanów. Bo już i tak bardzo mrużysz oczy, żeby prawda Cię nie oślepiła.
            • pogodoodporna Re: Żyjemy obok siebie.... :( 12.11.13, 12:15
              > 1. Nie wystarcza na wszystko.

              Oczywiscie, ze wystarczy, tylko, ze autorka watku chcialaby wiecej. Nie nam to oceniac. Wiele osob ma taka wizje zwiazku, ze jesli pracuja dwie osoby, to powinny koniecznie majatek pomnazac, a w przypadku autorki watku, w chwili wejscia w zwiazek, nic nie zmienilo sie na lepsze w kwestiach finansowych. I o to, wedlug mnie, ma pretensje do partnera.

              > 2. Ty masz dziecko, Twój facet nie. To Ty musisz myśleć o jego zabezpieczeniu.

              To w sumie jasne i zrozumiale, ze musi dbac o dziecko, ktore jest jej. Poza tym, jako pomoc, dostaje alimenty od bylego meza.

              > 3. To nie minimalista, bo żeruje na Tobie.

              Zerowalby gdyby go utrzymywala, a on pracuje z tego co wiem i doklada sie do wspolnej kasy. W jakim procencie? To juz wie sama autorka watku. Wspominala cos , ze z tych pieniedzy pokrywa rate kredytu i czynsz. Nie wiemy czy to duzo czy malo. Ja jednak mam wrazenie, ze ile by nie bylo, to byloby dobrze, zeby bylo wiecej ;-)


              • triss_merigold6 Re: Żyjemy obok siebie.... :( 12.11.13, 13:55
                Alimenty nie są pomocą, jałmużną czy wyrazem dobrej woli. To tak na marginesie.
    • t1ffany Re: Żyjemy obok siebie.... :( 12.11.13, 11:27
      Ciekawe jak byłby potraktowany facet gdyby założył taki wątek. Tzn. żona zarabia minimalną, przelewa na jego konto, szuka pracy ale nie może znaleźć a on czuje się niespełniony bo nie może wydać 500zł ot tak na siebie.
      Coś mi mówi że tully jednak nie pospieszyłaby z poradą "opłacaj kredyt ze swojej wypłaty żeby ona nie miała praw do mieszkania".

      Pade bardzo sensownie radzi. Określ swoje priorytety i wyznacz drogi do ich realizacji, rzeczy drugorzędne tymczasowo odpuść. Trochę mam wrażenie że masz z tym problem tzn. wymieniasz zalety faceta i na pierwszym miejscu piszesz że jest potulny i niekonfliktowy a w innym miejscu piszesz że marzysz o facecie który poprowadziłby Cie za rękę. Jesteś pewna że wiesz czego oczekujesz?

      Niezbyt fajne jest też czepianie się że mało zarabia; jeśli autentycznie wysyła te cv i jeździ na rozmowy to prawdopodobnie z czasem lepszą robotę znajdzie. Twoje niespełnione oczekiwania dotyczą zachowania partnera czy jego dochodu?

      muszę przyznać że dbałam o siebie o wiele więcej bo też i miałam dla siebie w
      > ięcej kasy.


      Tego też nie za bardzo rozumiem. Jak byłaś singielką zarabiałaś kwotę x, obecnie zarabiasz kwotę x plus 1500 (pensja faceta) minus jakieś koszty jego utrzymania i wychodzi mniej? Na jakiej zasadzie?

      • paris-texas-warsaw Re: Żyjemy obok siebie.... :( 12.11.13, 11:40
        Kobieto, szukasz sedna problemów. Ja Ci napiszę co jest sednem - ten facet nie jest dla Ciebie i jest do nieczego.
        Nie wiem, co działo się w Twoim zakończonym już małżenstwie, że jak mantrę, co kilka zdań powtarzasz, że w sumie jest dobrze, jest spokojnie, jest dobrze... A potem cała litania jak jest źle.
        Wg mnie wcale nie jest dobrze. Kupiłaś sobie fasadę pojęć "dom" i "rodzina" z facetem, któremu wcale nie zależy na Tobie i Twoim dziecku, tylko spokojnym życiu.
        Czy Ty więcej na niego wydajesz, niż on Ci daje pieniędzy?
        Blond Suflerka pięknie prawi zazwyczaj, dzisiaj też, ale mało wg mnie realistycznie.
        Nie pisz sobie żadnych kartek, co chcesz w TYM związku, ani nie daj Boże nie pisz na czym masz zaoszczędzić.
        Napisz sobie kartkę, jakie masz marzenia.
        Czemu jeszcze nie macie ślubu, skoro tak jest dobrze? Bo może to TY musisz na obrączki zarobić, i masę spraw związanych ze ślubem (weselem?).
        Chcesz mieć więcej dzieci, ale wiesz, że ten facet nie utrzyma dziecka, że jak będziesz w ciąży/połogu i przestaniesz udzielać lekcji to głód Was zje?
        Chcesz ładnie się ubrać, bo zawsze tak się ubierałaś, ale musisz kupić więcej jedzenia, bo przecież ten facet musisz coś zjeść?
        Chcesz odpowcząć, ale przy tym facecie nie masz jak?
        Chcesz jechać na wakacje, bo od trzech lat nie byłaś na wakacjach, ale przy tym facecie nie masz jak?
        Czemu on nie ma przyjaciół? Czemu on nie ma pracy?
        Sedno problemu - OSZUKUJESZ się. Z próżnego i Salomon nie naleje. Przez tego nfaceta i dziecko ma niższy standard życia?
        Nie bądź cicha i potulna, bo nic nie osiągniesz. Lepsza byłaby właśnie awantura z tym gościem, to byś szybciej się może ocknęła. A takimi rozmowami-karteczkami, to się udręczysz i nic to nie da.
        Powodzenia w przebudzeniu:)
        • paris-texas-warsaw Re: Żyjemy obok siebie.... :( 12.11.13, 11:45
          Pytanie, czemu on nie ma pracy za jaką faktycznie może się utrzymać? Dorabia sobie może, a Ty faktycznie go utrzymujesz.

          Ps. Przeczytaj sobioe jeszcze raz ten post "Karteczki juz kilka razy przerabiałam....". No widzisz, i możesz tak w nieskonczoność przerabiać. Przepraszam, za błędy, pisze w biegu, pa:)
          • blond_suflerka Re: Żyjemy obok siebie.... :( 12.11.13, 11:51
            No ale skąd ja mogłam wiedzieć, że Autorka kilka razy przerabiała karteczki?:P
            Karteczka jest bardzo dobra Bo pozwala uporządkować pewne kwestie. Co jest do przyjęcia a co nie jest. Karteczka pozwala też spojrzeć realistycznie na swój związek. Jak na karteczce Ci wychodzi, że priorytetem nie do odpuszczenia jest odpowiedzialność(również finansowa) faceta a w Twoim związku tego nie ma to już już jasność, ze jesteś w tym związku ze strachu przed samotnością albo dlatego, ze odtwarzasz jakiś schemat z dzieciństwa a nie dlatego, ze kochasz tego faceta i że ten związek Cię dopełnia i uszczęśliwia.
            I już po problemie. Wtedy wiadomo-trzeba iśc na terapię, przepracowac co trzeba i poszukać faceta świadomie;)
            • pade Re: Żyjemy obok siebie.... :( 12.11.13, 12:01
              Blond, litości:)
              tego nie uświadomi sobie ktoś, kto o psychologii ma zerowe pojęcie
              nie siądzie nad karteczką i nie wyjdzie mu, że przerabia wzorce z domu i musi iść na terapię
              to jest trudne, uświadomić sobie co nie gra i dlaczego


              "Jeśli nie obarczasz winą, nie masz w sobie złości."
              • blond_suflerka Re: Żyjemy obok siebie.... :( 12.11.13, 12:04
                pade napisała:

                > Blond, litości:)
                > tego nie uświadomi sobie ktoś, kto o psychologii ma zerowe pojęcie
                > nie siądzie nad karteczką i nie wyjdzie mu, że przerabia wzorce z domu i musi i
                > ść na terapię
                > to jest trudne, uświadomić sobie co nie gra i dlaczego

                No ale dziewczyna przyszła na forum, to tutaj się właśnie dowiaduje o tym o czym może nie wie. Więc właśnie się dowiedziala, że może być tak, ze coś tak odtwarza i już od niej zależy czy przyjmie tę możliwość, posłucha rad, zacznie czytać a może nawet pójdzie do terapeuty czy odrzuci bo nie będzie gotowa na tę prawdę. Jej wybór. No ale to o czym pisać na takim forum jak nie o psychologicznych mechanizmach?;)
            • blond_suflerka Re: Żyjemy obok siebie.... :( 12.11.13, 12:02
              A jeszcze jedna ciekawa kwestia. A może ten strach Autorki przed biedą to coś do przepracowania? Racjonalne i odpowiedzialne podejście do finansów to jedno ale takie lęki przed biedą to może coś zakodowane w dzieciństwie i zupełnie niepotrzebne. I akurat może też dobrze nauczyć się od partnera trochę luzu w tej kwestii. On od Ciebie a Ty od niego.
              • ad.a6 Re: Żyjemy obok siebie.... :( 12.11.13, 13:25
                Może jednak jest do przepracowania a może nie, może to po prostu wygoda. Ojciec zmarł, gdy miałam 15 lat. Jako, że byłam późnym dzieckiem rodziców, mama miała 42 lata, ojciec 45, gdy się urodziłam, zawsze miałam w życiu dobrze. Jedyne co miałam robić, to dobrze się uczyć. Gdy tata zmarł, mama była już na emeryturze, pracowałam i dorabiałam gdzie się dało, by jej pomóc, sprzątałam klatki schodowe, chodziłam prasować i sprzątać do dzielnic willowych itp. Po maturze poszłam do pracy i na studia zaoczne. Mając 19 lat zaczęłam pracować w szkole jako nauczyciel. Skończyłam jedne studia, potem drugie. Tak, ciągle mam w pamięci lata biedy, gdy korepetycjami zarobiłam sobie na stanik za 5 zł mając 16 lat, bo mamy nie było stać po prostu. Tata zmarł nagle, na zawał, nie chorując przedtem.
      • ad.a6 Re: Żyjemy obok siebie.... :( 12.11.13, 12:47
        T1ffany: przed wejściem w ten związek nie mieszkałam w tym mieszkaniu, tylko mieszkałyśmy we 3 wraz z moją mamą, poza tym jeszcze dg mam od roku, przed poznaniem mojego partnera i przez pierwszy rok tej znajomości pracowałam jako kierownik oddziału pewnej firmy w moim mieście. Moja mama po kilku miesiącach stwierdziła że mojego partnera nie znosi (między innymi z tego powodu, że przyjechał z jedną torbą z ciuchami i już został), więc wzięłam kredyt na mieszkanie, w momencie gdy brałam kredyt pracowałam tylko ja na umowę o pracę, i miałam sporo oszczędności na koncie z czasów sprzed związku.
        • mantis_after_dinner a Ty dopiero po 3 latach odkrylas 12.11.13, 13:04
          ze on jest minimalista? ;)

          "Moja mama po kilku miesiącach stwierdziła że mojego partnera nie znosi (między innymi z tego powodu, że przyjechał z jedną torbą z ciuchami i już został)"
          • ad.a6 Re: a Ty dopiero po 3 latach odkrylas 12.11.13, 13:13
            Nie...nie odkrywałam niczego po 3 latach. Mieszkał razem z rodzicami w dużym domu, 3 kondygnacje, przeszło 300m2, i z tego co wiem, nie zamierzał tam zostawać, brat ksiądz, matka ortodoksyjnie katolicka. Wiem, że od zawsze chciał stamtąd uciec. Facet po studiach, wcześniej pracował w swoim mieście, rzucił to bo planował zamieszkać ze mną. I mój kierownik obiecał dać mu pracę. Niestety obietnicy nie spełnił. Myślałam "facet po studiach, głupi nie jest, jakoś damy radę". Błąkał się po firmach, tu miesiąc tam trzy. Nie wiem, co w nim jest takiego, że szuka pracy w jakichś dziwnych dla mnie branżach: kredyty, pożyczki, finanse, ubezpieczenia. To rynek gdzie roi się od bajkopisarzy :), czyli różnej maści kłamców.
            • sebalda Re: a Ty dopiero po 3 latach odkrylas 12.11.13, 13:39
              Przepraszam, ale nie mam czasu czytać wszystkiego, napiszę, jak ja to rozumiem, bo chyba nie rozumiem. Facet oddaje całą pensję, to pokrywa ratę i czynsz, a Ty masz pretensję, że przez niego obniżył Ci się standard życiowy??? Myślisz, że on zjada za więcej niż wnosi??? On Cię kosztuje więcej niż ten kredyt i czynsz? Opłaca dwie najważniejsze rzeczy, a Ty masz pretensje, że to jeszcze mało? On ma jeszcze finansować resztę? On rzucił swoje dotychczasowe życie, pracę, wszystko dla Ciebie, w Twoim mieście ciężko z pracą, a Ty o wszystko, także o to, że Ci się nie chce dbać o siebie, obwiniasz jego??? Ja tego nie ogarniam, chyba naprawdę czegoś nie zrozumiałam. Proszę o sprostowanie.
              • triss_merigold6 Re: a Ty dopiero po 3 latach odkrylas 12.11.13, 13:44
                Czego nie rozumiesz? Jak mieszkała z córką i z własną matką pod jednym dachem, to miała w sumie niższe koszty utrzymania, bo bez raty kredytu. Dlatego obniżył jej się standard.
                • sebalda Re: a Ty dopiero po 3 latach odkrylas 12.11.13, 14:08
                  triss_merigold6 napisała:

                  > Czego nie rozumiesz? Jak mieszkała z córką i z własną matką pod jednym dachem,
                  > to miała w sumie niższe koszty utrzymania, bo bez raty kredytu. Dlatego obniżył
                  > jej się standard.

                  No ale to on płaci ten kredyt i on opłaca czynsz, czyli nadal ona nie ponosi kosztów swojego własnego kredytu! Czyli nadal ona nie ma wyższych kosztów utrzymania, tyle co on zje, ale matce chyba też się jakoś dokładała. On jej oddaje całą pensję, nie wiem, z czego kupuje sobie na przykład golarkę lub wodę po goleniu? Chyba sobie nie kupuje:P
                  Cały zarzut jest o to, że on nie może sobie (jeszcze) znaleźć lepszej pracy, ale może takie są realia tego miasta, tutaj ciągle patrzymy przez pryzmat zaradnych, doświadczonych mieszkanek Warszawy. No kurcze, nie zawsze się udaje, facet i tak wiele poświęcił, nie wygląda na to, że on leży w domu i nic nie robi, dostał pracę, jakoś ją utrzymuje, oddaje całą pensję, tyle że ta jest w tej chwili niska, składa aplikacje, ale teraz takie czasy, że pracodawcy nie biją sie o pracowników, czemu on jest niby taki najgorszy? Co oprócz lepszych pieniędzy (i córki) autorka wnosi do tego związku poza wiecznymi pretensjami i obarczaniem winą faceta? Jakby ze mnie ktoś tak nieustannie był tak niezadowolony i okazywał mi to na każdym kroku, to w końcu też przestałoby mi się chcieć:P
              • ad.a6 Re: a Ty dopiero po 3 latach odkrylas 12.11.13, 13:49
                Przecież piszę, że wyprowadziłam się od mamy ze względu na niego. Mało tego, wszystko do mieszkania kupiłam ze swoich oszczędności. Gdybyśmy się nie poznali nie podjęłabym tak szybko decyzji o kredycie. Mieszkałam z córką u mamy, mieszkanie 75m2, 3 pokoje, mały czynsz, ogrzewanie gazowe. Wtedy, bez działalności gospodarczej, byłam w stanie wykonać sama wszystkie opłaty, zjeść, i jeszcze odłożyć sporą sumkę.
        • hatsu33 Re: Żyjemy obok siebie.... :( 12.11.13, 13:32
          Z jednej strony to Twoje życie i masz prawo do swoich decyzji i bycia z takim partnerem jakiego sobie wybierzesz, a pieniądze - rzecz względna. Z drugiej strony - jesteś też odpowiedzialna za swoja córkę..
          Jedno jest pewne - Twój partner się nie zmieni - musisz to przyjąć do wiadomości. Albo to zaakceptujesz (co na razie nie ma miejsca) albo będziecie się coraz bardziej oddalać i kłócić albo zakończysz ten związek. Nie patrz, "co ludzie powiedzą". Pomyśl, czy taki układ Ci odpowiada - bo w kwestiach, które opisujesz inaczej nie będzie. Typ minimalista.
          Z tego, co opisujesz - to Ty inwestujesz w ten związek. A co zainwestował partner? I nie chodzi mi tylko o pieniądze. Jak on dba o związek?
          • ad.a6 Re: Żyjemy obok siebie.... :( 12.11.13, 13:35
            Co masz na myśli mówiąc o dbaniu o związek? :)
            • ad.a6 Re: Żyjemy obok siebie.... :( 12.11.13, 13:40
              Pytanie, czemu on nie ma pracy za jaką faktycznie może się utrzymać? Dorabia sobie może, a Ty faktycznie go utrzymujesz.


              Pracę ma, na etat, tyle, że za najniższą, i to jeszcze na umowę na zastępstwo, co wyszło dopiero na jaw, gdy ją przeczytałam. Powiedział, że zataił to ze strachu że znowu będę go nazywać nieudacznikiem.
              • t1ffany Re: Żyjemy obok siebie.... :( 12.11.13, 14:27
                Powiedział, że zataił to ze strachu że znowu będę go nazywać nieudacznikiem.

                ...9 ...10
                Knock out!
                Chyba jednak to nie Ty jesteś w tym związku ofiarą. Takie teksty to jest podła przemoc w czystej formie.
                Facet dość konkretnie przemeblował swoje życie pod Ciebie. Przeprowadził się do nowego środowiska, pożegnał kumpli, znajomych, znalazł tu robotę. Oddaje pensje, jakoś się stara a Ty przelewasz na niego żal za to, że po wyprowadzce od mamy Ci się standard życia obniżył (?).

                Wg mnie on ma takie samo prawo czuć się rozczarowany Twoją postawą jak Ty nim. Chyba lepiej będzie dla Ciebie, niego oraz córki jak się rozstaniecie, bo jeżeli po 3 latach to wygląda w ten sposób to Wasz związek jest zaczynem czegoś co rokuje bardzo źle.
                • sebalda Re: Żyjemy obok siebie.... :( 12.11.13, 14:43
                  > Chyba lepiej będzie dla Ciebie, niego oraz córki jak się rozstaniecie, bo jeżel
                  > i po 3 latach to wygląda w ten sposób to Wasz związek jest zaczynem czegoś co r
                  > okuje bardzo źle.

                  Może jak autorka będzie musiała sama zapłacić ratę SWOJEGO kredytu i zapłacić czynsz za SWOJE mieszkanie, zorientuje się, że partner, który rzucil swoje dotychczasowe życie dla niej, nie jest takim darmozjadem i nieudacznikiem, jakiego ona usilnie próbuje z niego robić.
                  • ad.a6 Re: Żyjemy obok siebie.... :( 12.11.13, 14:48
                    Cały czas chyba nie rozumiecie jednego. Tego, że gdyby nie on, nie musiałabym w ogóle podejmować tematu kredytu. Gdyby nie to, że mama pewnego dnia rzuciła tekstem: "nie chcę go tu widzieć, normalny facet nie przeprowadza się do kogoś z gołą d*pą" i musieliśmy się wyprowadzić, a on nie miał umowy o pracę a zdolność kredytową miałam tylko ja. Gdyby przedtem coś wniósł do tamtego mieszkania, nie byłoby problemu. Poza tym, co to za różnica za którą kasę spłacam kredyt, za którą kupuję jedzenie, kosmetyki damskie czy męskie, buty, ciuchy czy cokolwiek. I jeszcze jedno: on z lumpka nie korzysta, bo mu wstyd. ja muszę.

                    Aha, z karteczek wyszło, że mamy dochodu 3:1. Czyli ciekawe kto kogo utrzymuje.
                    • t1ffany Re: Żyjemy obok siebie.... :( 12.11.13, 14:55
                      Czyli kupiłaś sobie mieszkanie "dla niego", gdyby nie ten obrzydliwy nieudacznik to mieszkałabyś szczęśliwa z mamusią po kres swoich dni?

                      Chyba obie z matką macie wartościowanie ludzi przeliczalne bardzo mocno na złotówki. Chyba zbyt mocno by stworzyć związek z kimś kto takimi kategoriami nie myśli. Szkoda czasu, szkoda życia, Twojego i faceta.
                      • triss_merigold6 Re: Żyjemy obok siebie.... :( 12.11.13, 15:03
                        Kupiła mieszkanie żeby móc z panem mieszkać niezależnie od sympatii i antypatii matki.
                        • zuzi.1 Re: Żyjemy obok siebie.... :( 12.11.13, 15:10
                          Tak się jakoś dziwnie składa, że te mamusie ortodoksyjne katoliczki często wychowują synów na maminsynków albo/i na nieudaczników, a potem wchodzi taki człowiek w zycie goły i wesoły, bez żadnych umiejętnosci i bez chęci do ciężkiej pracy i wzięcia życia w swoje ręce, i nazywa siebie minimalistą....paradne...minimalista nie powinien zakładac rodziny tylko byc singlem i klepac biedę samodzielnie, bez obciążania nią osób trzecich z którymi się związał...niech spróbuje ten minimalista przeżyc na wynajmowanym za swoją najniższą krajową...ciekawe czy ta sztuka mu się uda...a jak nie do z powrotem pod skrzydła ortodoksyjnej mamusi... brrr ;(((
                          • sebalda Re: Żyjemy obok siebie.... :( 12.11.13, 15:27
                            Nie, nadal nie rozumiem. Przecież on opłaca ten kredyt i czynsz. Nie jest darmozjadem.
                            Czy oni od razu musieli decydować się na kupno mieszkania, skoro on taki nieudacznik? Mieszkanie jest na nią, jak on się jej znudzi (co właściwie już się stało), to jego inwestycja w to mieszkanie pójdzie się gonić, a jeszcze on zostanie wyzwany od pasożyta.
                            Nadal nie rozumiem, o ile pogorszyła się jej sytuacja materialna. Nie ponosi żadnych kosztów WŁASNEGO mieszkania, wcześniej dokładała się mamusi do utrzymania, zatem nic się nie zmieniło, bo teraz mamusi się dokładać nie musi, tyle że facet musi coś jeść, ale czy to generuje większe koszty niż dokładanie się do mamusi?
                            Jakby ktoś spłacał moje mieszkanie, jakoś nie byłabym na niego obrażona, że muszę go karmić. Ona gdzieś pisała, że w jej mieście z pracą nie jest tak łatwo. Ale nie, on MUSI NATYCHMIAST zarabiać tyle, żeby jej standard znacznie sie podniósł. Bo że się nie pogorszył przez niego, już wykazałam. No i zostanie jej mieszkanie. A jeśli ona wolała do końca dni swoich mieszkać z mamusią, to po cholerę zawracała głowę facetowi??? To wyłącznie jego wina, że ona musiała brać kredyt? Który on nota bene jej sponsoruje? Większośc par musi zacisnąć pasa, gdy spłaca kredyt, nie ona jedna musi oszczędzać. A mieszkanie będzie jej.
                        • t1ffany Re: Żyjemy obok siebie.... :( 12.11.13, 16:30
                          > Kupiła mieszkanie żeby móc z panem mieszkać niezależnie od sympatii i antypatii
                          > matki.


                          Ok, ale uczynienie z decyzji o kredycie przewiny faceta jest absurdem.

                          Matka wątkodajki skreśliła faceta za to że przyjechał tylko z torbą ubrań. Gdyby przyjechał z torbą pieniędzy to byłby ukochanym zięciem? Takie klimaty jakoś nieszczególnie zdrowo wyglądają. Oczywiście miała prawo nie chcieć go pod swoim dachem, ale uzasadnienie jakoś tak podjeżdża drobnomieszczańtwem.

                          @zuzi
                          znów nadinterpretujesz i nakładasz pewną kalkę. Być może facet jest nieporadny, ale nie wygląda na mamisynka. Pani go chciała bo był dobry seks i nagle nie chce, bo za mało cyferek na konto przynosi? Słabe to.

                          @nammkha
                          w sumie też mam takie wrażenie. Do tego w 90% przypadków pada hasło "uświadom sobie dziewczyno że ten podły gad to przemocowiec" or something w ten deseń.

                          ALE... rzucanie do partnera tekstów w stylu "ty nieudaczniku" czy spory o to z czyich pieniędzy jest jedzenie w lodówce to jest faza terminalna. Pan pewnie jest do rehabilitacji po ortodoksyjnie katolickim domu, dla pani najważniejsze są jej lęki przed biedą (które będą takie same przy wspólnym budżecie 4k jak i 8k, nie oszukujmy się, to nie jest kwestia kwoty tylko podejścia do życia). Tu potrzebny jest facet z podobnym podejściem do pieniędzy, każdy z lżejszym będzie wcześniej czy później skreślony.
                          Ergo: po co męczyć siebie i jego? Życie jest krótkie.
                          • adorra0 Re: Żyjemy obok siebie.... :( 12.11.13, 16:45
                            Dla mnie absurdem jest obwinianie faceta za to, że jest inny niż Autorka sobie WYOBRAŻAŁA.
                            • ad.a6 Re: Żyjemy obok siebie.... :( 12.11.13, 17:47
                              Niczego sobie nie wyobrażałam tylko mi naobiecywał, wiesz, przed zamieszkaniem razem był okres spotykania się w weekend a w czasie tygodnia skype/gg. I padły różne pytania. I odpowiedzi też. Z tego co widzę to były wypowiedzi nie do końca prawdziwe. Co do zamieszkania z mamą: miał być okres "poczekamy- zobaczymy". Można komuś pomagać, karmić ubierać, żywić, wspierać i wszystko inne, ALE przez pewien okres czasu, potem oczekuje się od dorosłego człowieka, że sam zacznie rozwijać skrzydła, a tu ZONK.
                          • zuzi.1 Re: Żyjemy obok siebie.... :( 12.11.13, 17:25
                            ale ja nie napisałam, że to maminsynek jest, napisałam tak ogólnie o matkach...,
                            dla mnie ten człowiek jest niedojrzały, znalazł sobie 2 mamusię w osobie autorki wątku i sobie żyje nie przejmując się za bardzo rzeczywistoscią, autorka powinna sama spłacac swój kredyt a pana rozliczac z kosztów utrzymania, adekwatnie do jego udziału, pan powinien miec swoje konto, autorka swoje i zastanowic się, czy z czlowiekiem mającym takie podejscie do życia chce dalej zyc...czy jej to odpowiada.. czy będzie w stanie byc z nim szczęsliwa,... a mama autorki wątku nie jest za ciekawa a właściwie jej podejscie
                            • zuzi.1 Re: Żyjemy obok siebie.... :( 12.11.13, 17:29
                              tiffany napisała:
                              "Pan pewnie jest do rehabilitacji po ortodoksyjnie katolickim domu, dla pani najważniejsze są jej lęki przed biedą (które będą takie same przy wspólnym budżecie 4k jak i 8k, nie oszukujmy się, to nie jest kwestia kwoty tylko podejścia do życia). Tu potrzebny jest facet z podobnym podejściem do pieniędzy, każdy z lżejszym będzie wcześniej czy później skreślony.
                              Ergo: po co męczyć siebie i jego? Życie jest krótkie."

                              A z tym się zgadzam w pełni. Ciężko jest życ z takim typem mężczyzny, całe życie ma się odpowiedzialnosc za wszystko na własnym grzbiecie, nie jest to sytuacja do pozazdroszczenia.
                              • t1ffany Re: Żyjemy obok siebie.... :( 12.11.13, 18:10
                                > A z tym się zgadzam w pełni. Ciężko jest życ z takim typem mężczyzny, całe życi
                                > e ma się odpowiedzialnosc za wszystko na własnym grzbiecie, nie jest to sytuacj
                                > a do pozazdroszczenia.


                                Trochę ortodoksyjnie podchodzisz :) Ja uważam że tacy ludzie są do rewitalizacji, tak faceci jak i kobiety. Facet przejawia pozytywne zachowania, jeżeli rzucił wszystko i zmienił swoje życie dla rozwódki z dzieckiem to znaczy że mu zależy (zależało?). Jeśli nie przeznacza kasy na żadne własne rozrywki tylko 100% ładuje na konto pani to też pozytywny symptom. Tylko tu trzeba trochę czasu, wspólnej pracy i zaufania a mam wrażenie że tego wszystkiego brakuje. Tym gorzej to widzę, jeśli podejście do kasy wątkodajka odziedziczyła po matce.

                                Mam wrażenie że dla takiego faceta najlepsza byłaby młoda laska z którą mogliby razem dorosnąć, sparzyć się parę razy, nauczyć odpowiedzialności i dotrzeć w podobnym tempie. Rozwódka z dzieckiem ma inne oczekiwania i tu raczej miodowo nie będzie.

                            • zuzi.1 Re: Żyjemy obok siebie.... :( 12.11.13, 17:33
                              ten facet jest niedojrzały i niezaradny, to taki typ, którego autorka będzie musiała ciągnąc przez życie na własnym grzbiecie, próbowac go motywowac, żeby cokolwiek zrobił, a on się będzie przed wszelkim wysiłkiem, aktywnością i rozwojem zawodowym zapierał obiema rękoma i nogami, współczuję ;( kompletnie nierozwojowy typ, z takim depresja ciągła jest zapewniona w pakiecie ;)
                              • adorra0 Re: Żyjemy obok siebie.... :( 12.11.13, 19:13
                                Każdy kto nie awansuje dwa razy do roku jest niedojrzały i niezaradny?
                                • zuzi.1 Re: Żyjemy obok siebie.... :( 13.11.13, 00:03
                                  Nie adorra. Ten pan podjął pracę na zastępstwo, bo go autorka do tego zmusiła swoim gderaniem, gdyby nie to, pewnie dalej by bezskutecznie szukał pracy. Od 3 lat pracuje za najnizszą krajową, szuka innej pracy, ale mu nie wychodzi, i nie widac, żeby go ta sytuacja stresowała. Typowy luzak drops, żyjący wygodnie z "mamusią", która ZAWSZE zapewni mu miękkie lądowanie i finansową poduszkę bezpieczeństwa, bo ona się do tego poczuwa, co on oczywiscie skwapliwie wykorzystuje...Na takiego pana to tylko terapia wstrząsowa i odcięcie od wodopoju, niech się poi i finansuje wszystkie swoje potrzeby sam, w tym wymianę opon. Typ nierokujący, może po 15 latach pracy uda mu sie podwoic obecną srednią krajową i to będzie wszystko na co go stac. A jaki ten człowiek ma problem? moim zdaniem cierpi na brak ambicji i jest zwyczajnie leniem, lubi wygodnie zyc u boku "mamusi" lękającej się biedy. On się biedy nie lęka, bo wie, że przy takie kobiecie, bieda mu nie straszna...
                                  • zuzi.1 Re: Żyjemy obok siebie.... :( 13.11.13, 00:05
                                    mialo byc: podwoic obecną najniższą krajową, zamist średnią krajową
                                  • t1ffany Re: Żyjemy obok siebie.... :( 13.11.13, 00:50
                                    Ten pan podjął pracę na zastępstwo, bo go autorka do tego zmusiła s
                                    > woim gderaniem,


                                    Demonizujesz i pitolisz na podstawie własnych lęków. Dlaczego akurat 15 lat? Może od razu 80? A może gość jest pedofilem i wykorzystuje wątkodajkę aby zgwałcić ukradkiem jej córkę? Absurd? Tak samo jak niektóre teorie.
                                    Twarde fakty są takie że facet mało zarabia po 3 latach związku. Do jakich górnolotnych twierdzeń to jest podstawa?
                                    • zuzi.1 Re: Żyjemy obok siebie.... :( 13.11.13, 12:14
                                      Po całokształcie opisanej sytuacji jest podstawa do tego, żeby napisac, że facet nie rokuje i życie z nim to będzie jedna wielka męka pańska i to dłuuuugo...i wyciąganie chłopaka z róznych kiepskich sytuacji zyciowych.
                                      • zuzi.1 Re: Żyjemy obok siebie.... :( 13.11.13, 12:15
                                        a autorka już nie ma sił, a co będzie za kolejne 3 lata, będzie wrakiem samej siebie
                                        • adorra0 Re: Żyjemy obok siebie.... :( 13.11.13, 13:25
                                          No dobrze zuzi, facet to samo zuo, ale dlaczego watkodawczyni nie wstawi mu walizek za drzwi? Tak jak napisała poniżej sebalda - nie szanuje partnera, krytykuje go niemal za wszystko, za chwile sie okaże, ze nawet oddycha nie tak jak ona by chciała, więc po co się męczyć? Wyżej napisałam, ze Autorka nie związala się z konkretnym facetem tylko ze swoim WYOBRAŻENIEM na jego temat i obwinia jego za ten stan rzeczy. Przd zamieszkaniem razem widziała to co chciała widzieć, a pole widzenia skutecznie zawęziła jej trzykondygnacyjna willa. To w oparciu o nią "zbudowała " sobie wizerunek partnera.
                                          • zuzi.1 Re: Żyjemy obok siebie.... :( 13.11.13, 14:43
                                            Skoro autorka związała się z DDA to może to swiadczyc o tym, że sama też pochodzi z co najmniej dysfunkcyjnego domu... Ten facet nie przystaje do zachowania statystycznego faceta, jest inny, mało aktywny, mało zaradny, generalnie z problemami rodzinnymi. Nie daje autorce wsparcia, jest współuzalezniony od swojej rodziny pochodzenia. A autorka pewnie powiela jakiś dysfunkcyjny rodzinny schemat w ten sposób, chce go na siłę zmienic, zrobic z niego kogoś innego, aby ten związek w końcu okazał się taki, jaki sobie wymarzyła. W ten sposób, zajmując się facetem wszechstronnie zanidbuje siebie, swoje potrzeby i dziecka, zamiast sobie kupic niezbędne rzeczy i polepszyc codziennosc dziecku, Ona obkupuje faceta we wszystko, samej się zaniedbując...tego pana trzeba postawic przed faktem dokonanym, jestes DDA, niezbędna jest Ci terapia, czy chcesz na nią się wybrac i pracowac nad swoimi problemami czy nie, weź swoje sprawy fin. w swoje ręce, ja nie mogę zaniedbywac siebie i dziecka, aby Ciebie utrzymywac i wyposażac we wszystko czego nie posiadasz...te sprawy powinienes załatwic we własnym zakresie, gdy pan nie będzie miał ciepłych butów na zimę czy ciepłej kurtki, może wówczas zmotywuje się sam do tego aby w jakiś sposób dorobic np. udzielaniem korepetycji lub sprzątaniem po domach. Ale autorka musi się obudzic i otrząsnac i przestac robic za jego przybraną "mamusię"..
                • molly_wither Re: Żyjemy obok siebie.... :( 19.11.13, 20:05
                  He he.Sugerujesz,ze to autorka powinna dostosowac sie do nieudacznika? Im wiecej czytam takich wpisow tym bardzie trzymam strone autorki watku,choc pierwszym postem,ktorym skomentowala byl ten o tytule "pustka".
                  Ja jestem bardzo ciekawa, co bys napisala mądralo gdybys sama miala takiego partnera?

                  t1ffany napisała:

                  > Powiedział, że zataił to ze strachu że znowu będę go nazywać n
                  > ieudacznikiem.

                  >
                  > ...9 ...10
                  > Knock out!
                  > Chyba jednak to nie Ty jesteś w tym związku ofiarą. Takie teksty to jest podła
                  > przemoc w czystej formie.
                  > Facet dość konkretnie przemeblował swoje życie pod Ciebie. Przeprowadził się do
                  > nowego środowiska, pożegnał kumpli, znajomych, znalazł tu robotę. Oddaje pensj
                  > e, jakoś się stara a Ty przelewasz na niego żal za to, że po wyprowadzce od mam
                  > y Ci się standard życia obniżył (?).
                  >
                  > Wg mnie on ma takie samo prawo czuć się rozczarowany Twoją postawą jak Ty nim.
                  > Chyba lepiej będzie dla Ciebie, niego oraz córki jak się rozstaniecie, bo jeżel
                  > i po 3 latach to wygląda w ten sposób to Wasz związek jest zaczynem czegoś co r
                  > okuje bardzo źle.
                  • t1ffany Re: Żyjemy obok siebie.... :( 19.11.13, 20:30
                    He he.Sugerujesz,ze to autorka powinna dostosowac sie do nieudacznika? (...) Ja jestem bardzo ciekawa, co bys napisala mądralo gdybys sama miala takiego par
                    > tnera?


                    To do mnie było?
                    Albo starałabym się mu pomóc albo się z nim rozstała. Ludzi nie wolno lżyć, tak samo jak nie wolno ich bić. Bez "he he".

                    Molly, Ty siadasz do tego forum po kielichu?
            • hatsu33 Re: Żyjemy obok siebie.... :( 12.11.13, 13:42
              Przykład: Czy dba o Ciebie? Czy jest to "jedyny człowiek, który potrafi Cię rozbawić"? Czy jesteś dla niego najważniejsza i czujesz to? Czy potrafi, choć od czasu do czasu, zrobić coś wyjątkowego dla ciebie? Czy zajmuje się domem? Czy zrobi zakupy i ugotuje;)? Czy macie te same cele życiowe - choćby np.: zobaczyć Wenecję..? Czy - oprócz kwestii, które opisujesz - jesteś szczęśliwa w tym związku?
              • zuzi.1 Re: Żyjemy obok siebie.... :( 12.11.13, 14:19
                Autorko zadaj sobie jedno podstawowe pytanie, czy przez kolejne 15 lat chcesz tak zyc? Jesli nie, to daj sobie rok na zmiany, wdroż w życie te porady które uzyskałaś w tym wątku a jeśli po roku dalej Wasza sytuacja będzie wyglądała identycznie, wówczas zmień tego faceta na b. zaradnego i się nie frustruj. Szkoda życia. Facet wygląda mi na niedojrzałego a rodzina z jakiej pochodzi: mamusia ortodoksyjna katoliczka a brat ksiądz wskazuje na to, że z tą rodziną nie wszystko jest w porządku... Na razie walczysz z wiatrakami i tracisz sily, młodosc, radosc i urodę, mam wrażenie że popadłaś nawet w depresję. Sorry ale zycie masz tylko jedno i powtórki z niego nie będzie, szkoda się tak męczyc, a wiadomo, że sama Waszej sytuacji diametralnie nie poprawisz, aby było lepiej muszą chcec dwie strony związku a nie tylko jedna...
      • qqqqqqq12345 Re: Żyjemy obok siebie.... :( 06.04.24, 22:39
        Ta singielka jest poprostu wyrachowana.Podziwiam faceta,że wziął ją z bagażem.Na jego miejscu uciekałbym od niej i to szybko.
        • tt-tka Re: Żyjemy obok siebie.... :( 18.09.24, 09:58
          Watek sprzed 11 lat, ale owszem, dla ciekawych - dwa lata pozniej watkodajka wystawila goscia za drzwi, po pol roku przygarnela ponownie, a po kolejnych czterech miesiacach gosc sam poszedl zostawiajac na stole klucze i kartke z nfo, ze woli swiety spokoj niz ja :P

          info z ematki, gdzie ad.a6 rozpisywala sie w wielu watkach przez kilka lat
    • nammkha Re: Żyjemy obok siebie.... :( 12.11.13, 15:57
      Hahaha, mam wrażenie, że nieważne o czym autor wątka napisze, wy macie jedną radę - nie zmieni się - trzeba się rozwieść, albo idź na terapię.
      Ludzie, którzy tu piszą potrzebują wsparcia, a co otrzymują? Drążenie przez was tematu w stronę tego, kto jest bardziej winny, jak bardzo zła jest to sytuacja, jak bardzo nic się nie da z tym zrobić bo przypadek jest beznadziejny i pozostaje tylko terapia, bo na pewno nic nie zrozumieją itp.
      Już któryś raz czytam wątek i nie wierzę w to co czytam. Nie każdy na tym świecie potrzebuje terapii, nie każdy zaraz musi się rozwodzić bo coś trudnego się dzieje.
      Kobieta jest w związku z facetem, z którym jest jej dobrze we wszystkich kwestiach oprócz finansowych, a ktoś tu pisze, że nie ma się co męczyć, że trzeba się rozstać.
      Ludzie - to jest na prawdę mały problem w związku. Autorka wątku tyra to fakt, ale oboje mają pracę, ona jest po prostu przepracowana. Wystarczyłoby, żeby odpoczęła i miłość zakwitnie na nowo. Więc opamiętajcie się trochę z tymi ocenami że nie ma szans.
      Swoją drogą jeśli facet zarabia najniższą krajową czyli jakieś 1200 zł a autorka 3 razy tyle czyli razem ok. 4800. Tragedii nie ma. Ale autorka jest niezadowolona i ma prawo. Dlatego jak już pisałam wyżej należałoby porządnie odpocząć a potem zapytać się siebie czy jestem z tym facetem mimo jego niskich zarobków czy wybieram kasę. Odpocznij sobie autorko to ci się polepszy.
      • sebalda Re: Żyjemy obok siebie.... :( 12.11.13, 16:15
        Podsumowując: czasy są trudne, z pracą nie jest lekko, można żyć z mamusią w jej mieszkaniu i nadal mieć pieniądze na swoje małe przyjemności (kto o nich nie marzy) albo spróbować żyć samodzielnie, inwestować w mieszkanie, które w przyszłości będzie własnością, inwestycją, będzie dla córki, ale w związku z tym zacisnąć pasa, umieć sobie odmówić tych przyjemności na jakiś czas, z myślą o lepszym jutrze. I zawszeć to lepiej wszystko robić we dwójkę, z kimś, kto dla Ciebie rzucił swoje wygodne życie, kto ma dobrą relację z Twoją córką, kto pomaga, dla kogo byłaś tą NAJ. I jak tak czytam, to myślę, że nadal byś nią była, gdybyś nie określała swojego faceta nieudacznikiem, nie naciskała dniem i nocą, nie wyżywała się na nim za to, że może przeceniłaś Wasze siły. Czasami powiedziałabyś mu dziękuję, że jesteś, że moja córka ma kogoś bliskiego, choć nam teraz ciężko, to może z czasem coś się poprawi. Przecież wielu facetów na jego miejscu nie oddawałoby całej pensji na nieswoje w końcu mieszkanie. Doceń to, przestań go wyłącznie krytykować, bo nikt nie jest w stanie tego stale znosić. Spróbuj do niego podejść pozytywnie, a może to go bardziej zmobilizuje niż wieczne pretensje. Po sobie, po swoich dzieciach widzę jak działają komunikaty pozytywne, a jak negatywne (od mojego męża). Pochwała uskrzydla, krytyka podcina skrzydła.
        Wolałabyś wrócić do mamy?
        • sebalda Re: Żyjemy obok siebie.... :( 12.11.13, 16:30
          Twój partner nie tylko rzucił pracę, wyjechał ze swojego miasta, zostawił przyjaciół. On zapewne zerwał z rodziną, stąd pewnie ta jedna walizka. Dla jego matki, jako katoliczki, nie było na pewno łatwe to, że syn wiąże się z kobietą z dzieckiem, żyje bez ślubu. Dlatego pewnie nic nie wziął z domu, wyszedł z niego, jak stał. Czy kiedykolwiek doceniłaś, że on dla Ciebie i Twojego dziecka jednak sporo poświęcił? Powiedziałaś mu o tym, że to dla Ciebie ważne? A Twoja mama pomyślała o tym? Oceniła go wyłącznie na podstawie stanu posiadania? Liczyła na bogatego zięcia?
    • 71tosia Re: Żyjemy obok siebie.... :( 12.11.13, 16:42
      Oczywiscie mozesz zrobic eksperyment i poprosic by parner przez jakis czas przejal odpowiedzialnosc za fiananse, placil rachunki, kontrolowal wydatki, dochody etc tylko czy starczy ci na to odpornosci newrowej i ciepliwosci? Moze to by czegos nauczylo druga strone?
      ps przyczyna wypadanie wlosow jest pewnie silny stres?
      • t1ffany Re: Żyjemy obok siebie.... :( 12.11.13, 16:48
        > Oczywiscie mozesz zrobic eksperyment i poprosic by parner przez jakis czas prz
        > ejal odpowiedzialnosc za fiananse, placil rachunki, kontrolowal wydatki, dochod
        > y etc tylko czy starczy ci na to odpornosci newrowej i ciepliwosci? Moze to by
        > czegos nauczylo druga strone?
        > ps przyczyna wypadanie wlosow jest pewnie silny stres?


        Pomysł świetny, ale skończy się wrzodami ze stresu niezależnie od wyniku eksperymentu.
        • paris-texas-warsaw Re: Żyjemy obok siebie.... :( 12.11.13, 18:06
          Kobieto, słuchaj mnie i uciekaj:) Paris nie kłamie:)

          Jeszcze kilka moich przemyśleń. Zanim wszystkie piękne czarne włosy Ci wypadną.

          To co rzuca się w Twoich tekstach, to:
          1. Boisz się konfrontacji z facetem. Wybierasz pozory spokoju. Nie wiem z jakich względów - w poprzednim związku było na tyle źle, że cieszysz się, że jest lepiej, masz niskie poczucie wartości, boisz się o stan psychiczny dziecka, etc. W normalnym związku nikt nie boi się konfrontacji. Jedni spokojnie gadają, inni krzyczą, ale związek pozuwa się do przodu. Ty się boisz.

          2. "Trzy dni nie jadł obiadu".... Buahahaa:) Ale to nie o nim czytaliśmy newsy, że umarł z głodu? To zdarzenie już świadczy, że z nim/z Wami jako parą nie do konca jest ok. A co potem? Ubłagałaś, żeby zjadł obiad? Sam z siebie łaskawia zjadł? Ale nie wpadł, że można kupić coś i zrobić obiad, albo iść gdzieś i coś zjeść, a nawet Ciebie zaprosić? Aaaa, zapomniałam, nie miał kasy:)

          3. "Mama go nie lubiła, bo przyjechał z jedną walizką i został". Jak to ktoś, kiedyś tu napisał, że bodajże Freud powiedział, że wszystko widać od początku. I pewnie Twoja matka to już zobaczyła. I pewnie nie o kasę chodzi. O całokształt. Ludzie z różnych powodów zostaja z jedną walizką, ale umieją się dorobić, jak im zależy. Pewnie gdybyś była bogatsza, to mogłabyś ten związek ciągnąć i b yłabyś w lepszym stanie - za własną kasę opłacałabyś wakacje, kredyt, czynsz, jego stroje, Twoje stroje, kosmetyczki, fryzury, bajery dla córki. Ale może dobrze, że nie masz wiecej kasy, to wcześniej możesz przejrzeć na oczy.

          4. Twoje teksty są jak wprawka, jak case study dla studentów psychologii. Powtarzasz, że nie wiesz o co chodzi, że jest dobrze, etc. Ta ślepota jest znamienna. Może szerzej by cos napisała Ci np. Sorivina, albo Pani Agnieszka. To co mi rzuca się w oczy, to jedna znamienna sprawa. Ty pracowałaś, równolegle DG z nauka języków. I piszesz, że facet zna BIEGLE ANGIELSKI. Ale jakos on nie dorabia sobie w tej DG? No nic, po co, to Twoja DG:)

          Obudź się! Powodzenia jeszcze raz:)
          • paris-texas-warsaw Re: Żyjemy obok siebie.... :( 12.11.13, 18:11
            A jak by nie było, to już z półtora wieku temu Dostojewski pisał, że dobrze mieć przed ślubem "mały kapitalik już":)
            • paris-texas-warsaw Re: Żyjemy obok siebie.... :( 12.11.13, 21:03
              Jeszcze jedno sobie przypomniaam. Napisałaś, że facet powiedział, żebyś coś ze sobą zrobiła i była bardziej kobieca. Nigdy czegos takiego nie usłyszałam, bo to pewnie taka rzecz, że mój mąż dobrze wie, że nigdy bym tego nie zapomniała, a on jest wygodny;)

              Wklejam Ci link z wywiadem z psychoterapeutą, który "rozkodowuje" podobny komunikat "gdy Cię poznałem, ważyłaś 30 kg mniej". Nie przypuszczałam, że kiedyś tu na forum będę bronić ofiar przemocy, ale taki dzien nastał:) Ostatnio ciekawi mnie temat agresji słownej, chciałabym z moich wypowiedzi w domu sie jej pozbyć i takie odkrycie poczyniłam. Polecam wszystkim czujacym się źle i niekochanym w swoich związkach.
              Ps. Twój komunikat o nieudaczniku tez pewnie uderza w meskosc i jego kanon.
              • paris-texas-warsaw Re: Żyjemy obok siebie.... :( 12.11.13, 21:06
                skuteczna-psychoterapia.pl/a_dlaczego-ofiary-przemocy-nie-odchodza.php
              • sebalda Re: Żyjemy obok siebie.... :( 12.11.13, 23:26
                Nie przypuszczałam, że kiedyś tu
                > na forum będę bronić ofiar przemocy, ale taki dzien nastał:)

                Szczęka opadła mi do kolan. Paris, uważasz, że nie należy bronić ofiar przemocy??? To by była ujma na Twoim honorze? Twoja przekora zaczyna być obsesyjna.
                Tyle razy tłumaczyłaś przemocowców, a ofiarom próbowałaś wmawiać co najmniej współudział w przemocy, a teraz otwarcie bronisz kobiety, która wpędziła Bogu ducha winnego faceta w kompleksy, bo przeliczyła się z własnym kredytem??? Zrobiła z chłopa nieudacznika, bo nie zdążył w krótkim czasie zrobić zawrotnej kariery w całkiem dla siebie obcym środowisku??? Bo ona nieustannie zarzuca go pretensjami, więc i on się w końcu raz odciął, to już z niego przemocowiec??? Gdzie jest jeszcze ta jego przemoc? Że rzucił całe swoje dotychczasowe życie dla kobiety z dzieckiem i nawiązał z nim dobry kontakt? Że oddaje całą swoją pensję? Że opłaca JEJ kredyt na JEJ mieszkanie? Że nie ma niczego swojego, za to ma się bardziej i bardziej starać, bo ona tak sobie życzy? Że nie ma na to ochoty, bo ona wywiera na niego nacisk i go tylko krytykuje? Ja nie ogarniam, gdzie jest jego przemoc? Może jest niezaradny, może niesamodzielny, może mało przebojowy, ale agresywny? W czym to się konkretnie przejawia?
                Coraz bardziej zmieniam zdanie na Twój temat, Paris, nie łapię tych Twoich klimatów:P
                • 71tosia Re: Żyjemy obok siebie.... :( 13.11.13, 00:17
                  tez nie rozumiem skad ta przemoc.
                  Jedni probuja maksymalizowac zyski bo maja duze potrzeby inni minimalizowac potrzeby bo maja male dochody, pani preferuje pierwszy model pan drugi. I chyba trudno to bedzie zmienic.
                  • ad.a6 Re: Żyjemy obok siebie.... :( 13.11.13, 08:48
                    To chyba muszę podać więcej szczegółów i kilka rzeczy sprostować, dla tych co to ze mnie robią cwaniarę i materialistkę. Poznaliśmy się wiosną, zamieszkaliśmy w listopadzie. Dość wcześnie podjęliśmy decyzję o wspólnym zamieszkaniu, tylko stwierdziliśmy że troszkę jeszcze poczekamy, bo jego poprzednia praca, i musi kilka rzeczy pozałatwiać zanim się do mnie przeprowadzi. I teraz sedno sprawy. Podczas naszych wieczornych rozmów zostawiał wszystko, bo musi przywieźć ojca z pracy, okazało się, że jest tak pijany, że sam nie dotrze. Sytuacja powtarzała się kilka razy. W końcu wkurzyłam się, a on przyparty do muru przyznał że ojciec jest alkoholikiem i on jako dobry syn ratuje go w każdej sytuacji. Zawozi i przywozi z pracy, płaci za niego długi w sklepach bo wstyd przed matką katoliczką, która z kolei udaje, że problemu nie ma. Stwierdziłam że wóz albo przewóz. Albo mieszka ze mną i odcina się od chorego domu gdzie robi za przysłowiowego jelenia, kup, zanieś, przynieś, kup opał, napal w piecach. I wszystko po to by nie narażać rodziny na wstyd bo przecież drugi brat jest księdzem i rodzinka wzorowa. Zagroziłam zakończeniem znajomości. Odciął się (przynajmniej tak mi się wydawało) i przyjechał do mnie. Wcześniej ustaliliśmy, że razem odkładamy pewną kwotę, którą przeznaczymy na zakup brakujących mebli, jakiś mały remoncik. Zgodził się bardzo chętnie, powiedział, że na ten cel ma pewną kwotę przygotowaną. Kolejne kłamstwo, jak się później okazało. Przyjechał z "całym swoim majątkiem" w jednym plecaku. Okazało się, że żadnych oszczędności nie ma. Ciuchów na zimę również nie. Pytam, co z kwotą, którą podobno miał odłożoną, stwierdził, że kolejny raz musiał ratować ojca, który któryś raz pod wpływem alkoholu wsiadł za kierownicę i trzeba było wpłacić kaucję by nie poszedł za kratki, i znowu "a mama by sobie nie poradziła sama", itp itd. Z wściekłością, ale jakoś to przełknęłam, bo powiedział, że będzie jeszcze jego wypłata z poprzedniej firmy. I nie doczekałam się tej wypłaty. Stwierdził że mu ją ukradli gdy szedł po mnie do pracy (szło się przez park, tylko dziwne, bo mi się tam nigdy nic nie stało, on również brak siniaków, zadrapań). Do tej pory nie wiem co z nią zrobił, prosiłam, błagałam by powiedział prawdę "przyznaj się, wysłałeś matce?, powiedz, że tak, tylko proszę nie kłam". Zima przyszła, trzeba było kupić mu całą wyprawkę ciuchową. Z tamtej pracy się zwolnił poniekąd dla mnie, więc musiałam kupić buty, płaszcz, i wszystkie ciepłe rzeczy. Powiem tylko, że ta sytuacja ciągnęła się przez kilka miesięcy, normalną pracę podjął dopiero w maju. Materialistką jestem, nie? :(
                    • ad.a6 Re: Żyjemy obok siebie.... :( 13.11.13, 08:59
                      I nie chodzi mi o stan teraźniejszy, tylko o to, że nie znoszę kłamstwa, a do tej pory ponoszę konsekwencje tej decyzji o zamieszkaniu, mówiono mi "poczekaj trochę, jedź też tam do nich, poznaj rodzinę". On dzisiejszą sytuację odbiera jako stabilizację, bo jest gdzie mieszkać, jest co jeść, jest co ubrać, tylko nie rozumie, że większość rzeczy dostał ode mnie, zanim jeszcze podjął pracę, poza tym prawie wszystko musiałam do tego mieszkania kupić za własne pieniądze (on nie dołożył się na wstępie niczym, bo przecież do tej pory pomagał mamusi, która by sobie nie poradziła). Ale ja muszę sobie poradzić, tak? Mój komentarz: "to niech wyrzuci z domu pijaka"!
                      Ja się pozbyłam - bo mój były mąż okazał się alkoholikiem i rozstaliśmy się gdy dziecko miało 2 tygodnie, przyczyną było kilkukrotne podniesienie na mnie ręki podczas ciąży i brak zmiany po przyjściu córki na świat. Nie miał ochoty ani zamiaru podjąć leczenia.
                      • ad.a6 Re: Żyjemy obok siebie.... :( 13.11.13, 09:04
                        Żeby tego wszystkiego było mało, to słysząc jego wszystkie opowiadania na temat rodziny uważałam go za bardzo uczynnego, dobrego i szlachetnego - dba o tamtą rodzinę, będzie dbał potem o swoją. Ale tak nie jest. Dlaczego nie może być w drugą stronę (mama ratuj, bo teraz my nie dajemy sobie rady, tata ratuj, bo do tej pory cię wspierałem)? Nie jestem z żelaza i do diabła, nie muszę sobie w każdej sytuacji dawać rady, facet też jest od czegoś.
                        • ad.a6 Re: Żyjemy obok siebie.... :( 13.11.13, 09:25
                          W ogóle to jakaś dziwna rodzina jest, nie wiem o co tam chodzi. Matka nauczycielka mianowana, 2 fakultety, ojciec elektromechanik bez pracy, wszystko przepijający, do tego matka nie przyznająca się do tego, ale byłam tam raz i widziałam że to prawda. Matka z kredytem hipotecznym na dom, z czasów, kiedy jeszcze ojciec pracował, kiedy było dobrze, a gdy z ojcem przestało być dobrze, coraz częściej pił i tracił pracę jedną za drugą, mój W. wziął sprawy w swoje ręce i ten kredyt spłacał. Czuję się oszukana. Uważam, że jeśli dorosły facet postanawia zamieszkać z kobietą, to powinien albo wnieść do tego pieniądze, albo coś ze sobą przywieźć z tamtego domu, coś co do niego należało. Nawet ostatnio jak mieliśmy problemy z komputerem, powiedziałam "jedź po swój, ja w tym czasie odłożę na coś lepszego". On na to "dobrze wiesz że nie zabiorę matce kompa, mam ją zostawić bez kompa, z ojcem pijakiem i z kredytem hipotecznym na karku?", i tego typu teksty. Czyli widać, że on się nie stara dla mnie tylko stara się być TAM dobrym synem. Z tego powodu przelew wypłaty na moje konto, bo boję się że mamuśka jęknie i cała kasa pójdzie tam. A tatuś?- tatuś hula z kolegami dalej.
                          • pade Re: Żyjemy obok siebie.... :( 13.11.13, 10:37
                            uhm, bohater DDA...
                            Autorko, to, co napisałaś zmienia postać rzeczy. Twój partner powinien iść na terapię dla DDA.
                            Inaczej oboje się zamęczycie. Ty jego - presją, on Ciebie - brakiem inicjatywy.
                            Poczytaj w necie o DDA, o współuzależnieniu, wiele Ci sie wyjaśni.
                            • pade Re: Żyjemy obok siebie.... :( 13.11.13, 10:41
                              I jeszcze jedno.
                              Dla Ciebie do przerobienia: dlaczego na partnerów wybierasz osoby uzależnione bądź współuzaleznione? Jaką Twoją potrzebę mieli zaspokoić? Co Cię do nich przyciągnęło?
                              Szczerze sobie odpowiedz, bez samooszukiwania. Będziesz miała jasność co do Twoich oczekiwań. Potem przyjdzie kwestia rozważenia, czy są one realistyczne.
                              Fakt, że wcześnie straciłaś ojca i wzięłaś odpowiedzialność za rodzinę też nie pozostaje bez wpływu.
                              Masz sporo do przerobienia.
                              Ja bym proponowała terapię dla Was obojga. Dla partnera DDA, dla Ciebie psychodynamiczną.
                        • paris-texas-warsaw Re: Żyjemy obok siebie.... :( 13.11.13, 09:28
                          Nie mam czasu tłumaczyć swoich wypowiedzi Sebaldzie, bierze je opacznie, podobnie jak nagina, że facet opłaca kredyt i mieszkanie - to jego pensja tylko na to stracza. Opłacałby, gdyby to było ponad jego utrzymanie.

                          Twój watek bardzo mnie przykuł, nie umiem sobie jeszcze uświadomić czemu. Wczoraj wieczorem nawet przeczytałam go mężowi, żeby powiedział, co myśli. Najpierw mnie spytał, czy dobrze znasz dom chłopaka, ale wczoraj nie było tylu info. Powiedział, że jako facet widzi to tak, że on uciekł "od jednej mamusi do drugiej".

                          Ja jako dziecko z rodziny alkoholika dodam od siebie, że być może masa działań, które podejmował w młodości zwyczajnie go juz zmeczyła. ja tak w pewnym momencie się poczułam. I stąd człowiek chce, żeby teraz inni już wszystko za niego zrobili. Ja osobiście z tego wychodzę, ale zawsze w dorosłości byłam na swoim utrzymaniu, stąd może nie ma u mnie tego aspektu finansowego żerowania. No współczuję Ci, jak współczuję czasem swojemu mężowi. Choć ma coraz łatwiej, bo zajęłam się terapią, teraz ją zaczynam kontynuować (dzięki przywołaniu do porządku przez Tully, bardzo jej jestem wdzięczna:)).
                          Jak coś mi przyjdzie do głowy, to napiszę.

                          Źle jednak, że kłamie. Długa droga przed takim człowiekiem pewno.
                          • ad.a6 Re: Żyjemy obok siebie.... :( 13.11.13, 09:39
                            Bardzo dziękuję, że nie skreślasz od razu, tylko wnikliwie czytasz, analizujesz i próbujesz pomóc (nie sama, widzę :), ale to tylko lepiej). Nie wiem, co nim kieruje, kierowało dawniej.... zauważyłam, że drobne kłamstewka przychodzą mu z łatwością i wtedy jest tak, że jak rzeczywiście się coś dzieje to też uważam to za kłamstwo i lekceważę. Całe jego dotychczasowe życie, jego tamten dom uważam za chory, powinien odciąć się i rozpocząć terapię. Nie odciąć się - zostawić co moje żeby tatuś mógł spieniężyć, ja bym wzięła wszystko, co moje, choćbym miała ogołocić pół domu. Chcesz to pij, ale pij za swoje, a mamuśka, męcz się, jak ci tak dobrze, jak ci bieda do garnka zajrzy, sama go rzucisz. On tego nie umie powiedzieć. Jak to zmienić? Co zrobić? Ja coraz bardziej czuję że tego nie udźwignę sama.
                            • ad.a6 Re: Żyjemy obok siebie.... :( 13.11.13, 09:48
                              Ja jednak potrafiłam się pozbyć z domu alkoholika, tzn ja wraz z córką od niego uciekłam, nawet nie burzył się specjalnie. Po 7 latach poznałam mojego W, ujął mnie właśnie tym, że nie pije, nie pali (ma wstręt do wszelkiego rodzaju używek), jest spokojny, cierpliwy, z poczuciem humoru, zadbany (2 razy dziennie pod prysznicem) - i to się obróciło przeciwko mnie, bo to ja mam niedopłaty za wodę w rocznym rozliczeniu. Czy ten chory dom będzie się cały czas za nami ciągnął? Czy nie można się skutecznie odciąć (mama, pomogę Ci dopiero, jak pozbędziesz się problemu, a teraz sorry, muszę wziąć co moje, bo tak głupio wejść do czyjegoś domu z gołą dupą) bez żadnych konsekwencji?
                            • rurek00 Re: Żyjemy obok siebie.... :( 13.11.13, 09:59
                              > Jak to zmienić? Co zrobić? Ja coraz bardziej czuję że tego nie udźwignę sama.

                              Nie zmienisz, i nie udźwigniesz. Masz za sobą związek z alkoholikiem, teraz zafundowałaś sobie związek z dzieckiem alkoholika. I w zasadzie ledwo gościa znając i nie znając jego rodziny, zdecydowałaś się z nim zamieszkać, na dodatek ładując się w kredyt. Zamiast desperacko szukać związków, powinnaś się raczej skupić na swoim rozwoju, żeby kolejnym razem wybrać lepiej. Zupełnie tego nie rozumiem, czemu się tak męczycie. Oczywiście nawzajem zaspokajacie swoje chore potrzeby i tak trwacie, tylko, że to bez sensu.
                            • pade Re: Żyjemy obok siebie.... :( 13.11.13, 10:51
                              kłamstewka też są typowe dla dda
                              a przede wszystkim totalny brak poczucia własnej wartości
                              on się czuje coś wart tylko gdy pomaga matce, ojcu, albo Tobie np. przy córce
                              nie wierzy w swoje umieętności, w swoją wartość, dlatego ma kłopoty z pracą
                              Ty go postrzegasz inaczej, ale to Twoje postrzeganie
                              on tego nie czuje, nie wierzy
                          • sebalda Re: Żyjemy obok siebie.... :( 13.11.13, 10:13
                            paris-texas-warsaw napisała:

                            > Nie mam czasu tłumaczyć swoich wypowiedzi Sebaldzie, bierze je opacznie, podobn
                            > ie jak nagina, że facet opłaca kredyt i mieszkanie - to jego pensja tylko na to
                            > stracza. Opłacałby, gdyby to było ponad jego utrzymanie.

                            No ja faktycznie nie rozumiem, co Ty piszesz. To opłaca kredyt i czynsz, czy nie opłaca? Autorka w pierwszym poście tak właśnie napisała, całą pensję przelewa na jej konto i ona tym spłaca kredyt i czynsz. Czy on zje za więcej?
                            Czyli tak: ona go wykopuje z życia. Traci jego pensję, sama opłaca kredyt i mieszkanie, będzie jej lżej? On zostaje sam. Ma swoją pensję dla siebie. Może sobie sam kupić ubranie co jakiś czas, a nie liczyć na jej łaskę. On teraz nie ma nic, kompletnie, skoro cała pensja idzie na jej konto, ja nie rozumiem, co ona jeszcze chce od niego, ma jej oddać krew?
                            I nadal nie rozumiem, gdzie jest jego przemoc. Mimo wszystko, chciałabym, Paris, żebyś brała odpowiedzialność, za to, co piszesz i jednak wyjaśniła, czym przejawia się przemoc tego faceta? Wiesz, jak on się czuje, gdy oddaje całą pensję, ona mu coś łaskawie kupi, ale potem ciągle wypomina? Facet ewidentnie ma przechlapane w rodzinnym domu, ewidentnie jest jakoś uwikłany, ale żeby zaraz przemocowiec??? Ja się dziwię, co go jeszcze przy niej trzyma, bo ciężko jest żyć w ciągłych pretensjach, że jest się do niczego:(
    • joanna772 Re: Żyjemy obok siebie.... :( 13.11.13, 10:58
      Gdybyście byli na przykład parą studentów bez obciążeń finansowych, to napisałbym ci, że można jeszcze coś zrobić - mój na przykład osobisty mąż był w czasach studenckich i w początkach kariery zawodowej takim lekkoduchem, ale w miarę upływu lat, zmian w naszym życiu, no i nie ukrywam mojej pewnej ingerencji, to się zmieniło. Nadal ma lekką rękę do pieniędzy, wiem, że tak zawsze będzie, ale potrafi się ogarnąć i przepuszcza jedynie nadwyżki. Mógłby je oszczędzać, ale nie ciosam mu kołków na głowie z tego powodu, wiem, że ta jego "rozrzutność" ma głębsze podłoże.
      Ale razi mnie u ciebie przeliczanie wszystkiego, ile się kąpie, ile zje itd. Sorry, ale to chore, to są podstawowe potrzeby, nie wiem ile tego kredytu płacisz, ale spróbuję przeliczyć. On zarabia najniższą krajową czyli jakieś 1200 niecałe, powiedzmy, że kredyt i czynsz to 1500, moim zdaniem sprawiedliwie jest dzielić się pół na pół, czyli wynika z tego, że zostaje mu jakieś 450 zł, czy wydajesz tyle na jego jedzenie i nadwyżkę za wodę? Ale policz sprawiedliwie, podziel przez osoby w gospodarstwie itd.
      Poza tym takim ciosaniem kołków nic nie osiągniesz, koleś zamknie się w sobie i tyle z tego będzie. Uświadom sobie, że on nie spełni wymagań, które mu stawiasz, to nie ten typ.
      • ad.a6 Re: Żyjemy obok siebie.... :( 13.11.13, 11:28
        Johana: mi chodzi o poczucie odpowiedzialności za rodzinę, poczucie, że zrobiłem już wszystko co było można, z domu zabrałem wszystkie SWOJE rzeczy. Czy tylko czynsz i kredyt się liczy? Trzeba jeść, ubrać się, korzystać z JAKIEGOŚ komputera, oglądać JAKIŚ telewizor, spać NA CZYMŚ i pod CZYMŚ? Dlaczego ja nie mogę korzystać z jego "kawalerskich" rzeczy, a on z moich - tak? I jeszcze raz powtarzam - nie chodzi mi o to że pieniędzy nie ma. Są - ale, ja mam jeszcze kilka par butów z dobrych czasów, ale jego muszę obkupić na kolejną zimę, bo przyjechał w jednych butach, i ja nic innego nie kupuję, tylko jemu i dziecku, sobie nic. Dziecko rozumiem, wyrasta, ale dorosły, dojrzały facet 32 lata, powinien mieć jakiś majątek z lat ubiegłych?
        • sebalda Re: Żyjemy obok siebie.... :( 13.11.13, 11:44
          dojrzały facet 32 lata, powinien mieć
          > jakiś majątek z lat ubiegłych?
          A jak on to tłumaczy? Dlaczego nie może pojechać po te rzeczy?
          Gdybyś mu nie zabrała całej pensji, to mógłby sobie sam kupować, ale tak?
          Najpierw wmanewrowałaś go w kredyt, potem urządziłaś mieszkanie, a teraz mu wszystko wypominasz? Jak można komuś zabrać pieniądze, a potem mieć pretensje, że on nic nie ma???
          Chłopak ma kolosalne problemy wyniesione z domu, nie można od niego wymagać tego, co od zwykłego, zaradnego faceta. Dziewczyny mają rację: wybierasz alkoholików lub współuzależnionych. Albo ponosisz konsekwencje takich wyborów, albo kończysz ten związek i idziesz na porządną terapię.
          Czy będzie Ci lżej (finansowo i logistycznie), jak go pogonisz? Wolisz sama to wszystko dźwigać, czy jednak dać mu szansę, ale nie ciągle go obarczając winą za słabą zaradność i za to, że niczego nie wziął z domu? Może uniósł się honorem, bo matka go wypędziła z domu, gdy się zorientowała, że straciła pomoc we współuzależnieniu od ojca alkoholika? Nie jesteśmy facetami, nie wiemy, jak to działa w takich sytuacjach. Dla Ciebie te wszystkie dobra materialne są naprawdę AŻ tak ważne? Czujesz coś jeszcze do niego? Może dziś Ty mu kupujesz buty, bo on znalazł się (dzięki Tobie, jakby nie patrzeć) w trudnej sytuacji, ale za jakiś czas on się jakoś pozbiera i to on będzie Ci kupował?
        • ad.a6 Re: Żyjemy obok siebie.... :( 13.11.13, 11:46
          Ja w ogóle nie rozumiem, jak można przez całe swoje kawalerskie życie nic nie odkładać, nie mając kosztownego hobby, drogich ciuchów, nic. Pytałam go o to setki razy. Odpowiedź jest tylko jedna: pomagałem rodzicom spłacić kredyt hipoteczny i ładowałem kasę w dom. OK, to w takim razie powinien zażądać kategorycznie (skoro ładował w ten dom tyle kasy i czasu), że ma prawo mieszkać w nim wraz ze swoją kobietą i ewentualnymi dziećmi? Albo skoro już tam nie mieszka, to rodzice nie powinni mu czegokolwiek oddać w ramach spłaty- rekompensaty? Jak to widzicie? (wyprzedzam kolejne zarzuty - on nie chce żadnego spadku ani długów, wiem że chce się zrzec, z tego co mówiła matka na domu siedzi już windykacja).
          • ad.a6 Re: Żyjemy obok siebie.... :( 13.11.13, 11:53
            Sebalda: kasa przelewana jest na moje konto z obawy o to, że mamusia zastęka że opału na zimę nie ma a synuś wyśle. No ciekawe - czy gdyby otrzymywał swoje wynagrodzenie na własne konto, i chciał wynająć jakieś mieszkanie, do tego wyżywić się i ubrać, jeździć autem, zapłacić tv kablową, internet, telefon, a do tego dobrze zjeść jak ma gdy jest ze mną, czy by dał radę. Z najniższą - z pewnością nie. Zwykła, umeblowana kawalerka u nas to koszt miesieczny ok 700-800 zł. Dołóż do tego całą resztę. Ja z dzieckiem z moimi dochodami poradzę sobie, skromnie, bo skromnie, mieszkanie będzie moje, ale nikt nie będzie mi mówił że mam byc bardziej kobieca. Bo niby za co mam być kobieca, skoro kupiłam facetowi wszystko od gaci począwszy i widzę że to nie ma końca? (jak mam jechać na rozmowę kwalifikacyjną skoro nie mam garnituru, butów do garnituru itp, itd......)
            • pogodoodporna Re: Żyjemy obok siebie.... :( 13.11.13, 12:00
              ad.a6 napisał(a):

              > ale nikt nie będzie mi mówił że mam by
              > c bardziej kobieca. Bo niby za co mam być kobieca, skoro kupiłam facetowi wszys
              > tko od gaci począwszy i widzę że to nie ma końca?

              Przepraszam, ze sie wtrace, ale szpilki od Manolo Blahnika nie sprawia niestety, ze bedziesz bardziej kobieca. Zreszta zadne pieniadze tego nie sprawia.
          • molly_wither Re: Żyjemy obok siebie.... :( 14.11.13, 18:12
            Ano mozna. Moj maz mial 29 lat i nie mial nic,poza kilkoma ubraniami (zreszta nie najwyzszych marek).Ale nie patrzylam na to co ma, tylko kim jest. I tak bylo kilkanascie lat.Nie zarabial nigdy duzo,ale na zycie skromne starczalo.Zmienil sie o 180st.kiedy zaczal duzo lepiej zarabiac. Od kilku lat to nie ten sam czlowiek: materialista, liczygrosz i sknera. Chcesz tak? To poczekaj,az znajdzie lepiej platna prace. Wowczas bedziesz miala pieniadze,ale nic za darmo.Pojda za tym wymagania.
            ad.a6 napisał(a):

            > Ja w ogóle nie rozumiem, jak można przez całe swoje kawalerskie życie nic nie o
            > dkładać, nie mając kosztownego hobby, drogich ciuchów, nic. Pytałam go o to set
            > ki razy. Odpowiedź jest tylko jedna: pomagałem rodzicom spłacić kredyt hipotecz
            > ny i ładowałem kasę w dom. OK, to w takim razie powinien zażądać kategorycznie
            > (skoro ładował w ten dom tyle kasy i czasu), że ma prawo mieszkać w nim wraz ze
            > swoją kobietą i ewentualnymi dziećmi? Albo skoro już tam nie mieszka, to rodzi
            > ce nie powinni mu czegokolwiek oddać w ramach spłaty- rekompensaty? Jak to widz
            > icie? (wyprzedzam kolejne zarzuty - on nie chce żadnego spadku ani długów, wiem
            > że chce się zrzec, z tego co mówiła matka na domu siedzi już windykacja).
        • pogodoodporna Re: Żyjemy obok siebie.... :( 13.11.13, 11:47
          Czytam ten watek i czytam, i czekam, az napiszesz cos oprocz slowa "pieniadze" i "majatek", ktore odmieniasz we wszystkich mozliwych przypadkach. Co z Waszymi marzeniami ? Rozmowami ? Spedzanym wspolnie czasem ? Kto usmiecha sie do kogo przy sniadaniu ? Kto troszczy sie o druga osobe jak jest chora? Kto zartuje z corka i odrabia z nia lekcje ? Jak wygladaja Wasze weekendy ? Czy w Twoim zyciu jest tylko waluta na tapecie ?
          Zwiazalas sie z nim, zeby dostarczal Ci kasy, czy z innych powodow ?
          • ad.a6 Re: Żyjemy obok siebie.... :( 13.11.13, 11:56
            Niestety czuję się mocno oszukana i to jest główny problem, który nie pozwala mi normalnie funkcjonować. MOże nie tyle brak kasy, jak już wspomniałam, co poczucie bycia oszukaną. Rozmowy były od zawsze i są, ale tylko wtedy się układają, gdy nie ma mowy o konkretach typu (a skąd na to weźmiesz). Wiesz, marzyć można, dzieciaki też o nowej zabawce marzą. Co z tego, gdy rzeczywistość sprowadza mnie na ziemię?
            • ad.a6 Re: Żyjemy obok siebie.... :( 13.11.13, 11:59
              Pogodoodporna: dlaczego Ty, i nie tylko Ty zresztą na tym forum, robisz ze mnie materialistkę, skoro, o ile czytasz wątek od początku, widzisz, że dla mnie problemem jest to, żeby faceta jakoś obudzić do działania?. Nie, on nie zabierze rzeczy z domu, nawet, jeśli są jego, bo przecież mamusi żal. A mnie nie jest mu żal? że już nerwowo nie wytrzymuję? Tak, byłabym bardziej kobieca, gdybym miała za co i PO CO. A poza tym może i nie jestem z własnej przekory, on może mieć żądania wobec mnie, a odwrotnie już być nie może?
              • adorra0 Re: Żyjemy obok siebie.... :( 13.11.13, 12:04
                Ale to Tobie jest źle i Ty tu piszesz , nie on
              • pogodoodporna Re: Żyjemy obok siebie.... :( 13.11.13, 12:22
                ad.a6 napisał(a):

                > Pogodoodporna: dlaczego Ty, i nie tylko Ty zresztą na tym forum, robisz ze mnie
                > materialistkę, skoro, o ile czytasz wątek od początku, widzisz, że dla mnie pr
                > oblemem jest to, żeby faceta jakoś obudzić do działania?

                Dlaczego robimy z Ciebie materialistke ? No bo nia jestes :-D Ja tez nia jestem, ale walcze z tym, poniewaz wiem, ze z takim podejsciem do zycia nie zbuduje szczesliwego zwiazku. Nie bede umiala sie wyluzowac i cieszyc sie tym co tu i teraz, zamiast zadreczac sie tym co bedzie jutro.
                Miedzy wierszami Twoich postow wyczytalam, ze seks siada w Waszym zwiazku. To pierwszy objaw Twojej frustracji, potem bedzie juz tylko gorzej, bo facet stanie sie dla Ciebie obrzydliwy (o ile juz sie nie stal).
                Ludzie lacza sei ze soba, zeby bylo im latwiej. Dokladnie sobie wszystko przeliczylas i wyszlo, ze jest Ci gorzej. Twoja sprawa jakimi kryteriami sie kierowalas dochodzac do takich wnioskow - nie mnie to oceniac. Kazdy ma swoja hierarchie wartosci.
                • ad.a6 Re: Żyjemy obok siebie.... :( 13.11.13, 12:50
                  Ja z tym nie walczę, ale też i luksusów wielkich nie chcę. Chcę tzw normalności, mieszkania, przeciętnej klasy samochodu, od czasu do czasu zjeść na mieście, pójść gdzieś, kupić coś nowego do ubrania. Od zawsze to miałam i żyłam na pewnym pułapie. Poniżej tego pułapu już nie umiem. Każdy ma jakiś komfort życia, coś jest dla niego normą, poniżej tego już nie. Przeliczyłam sobie na podstawie jego opowieści - skoro wraz z rodzicami mają i utrzymują taki duży dom to po pierwsze: albo facet nieźle zarabia, albo ma łeb na karku, w jego opowieściach był taki jakiś optymizm, który mnie urzekł. Było kilka sygnałów ostrzegawczych, na które albo nie zwróciłam uwagi, albo potraktowałam zupełnie odwrotnie, jednym z nich był np przyjazd do mnie na stopa, w chwili awarii samochodu zimą. Zamiast pomyśleć sobie że dorosłego faceta nie stać na bilet PKP uznałam że to jest przejaw jego determinacji. I temat seksu: tak, było super, ale już nie jest. Dla mnie to objaw patologii radosne uprawianie seksu w obliczu problemów. Poza tym pamiętam, gdy przyznał mi rację, gdy mu o tym powiedziałam. Ja się potrafię wyluzować, wyłączyć, co za tym idzie uprawiać seks, gdy nie czuję żadnego napięcia, zagrożenia, gdy są zrealizowane wszystkie inne potrzeby. Tak już mam. POza tym seks z W, gdy do mnie przyjeżdżał w weekendy, był pewną odskocznią po całym tygodniu ciężkiej pracy, i nawet nie stanowiło problemu, że u mnie nocuje, kąpie się, że robię więcej zakupów, stawiam kolację, funduję bilet na koncert. Zaczęło mnie zastanawiać, że zawsze gdy coś razem kupowaliśmy, on nigdy nie miał karty, albo kasy, kiedyś powiedział że całą wypłatę oddał mamie bo ojciec przepił a ratę kredytu trzeba było zapłacić. Popłakał się wtedy, było mu głupio. Myślałam naiwnie, że odetnie się od tej rodzinki.
                  • t1ffany Re: Żyjemy obok siebie.... :( 13.11.13, 13:00
                    Przeliczyłam sobie na podstawie je
                    > go opowieści


                    Nie, Ty nie jesteś materialistką. No skądże!
                    • sebalda Re: Żyjemy obok siebie.... :( 13.11.13, 13:21
                      Ada, ale Ty też masz problemy z realistyczna oceną. Kupiłaś mieszkanie na kredyt, a chcesz żyć dalej jak przedtem, bez problemów finansowych, chcesz tego samego standardu (ja też chcę, ale realia są, jakie są). Jak ma się kredyt, a przychody nie zwiększyły się znacznie, trzeba sie liczyć z okresem zaciśnięcia pasa. Poza tym, jak byś nie widziała, wokół jednak jest kryzys, cokolwiek by na ten temat nie mówił nasz premier. Pracuję w branży wydawałoby się stabilnej, a i moją firmę dopadły problemy, są liczne zwolnienia i cięcie kosztów. Mąż podobnie - branża rozwojowa i wydawałoby się zawsze potrzebna - a tu nagle przestała taką być, bo ludzie mało zarabiają i ich nie stać. I tak jest wszędzie. Jestem optymistką i liczę na to, że może moim dzieciom będzie lepiej, że kryzys kiedyś się skończy, ale teraz wiem, że marzenia o wyjściach do restauracji mogę sobie darować.
                      Każdy Twoj post to rozliczanie chłopa i zawód, jak to się przeliczyłaś. Choćbyś nie wiem jak zaprzeczała, jesteś materialistką i z tym facetem nie osiągniesz tego, o czym marzysz. Jedna woli ciepłego, oddanego, dobrego, inna operatywnego i bogatego. Nie należysz do tych pierwszych, więc daj sobie spokój.
                  • pade Re: Żyjemy obok siebie.... :( 13.11.13, 13:26
                    Przeczytałam sobie Twój wątek na forum oszczędzamy i mój wniosek jest taki: masz nierealne oczekiwania. Nie tylko co do partnera, ale do pracy, życia w ogóle.
                    Masz ogromny problem do przepracowania z kimś mądrym.
                    Nie tylko W. ma problem, Ty rownież.
                    • ad.a6 Re: Żyjemy obok siebie.... :( 13.11.13, 13:34
                      Możliwe. Mam problem. Bo w wieku 34 lat powinno się mieć już pewną stabilizację. Ale my oboje to dwóch takich, którzy z domu nic nie dostali. Tacy ludzie chyba zawsze mają gorzej na wstępie. W życiu po 40tce nie zdecydowałabym się na dziecko, wiedząc, że nic mu nie zapewnię, bo mogę po prostu nie zdążyć, jak moi rodzice.
            • adorra0 Re: Żyjemy obok siebie.... :( 13.11.13, 12:01
              No cóż.....pytaniem "a skąd na to weźmiesz?" zabijasz w zarodku wszystkie marzenia.
          • molly_wither Re: Żyjemy obok siebie.... :( 14.11.13, 18:14
            A mnie najbardziej zszokowalo sformulowanie "uprawianie seksu". Zawsze myslalam,ze ludzie sie kochaja, nie uprawiaja seks. Seks mozna uprawiac dla sportu.


            pogodoodporna napisał(a):

            > Czytam ten watek i czytam, i czekam, az napiszesz cos oprocz slowa "pieniadze"
            > i "majatek", ktore odmieniasz we wszystkich mozliwych przypadkach. Co z Waszymi
            > marzeniami ? Rozmowami ? Spedzanym wspolnie czasem ? Kto usmiecha sie do kogo
            > przy sniadaniu ? Kto troszczy sie o druga osobe jak jest chora? Kto zartuje z c
            > orka i odrabia z nia lekcje ? Jak wygladaja Wasze weekendy ? Czy w Twoim zyciu
            > jest tylko waluta na tapecie ?
            > Zwiazalas sie z nim, zeby dostarczal Ci kasy, czy z innych powodow ?
        • paris-texas-warsaw Re: Żyjemy obok siebie.... :( 13.11.13, 11:59
          Zaczęło padać, to wracam do domu:) Przemyślałam kilka spraw.
          Pewnie przykuł mnie Twój wątek, bo gdzieś między wierszami nawet znajdę dziecko alkoholika. Nie wiem, jak działa taka odpowiedzialność za rodziców, jak u Twojego partnera, bo z innego układu rodzinnego się wywodzę. Miałam dość duże oparcie w dziadkach, stąd raczej byłam w opozycji do wnerwiajacych mnie rodziców i nigdy nie byłam ich "ratownikiem". Ale o pieniądzach w domu alkoholika mogłabym napisac esej. Masz rację, że chłopak powinien zabrać "co jego". Ale pewnie nie umie:( Pamiętam jak postanowiłam sobie, że wyjdę za mąż jak będę całkowicie na swoim utrzymaniu, jak będę też mogła za swoje pieniądze kupić sobie wszystko do ślubu i wyprawić wesele. I gdy mój ślub się zbliżał, mój ojciec wtedy już nie żyjący z mamą, nie pijący, dał mi i mojemu narzeczonemu wtedy pieniądze, które odkładał na moją "nową drogę życia". To było dla mnie niesamowite, takie zdarzenia dają siłę, pokazują, że człowiek coś dla kogoś jest warty. Nie chodzi o sam aspekt finansowy.
          Myślę, że masz rację więc, że np. powinien wziąć ten komputer. Nie wiem, czemu nie zabral kurtki, butów, etc. Ale to sa czasem bardzo zakręcone sytuacje. On chyba jest ostro jeszcze w ten układ uwikłany. Wiem tylko, że takie domu rozwałkowują psychikę w te i nazad, ale każdy ma swój krzyż. Chociaż dla partnera to baaardzo trudne, bo sama widzisz, że jesteś jego odreagowaniem i opiekunem, a sił masz coraz mniej i coraz gorzej się czujesz. Ja bym uciekała, ale nie wiem, jakie mimo wszytsko uczucie Was łączy. Wszak miłość wszystko przetrzyma:)

          Sebaldo,
          1. pisałam o małym aspekciku przemocy. Facet powiedział kobiecie coraz gorzej wygladającej i bez pieniędzy, żeby coś zrobiła i była bardziej kobieca. I dałam link o przemocy werbalnej polegającej właśnie na czepianiu się aspektu "kobiecości". Przeczytaj mój post jeszcze raz i artykuł z linku, zobacz, jakie to ciekawe. Nie pisałam, że facet jest przemocowcem (choć może i pasożytem wobec Autorki, ale nie nazwę tego przemoca ekonomiczną). Artykuł dotyczy dokładnie kwestii, o której pisze Autorka.
          2. Chłopak nie opłaca kredytu i mieszkania wg mnie, bo jego pensja mimo, że przelewana na konto Autorki, nie jest "funduszem celowym", a przekazaniem pieniędzy, żeby ona nimi zarządzała, żeby go z tego utrzymać i wszystko inne zapewnić. Czego brakuje, ona ma zapewnić - on mówi "idź i zarób, ja nie umiem". Nie sądzę, by jego pensja wystarczyła nawet na jego utrzymanie, jesli by wliczyć np. jego "część" czynszu. Ale jak gdzieś wczoraj pisałam, aspekt finansowy tylko wydobył pewne kwestie, co dzis lepiej widać.
          • pogodoodporna Re: Żyjemy obok siebie.... :( 13.11.13, 12:08
            paris-texas-warsaw napisała:
            > 1. pisałam o małym aspekciku przemocy. Facet powiedział kobiecie coraz gorzej w
            > ygladającej i bez pieniędzy, żeby coś zrobiła i była bardziej kobieca. I dałam
            > link o przemocy werbalnej polegającej właśnie na czepianiu się aspektu "kobieco
            > ści". Przeczytaj mój post jeszcze raz i artykuł z linku, zobacz, jakie to cieka
            > we. Nie pisałam, że facet jest przemocowcem (choć może i pasożytem wobec Autork
            > i, ale nie nazwę tego przemoca ekonomiczną). Artykuł dotyczy dokładnie kwestii,
            > o której pisze Autorka.

            Przytoczony prze Ciebie artykul jest, wedlug mnie, nieadekwatny do sytuacji, poniewaz mowi nie tylko o czepianiu sie aspektu kobiecosci, ale rowniez o krytyce postawy "malo meskiej" (casus nieudacznika, ktory za malo zarabia ). Sama widzisz, ze w tym przypadku, to na dwoje babka wrozyla. Pani z panem sa 1:1 ;-)
            • paris-texas-warsaw Re: Żyjemy obok siebie.... :( 13.11.13, 12:21
              Ale w moim poście w post scriptum to właśnie napisałam. Od nazwania faceta nieudacznikiem juz niedaleko do impotenta...
        • joanna772 Re: Żyjemy obok siebie.... :( 13.11.13, 12:01
          No powinien, powinien, dlatego piszę, że nie rokuje ten mężczyzna. Przez lata pod rodzicielskim dachem, z mamą dewotą, którą zapewne musi chronić przed całym złem tego świata, i tatą alkoholikiem, jakoś to było, ale teraz wizja odpowiedzialności za nową rodzinę go przerosła.
          Tylko tak naprawdę, czy twoje z nim pogadanki (zmieść pod tym pojęciem, co chcesz: kłótnie, zrzędzenie, krzyki i spokojne rozmowy) coś zmieniły w owym panu? Nic, prawda?
          A to, co napisałam o twoim przeliczaniu wszystkiego podtrzymuję, aczkolwiek staram się zrozumieć ten mechanizm, sama byłam na krawędzi takiego stanu, gdy mój mąż niedługo po studiach postanowił realizować swoją pasję i spróbować z niej żyć, więc rzucił pracę na jakiś czas, a ciężar utrzymania naszej dwójki spoczął prawie wyłącznie na mnie. Było ciężko, chociaż żyliśmy bez zobowiązań finansowych, ale do dziś pamiętam niemalże histerię, w jaką wpadłam, gdy dostaliśmy rozliczenie za wodę i była niedopłata na kilka stów, a my mieliśmy budżet napięty jak postronek. Tyle, że mój mąż wyciągnął z tego mądry wniosek, że musi wrócić do pracy, co też uczynił.
          • ad.a6 Re: Żyjemy obok siebie.... :( 13.11.13, 12:18
            Ja mam świadomość upływającego czasu i ogarnia mnie czarna rozpacz pod tytułem "nigdzie nie pojadę, nic nie zobaczę", bo ciągle jest coś. Co nadgonię i zaczyna być "fajnie" to pojawia się jakiś problem, ostatnio w samochodzie otworzył się worek z naprawami. No ale nie o to mi chodzi. Chodzi o jego poczucie odpowiedzialności. Dodatkowo to typowy facet do "pracy umysłowej" czyli innej pracy się boi, że nie podoła, to samo mam w domu, do głupiej wymiany syfonu w łazience mój W. wzywa ekipę i na tym się kończy jego rola. Myślałam że te 3 lata będą dla niego jakąś lekcją. Że zacznie się starać robić chociaż proste naprawy w domu. Tymczasem - odwrotnie - czuje że chwilę jest "lepiej" finansowo - to wzywa fachowca od tego czy tamtego, od każdej pierdoły, i w ten sposób skutecznie wyzbywam się każdej, nawet najdrobniejszej, uzbieranej kwoty.
            • ad.a6 Re: Żyjemy obok siebie.... :( 13.11.13, 12:20
              Mam sabotować? powiedzieć że np nie umiem gotować i od dziś jemy na mieście? To samo z prasowaniem, sprzątaniem, myciem okien?
              • sebalda Re: Żyjemy obok siebie.... :( 13.11.13, 12:38
                Wiesz dlaczego powinnaś się z nim rozstać? Bo go nie szanujesz. A bez szacunku związek prędzej czy później staje się męczarnią. On jest dla Ciebie nikim. Nie ma pieniędzy, nie jest "złotą rączką", pomaga mamusi, ma swój honor (dla Ciebie bezsensowny), jest nieudacznikiem, musisz mu kupować ubrania, normalnie zero nie facet. Jego tekst na temat Twoje kobiecości jest jak nic wątłą próbą odgryzienia się. Pewnie raz w nim coś pękło. Wielka przemoc werbalna:P
                Córki tylko żal, bo jeśli nie zatrułaś jej jeszcze swoim materializmem i wartościowaniem ludzi na podstawie posiadanych zasobów i przedsiębiorczości, to pewnie się do faceta przywiązała.
                Niemniej dla dobra Was wszystkich powinnaś go uwolnić. Jak najprędzej.
                • joanna772 Re: Żyjemy obok siebie.... :( 13.11.13, 12:44
                  No z tym się zgodzę, nic ci się w nim nie podoba, masz wkodowany wzorzec mężczyzny - zaradny, dobrze zarabiający, złota rączka itd. - strasznie to stereotypowe. No i co z tego, że nie jest majsterkowiczem, nie każdy facet musi nim być, lepiej żeby wezwał fachowca, który zna się na rzeczy, niż ma sam dłubać i w końcu nie naprawić, zresztą podejrzewam, że to naraziłoby go na kolejną falę krytyki z twojej strony.
                • t1ffany Re: Żyjemy obok siebie.... :( 13.11.13, 12:55
                  > Wiesz dlaczego powinnaś się z nim rozstać? Bo go nie szanujesz.

                  O to to. A córcia patrzy i chłonie fantastyczne wzorce.


                  Tak, byłabym bardziej kobieca, gdybym miała za co

                  Kobiecość też jest do przeliczenia na złotówki u Ciebie? Bomba.
                  Sebalda dobrze pisze: daj facetowi święty spokój, zostaw go. A potem poszukaj przyczyny dla której po alkoholiku wybrałaś DDA bo to tu leży pies pogrzebany.
                  • ad.a6 Re: Żyjemy obok siebie.... :( 13.11.13, 13:30
                    Bo dbanie o siebie kosztuje, przecież chyba każda z nas, kobiet, o tym wie. Jak można być kobiecą chodząc w wytartych jeansach i podkoszulku? Poza tym bardzo lubię (a raczej lubiłam) spontaniczne zakupy ciuchowe. Nie tylko "gdy się podrze". To coś złego w tym, że ukończyło się studia, pracuje i kupi to o czym się marzyło?
                    • adorra0 Re: Żyjemy obok siebie.... :( 13.11.13, 13:34
                      Wiesz co najpiękniejszy makijaż, wymarzone ciuchy i najmodniejszy fryz nie pomoże kiedy w środku siedzi jedza cała w pretensjach. Wybacz, ale tak to widzę.
                      • ad.a6 Re: Żyjemy obok siebie.... :( 13.11.13, 13:38
                        Wiesz, masz rację, nie mówię że nie, bo TERAZ rzeczywiście tak jest. Ale to chyba w obie strony działało, skoro ja widziałam coś w nim to on we mnie też.
                        • adorra0 Re: Żyjemy obok siebie.... :( 13.11.13, 13:41
                          I myśle, że on nadal widzi, tylko się broni przed kolejnym zranieniem.
                          • ad.a6 Re: Żyjemy obok siebie.... :( 13.11.13, 13:44
                            Może widzi, bo nadskakuje.... tylko ja nienawidzę patrzeć w lustro. Do tego te problemy z włosami i natarczywe bóle głowy :( nie wiem co to jest.
                            • ad.a6 Re: Żyjemy obok siebie.... :( 13.11.13, 13:55
                              Ja lubię spontan w życiu. Pierwsze małżeństwo (trwało tylko rok na szczęście) to było szczeniackie zauroczenie i sporo lat jestem przyzwyczajona żyć w sensie zakupowym na luzie. Przykładowo, w galerii podobały mi się buty to kupowałam, nie miałam nikogo i nic na sumieniu. Nikt mi nie zaglądał do talerza ani na konto. Teraz partner też mówi "kup sobie", co mi po tym spontanie, skoro potem będę go żałować?
                              • pade Re: Żyjemy obok siebie.... :( 13.11.13, 14:03
                                na tym m.in. polega dorosłe życie, dojrzałość
                                wszystkiego nie da się mieć, zawsze jest coś za coś i (ode mnie) po coś
                              • lucerka Re: Żyjemy obok siebie.... :( 14.11.13, 14:40
                                Dorosnij. Wszystkiego miec nie mozna a jak sie chce to trzeba samemu zarobic.
                            • paris-texas-warsaw Re: Żyjemy obok siebie.... :( 13.11.13, 13:58
                              Jak m ówi moja mądra książka o chorobach (tak, ta co zawsze ją wychwalam:))) - bóle głowy = masz za dużo na głowie. No jakby sie zgadza z opisem sytuacji...
                              • paris-texas-warsaw Re: Żyjemy obok siebie.... :( 13.11.13, 14:05
                                Nie, sorry, zajrzalam, z tymi bólami głowy sprawa jest znacznie bardziej zakręcona. Jak masz maila gazetowego, to Ci prześlę skan przy okazji. Jest też o wypadaniu włosów, ale takie oczywistosci (siła życiowa etc.).
                    • sebalda Re: Żyjemy obok siebie.... :( 13.11.13, 14:11
                      ad.a6 napisał(a):

                      > Bo dbanie o siebie kosztuje, przecież chyba każda z nas, kobiet, o tym wie. Jak
                      > można być kobiecą chodząc w wytartych jeansach i podkoszulku? Poza tym bardzo
                      > lubię (a raczej lubiłam) spontaniczne zakupy ciuchowe. Nie tylko "gdy się podrz
                      > e". To coś złego w tym, że ukończyło się studia, pracuje i kupi to o czym się m
                      > arzyło?

                      Kobiecość to nie szpilki, drogie kiecki i kremy z górnej półki, ale o tym trzeba by za dużo pisać.
                      Torebki skórzane też Ci się marzą, tudzież wyjazdy do tropików? Z kredytem mieszkaniowym na karku, który przyjdzie Ci teraz samodzielnie spłacać, bo jak tak dalej pójdzie, nawet jak sama nie pogonisz, to facet i tak sam ucieknie? Albo i nie, bo to chyba dobra chłopina jest, nie odważy się sam:P
                      • zuzi.1 Re: Żyjemy obok siebie.... :( 13.11.13, 15:37
                        no może i dobra ta chłopina, ale taka przy której ada dłuuugo będzie musiała robic za siłaczkę..., a dla mnie wzywanie fachowców gdy kasy niet oznacza pewną nonszalancję, może trzeba kolegów popytac jak co zrobic, zajrzec do internetu i samemu się poduczyc trochę techniki, skoro ojciec niczego syna nie nauczył, a nie wzywac fachowców a ada płaci...jak się wzywa fachowca to trzeba miec kasę aby zapłacic a nie przerzuca się zapłatę na współpartnera, to niedojrzałe... i te teksty typu no to kup sobie nalezy potraktowac serio, ada spełniaj od czasu do czasu swoje marzenia i potrzeby i dziecka też, bo się wypalisz do końca i sfrustrujesz, zamiast kupowac chłopu kupuj sobie i dziecku, niech on wysili się na swoje własne potrzeby, na ile lat ten kredyt jest?
                        • t1ffany Re: Żyjemy obok siebie.... :( 13.11.13, 16:32
                          .jak się wzywa fachowca to trzeba miec kasę ab
                          > y zapłacic a nie przerzuca się zapłatę na współpartnera, to niedojrzałe...


                          Jeżeli jest się analfabetą technicznym to samodzielne kombinowanie generuje dodatkowe koszty. Na jakiej zasadzie widzisz "przerzucanie" zapłaty? Ciągle demonizujesz, choć od wczoraj już Ci się głowa ochłodziła :P

                          Wątkodajka pisze (w innym wątku) że zarabia około 2000 netto (w wakacje mniej), jej partner zarabia minimalną (1270 netto) plus jakieś prowizje, które przecież nie wynoszą ciągle zero, bo by go pogonili. Piszesz w takim tonie, jakby on był jakimś skrajnym utrzymankiem - a nie jest.

                          Ponadto jest jeszcze motyw jego wypłaty która w całości trafia na pani konto, żeby przypadkiem pan nic nie wysłał swojej mamie. Idę o zakład, że gdybyś przeczytała tą samą historię tylko z zamienionymi płciami bohaterów (wypłata żony idzie na konto męża żeby nie mogła matce nic wysłać) to para by Ci uszami poszła :P
                          • sebalda Re: Żyjemy obok siebie.... :( 13.11.13, 16:40
                            > Jeżeli jest się analfabetą technicznym to samodzielne kombinowanie generuje dod
                            > atkowe koszty.

                            Ja na przykład jestem analfabetką manualną. Jak mam zaszyć dziurę, to z reguły wygląda gorzej, niż jak bylo z dziurą:)))
                            Jedni mają smykałkę, inni nie. Może jest dobry w innych dziedzinach, nie każdy rodzi się człowiekiem renesansu. Autorka pisała, że to intelektualista.
                            • danaide Re: Żyjemy obok siebie.... :( 21.11.13, 16:50
                              Ja to zanim dziecku dziurę zaszyję to już wyrosło...
                              Ale można też spróbować wymienić umiejętności. Np. pouczę angielskiego za usługi złotej rączki. Nie mówię, że ada, bo ona pewnie pomyśli, że ona.
                        • pogodoodporna Re: Żyjemy obok siebie.... :( 13.11.13, 16:43
                          zuzi.1 napisała:

                          > może trzeba kolegów popytac jak co zrobic, zajrzec do internetu i
                          > samemu się poduczyc trochę techniki, skoro ojciec niczego syna nie nauczył, a n
                          > ie wzywac fachowców a ada płaci..

                          Ja to widze inaczej- niech pani nauczy sie majsterkowac. To nic trudnego, trzeba tylko chciec. Skad w ogole ten pomysl, ze to mezczyzni musza wszystko w domu naprawiac ? A pan moglby w zamian gotowac. Nie umie ? Niech sie nauczy. Skoro pani mogla sie nauczyc majsterkowac, to on tez bedzie potrafil w garnku zamieszac. I ona jeszcze na tym wygra, bo naprawy w domu zdarzaja sie sporadycznie, a przygotowywac posilki trzeba codziennie.
                    • pogodoodporna Re: Żyjemy obok siebie.... :( 13.11.13, 16:51
                      ad.a6 napisał(a):

                      > Bo dbanie o siebie kosztuje, przecież chyba każda z nas, kobiet, o tym wie. Jak
                      > można być kobiecą chodząc w wytartych jeansach i podkoszulku?

                      Mozna, zapewniam Cie. Ja zaczealam od wytrwalaych, codziennych cwiczen. Taka sobie stara mate do cwiczen ulozylam miedzy umywalka, a muszla klozetowa w lazience, bo gdzie indziej nie mialam miejsca. I strasznie sie zawzielam ;-) Ale teraz jak spojrze w lustro i widze super tylek i plaski brzuch, to jestem na sto procent pewna, ze cena ciuchow jakie na siebie wloze jest kompletnie bez znaczenia, bo i tak swietnie wygladam :-)
        • pogodoodporna Re: Żyjemy obok siebie.... :( 13.11.13, 17:00
          ad.a6 napisał(a):

          > dojrzały facet 32 lata, powinien mieć
          > jakiś majątek z lat ubiegłych?

          Pytasz, wiec odpowiadam - to sa nierealne oczekiwania. Jak bys sie czula, gdyby pan powiedzial Ci, ze powinnas np. nie miec " z lat ubieglych" dziecka ? Absurdalne prawda? Rozumiem, ze chcialabys zwiazac sie z bezdzietnym kawalerem z posagiem, ale w naszym wieku to raczej nierealne. Przeszlosc nalezy zostawic w spokoju i zajac sie budowaniem tego co tutaj i teraz.( Na pocieszenie pomysl sobie, ze pan nie ma "garbu" w postaci bylej zony i alimentow na dzieci ;-) )
    • ad.a6 Re: Żyjemy obok siebie.... :( 13.11.13, 12:21
      Niestety nie :) on 32, ja 34.
    • notting_hill Re: Żyjemy obok siebie.... :( 13.11.13, 17:16
      Mnie się wydaje, że będzie tylko gorzej. Zobaczcie jaki piękny schemat- laska władowała się w kolejny związek z dysfunkcyjnym facetem, a on powiela w pewnym sensie związek ze swoją matką: przecież ona, podobnie jak ada, chciała od niego pieniędzy i traktowała jak kogoś, kto miał przychodzić z pomocą. Tak sobie luźno dumam, że to jego zrzucanie odpowiedzialności za finansowe dobro rodziny jest podobne do tego, jak musiał czuć się w domu- oczekiwano od niego nadmiarowo jako od dziecka tej odpowiedzialności, więc teraz nie umie jej jako dorosły podjąć w dorosły sposób. A ada weszła jak w masło w rolę tej matki, co to wieczne oczekiwania miała.
      Pewnie bez terapii gość tego w życiu nie zobaczy, ale i tak czuje że coś jest niehalo, więc za jakiś czas będzie się próbował z tego wymiksować, nawet za cenę pozostania (znowu!) z niczym.
      • zuzi.1 Re: Żyjemy obok siebie.... :( 13.11.13, 21:55
        notting hill napisała:"Tak sobie luźno dumam, że to jego zrzucanie odpowiedzialności za finansowe dobro rodziny jest podobne do tego, jak musiał czuć się w domu- oczekiwano od niego nadmiarowo jako od dziecka tej odpowiedzialności, więc teraz nie umie jej jako dorosły podjąć w dorosły sposób. A ada weszła jak w masło w rolę tej matki, co to wieczne oczekiwania miała.
        Pewnie bez terapii gość tego w życiu nie zobaczy, ale i tak czuje że coś jest niehalo, więc za jakiś czas będzie się próbował z tego wymiksować, nawet za cenę pozostania (znowu!) z niczym."

        Dokładnie tak, zgadzam się z tym.
    • nie_alicja Re: Żyjemy obok siebie.... :( 13.11.13, 19:35
      autorka sprawia wrażenie, jakby sprawiła sobie kotka i wścieka się, że ten nie szczeka i chałupy nie pilnuje. pan nie ściemniał, że jest kasiasty i z prestiżowa posadą, a zachowujesz się, jakby obiecał u notariusza, że po roku tak będzie.

      masz oczywiście prawo do swoich oczekiwań, ale czemuś się uwzięła akurat na takiego, co ich na pewno nie spełni? szukaj nowego, z kasą i perspektywami, żebyś się poczuła kobieco, jeśli tylko pod tym warunkiem potrafisz. panu daj spokój, może trafi na partnerkę, która doceni jego zalety, a nie będzie rwać reszty włosów nad brakami.

      idealne związki, w których wszystko gra jak chóry anielskie istnieją tylko w bajkach, a i te kończą się na momencie hucznego weselicha. cala reszta to balans między "świetnie", "dobrze", a "do dupy". skoro permanentnie tkwisz w trzeciej fazie, daj panu spokój, sprzedaj mieszkanie, wróć do mamusi i spontanicznych zakupów.

      jakoś dziwnie pewna jestem, że panem się szybko inna chętna zaopiekuje, Ty zaś ze swoimi oczekiwaniami możesz długo poczekać na księcia, chętnego na wymagającą panią po przejściach. to nie złośliwość, tylko realia - jest mnóstwo fajnych kobiet bez pary i trochę mniej męskich ideałów do zagospodarowania od ręki. no to start, zanim zamęczysz siebie i partnera.
      • gaderypoluka Re: Żyjemy obok siebie.... :( 13.11.13, 21:18
        Podpisuję się pod tym co napisałaś. Jest mnóstow pań z dziećmi w tym ja bez problemów finansowych
        które przyjmą do siebie takiego minimalistę co 2 razy dziennie bierze prysznic i nie będę zrzędzić że woda drogo kosztuje:).
        Sztywny podział ról że facet ma zarabiac a kobieta blyszczeć dawno się skończył, jeśli facet zajmuje się dzieckiem i jest miły tudzież sprawdza się w sypialni mogę więcej wnosić do wspólnego budżetu. Ciekawa jestem z jakiego domu pochodzi Ada skoro przyciagneła DDA?
        Czyżby ten obraz zaradnego pana domu wynika faktycznie ze wzoru ojca, czy tylko z imaginacji mamusi o wzorze faceta?
        • paris-texas-warsaw Re: Żyjemy obok siebie.... :( 13.11.13, 21:59
          Ja jeszcze napiszę, że jeżeli zdecydowałabyś się kontynuować ten związek (ja bym się nie zdecydowała m.in. ze względu na kłamstwa, co faktycznie bardzo może zachwiać bezpieczenstwem w związku, przy czym kasa to małe piwo, bo ją zawsze można jakoś zdobyć - nie myślę też, że jesteś materialistką, bardziej, że byłaś nieźle zdesperowana wchodząc w ten nie do konca służący Ci związek - czy to znajomość z internetu???? on - młody, romantyczny, ona - brunetka, niezależna finansowo;)), to radzę Ci:
          1. dokładnie dowiedzieć się, jak faktycznie zaciągnięty jest kredyt na dom rodziców, czy nie jest on jednym z kredytobiorców/poręczycieli. Ja w takiej sytuacji poprosiłabym o raport kredytowy z BIK bodajże, gdzie są uwzględnione ewentualne windykacje, etc. Może też mieć jakieś kredyty konsumpcyjne/być ich poręczcycielem. Te informacje, o tym, że zostawał bez grosza, nie używał karty, jakos dziwnie nie miał akurat żadnej zdolności kredytowej, gdy Ty zaciągałaś kredyt (może ta cała zmiana pracy z czegoś innego niż na pozór Ci się wydawało wynikała) etc. układac się mogą w historię osoby już mającej na karku jakies windykacje.
          2. Dokładnie zastanów się, czy przy Twoim podejsciu do pieniędzy i partnera, poradzisz sobie z sytuacją, gdy jego rodzice byliby wyrzuceni z ich domu lub zostali bez grosza. Wątpię, czy on byłby w stanie pomagać im z w sposób dla Ciebie do przyjęcia. Wiążąc się z nim, wiązałabyś się z nimi.

          Niektórzy piszą, że dobry z niego chłopina, mając chyba na myśli, że on finansowo pomagał rodzicom. Ja bym uznała ocenianie dobry/zły za nieadekwatne w sytuacji jego współuzależnienia. Tak jak jego ojciec wyda wszystko na alkohol, tak on wyda wszystko na ratowanie rodziny. Jak alkoholik wszywa sobie esperal, tak on przekazuje Ci całą pensję, bojąc się, że nią nie bedzie umiał zarządzać (powstrzymać się przed prośbami/wymuszaniem matki). Dopiero po jego pewnie dłuższej terapii i ustabilizowaniu, możnaby faktycznie okreslić jaki on ma stosunek do pieniędzy. Na razie w ogóle jest lekko wg mnie zaburzony jesli chodzi o funkcjonowanie społeczne np. wprowadzenie się do obcej kobiety mającej w sumie nie za wielkie mieszkanie - Twojej matki po bardzo krótkiej znajomości z Tobą, pozwalanie na kupowanie biletów na koncert przez bardzo krótko znaną kobietę.
          Trzymaj się:)
          • zuzi.1 Re: Żyjemy obok siebie.... :( 13.11.13, 22:07
            Paris napisała:"Niektórzy piszą, że dobry z niego chłopina, mając chyba na myśli, że on finansowo pomagał rodzicom. Ja bym uznała ocenianie dobry/zły za nieadekwatne w sytuacji jego współuzależnienia. Tak jak jego ojciec wyda wszystko na alkohol, tak on wyda wszystko na ratowanie rodziny. Jak alkoholik wszywa sobie esperal, tak on przekazuje Ci całą pensję, bojąc się, że nią nie bedzie umiał zarządzać (powstrzymać się przed prośbami/wymuszaniem matki). Dopiero po jego pewnie dłuższej terapii i ustabilizowaniu, możnaby faktycznie okreslić jaki on ma stosunek do pieniędzy. Na razie w ogóle jest lekko wg mnie zaburzony jesli chodzi o funkcjonowanie społeczne np. wprowadzenie się do obcej kobiety mającej w sumie nie za wielkie mieszkanie - Twojej matki po bardzo krótkiej znajomości z Tobą, pozwalanie na kupowanie biletów na koncert przez bardzo krótko znaną kobietę."

            Dokładnie. Ten facet jest jak dziecko we mgle.
          • gaderypoluka Re: Żyjemy obok siebie.... :( 13.11.13, 22:13
            Wiesz może na początek zanim zaczniesz udzielać rad innym zrób sobie kompleksową terapię
            swoich problemów, żebyś wiedziała co projektujesz na innych i jest Twoje a co innych.

            Trcacisz kontakt z rzeczywistością wiesz? Nie każdy facet musi zapewniać Ci poczucie komfortu materialnego i emocjonalnego bezwarunkowo a jeśli tak jest i tego oczekujesz to szukasz ojca/ matki a nie partenera, bo właściwie co wg Ciebie kobieta powinna wnosic w związku skoro wszytskim powinien sie zajmować facet? Leżeć, pachnieć i się wymądrzać? Teraz sa inne czasy, nie płacą wszystkim facetom na dzień dobry za to że są samcami i nie w każdym mieście...wiesz?

            • zuzi.1 Re: Żyjemy obok siebie.... :( 13.11.13, 22:22
              gaderypoluka napisała:"bo właściwie co wg Ciebie kobieta powinna wnosic w związku skoro wszytskim powinien sie zajmować facet? Leżeć, pachnieć i się wymądrzać?"

              Czy Paris napisała gdzieś, że wszystkim powinien się zajmowac facet a pani powinna tylko lezec, pachniec i się wymądrzac? Nie zauważyłam takiej tresci. Teraz są takie czasy że OBOJE partnerzy w związku powinni wspólnie, razem zapewniac bezpieczeństwo fin. tego związku. Jeżeli ten facet będzie przez kolejne 3 lata zarabiał najniższą krajową, to będzie to oznaczało dla drugiej strony koniecznosc zapewnienia reszty kasy, żeby dało się przeżyc od pierwszego do pierwszego i jeszcze kredyt zapłacic. Skoro pan jest intelektualistą i zna biegle angielski to każdego dnia po pracy biurowej może dorabiac tłumaczeniami na zlecenie lub dawaniem korków, może nie tylko z angielskiego. Tego nalezałoby oczekiwac od dojrzałego męzczyzny, że weźmie odpowiedzialnosc razem z partnerką za realne życie i konieczne wydatki.
              • zuzi.1 Re: Żyjemy obok siebie.... :( 13.11.13, 22:30
                i jeszcze gdyby Ci umknęło co robi autorka w tym związku:

                " jestem w domu, mam na oku córkę (lat 10), odrabiam z nią lekcje, wyprowadzam psa, ugotuję obiad i dopilnuję wszystkiego. To ja piorę, gotuję, prasuję, opiekuję się dzieckiem, psem, płacę rachunki (mieszkanie z kredytem są moje). Problem polega na tym, że partner w niektóre sprawy nie angażuje się wcale, lub angażuje się w bardzo małym stopniu. Nie wiem jak to ująć konkretnie, bo on nie pali, nie pije, nie wychodzi nigdzie z kolegami, nie ma tu swoich znajomych, przyprowadził się do mnie z innego województwa. To ja czuję "że trzeba więcej zarobić", to ja trzymam rękę na pulsie, to ja za wszystko płacę, partner zarabia tzw "najniższą" i chyba mu z tym dobrze. Aha, ta najniższa przelewana jest na moje konto i ja tym dysponuję. Mam wrażenie że "dwoję się i troję" by było dobrze. Jego pensja starcza na ratę kredytu + czynsz. Resztę opłat, jedzenie, sprawy dziecka, psa, samochodu (jest nasz wspólny) ja mam na głowie. Rozmawiamy dużo i często, nie wybuchają kłótnie, on się po prostu zamyka w sobie i słyszę "nie masz to idź i zarób, bo ja już więcej nie mogę". Aplikacje składa wszędzie, ale odzew znikomy, jeśli jest, to albo praca w innym mieście, gdzie pensja może i wyższa, ale po odliczeniu dojazdu wyszłoby na to samo. Zaczyna się dziać źle między nami, bo ja czuję się jak robot do zarabiania pieniędzy, nie jak kobieta. O sobie mogę powiedzieć tyle, że mam 34 lata, jedno dziecko..... (partner chciałby drugie ale skutecznie sprowadzam go do parteru argumentem że kto nas utrzyma), czuję się bardzo nieatrakcyjna - przed poznaniem partnera mogłam wziąć sobie 500 zł i wydać w centrum handlowym tylko na siebie, kupić buty, torebkę i płaszcz na zimę. Teraz mogę o tym pomarzyć. Zrobiłam się wredna, wybuchowa, sfrustrowana...nie wyglądam na kogoś, kto prowadzi dg, uczy 2 języków i zarabia dość sporo jak na kobietę. Wyglądam jak 7 nieszczęść. Jak rozmawiamy nt zakupów to on mówi "no oczywiście, kup sobie". Taaaaa, mam sobie kupić i potem martwić się bo nie ma??? Chodzi mi o to, że on nie myśli o tym żeby coś zrobić dodatkowo."
                • zuzi.1 Re: Żyjemy obok siebie.... :( 13.11.13, 22:50
                  Autorka napisała:"Chodzi mi o to, że on nie myśli o tym żeby coś zrobić dodatkowo."

                  Ale po co ma myslec, skoro Ty myślisz za Was oboje, jemu jest tak wygodnie. On wie, że zawsze może na Ciebie i Twoją przedsiębiorczosc, i zaradnosc liczyc.
              • gaderypoluka Re: Żyjemy obok siebie.... :( 13.11.13, 23:16
                Zuzi ja napisałam właściwie poza wątkiem do Paris apropos jej całości twórczości co wypisuje o sobie i facetach rownież w innych wątkach a nie o tym konkretnym wątku, nie chce mi się szukać, generalnie chodziło mi o jej nieprzerobiony DDA plus inne rzeczy...a pisze jakby pozjdała
                wszystkie rozumy
                • zuzi.1 Re: Żyjemy obok siebie.... :( 13.11.13, 23:25
                  ok, ja mam wrażenie, że Paris odkryła ostatnio sporo nowej dla siebie wiedzy i się tym zachłysnęła, tak pozytywnie i stara się dzielic tą wiedzą i przemyśleniami, wiadomo jednak, ze każdy ma rózne przemyślenia, raz mądre, a raz mniej mądre ;-)))
              • gaderypoluka Re: Żyjemy obok siebie.... :( 13.11.13, 23:30
                Radzę Ci poczytac na forum oszczędzamy dokładnie co napisała ADa, że wcale nie jest tak różowo jak pisze, wcale nie jest taka zrównoważona odpowiedzialna i zarabiając a oczekuje tego od faceta. Ja to rozumiem teraz takie czasy że ciężko zarobic ale czemu czepia się faceta który ma jednak stała pewna pensję:=, która jak się okazuje w wakacje jest jedynym stałym dochodem, a wypadanie włosów to zapewne problem stresu, że pani nie dogaduje się nie tylko z partnerem ale również w pracy z otoczeniem....:

                "Przyłapuję się na tym, że bardzo często denerwuję się, płaczę, zaczynam kląć, wyżywam się na partnerze i córce, że w tym wieku powinnam osiągnąć więcej, a nie zaczynać karierę od nowa...... Proszę Was o obiektywne spojrzenie na problem. Aha, wątek założyłam dlatego że zamierzam zrezygnować na lato z dg, bo korepetycji pewnie nie będzie lub będzie tylko malutka część, a jeść trzeba.
                • gaderypoluka Re: Żyjemy obok siebie.... :( 13.11.13, 23:33
                  Dodatkowy cytaty, e z pania jest coś nie tak:
                  "Macie rację, tylko czy w moim wieku i z pewnym doświadczeniem nie powinnam dostać odgórnie pewnych przywilejów i praw?"

                  Roszczeniowo:
                  " Mam 34 lata, spore umiejętności, doświadczenie, umiejętności negocjacyjne, ale chciałabym w tym wieku mieć pewien zakres swobody w działaniu, pewną swobodę w podejmowaniu decyzji w sprawach firmy. Nie znoszę tego poczucia bycia "pionkiem, od którego nic nie zależy"."
                  Nie uważasz że coś w psychice przeszkadza być tej pani na etacie?
                  • zuzi.1 Re: Żyjemy obok siebie.... :( 13.11.13, 23:42
                    pani chce byc ważna i dobrze zarabiac a etat w tym przeszkadza ;)

                    Ten tekst jest dobry ;) :
                    ""Macie rację, tylko czy w moim wieku i z pewnym doświadczeniem nie powinnam dostać odgórnie pewnych przywilejów i praw?"

                    No niestety, gdyby każdemu z uwagi na wiek się nalezalo, to wszyscy mieliby tylko przywileje i prawa a nikt nie miałby obowiązków ;) myślenie magiczne ;) chcialo by się dużo, a się nie udaje, bo jest spora konkurencja ;)
                  • ad.a6 Re: Żyjemy obok siebie.... :( 14.11.13, 09:27
                    Tak, coś mi przeszkadza - to, że muszę mieć wszystko pod kontrolą. Bo zdarzało mi się wrócić z pracy a w domu syf, a pan hrabia przed TV z pilotem. Teraz zarabiam w domu i wszystko jest mniej więcej po mojemu. W zeszłym roku w wakacje dg jeszcze nie było. Pracowałam na etacie właśnie. Wynik - w domu bałagan i dziecko wiecznie samo.
            • ad.a6 Re: Żyjemy obok siebie.... :( 14.11.13, 09:21
              To do mnie było? a gdzie ja napisałam, że chcę leżeć, pachnieć i się wymądrzać? Pracowałam i pracuję, obecnie na dg, a główny problem tego wątku to fakt, że mężczyzna największą odpowiedzialność przerzuca na kobietę. Przecież ja też mogę iść do pracy za najniższą, i co wtedy będzie? Powiem "nie ma na naprawę samochodu?"
          • ad.a6 Re: Żyjemy obok siebie.... :( 14.11.13, 09:17
            Paris, Ty jedna mnie rozumiesz, bo potrafisz uchwycić główny problem tego wątku, a nie mój "materializm". Ok, zgadzam się, że jak się jest u mamy, to jest lepiej, w przypadku mojej mamy akurat było tak, że więcej da niż zabierze (daj mi symboliczną kwotę na opłaty a resztę odkładaj, bo w razie umrę sama zostaniesz, a ja do grobu nie zabiorę). Tak, partner poznany przez Internet. Pracowałam wówczas jako kierownik działu agencji reklamowej i do późnej nocy siedziałam on-line i tak jakoś wyszło. Potrzebowałam kogoś do pogadania. Kupy się nie trzyma to, że tyle naobiecywał, nakłamał, a potem nawet się przyznał, że bał się powiedzieć mamie, że mnie poznał. Co do historii kredytowej, BIK - wiem, że jest czysty. Właśnie do pracy na etat, którą się aktualnie zajmuje (finanse i ubezpieczenia) szef wymagał poświadczeń, że jest absolutnie czysty, niezadłużony, bez negatywnych przejść w BIK, potrzebował też zaświadczenia o niekaralności. Poza tym te kłamstewka miały miejsce w pierwszych 2-3 miesiącach wspólnego zamieszkania, i wiem, że miały dużo wspólnego z jego rodzicami. Co do domu, w którym się wychowywałam: już pisałam, że byłam późnym dzieckiem rodziców, bardziej byli dla mnie jak dziadkowie niż jak rodzice. Nie było kłótni, alkoholu, jakichkolwiek sprzeczek w ogóle. Tata był moim najlepszym przyjacielem na świecie, w większym stopniu niż mama. Alkoholu nie tknął, mamę szanował. W domu potrafił zrobić wszystko. Właśnie majsterkowicz, który potrafił z przysłowiowego g*wna bat ukręcić. Może w domu rodzinnym miałam po prostu za dobrze i nie jestem przyzwyczajona do niewygód, zmartwień, braku kasy. Tata był człowiekiem ciepłym, uczuciowym, nie był furiatem, pamiętam, że jak dostałam w szkole złą ocenę to najpierw do taty szłam (no Aduchna, nie płakuchnaj), mama surowsza była, szybko można ją było zdenerwować, ale równie szybko jej przechodziło. To dla tych co są ciekawi, bo pewnie myślą , że jak przyciągam DDA to jestem z dysfunkcyjnego domu.
        • zuzi.1 Re: Żyjemy obok siebie.... :( 13.11.13, 22:04
          Ale przeciez autorka napisała, że chce równego wkładu w utrzymanie domu, a nie ciągłego opierania się bezpieczeńswa fin. tego związku na niej..., nie pisze, że chce lezec i pachniec a pan ma zasuwac na nich oboje ;)
          • anielka5 Re: Żyjemy obok siebie.... :( 13.11.13, 22:25
            Wyczytałam, że ona zarabia ok 2000 zł on ok. 1300 zł - to jednak chyba mają mniej więcej równy wkład w utrzymanie domu i życie, no bo chyba jej kredyt, na jej własne mieszkanie nie powinien być jego kosztem? Nawet wychodzi, że on dokłada do interesu, bo rata kredytu to zapewne więcej niz 700 zł.
            • zuzi.1 Re: Żyjemy obok siebie.... :( 13.11.13, 22:34
              ale w jaki sposób on dokłada do interesu? za 1300 zł z wynajęciem mieszkania plus jedzenie i inne koszty w tym jego cała garderoba itp., ten facet nie przeżyje za taką kwotę samodzielnie, kredytu nie powinien opłacac to jasne, bo to nie jego mieszkanie jest
              • anielka5 Re: Żyjemy obok siebie.... :( 13.11.13, 22:47
                No ale po opłaceniu kredytu ona dysponuje podobna kwotą więc wkładają po mniej więcej tyle samo. O jakim wynajmie piszesz? Przecież to związek dwojga kochających się ludzi a nie podnajem u właściciela komienicy więc nie twórzmy hipotetycznych kosztów.
                • zuzi.1 Re: Żyjemy obok siebie.... :( 13.11.13, 22:52
                  Napisałam, ze gdyby musiał sam wynajmowac, żywic się samodzielnie, ubierac i ponosic inne dodatkowe niezbędne koszty, to za taką kwotę samodzielnie by nie przeżył. Dzięki autorce przeżyje.
              • t1ffany Re: Żyjemy obok siebie.... :( 13.11.13, 22:58
                Za 1300 plus prowizja można wynająć mieszkanie ze współlokatorem i utrzymać się, szczególnie jeśli się nie pije i nie pali.

                Chodzi o to, że pani nie ma powodu do jęków że on jest pasożytem/utrzymankiem. Nie jest. Pani udziela korepetycji w ramach DG, więc w miesiącach wakacyjnych to jego stała pensja jest podstawą budżetu. Już nie przesadzajmy z tą nieporadnością. Facet nie jest rekinem finansjery ale twierdzenie że związek nie rokuje bo jeden z partnerów zarabia mniej niż drugi i to jest wielka krzywda jest z doopy.
                Dużo gorzej rokuje wyzywanie od nieudaczników i rozliczanie z czyjej kasy jest zawartość lodówki, ale to zdaje się niekoniecznie robi ten nieszczęsny pan.
          • ad.a6 Re: Żyjemy obok siebie.... :( 14.11.13, 09:31
            Zuzi: problem tu leży w tym, że na nim nie można do końca polegać. Nie chodzi o to, by być ważna. A z tymi przywilejami chodziło o to, że albo opłaca mi się etat - w sensie zarobię więcej niż w domu + dojazd + poświęcony czas dla córki, domu, psa, itp, itd, albo zostaję w domu. Jak mówię, w zeszłym roku w wakacje nie było jeszcze dg, dg jest od września, po wcześniejszym sprawdzeniu, czy się będzie opłacało. Większość klientów to znajomi moi i znajomi znajomych, czyli ludzie z polecenia, z ulotek nie mam tylu klientów co z polecenia. Poza tym dodatkowo zajmuję się innymi rzeczami, takimi bardziej manualnymi, jak renowacja mebli czy ręczne odświeżanie napisów na nagrobkach, tapetowania, itp. Więc uważam, że dałabym sobie radę bez etatu.
            • ad.a6 Re: Żyjemy obok siebie.... :( 14.11.13, 09:36
              I chyba różnica w zarobkach chyba jest, przekładając ją na czas spędzony w domu. Skoro ja zarabiam ok 2000 netto, podałam kwotę minimum, z tego co widzę listopad dużo lepszy będzie, dodając do tego ZUS, US, bez dojazdów do pracy, przy okazji robiąc wszystko w domu, to chyba tak mało nie jest??
        • ad.a6 Re: Żyjemy obok siebie.... :( 14.11.13, 08:58
          Heh no nie wytrzymałam już teraz- ja nie uważam by rozwód po rocznym małżeństwie i pozbycie się z domu alkoholika i dziecko było "garbem". Moja córka to dla mnie chluba, nie garb. Nie wiem, jak można w ten sposób nawet myśleć. Poza tym mojego W. nikt do tego związku nie zmuszał, od samego początku znajomości wiedział że jest dziecko. Mało tego, chciał ją poznać, porozmawiać, pobawić się, po prostu być. Natomiast co niektórzy chyba całości nie czytają. Pisałam, że zarabiam MINIMUM 2 tys netto, teraz natomiast wpadają nowe zlecenia, firmy zlecają kursy językowe dla swoich pracowników, więc będzie mniej problemów. A co do problemów finansowych - wkopałam się w nie DLA niego. Mogłam po prostu powiedzieć "wiesz co - nie zaczynajmy nic w ogóle, bo niby dlaczego ja muszę się martwić o to, byśmy mieli gdzie mieszkać? nie ma na to kasy i koniec", więc chyba jakieś poświęcenie było. Czy nadal go nie widzicie? Widzę, że wiele osób z tego forum wiele by dało, by tylko portki w szafie mieć. Odnośnie dbania o siebie nie miałam na myśli figury - mam idealnie płaski brzuch i fajną figurę. Chodziło mi o ubiór. Nie lubię chodzić ciągle w tym samym, lubię kilka par butów, kilka torebek i w ogóle życie na większym finansowym luzie.
          • adorra0 Re: Żyjemy obok siebie.... :( 14.11.13, 09:46
            Dlaczego z nim jeteś?
            • ad.a6 Re: Żyjemy obok siebie.... :( 14.11.13, 09:56
              adorra0 napisał(a):

              > Dlaczego z nim jeteś?

              bo cały czas mam nadzieję że kiedyś wyjdziemy z dołka i będzie tak jak na początku, że czułam, że go pociągam, jestem dla niego jakąś nowością. Mam nadzieję, że te dobre chwile z powrotem nadejdą. Póki co dzięki Wam i temu forum mogę się do woli wynarzekać i......przeczekać? Nie chcę rozstania, wiem, że on ma wiele pozytywnych cech, których inni mężczyźni nie mają, poza tym nie chce mi się znów szukać, odkrywać, poznawać, nie chcę fundować dziecku kolejnego przewrotu w życiu (zawsze odbiłoby się na niej w większym lub mniejszym stopniu). Jak pisałam wcześniej, nie ma kłótni, po prostu siedzimy i milczymy, odrabiam lekcje z Młodą, W. z nią robi matmę, nikt nie pije, nie bije i nie krzyczy. W weekendy jedziemy gdzieś w 3 na wycieczkę, do lasu na grzyby, czy na długi spacer z psem. Zachowujemy się jak stare, dobre małżeństwo. a ja potrzebuję wzlotów. Jak na początku. Żeby mieć gdzie wyjść, i dla kogo i przede wszystkim w co się ubrać.
              • sebalda Re: Żyjemy obok siebie.... :( 14.11.13, 10:55
                >>Zachowujemy się jak stare, dobre małżeństwo. a ja potrzebuję wzlotów. Jak na początku. Żeby mieć gdzie wyjść, i dla kogo i przede wszystkim w co się ubrać.

                No i mamy jak na dłoni: ja, ja, ja. Ja chcę, ja potrzebuję, ma być tak, jak ja chcę, mają być wzloty i kasa na wyjścia i ubrania. Nigdy nie pojmę, jak ktoś może wymagać, samemu będąc nie do wytrzymania. Autorka pomiata facetem, nie szanuje go, sama przyznaje, że się na nim wyżywa, a chce wzlotów! To odwrotna strona, gdy facet wyzywa kobietę, poniża ją, gnębi, ale ciągle chce od niej gorącego seksu. Bo tak, bo on chce.
                Ada, mialabyś ochotę adorować i pożądać kogoś, kto się na Tobie regularnie wyżywa? Mialabyś ochotę dla takiego kogoś się starać? Spójrz przez chwilę na siebie.
                • pogodoodporna Re: Żyjemy obok siebie.... :( 14.11.13, 11:51
                  sebalda napisała:

                  > No i mamy jak na dłoni: ja, ja, ja. Ja chcę, ja potrzebuję, ma być tak, jak ja
                  > chcę, mają być wzloty i kasa na wyjścia i ubrania. Nigdy nie pojmę, jak ktoś mo
                  > że wymagać, samemu będąc nie do wytrzymania. Autorka pomiata facetem, nie szanu
                  > je go, sama przyznaje, że się na nim wyżywa, a chce wzlotów!

                  Szanowalaby go, gdyby duzo zarabial, gdyby kupowal jej drogie ciuchy i robil prezenty bez okazji. Ona szuka archetypu meskiego macho, ktory zapewnia dobrobyt i kobiete trzyma krotka reka. Ona w zamian stroi sie dla niego i prezentuje swoja kobiecosc, koniecznie w drogich ciuchach. Bez problemu sie tez podporzadkowuje, bo jego kasa zapewnia jej wygodne zycie. Wtedy nie ma trosk, a i seksualnie jest bardziej dostepna. No i ma respekt przed nim, a nawet troszeczke sie boi, bo on moze przykrecic kurek z kasa jak mila nie bedzie.
                  Takiego powinna sobie znalezc mezczyzne autorka watku, wtedy bylaby szczesliwa.
                  • sorvina Re: Żyjemy obok siebie.... :( 14.11.13, 12:05
                    Tylko, że autorka nie jest konsekwentna. Jednocześnie, przy swoim współuzależnieniu i przymusie kontroli potrzebuje i wybiera mężczyzn z problemami, słabych, którzy poddają się kontroli. I ma do partnera pretensje, że nie jest kimś kim nigdy nie był.
                    Także tu nie chodzi tylko o świadome wzorce i deklaracje, ale o całokształt, w niewielkim stopniu uświadomiony.

                    Aby być z silnym zaradnym, bogatym mężczyzną, trzema mieć jeszcze odpowiednio wysoką samoocenę i ku niej realne podstawy. Taki mężczyzna też ma swoje potrzeby i oczekiwania.
                    • sebalda Re: Sorvino 14.11.13, 13:22
                      Sorvino, ja w sumie też nie w W-wie mieszkam, tylko po sąsiedzku:) Zaraz się okaże, że jesteśmy sąsiadkami:)
                      Nie wiem, czy dobrze pamiętam, ale Wy nie macie chyba dzieci? To wielki sprawdzian dla związku, ale myślę, że i tak, przy Twojej samoświadomości i podejściu do męża, dzieci nie zmieniłyby jakoś diametralnie Waszego związku.
                      Może napisałabym do Ciebie na priva?
                      • sorvina Re: Sorvino 14.11.13, 14:27
                        Sebaldo, to ja dodam, że ten promień jest całkiem spory i dotyczy miast wojewódzkich ;)

                        Dzieci nie mamy, nie chcemy mieć, nie mamy instynktu, potrzeby i nie nadajemy się na rodziców i ma co zaklinać rzeczywistości, skoro tak jest. Może kiedyś gdy przerobimy nasze dzieciństwa do końca to się zmieni, może nie będzie wtedy już czasu - ok, świadomie podjęliśmy taką decyzję. Mamy kota na którego przelewamy nasze rachityczne uczucia rodzicielskie, na kota wystarczą ;)

                        Pisz, mail jest aktywny.
                        • sebalda Re: Sorvino 14.11.13, 14:50

                          sorvina napisała:

                          > Sebaldo, to ja dodam, że ten promień jest całkiem spory i dotyczy miast wojewód
                          > zkich ;)

                          Wiesz, ja i tak wolę pisać, więc nawet jak mieszkasz daleko, to i tak możesz mi doradzić, choć pomyślałam, że chętnie poszłabym z Tobą kiedyś na piwo:)
                          A Twój opis związku pozwolę sobie podesłać córce, jeśli pozwolisz, bo ona tego potrzebuje teraz wyjątkowo. Ma faceta, ale to nie jest idealny związek. Widać to na odległość. I ona nawet ostatnio zerwała, ale on nie dał za wygraną, zawalczył, wziął na siebie pełną odpowiedzialność za wcześniejsze nieporozumienia, obiecał (i nadal realizuje) zmiany i teraz jest naprawdę lepiej. Twoje wytyczne mogą jej bardzo pomóc. Albo jednak jeszcze raz przemyśleć wszystko i odejść na dobre, albo pracować nad tym związkiem. Ja nie jestem duchem świętym i mimo swojego doświadczenia i zaawansowanego wieku nie wiem, czy ten związek ma szanse. Ale to nie ja mam wiedzieć.
                          Strasznie mi jedynie przykro, że nie spotkałam takiej Sorviny 30 lat temu:( Ja już nie będę mogła skorzystać z Twoich rad na temat budowania związku, choć bardzo bym chciała. Ale mam inne problemy ze sobą i w wolnej chwili do Ciebie napiszę. Tylko chwilowo z tymi chwilami cienko;)
                          A w ogóle - dzięki:)
              • rurek00 Re: Żyjemy obok siebie.... :( 14.11.13, 15:13
                > > Dlaczego z nim jeteś?
                >
                > bo cały czas mam nadzieję że kiedyś wyjdziemy z dołka i będzie tak jak na począ
                > tku, że czułam, że go pociągam, jestem dla niego jakąś nowością. Mam nadzieję,
                > że te dobre chwile z powrotem nadejdą.

                Tylko, że na początku ty go tak naprawdę nie znałaś, poklikaliście sobie w necie, potem było spotkanie w weekend. Nie może wrócić coś czego nigdy nie było. To było tylko twoje wyobrażenie o nim, on naprawdę jest taki jak go teraz widzisz. Może i nie pije i nie pali i jest spokojny, ale też ma swoje wady i ograniczenia, które teraz dopiero zauważasz. I z tego co piszesz, nie akceptujesz go takiego jakim jest. To jest mocno zaburzony człowiek, nic się tu nie zmieni, chyba, że on sam to zauważy i przepracuje pewne sprawy. Nie spełni twoich oczekiwań, dlaczego by z resztą miał to robić? Nadal nie rozumiem dlaczego z nim jesteś. Bije od ciebie jakaś niesamowita desperacja, dowartościowuje cię to, że masz faceta? Wg mnie sama masz jakieś niezaspokojone ambicje, potrzeby, i jakąś taką złość na cały świat i na niego, że nie jest tak jakbyś chciała. Bardziej chyba powinnaś się skupić na własnym rozwoju wewnętrznym, żeby dostrzec pewne rzeczy, o których tu piszą dziewczyny, i poświęcić też czas córce. I na przyszłość nie wprowadzać tak szybko do jej życia kolesia, który nie wiadomo jak długo zagrzeje miejsce w twoim życiu.
          • ad.a6 Re: Żyjemy obok siebie.... :( 14.11.13, 09:50
            Wracając jeszcze do wątku "Oszczędzamy"- co jest złego w tym, że osoba w moim wieku, z kilkunastoletnim doświadczeniem, znająca biegle 2 języki, chce normalnie zarabiać? I nie chodzi tu o jakąś roszczeniowość, o której ktoś wcześniej wspomniał. Mam na myśli pewne "widełki" od których ktoś z moim wykształceniem lub podobnym może startować na rynku pracy i jaką kwotę wynagrodzenia zasugerować "na wejście". I ktoś tu nie do końca zrozumiał sedno sprawy: nie chodzi mi o wiek, tylko o kwalifikacje oraz ilość lat przepracowanych (to, co wynika z cv), bo jeżeli ja mam w domu wynagrodzenie takie jak w pracy na etacie, a po powrocie do domu zastaję bałagan, i muszę przejść do drugiego etatu i tak, to się nie opłaca zupełnie.
            • danaide Re: Żyjemy obok siebie.... :( 21.11.13, 17:17
              > Wracając jeszcze do wątku "Oszczędzamy"- co jest złego w tym, że osoba w moim w
              > ieku, z kilkunastoletnim doświadczeniem, znająca biegle 2 języki, chce normalni
              > e zarabiać?

              Nic złego. Tylko szkoła ze swoim systemem ocen się skończyła, a zaczęło się życie ze swoimi realiami.
          • pogodoodporna Re: Żyjemy obok siebie.... :( 14.11.13, 11:33
            ad.a6 napisał(a):

            > Heh no nie wytrzymałam już teraz- ja nie uważam by rozwód po rocznym małżeństwi
            > e i pozbycie się z domu alkoholika i dziecko było "garbem". Moja córka to dla m
            > nie chluba, nie garb. Nie wiem, jak można w ten sposób nawet myśleć. Poza tym m
            > ojego W. nikt do tego związku nie zmuszał, od samego początku znajomości wiedzi
            > ał że jest dziecko.

            Kreujesz sie na madra osobe, a prostego zdania po polsku nie potrafisz zrozumiec. Nikt nie napisal, ze Twoja corka jest "garbem", wrecz przeciwnie, absurdem byloby myslec, ze ludzie w naszym wieku nie maja jakis zobowiazan z przeszlosci. Ty oczekujesz , ze pan wniesie w posagu jakis dochod, okragla sumke na koncie. Sama natomiast tez masz jakas przeszlosc, pieniadze jakies byc moze wnosisz, ale wnosisz tez swoje dziecko, ktore pan w pelni zaakceptowal i polubil. Teraz rozumiesz co mialam na mysli piszac, ze przeszlosc nalezy odkreslic gruba kreska ?
    • sorvina Re: Żyjemy obok siebie.... :( 14.11.13, 10:19
      Czytam i czytam i dochodzę do wniosku, że mamy piękny przykład jak może wyglądać związek 2 osób niedojrzałych osób z bagażem własnych problemów do przerobienia : DDA, współuzależnienie, które pięknie dobrały się po wzorcach (słynna koluzja), doskonale odtwarzają podświadomie schemat, tylko autorka świadomie deklaruje, że oczekuje czegoś innego.
      Przypomina mi się trochę relacja moich rodziców, gdzie w pewnym momencie miałam do opieki 2kę dzieci - księżniczek na ziarnku grochu, każde zamknięte w swoim pokoju, każde próbujące udowodnić, że to ono bardziej ma prawo do opieki. Tak wygląda niezaspokojenie potrzeb z dzieciństwa, zwłaszcza gdy komuś pijący czy inni rodzice wrzucili w młodym wieku za dużo odpowiedzialności i obowiązków na głowę. I u autorki i u partnera tak się stało. Autorka cały czas jest na etapie: wszystko na mojej głowie, ale sama się tam wepchnęła - im więcej ona robi, tym mniej robi partner. On może sobie wreszcie odpocząć.
      Nie można powiedzieć, że partner zupełnie nie był zaradny, odpowiedzialny. U niego to się inaczej rozłożyło - przejął odpowiedzialność za swoją rodzinę i stawał na rzęsach by się nimi opiekować. W jego mentalności praca, dorabianie się może nie być istotne - w końcu sam poświęcił wpierw pieniądze dla rodziny a potem wszystko dla nowej partnerki. Może mieć niską samoocenę i mało wierzyć w możliwości radzenia sobie w nowym miejscu. W dobie kryzysu jednak daleka byłabym od stwierdzenia, że to wszystko jego wina, że nie ma już super pracy z wielką pensją.
      NIC nie usprawiedliwia przemocy wobec niego, wyzywania, obrażania i awantur. Można autorce okazać zrozumienie, że jest przemęczona itp. ale to nie usprawiedliwia takiego zachowania. No i jest nieskuteczne, facet niszczony psychicznie nie nabierze pewności siebie i motywacji w ten sposób.
      Autorka z jednej strony chciałaby silnego dużo zarabiającego mężczyznę - to świadomie, z drugiej właśnie słaby był dla niej atrakcyjny. Gdzieś to przebija, że zadowolona jest, że grzecznie oddaje pensje, że ona może nim rządzić. Silny by nie pozwalał na to, silny byłby konkurencją, zagrożeniem, na jego tle już nie wyglądała by tak dobrze. Jak celnie niektóre forumki pisały, autorka sama nie wie czego chce (świadomie i podświadomie) ani do czego tak naprawdę dąży.

      Oboje macie popieprzone za przeproszeniem z temacie odpowiedzialności. Typowe w klimatach dda/współuzależnienia, połączenie nadmiernego brania odpowiedzialności za rodzinę, partnera, obowiązki domowe itp. i całkowity brak brania odpowiedzialności za SWOJE wybory i decyzje. Autorko, nie kupiłaś mieszkania DLA NIEGO, kupiłaś go by zrealizować swoją wizję związku, wizję nierealną, ale brak trzeźwości w postrzeganiu to również TWOJE odpowiedzialność. Człowiek czasem popełnia błędy, źle ocenia, źle inwestuje, partner też mógł w dobrej woli coś obiecywać, nie będąc świadomym wzorców które nim kierują. Warto to zrozumieć, zaakceptować, że tak jest i zastanowić się co dalej. Zgadzam się, że autorka skupiona tylko na temacie finansów, zupełnie nie docenia to ile partner zrobił dla tego związku i że dla niego obecna sytuacja nie jest również ani komfortowa ani opłacalna. Forumki mówicie, że za swoją obecną pensję by się nie utrzymał, ale gdyby nie autorka, on nie siedziałby w jej mieście, tylko mógłby wrócić do starego, albo poszukać lepszej pracy gdzieś indziej.

      Na razie autorka obwinia partnera, że nie jest taki jak ona sobie wymyśliła, robi w domu piekło, partner reaguje bierną agresją (co również nie jest ok i warto nazwać tego typu zachowania po imieniu) i się wycofuje, ona jeszcze więcej bierze na siebie, coraz bardziej sfrustrowana, coraz bardziej go obwinia i koło zatacza kolejny krąg. A ponieważ nie chodzi głównie o rozsądne zarzuty, tylko niespełnione marzenia, rzeczywistość, która podkopuje samoocenę i silne dziecięce lęki przed biedą, to poziom emocji jest niezwykle silny. Nadmiernie do obiektywnej sytuacji.

      Dla mnie to jest przykład gdzie bez indywidualnej dla obojga i może partnerskiej terapii strony będą się niszczyć. Partner nie jest w stanie uzdrowić emocji autorki. Nie jest winien za być może kryzys związany z pewnym podliczeniem gdzie chciała być i kim chciała być w pewnym wieku. Owszem, to nie jest miłe gdy nasze założenia się nie spełniły, ale to okazja by je urealnić. To daje dużo spokoju. Może gdyby autorka przestała wymagać od siebie i innych bycia herosem z osiągnięciami i majątkiem, to sama lepiej by się poczuła i mogłaby docenić partnera. Też się zgadzam, że już teraz partner może ją pewnych rzeczy nauczyć, ale ona musi chcieć. Przydało by się poznanie teorii, czym jest DDA, czym jest współuzależnienie, bo jak na razie autorka spala się oskarżając - jak on może, czemu on.... a to tak typowe, że aż nudne - jest klasycznym dda, inaczej nie potrafi. Mogła by też zrozumieć siebie i oddzielić swoje emocje od partnera.
      Nie widzę szansy porozumienia, dopóki autorka dąży tylko do tego by było 100% JAK ONA CHCE. Szansa jest gdy się dogadają, czego chcą oboje. Jak to sobie wyobrażają i wypracują jakieś rozwiązanie, które odpowiada obojgu. Albo okaże się, że mają zupełnie inne priorytety i wyobrażenia, np. facet uważa, że od prac domowych jest kobieta i nigdy nie zamierzał jej w tym pomagać. Bo na razie autorka zakłada bardzo wiele TAK BYĆ POWINNO, ale to są jej wyobrażenia, nie rzeczywistość. Ludzie są różni. A partner jest taki jaki jest. I owszem, nie zakładałabym, że się zmieni o 180%. Po terapii mógłby, ale też niekoniecznie tak jak autorka by sobie tego życzyła. Mógłby owszem, przejąć część obowiązków, ale też przestać pozwalać po sobie jeździć i "bezczelnie" powiedzieć autorce, żeby nie przerzucała na niego własnych frustracji tylko zrobiła ze sobą porządek. Mógłby nauczyć się wypunktowywać co zrobił i robi dla związku i jej, czego autorka nie docenia i domagać się proporcjonalnego udziału w wydatkach i zostawić sobie część pensji w kieszeni.

      Mój ojciec był przez matkę i babcię określany pogardliwie jako gołodupiec. Intelektualista, arystokrata, tylko bez kasy. Gardziły nim i wyżywały się na nim latami. Żadna nie dostrzegała, jaki był oddany dla mamy, że niewielu by wytrzymało i zostało z kobietą po wypadku, z nawracającymi depresjami, narcystyczną, wiecznie niezadowoloną i urządzającą awantury. Zgodnie twierdziły, że on NIC nie robi. Ale właśnie takie NIC było im potrzebne. Nie było zagrożeniem. Moja matka z wielkimi aspiracjami i wyobrażeniami na swój temat i brakiem większych realnych osiągnięć, na jego tle wyglądała na silniejszą, bardziej zaradną. A w domu też owszem, ona wszystkim musiała się zająć, ale nie pamięta, że gdy ktoś próbował sam, to dostawał zjebkę za przeproszeniem, bo przecież idiota, a ona wszystko wie i potrafi lepiej. A potem była przeciążona, ale na własne życzenie. Za przymus kontroli i robienia wszystkiego po swojemu się płaci. Tata owszem, święty nie był, było mu wygodnie, że teściowa zafundowała dom, że żona obrotna. Ale też to one zmusiły go do podejmowania decyzji, które ograniczały jego rozwój zawodowy i pensje. Gdy się rozwiódł koło 60, panie byly przekonane, że nieudacznik wyląduje pod mostem. Postarały się o to, nic na co pracował, dom, który budował własnymi rękami, nie należało do niego. Ale on sobie poradził. Nawet zaczął się realizować i spełniać, bo go nikt nie ograniczał. Nie był niezaradny, nie był przedsiębiorczy jak one, ale gdyby zamiast go niszczyć go wspierały to by mógł rozkwitnąć wcześniej.

      I nie życzę autorce by skończyła jak moja mama, samotna, zgorzkniała jędza w wielkim domu, którego nie potrafi utrzymać, ale nikomu nie odda, przekonana, że wszyscy poza nią odpowiadają za jej nieszczęście. Autorko, masz jeszcze czas by i sobie pomóc i uratować ten związek. Ale bez wzięcia się wpierw za siebie to się nie uda.

      ---
      Kochać siebie to dawać sobie to, czego pragniesz z poczuciem, że na to zasługujesz...
      • sebalda Re: Żyjemy obok siebie.... :( 14.11.13, 10:58
        Sorvino, jesteś genialna! Jak dla mnie, możesz być z powodzeniem wielką, wspaniałą terapeutką:) Dawno nie czytałam tak wnikliwej i celnej oceny sytuacji. Zgadzam się z każdym Twoim zdaniem w tej ocenie.
        Mialabym wielką ochotę na terapię u Ciebie:) Czy Ty mieszkasz w Warszawie?:)
        • sorvina Re: Żyjemy obok siebie.... :( 14.11.13, 11:43
          sebalda napisała:

          > Sorvino, jesteś genialna! Jak dla mnie, możesz być z powodzeniem wielką, wspani
          > ałą terapeutką:) Dawno nie czytałam tak wnikliwej i celnej oceny sytuacji. Zgad
          > zam się z każdym Twoim zdaniem w tej ocenie.
          Dziękuję :)

          > Mialabym wielką ochotę na terapię u Ciebie:) Czy Ty mieszkasz w Warszawie?:)
          Po sąsiedzku, bardziej w centrum. Nie chcę podawać tutaj żadnych konkretnych informacji. Piszę na forum anonimowo i to sobie cenię.
      • zuzi.1 Re: Żyjemy obok siebie.... :( 14.11.13, 11:02
        Sorvina b. ładnie napisane i trafnie, muszę się z tym zgodzic. Autorka ma 2 opcje: 1) jeżeli chce dalej z tym mężczyzną byc, wówczas oboje powinni isc na terapię i przerobic swoje własne problemy indyw. a potem ew. na wspólnej terapii, 2) poszukac innego faceta, ale mając na uwadze to, że przy innym nawet b. przedsiębiorczym i zaradnym jej nieprzerobione problemy z dzieciństwa ponownie prędzej czy później wyjdą na wierzch, ale byc może pod nieco inną postacią...
        • ad.a6 Re: Żyjemy obok siebie.... :( 14.11.13, 11:16
          Zuzi: o jakich moich nieprzerobionych problemach z dzieciństwa piszesz? Bo jak widzę, jak gdzieś jest źle (np alkoholizm) to wszyscy tu tłumem wysyłają na terapię bo DDA (i tu mogłabym zrozumieć, bo picie, irracjonalne zachowania pijanych rodziców w stosunku do dzieci, będące wynikiem nałogu), a u mnie? gdy rodzice są dobrzy i dbają o dom i dzieci to też źle? A poza tym, chyba nie ma osoby, która jakichś wzorców i zachowań nie wynosi z domu. Po coś ma się dzieci i po coś się je wychowuje, żeby wpoić im jakieś wzorce, zasady, wartości. I każdy młody człowiek zaopatrzony w jakieś wzorce wyniesione z domu startuje w świat.
          • sorvina Re: Żyjemy obok siebie.... :( 14.11.13, 11:38
            ad.a6 napisał(a):

            > A poza tym, chyba nie ma osoby, k
            > tóra jakichś wzorców i zachowań nie wynosi z domu. Po coś ma się dzieci i po co
            > ś się je wychowuje, żeby wpoić im jakieś wzorce, zasady, wartości. I każdy młod
            > y człowiek zaopatrzony w jakieś wzorce wyniesione z domu startuje w świat.

            Jak to są fajne wzorce to nic nie trzeba z tym zrobić bo nie ma się większych problemów w życiu, ale jak nie działają, a po twoim życiu widać, że te wyniesione przez ciebie średnio cię uszczęśliwiają i ludziom wokół ciebie robią piekło, to wtedy warto je zmienić. Niektórzy potrafią zrobić to samemu, innym do poznania i ich przerobienia potrzebna jest terapia. To jest realne rozwiązanie. Stanie w miejscu i narzekanie, jak byłoby fajnie, gdyby INNI się zmienili, nie jest realnym rozwiązaniem.
          • zuzi.1 Re: Żyjemy obok siebie.... :( 14.11.13, 12:22
            Ada ja nie wiem jakie Ty wzorce wyniosłaś konkretnie z domu, wiem jednak, że nikt bez jakiejs przyczyny nie wiąże się ot tak sobie z DDA/DDD itp. ludźmi obciążonymi pewnymi syndromami. I żeby te wzorce wyniesione były niewłasciwe, w domu wcale nie musi byc ojca alkoholika czy innej patologii, rzuca mi się w oczy po tym co piszesz podejscie Twojej mamy do życia, pisałaś, że jest krytyczna, Twojego faceta określiła jednoznacznie, zamiast Was wesprzec powiedziała wprost co sądzi na temat kogoś kto przychodzi z jedną torbą do cudzego mieszkania mieszkac. W normalnej sytuacji, tak mi się wydaje, rodzic wsparłby Was emocjonalnie i pozwolił dalej Wam ze sobą mieszkac w stosunkowo dużym mieszkaniu. Dla Twojej mamy status materialny w życiu jest b. ważny, dla Ciebie też, co widac w tym co piszesz. Z jednej strony wiadomo, że finanse w zyciu są ważne, bo jesc za coś trzeba i na rachunki kasa też jest potrzebna, ale jeżeli Twoja mama w pewnym sensie skreśla człowieka tylko dlatego, że wszedł w Twoje życie z jedną torbą rzeczy, to nie jest to dobre i świadczy raczej o jakichs jej głębszych lękach i problemach, które to problemy i lęki prawdopodobnie przelała na Ciebie. Byc może terapia u psychologa pomogłaby Ci pewne sprawy sobie uświadomic, które do tej pory pojawiają sie w Twoim życiu nieświadomie, Tobie się wydaje, że coś robisz, bo tak, a prawda może byc taka, że to co robisz ma drugie dno w postaci nieuświadomionych przez Ciebie wzorców, wkodowanych Ci w czasie dzieciństwa przez matkę/ojca/rodziców. Sama tego nie odkryjesz i nie uzdrowisz, do tego potrzebna jest specjalistyczna wiedza psychologa i ciężka praca na terapii. Sorvina jest przykładem takiej osoby, która sobie poradziła z wieloma problemami z zycia rodzinnego, więc dziewczyna wie co mówi. Ada przeczytaj "Powrót do swego wewn. domu" i ""Miłosc to wybór" Robert Hemfelt.

            Ponadto, wiem, że komentarz sorviny do Twojej sytuacji też obciązony jest jej sytuacją rodzinną, bo sorvina widzi ojca w relacji z matką i babcią głównie jako ofiarę i prawdopodbnie jest to prawda, cięzko poradzic sobie z 2 ciężkimi przypadkami narcyzek samodzielnie. Jednak sytuacja Twojego faceta jest inna, on nie ma w swoim otoczeniu dwóch narcyzek, które na niego najeźdżają, ma Ciebie i Twoje wyrzuty, w związku z tym ma łatwiej niż tata sorviny. Dlatego też wydaje mi się, że jeżeli dalej chcesz z nim byc, to powinnas zaproponowac mu pójscie na terapię dla DDA, sama powinnas się dokształcic w temacie DDA i okazac mu pomoc przede wszystkim w taki sposób, aby nie rozkładac nad nim niepotrzebnie finansowego parasola ochronnego, pozwolic mu na samodzielnosc i ponoszenie konsekwencji, gdy potrzebne Ci są buty czy kurtka, lub nowa bluzka, to powinnas sobie te rzeczy sukcesywnie kupowac, gdy potrzebne są pieniądze na naprawę samochodu a jeździ nim np. głównie Twój facet, bo Ty pracujesz z domu, wówczas powiedz mu, że niestety wydałąs pienądze na konieczne Ci buty itp. i nie masz na naprawę i niech facet myśli co z tym fantem zrobic, tj. albo przesiada sie do komunikacji miejskiej a samochód stoi na parkingu i czeka na lepsze fin. czasy albo kombinuje jak dorobic. Jeżeli dasz mu te pieniądze bez jego większego wysiłku spowodujesz to, że on nie będzie czuł potrzeby dalszych starań, skoro ZAWSZE na Twoją pomoc fin. i nie tylko może liczyc...Zastanów się nad tym, pozdrawiam, zuzi.1
        • paris-texas-warsaw Re: Żyjemy obok siebie.... :( 14.11.13, 11:25
          No, Sorvina jak zwykle wymiata:)

          "a napisałam właściwie poza wątkiem do Paris apropos jej całości twórczości co wypisuje o sobie i facetach rownież w innych wątkach a nie o tym konkretnym wątku, nie chce mi się szukać, generalnie chodziło mi o jej nieprzerobiony DDA plus inne rzeczy...a pisze jakby pozjdała
          wszystkie rozumy "

          Ktoś mi tak pisze:) Tak, piszę, jakbym pozjadała wszystkie rozumy, bo taka jestem:) Wierzę w siebie, w to co pisze i to jak żyję:) I jestem ostatnio jak na haju i ciesze się z tego:) Nieprzerobione DDA + inne rzeczy? - myślisz, że jak mnie "przerobią" to zacznę się bać własnych myśli?

          Piszę w temacie, bo jest mi bliski, a do tego jesli chodzi o związki to myślę, że zawsze dobrze wybierałam. Może dlatego, że mimo alkoholizmu ojca, to on mi kupował buty na Rutkowskiego (kto jeszcze pamięta tę nazwę Chmielnej?), jeździliśmy na bazar Różyckiego, a jak szła zima to pamietał, żeby kupić buty i kurtkę. Może tego zabrakło Adzie, jak Tata umarł? Nie wiem. Ja wiem, że mimo wielu lat dużych przeciążen psychicznych żyję, nigdy nie byłam na utrzymaniu żadnego faceta, ani nikogo nie musiałam utrzymywać (no, raz kupiłam przyjacielowi obiad, jak go wyrzucili z pracy). Stąd chyba mogę się wypowiadać, co zrobić, żeby faceta nie utrzymywać? Jak ktoś napisze, że chce faceta przemocowca/pijaka/zdradzającego, to zamilknę, bo na to nie znam recept.

          Jak ktoś widzi, co w moim pisaniu jest związane z ojcem alkoholikiem i matką leczącą się psychicznie, to mi napiszcie. Ale nie myślcie, że alkoholizm ojca i wariactwo matki, zaraz oznacza, że ktoś jest ograniczony umysłowo i nie może się wypowiadać:)

          To byłam, ja, Paris, narcystyczna osobowość naszych czasów:)))
      • ad.a6 Re: Żyjemy obok siebie.... :( 14.11.13, 11:08
        Bardzo dziękuję Ci, Sorvino za długi post, w którym starasz się zrozumieć i uchwycić całokształt. Zatem jestem w Twoim rozumieniu niedojrzała, bo muszę myśleć za wszystkich i jakoś to wszystko próbować scalić i utrzymać? Wiesz, ja wiele razy próbowałam niektóre obowiązki scedować na partnera, ale on jest z tych, co chwyci to spartoli, szczerze mówiąc boję się dać od niego zapłodnić :) (wiem, czarny humor)..... Chodzi mi o to, że mężczyzna, który zakłada rodzinę, wstępuje w związek, zamieszkuje z kobietą, jakkolwiek to zwał, bierze tym samym na siebie (choć częściową) odpowiedzialność za rodzinę. Mi nie chodzi o to, żeby mnie ktoś żywił, ubierał i utrzymywał moje dziecko, tylko o to, że W RAZIE COŚ SIĘ NIE UDA potrafił wesprzeć na zasadzie "ZE MNĄ NIE ZGINIESZ", a u nas jest odwrotnie. Porównaj sobie wątek z forum Oszczędzamy. Czy nikt nie potrafi zauważyć tu jakiejś presji, konieczności? Że ja widzę że ZA TYLE NIE DAMY RADY i nawet takiej pracy nie podejmuję, choć mogłoby być lekko, fajnie i przyjemnie. Chciałabym, żeby ktoś wreszcie podał mi rękę, nie chciałabym wszystkiego kontrolować i mieć na głowie, ale jak widziałam, jak np pomalował drzwi wejściowe u mojej mamy to ciśnienie mi podskoczyło. Zero starań, precyzji, wszystko ochlapane, "jak BOZIA da" :(, i tak we wszystkim. Garnie się do niektórych czynności, o tak, ale widzę, że to co robi, generuje jeszcze większe koszty. Mam tu chyba odpowiedź gdzie kawalerską kasę miał, bo skoro wszystko robi tak jak teraz (dochodzi do tego olbrzymie marnotrawstwo wszelkiego rodzaju kosmetyków, przesiadywanie w łazience po godzinę), to musiał oddawać całą kasę mamusi, bo nie wyrobiła na opłaty, wodę i środki piorące. Nie ma tu większego związku chyba bycie DDA a zastanowienie się, czy np potrzeba strumieniami płyn do naczyń lać gdy myje się jeden kubek? Zero jakiejkolwiek odpowiedzialności w zwykłych czynnościach domowych. I też razi mnie podejście do opłacania rachunków, mówi "zapłać jutro wszystko od razu". A czy i skąd on wie czy w ogóle jest kasa? W ogóle drażni mnie dysponowanie nieswoimi pieniędzmi, takie jakieś dziwne podejście np jak jesteśmy u kogoś z wizytą, żeby najeść się "na zaś", niczego nie odgarnie, nie powie ze skromności "nie nie, dziękuję", tylko wszystko "tak, tak, chętnie". Takie chciwstwo jakieś na zapas, nie wiadomo czym spowodowane.
        • sorvina Re: Żyjemy obok siebie.... :( 14.11.13, 11:34
          Autorko, dom alkoholika to ostanie miejsce gdzie dziecko/młody człowiek może się nauczyć spokojnie jak wykonywać obowiązki domowe i zarządzać pieniędzmi. Nawet jeśli to dla ciebie są rzeczy oczywiste jak to ile lać płynu zmywając kubek. Taka jest rzeczywistość - one tego nie potrafi. Za bardzo zajęty był szukaniem zapijaczonego rodzica by przerobić pewne lekcje rozwojowe. Nie zacznie wszystkiego robić idealnie, bo tego od niego wymagasz.
          Mój partner był wychowany przez matkę, która nie pozwalała synom wchodzić do kuchni ani niczego się tykać. Szczytem jego umiejętności było zrobienie sobie kanapki z nutellą. Nie żartuję. Na początku cieszyło mnie, że mogę mu gotować, byłam dumna z mojej zaradności (też miałam podobne wzorce ileś lat temu), ale w końcu byłam zmęczona i miałam dość. Ale nie robiłam mu awantur, że wszystko na mojej głowie, bo sama to na siebie wzięłam. Raczej jasno powiedziałam - rozumiem, że ciebie nikt nie nauczył, że ja sama wzięłam na siebie wszystko a teraz zmieniam zasady, ale ja tak długo nie mogę. Dzielimy się obowiązkami, możesz wybrać z listy co ty robisz i gotujesz co drugi dzień, będę cię uczyć. Jeśli co to nie odpowiada to się rozstańmy, bo ja dalszego takiego życia sobie nie wyobrażam. Owszem, szczęśliwy nie był. Wtedy też zdarzało mi się reagować bierną agresją i brać mnie na przetrzymanie, ale ja byłam konsekwentna i jasno mówiłam - albo realizujemy plan, albo się rozstajemy, wybieraj. I naprawdę gotowa byłam odejść, choć to wspaniały facet. Ja nie chciałam zacząć się na nim wyżywać jak moja matka na ojcu. I owszem, orłem kulinarnym on nie jest i nie będzie. Ale wypracowaliśmy kilka zestawów, które sam zrobi, a ja dosmaczę. Ma swoje specjalności, w których jest domowym mistrzem i ja nie próbuję go przebić. Z jaką dumą opowiadał mamie co gotuje, kobieta szczękę z podłogi zbierała ;) Natomiast jako skrajny humanista średnio radzi sobie z pracami domowymi. Ja robiłam remont. Zrobi proste rzeczy, stara się - poszedł na doszkolenie do ojca i mojego brata, do reszty zatrudniamy specjalistę. I ok, to nie so najważniejsze rzeczy w związku. Najważniejsze jest to, jakim jest człowiekiem i partnerem, jak się z nim czuje, że jestem szczęśliwa, kocham i jestem kochana, uwielbiam z nim rozmawiać, spędzać czas itp. Zarabia regularnie i średnio. Kiedyś może będzie zarabiał więcej. Ja wiem, że jak chcę więcej to sama muszę się wziąć w garść a nie oglądać na niego. Owszem, jestem pod wieloma względami silniejsza i zaradniejsza od niego, ale nie byłabym taka bez jego wsparcia. On mnie nauczył delikatności, rozmowy, wartości tego co niematerialne. I nauczyłam się akceptować i doceniać go takim jaki jest. I wiesz co? Odkryłam, że dzięki temu też bardziej akceptuję siebie. Bo piętnowałam w nim to, czego nie lubiłam w sobie, tak działa projekcja.
          Co proponuję:
          1) oddziel swoje sprawy, emocje i problemy od niego. Popracuj nad swoim poczuciem własnej wartości, wyobrażeniami na temat związków i mężczyzn, niezaspokojonymi potrzebami bezpieczeństwa, kwestią brania odpowiedzialności za cały świat tylko nie siebie itp. wtedy przestanie to wszystko rzutować na ten związek i spojrzysz na niego realniej.
          2) jeśli to fajny facet i ma więcej zalet niż wad, chcesz z nim być to podziel priorytety - drzwi może pomalować ktoś kto umie, albo można to zlecić, obowiązki domowe- niech wybierze co robi a TY SIĘ NIE WTRYNIASZ. Możesz raz doradzić i potem przestajesz mu kazać robić tak jak ty byś zrobiła. Nie będzie idealnie przez dłuższy czas aż się nauczy - trudno. Nie nauczy się w inny sposób. Jak chcesz mieć zrobione to on musi mieć możliwość się nauczyć. A krytyka nie motywuje ani nie pomaga. Doceń to co robi, dla niego sytuacja też jest trudna i upokarzająca.
          3) zamiast przejmować kontrolę nad pieniędzmi i rozwiązywać jego problemy rodzinne za niego, poczytaj na temat dda i porozmawiaj z nim, że widzisz, że takie i takie zachowanie prawdopodobnie wynikają z tego że wychował się w rodzinie alkoholowej, że to rzutuje na wasz związek, przez to robisz się bardziej zdenerwowana, bo tego nie rozumiałaś (to nie jest równoznaczne z pozwalaniem sobie na wyzwiska, zrozumienie nie jest usprawiedliwieniem i że proponujesz mu terapię, bo nie chcesz mu matkować dłużej. Musi zrobić z sobą porządek.

          > Zatem jestem w Twoim rozumieniu niedojrzała, bo muszę myśleć
          > za wszystkich i jakoś to wszystko próbować scalić i utrzymać?

          Jesteś niedojrzała bo myślisz, że MUSISZ za wszystkich myśleć i automatycznie zaczynasz to robić, bo MUSISZ wszystko kontrolować, bo MUSI być wszystko po twojemu, bo TWOJE WYOBRAZENIA I WIZJE są ważniejsze niż rzeczywistość, a gdy wszystko nie układa się tak jak sobie to zaplanowałaś, to obwiniasz wszystkich tylko nie siebie i nie panujesz nad emocjami. Nie masz dojrzałych sposobów radzenia sobie życiem, więc jesteś niedojrzała. To nie wyrok, tylko opis stanu obecnego. Nie wiem dokładnie co się działo w twoim domu, ale skądś to się wzięło, wejście w toksyczny związek również. Dojrzałych ludzi ciągnie do dojrzałych ludzi. Masz w sobie dużo emocji, lęków, które warto przerobić.
        • sebalda Re: Żyjemy obok siebie.... :( 14.11.13, 11:42
          W ogóle drażni mnie dyspono
          > wanie nieswoimi pieniędzmi,

          Chyba jednak coś jest z Tobą nie tak. Drażni Cię dysponowanie nieswoimi pieniędzmi??? A co Ty niby robisz z jego wypłatą? Zabierasz mu ją w całości i przeznaczasz na SWÓJ kredyt i czynsz za SWOJE mieszkanie. To nie jest dysponowanie czyimiś pieniędzmi??? Gdyby on Tobie dawał pieniądze na jedzenie i część opłat, a część wypłaty sobie zostawiał, to może miałby szansę kupić sobie samodzielnie buty i kurtkę, a nawet coś odłożyć i kiedyś zaprosić Cię na kolację do restauracji, ale skoro on nie ma ani grosza, bo mu zabierasz wypłatę, to jakim cudem ma mieć na swoje i Twoje ciuchy i wyjścia????
          Nie pojmuję tej logiki, a właściwie jej kompletnego braku.
          Nieudacznik, ciamajda, dwie lewe ręce, utracjusz, bo za dużo płynu do naczyń zużywa. Po co Ci taki chłop?
          O terapii dla Ciebie oczywiście nie może być mowy, bo przecież z Tobą jest absolutnie wszystko w porządku, a nawet lepiej, bo taka jesteś odpowiedzialna i zaradna! A że partnerów nie do końca dobrze dobierasz, to taki szczegół, to ich wina przecież, nie Twoja.
        • adorra0 Re: Żyjemy obok siebie.... :( 14.11.13, 11:43
          W ogóle drażni mnie dyspono
          > wanie nieswoimi pieniędzmi, takie jakieś dziwne podejście np jak jesteśmy u kog
          > oś z wizytą, żeby najeść się "na zaś", niczego nie odgarnie, nie powie ze skrom
          > ności "nie nie, dziękuję", tylko wszystko "tak, tak, chętnie". Takie chciwstwo
          > jakieś na zapas, nie wiadomo czym spowodowane.

          Co jeszcze Ci w nm przeszkadza?
        • pade Re: Żyjemy obok siebie.... :( 14.11.13, 11:45
          Powtórzę się po raz kolejny: on nie jest Tobą. Nie ma takich potrzeb, oczekiwań ani wyobrażeń o przyszłości jak Ty. Rozmawiałaś z nim kiedykolwiek na ten temat? czego by chciał? Tak bez oskarżeń, pretensji?
          Ja Ciebie doskonale rozumiem i współczuję Ci, bo wiem, ze jestes pod wielka presją.
          Tylko problem polega na tym, że Ty sobie tę presję i kontrolę sama narzuciłaś.
          Wiem, że trudno Ci to przyjąć. Wiem, że wolałabyś, żebyśmy tu wszystkie napisały jaki to Twój facet jest zly i niedobry. Poczułabyś wtedy ulgę, zrozumienie. Ale niestety tylko chwilową.
          Póki nie pozbędziesz się kontroli, nie przestaniesz wywierac presji na niego i na siebie, nie będziesz szczęśliwa. Wiem to z autopsji, niestety.
          Ja zszargałam sobie zdrowie, Ty jestes już tego bliska.
          Odpuść. Po prostu odpuść.
          I uwierz, że jak Ty przestaniesz naciskać, sytuacja zacznie się zmieniać. Bo teraz, im większy wywierasz nacisk, tym bardziej Twój partner jest bierny.
          Masz problem z poczuciem kontroli. Poczytaj coś na ten temat. Koniecznie. I zafunduj sobie terapię. Dla siebie i córki, nie dla faceta, dla siebie.

          O kontroli, odpowiedzialności;
          Do grupy autorów ujmujących współuzależnienie przez pryzmat choroby zaliczyć można także M. Beattie (1994). Przyczyny współuzależnienia Beattie widzi przede wszystkim w silnej potrzebie kontrolowania innych. Amerykańska terapeutka opowiada się za szerokim rozumieniem mechanizmu współuzależniania się, nie jest to tylko specyfika relacji alkoholik żona. Symptomy współuzależnienia mogą pojawić się w innych destrukcyjnych związkach: z nałogowymi hazardzistami, seksoholikami, obżartuchami czy agresorami. Wspólnym wątkiem jest destrukcyjny wpływ, jakiemu podlegają i sposoby, w jaki osoby współuzależnione próbują wpływać na swoich partnerów. Do głównych cech osób współuzależnionych Beattie zalicza: opiekuńczość, poczucie niskiej wartość, tłumienie emocji i myśli, obsesje, kontrolowanie, zaprzeczanie, uzależnianie się od innych, trudności w porozumiewaniu się, rozmyte granice tolerancji, brak zaufania do siebie i innych, częste doświadczanie złości w stosunku do innych i do siebie, problemy seksualne (s.58-72).

          M. Beattie relacjonuje szeroko liczne wątpliwości związane z określeniem tego zjawiska i proponuje własną definicję, która jest jednak mało precyzyjna: "Współuzależnioną jest osoba, która pozwala na to, by zachowanie innej osoby oddziaływało na nią ujemnie i która obsesyjnie stara się kontrolować zachowanie oddziaływującej na nią w ten sposób osoby"

          Kontrola oznacza słabość. Ten, kto kontroluje, nie czuje swojej wewnętrznej mocy, zazwyczaj tak naprawdę czuje się samotny, sfrustrowany, całkowicie bezsilny zwłaszcza w relacji. I zwykle jest nieświadomy, że jego zachowanie odpycha partnera, nie przyciąga. Tak działają: brak zaufania, krytycyzm, przytłaczanie, naciski. Im bardziej kontrolujący napiera, tym dalej kontrolowany chce uciekać. Pod potrzebą kontroli ukryty jest lęk przed przeżyciem jakiegoś rodzaju emocjonalnego bólu. Taka osoba może na przykład bać się, że zostanie sama albo ma przekonanie, że nie jest warta miłości. Tyranizuje, bo nie wierzy, że można ją po prostu kochać i akceptować, że ktoś może z nią być dobrowolnie. Dlatego ludzie, którzy kontrolują, poniżają, osłabiają partnerów, bo ktoś taki jest zależny, złamany. Nie będzie więc zagrażał, nie będzie katalizatorem emocjonalnego bólu, przykrytego lękiem, agresją, wstydem.

          fragment z artykułu poniżej:
          W związkach, w których brak równowagi, ten, kto się wydaje silniejszy, zazwyczaj zaczyna mieć pretensję o to, że ponosi więcej niż połowę ciężarów. Jednakże - co być może jest jeszcze ważniejsze - ten, kto się czuje słabszy, żywi urazę z powodu swojego poczucia słabości i niezdolności do przewodzenia. Tak powstają fundamenty klasycznej relacji miłości/nienawiści. Każdy kocha tego drugiego czy tę drugą, lecz zarazem nienawidzi - albo dlatego, że zawsze dźwiga cały ciężar, albo dlatego, że nigdy nie może go ponieść.

          kultura.onet.pl/ksiazki/fragmenty/jak-powstaje-zwiazek-oparty-na-kontroli,1,5343108,artykul.html
          przeczytaj też artykuły o dda, współuzależnieniu, chocby po to, by poszerzyć wiedzę
          im szybciej zrozumiesz, że oboje macie problem, tym latwiej będzie Wam z tego wyjść

          Jeszcze jedno, Twój partner naprawdę potrzebuje terapii dla DDA, poszukaj, one są bezpłatne.
          • sorvina Re: Żyjemy obok siebie.... :( 14.11.13, 11:51
            Mało biorę udziału w dyskusjach, pozwolę sobie skomentować tutaj, że bardzo mi się ostatnio podobają Twoje pade posty. I blond_surferki też. Dużo celnych uwag i zrozumienia sytuacji. Bardzo ładnie wszystko podane :)
            Pozdrawiam.
            • pade Re: Żyjemy obok siebie.... :( 14.11.13, 11:57
              Bardzo dziękuję Sorvino:)
        • nammkha Re: Żyjemy obok siebie.... :( 14.11.13, 11:58
          Przeczytałam twój drugi post o pracy i doszłam do wniosku, że może być coś na rzeczy z tym niezadowoleniem z rozwoju twojej kariery. Jesteś niezadowolona ze swojej pracy, z tego, że zarabiasz za mało i nie potrafisz utrzymać posady, i swoje rozżalenie przelewasz na męża. Zastanów się nad tym. Czy gdybyś miała fajną pracę dobrze płatną, tak, że potrafiłabyś za te pieniądze kupić sobie ciuchy i co tam jeszcze chcesz to narzekałabyś na męża? Podejrzewam, że nie. Co do rodziców, o których piszesz, to by się nawet zgadzało. Oni raczej dawali niż brali, i teraz masz takie oczekiwania w stosunku do pracodawców, do męża itp. Nastaw się na siebie, postaraj się znaleść tą lepiej płatna pracę i ją utrzymać:) A potem ewentualnie skarż się na męża.
          • paris-texas-warsaw Re: Żyjemy obok siebie.... :( 14.11.13, 12:44
            Bardzo lubię jak piszesz Sorvino o miłości, że tak to nazwę. Jakbyś kiedyś chciała napisać, jak widzisz, że ludzie łączą się, jest wiele róznych problemów, ale niektórzy widzą jakoś "istotę" ich związku, "podmiotowość" drugiej osoby i mimo wielu kłopotów są razem i wychodzą z tych potyczek silniejsi. Ciekawe, jak widzisz to, gdy piszesz "koluzja", radząc terapie. Czy da się poznać, w którym związku glębia uczucia jednak jest silniejsza od "koluzji"? Tak, naiwnie pytam, mam 16 lat i chcę się zakochać na całe życie:)))
            • sorvina Re: Żyjemy obok siebie.... :( 14.11.13, 14:24
              Paris
              Ja swoją oswojoną terminologią mówię zawsze, że ludzie dobierają się z miłości, pragnienia zaspokojenia potrzeb i po wzorcach. Jedno drugiego nie wyklucza. Jeśli jest miłość pod wzorcami i potrzebami i chęć OBUSTRONNA pracy nad sobą i związkiem - wzięcie swojej części odpowiedzialności i zrobienie z sobą porządku oraz wspólne wartości, podobna droga życiowa (co nie oznacza, że wszystko ma być identyczne a hobby wspólne, ale nie będzie harmonii przy skrajnych różnicach w sposobie spędzania czasu, poglądach na rodzinę itp.), to można mieć bardzo fajny związek, nawet jeśli terapia trwa latami. I widzę po sobie i innych, taki związek dzięki tym wspólnym przejściom, może być silniejszy, bardziej świadomy i łączyć parę większą bliskością niż coś co nigdy nie podlegało większym refleksjom.

              I to nie jest tak, że jak jest miłość, to nie ma czasem niechęci do partnera, to nie mamy wątpliwości. Jak mamy wzorce niszczenia związków z lęku przed bliskością, nawyki krytycznego myślenia, to nawet w aniele znajdziemy skazy nie do wybaczenia. Warto umieć to rozdzielić, mieć poprawkę na możliwe jazdy emocjonalne i nie podejmować pod ich wpływem ważnych decyzji. Czy jest miłość można rozpoznać tylko w spokoju, analizując swoje uczucia, gdzieś na samym dnie. Kiedyś na warsztatach zaproponowano taką metodę - krótką medytację - zrelaksuj się głęboko i przywołaj twarz partnera. Odrzuć na bok pojawiające się myśli i pozwól sobie poczuć co do niego czujesz. Nazwij to, co dominuje - jeśli irytacja, to kiepsko i szkoda się razem męczyć, na niechęci i niespełnionych oczekiwaniach nie da się nic dobrego zbudować. Ja na myśl o partnerze, czuję, że cała uśmiecham się w środku, zresztą na twarzy też. Jak go nie ma brakuje mi GO. Nie tylko tego co mi dawał. Lubię go, lubię jak jest obok. Czasem siedzimy obok siebie i on czyta książkę, a ja oglądam swój ulubiony serial, albo czytam coś innego. Bo lubimy być blisko siebie. Dotykać się. I owszem, czasem mogą się pojawić myśli, że to i to mogło by być lepiej, ale już nie naprawiam go, wierzę, że sobie poradzi. A jak potrzebuje rady to przychodzi i pyta, a ja odpowiadam. I lubię mówić mu miłe rzeczy i lubię doceniać to co robi, a on lubi dbać o mnie. Miłość widać w takich drobnych sytuacjach, których nie kontrolujesz świadomie - jak cię dotknie przechodząc obok, że pocałuje automatycznie gdy przez przypadek mnie uderzy przewracając się na drugi bok itp.
              Jest w tym olbrzymi szacunek, całkowity brak chęci skrzywdzenia drugiej osoby i pragnienie sprawienia drugiej osobie radości. Można robić to nieumiejętnie, wg swoich dziwnych wyobrażeń czego oczekuje druga osoba (a to co jest "normalne" może się bardzo rozmijać - koleżanka kiedyś prawie się rozwiodła z mężem, bo uznała, że on jej nie kocha, bo gdy ona choruje to on jej nie gotuje i nie przynosi rosołu do łóżka... dla niej tak zachowuje się osoba, która kocha, ale on nie potrafił robić rosołu i nie miał w domu zwyczaju podawania go choremu... dopiero jak obgadali okazało się, że o takie pierdoły można niszczyć dobry związek, bo ktoś kocha nas nie tak jak sobie to wyobrażaliśmy i inaczej to okazuje) i łatwo to przeoczyć, ale gdy jest miłość, to taka życzliwość jest. Świadomość, że gramy w jednej drużynie. Ale też nazywanie czarno na białym jak jednemu wywala i robi coś co drugiej stronie się nie podoba i branie odpowiedzialności za siebie. Dzięki temu ufam, że nawet jeśli jeszcze nie wszystko przerobił i czasem się odzywa, to nie pozwoli by to uderzało we mnie. Sam się męczy, znudzi się to odważy się sięgnąć głębiej. A trudniej niż mi przychodzi my grzebanie w emocjach. Ja nauczyłam się dużej tolerancji. Nie muszę się ze wszystkim zgadzać, a jego odmienna opinia mi nie zagraża. Im zdrowsza jest moja samoocena tym potrafię bardziej akceptować i doceniać jego. Im bezpieczniej się czuje w sobie, tym mniej przyjmuję postawę obronną - nie widzę naszego związku jako walkę gdzie tylko jedna osoba może być na górze, tym mniej nadinterpretowuję jego zachowanie i słowa.
              Nasze koluzje... dzięki temu, że oboje się rozwijamy to możemy nazywać co się zadziało i możemy rozumieć się. Bo się dopełniamy. Odpala nam trochę inaczej, ale jednak do tej samej muzyki. Jedno radzi sobie lepiej w jakiejś dziedzinie, drugie w innej. Więc możemy się lepiej zrozumieć, dać sobie więcej wsparcia i uczyć od siebie. Ale dzięki temu, że jesteśmy świadomi z grubsza co się dzieje, inaczej odtwarzalibyśmy schemat, kłócąc się o pierdoły, nie rozumiejąc co się za nimi kryje. Jednak to też wyzwanie - jak ja coś przerabiam to automatycznie zmienia się wiele w naszej relacji. Czasem w nim budzą się mechanizmy obronne, przecież dotyczy to też jego wzorców. To nie jest łatwy związek, ale nigdy nie żałowałam, że w nim jestem.

              Ja nie byłam już zielona gdy weszłam w ten związek, część bomb rozbroiłam, uświadomiłam sobie dlaczego wpakowałam się w poprzedni toksyczny związek, pracowałam nad sobą dalej. Bez wiedzy psychologicznej pozwalającej zrozumieć co się dzieje, bez terapii która pomogła zdetonować emocjonalne miny z dzieciństwa, pozabijalibyśmy się dawno temu. Teraz jak na to patrzę to byliśmy dość niedojrzali zaczynając być razem. Ale życie to proces i przez te lata dojrzeliśmy, także do bycia w związku, wspierając się a czasem rzucając sobie wyzwania po drodze.

              Wiem też, że nie można osiąść na laurach. Tak łatwo zabić miłość, jest delikatna, subtelna wobec silnych emocji. Trzeba ją pielęgnować i to co dobre w związku. Potraktować związek jako wartość, o którą trzeba dbać. Czasem musiałam sobie na siłę, świadomie przypominać co naprawdę do niego czuję i powtarzać, że to jest ważne, to jest prawdziwe, a reszta to wzorce. A też miałam jazdy by oskarżać go o to i owo. Błogosławię to, że miałam dość samoświadomości by się orientować, że jakimś dziwnym trafem miałam na to ochotę wtedy kiedy mi gorzej szło... wtedy skupianie się na miłości przypominanie sobie za co go cenię wybijało mnie z wzorca. Miłość dla mnie jest jedną z najwyższych wartości, a nie dla każdego tak jest - każdy ma co wybiera. Wszystko jest ok, warto tylko by było świadome.

              W sumie pokochać kogoś na całe życie nie jest trudno, trudniej być z kimś całe życie ;) Najłatwiej kocha się na odległość. Wtedy nie ma skarpetek na podłodze i niezmytych naczyń w zlewie. Tylko z tym realnym człowiekiem trzeba nauczyć się żyć. A może raczej trzeba nauczyć się żyć z sobą, i tym co z nas wychodzi w relacji z realnym człowiekiem. A wychodzi wszystko co niepouzdrawiane. Nasza niska samoocena skacze do oczu i domaga się różnych dowodów, zachowań, które można dłuuugo racjonalizować jako coś oczywistego. Lęk nie pozwala się odsłonić, bez odsłonięcia się nie ma bliskości. Całkowicie się zgadzam, że podstawą uzdrowienia relacji to wzięcie się za siebie. Tylko wtedy dorośniemy do lepszej relacji, oddzielimy to co nasze od tego co po drugiej stronie. Uświadomimy sobie co jest dla nas naprawdę ważne, a co jest pierdołą z powodu której nie warto psuć atmosfery w związku. I będziemy potrafiły postawić zdrowe granice i konsekwentnie wymagać ich przestrzegania, albo znajdziemy w sobie siłę by wyjść ze związku i poszukać kogoś kto sam z siebie chce realizować podobną wizję. I z którym jest nam dobrze.

              I chyba kolejny test - wyobraź sobie wasz związek na emeryturze. Zakładając, że on jest taki jaki jest, tylko macie te x lat więcej. On już nie może, ty też mniej. Atrakcyjność nie taka, czasem z najprostszą czynnością są kłopoty. Może ty będziesz bardziej potrzebowała pomocy, może on. Czy chcesz się z nim zestarzeć? Gdy nie będzie już wielkich wizji przyszłości bo ona ucieka, zostaną spacery, rozmowa, po prostu bycie razem. Czy to dla ciebie jest atrakcyjne? Mnie taka wizja wzrusza.
              • sebalda Re: Żyjemy obok siebie.... :( 14.11.13, 15:09
                sorvina napisała:
                > Jest w tym olbrzymi szacunek, całkowity brak chęci skrzywdzenia drugiej osoby i
                > pragnienie sprawienia drugiej osobie radości.

                Przetoczyła się tutaj niedawno dyskusja o tym, że kochające się osoby też się krzywdzą. A to zdanie temu przeczy i ja się pod nim też podpisuję. Krzywdzenie drugiej osoby jest zaprzeczeniem miłości, jest oszustwem, oznacza, że to nie jest miłość, tylko oszukiwanie siebie i tej drugiej osoby. Burzliwa miłość - bzdura.
                Mówię o związkach, nie o rodzinie. Inaczej jest na przykład z rodzicami, ale to odrębna sytuacja.
                • sorvina Re: Żyjemy obok siebie.... :( 14.11.13, 15:31
                  Ja bym tutaj doprecyzowała. Chodzi o intencję. Jak kocham to nie robię nic z intencją, że chcę zrobić drugiej osobie krzywdę. Ale mogę zrobić ją nieumyślnie, mogę zareagować po wzorcach np. wbić szpilę z lęku przed skrzywdzeniem w amoku emocji nad którymi chwilowo nie panuje. W momentach gdy samoocena jest zerowa człowiek psychicznie walczy o przerwanie może bronić się przed nawet urojonym atakiem, atakując. Ale kochający człowiek, gdy ochłonie to mu źle, głupio. Wstydzi się tego co zrobił, stara się nie dopuścić do tego by zrobić to ponownie. Może być mu trudno przyznać, że ma ze sobą problem, ale dobro drugiej osoby stanowi na tyle silną motywację, że się za siebie weźmie.

                  Jeśli jego duma jest ważniejsza, jeśli na uwagę - to co robisz mnie rani, odpowiada - wydaje ci się itp. to miłość może i w środku być, ale nie rozpala serca, jest zbyt słaba i ta osoba nie kieruje się nią. A o to chodzi. Co z tego, że ktoś ma samochód w garażu jak nim nie jeździ? Co z tego, że w cieplarnianych warunkach, gdy druga osoba spełnia jego oczekiwania i wszystko się układa - on ją kocha? To miłość warunkowa. Ta o której piszę więcej ma z bezwarunkowej. Kochasz drugą osobę, nawet jeśli to niekoniecznie dla ciebie wygodne, nawet jeśli wymaga przekroczenia własnych ograniczeń. Nawet gdy łatwiej byłoby poprawić sobie samopoczucie jej kosztem. Ale kochasz, więc jest dla ciebie równie ważna jak ty, i nie traktujesz jej przedmiotowo. Owszem jesteśmy tylko ludźmi i czasem będzie warunkowo i zaspokajanie naszych potrzeb się liczy, ale nie odbieramy człowiekowi godności gdy tego nie robi. Widzimy i szanujemy jego uczucia. Jak nie od razu bo nam padło na mózg, to po czasie, ale ogólnie są one dla nas ważne. Inaczej nie widzimy całego człowieka, ale coś co nam daje i jak nie daje to my uznajemy, że mamy prawo go zranić by zmotywować by dawał. To nie ma z miłością nic wspólnego. Jak kocham to akceptuję, że partner może nawet przestać mnie kochać, może podjąć decyzje, które mi się nie spodobają. Może to doprowadzić co tego, że nie będziemy dłużej razem, ale nie do tego, że przestanę go kochać. Bo to nie to samo. Można kogoś kochać i z szacunku do siebie nawzajem zdecydować o rozstaniu gdy różnice są tak duże, że moglibyśmy się za jakiś czas znienawidzić. Człowiek, który kocha nie stara się z uporem maniaka zmienić drugą osobę. Daje jej wolność w życiu, co nie oznacza, że nie negocjuje warunków związku.

                  Co do włoskich małżeństw i ognistych związków - kłótnia kłótni nie równa. Kiedyś spotkałam się ze stwierdzeniem, że mężczyźnie można przygadywać od kretynów i debili, bo w męskim gronie tak się komunikują często i są na to uodpornieni, to ich nie rani, ale kobietę bardzo zrani i oni czasem tego nie rozumieją. Ale jeśli kobieta uogólni np. jesteś nieudacznikiem - bo jedna rzecz mu nie wyszła, jesteś nieodpowiedzialny - zapomniałeś coś kupić, to będzie zdrada, zlekceważenie całokształtu, wszystkie co robił i tego nie wybaczy... więc nie tyle intensywność emocji ale dobór słów do osoby ma znaczenie. Można mieć ognisty temperament i atakować personalnie. Słowa mają naprawdę wielką moc i ich dobór jest ważny.
                  • sorvina Re: Żyjemy obok siebie.... :( 14.11.13, 15:36
                    Zjadłam coś, miało być "Można mieć ognisty temperament i NIE atakować personalnie.

                    Gdzie jest miłość nie musi być nudno, nie trzeba ciągle sobie kadzić. Ja lubię czasem zakpić z partnera i vice versa, ale to jest z wyczuciem, wiem, że są granice, których nie wolno przekroczyć, a w trudne dla niego dni, takie teksty trzeba sobie całkiem darować.
                    • sebalda Re: Żyjemy obok siebie.... :( 14.11.13, 16:10
                      > Gdzie jest miłość nie musi być nudno, nie trzeba ciągle sobie kadzić. Ja lubię
                      > czasem zakpić z partnera i vice versa, ale to jest z wyczuciem, wiem, że są gra
                      > nice, których nie wolno przekroczyć, a w trudne dla niego dni, takie teksty trz
                      > eba sobie całkiem darować.

                      O to, to. Granice i odpuszczenie sobie żarcików czy szpileczek, gdy partner ma gorszy dzień. Kłótnie, ale nie awantury. Przykre słowa (dla których muszą być jednak granice, bo niektóre słowa są nieodwracalne), gdy nerwy puszczą, ale po chwili przeprosiny i starania, by tego nie powtórzyć. Dla mnie najlepszym przykładem kłótni są te z córką. Jak to czasem dwie baby: i podniesiony ton, a czasem i krzyk, i przykre słowa (ale nie tak, żeby potem pamiętac do końca życia, bo takie na przykład mam z mężem), ale po kilku minutach (dosłownie minutach z reguły), przychodzimy i się przepraszamy (z naciskiem na partykułę SIĘ). Kłótnie są nieodłącznym zjawiskiem w każdym związku, ale właśnie takie, a nie wyzwiska i słowa, które mają za zadanie dotrzeć do samego jądra bólu:(
                      • sorvina Re: Żyjemy obok siebie.... :( 14.11.13, 16:16
                        Zastanawiam się na ile chodzi tu też o komunikację niewerbalną. Czuć w tonie głosu i sposobie mówienia, czy ktoś mówi coś w złości, czy z pogardą i nienawiścią. To jednak inaczej się odbiera. Wiadomo, że w złości można coś palnąć, ale ona nie jest osobista. Pogarda i nienawiść jest. Potrafi przerazić. Widzisz to i wiesz, że druga osoba chciała by zabolało Cię jak najmocniej. Dlatego tak trudno to zapomnieć, bo nie chodzi o konkretne słowa, ale całą sytuację. Dowód na to jak naprawdę wygląda relacja z daną osobą i gdzie ona ciebie i twoje uczucia ma.
                        • sebalda Re: Żyjemy obok siebie.... :( 14.11.13, 16:35
                          sorvina napisała:

                          > Zastanawiam się na ile chodzi tu też o komunikację niewerbalną. Czuć w tonie gł
                          > osu i sposobie mówienia, czy ktoś mówi coś w złości, czy z pogardą i nienawiści
                          > ą

                          Ale z tym tonem różnie bywa. Gdy jesteśmy przewrażliwieni na punkcie partnera, to sami doszukujemy sie czasami tego oskarżającego tonu, choć go de facto nie było. To mój mąż często wie lepiej, co ja miałam na myśli. Ciągle węszy w każdym moim słowie złe intencje. Sam nie liczy się ze słowami, a mnie każe liczyć się także z mimiką i tonem głosu.
                          Dla mnie jednak oprócz tonu i postawy ważne są same słowa wymierzone w nas tak, by zranić najmocniej i najgłębiej. Pisałam już o tym, jak nie wyobrażam sobie nawet, bym mogła powiedzieć mężowi pewne rzeczy, o których wiem, że by go zabolały. Po prostu nie, bo są pewne granice. Nawet w największej kłótni. On jednak nie ma z tym problemu.
                          Niedawno powiedział mi coś niewybaczalnego, zabolało (i wiedział o tym) tak, że aż mi dech zaparło. Po jakimś czasie chyba się jakoś ocknął, bo jednak przeprosił. Niewylewnie. Choć go znam tak dobrze, uwierzyłam, że żałuje. Nic bardziej mylnego. W jakiejś kolejnej kłótni znowu ten temat sie pojawił, powiedziałam, jak strasznie mnie wtedy zranił, a on to powtórzył i powiedział, że tak właśnie uważa!!! Zero refleksji, zero żalu, zero liczenia się z moimi uczuciami. A jego siostra mi mówi, że on mnie nadal kocha, tylko się pogubił. Dawno mnie nic tak nie ubawiło.
                          I dlatego tak mnie drażni mówienie, że kochające osoby też nas krzywdzą. To nie jest miłość i koniec. Nie mówię oczywiście o nieintencjonalnym krzywdzeniu, bo to jeszcze inna bajka.
                          • sorvina Re: Żyjemy obok siebie.... :( 14.11.13, 17:42
                            Jak ktoś projektuje i manipuluje broniąc się przez atak to nawet stoicki spokój zinterpretuje po swojemu. Teraz mnie bawią oskarżenia mamy - że mówię z podniesionym głosem, więc wszystko co złego to ja, ale wtedy oficjalnie złym był ten kto ujawniał złość a nie ten kto mówił podłe słowa i ja w to wierzyłam, a jej wrogość na zimno ignorowałam. Teraz potrafiłabym przyznać się, że owszem, czuję złość więc widać ją na mojej twarzy i mam prawo ją czuć i wyrażać stawiając granice. Ale jeśli ktoś tak manipuluje i wypiera się w żywe oczy tego co robi, to żadna dyskusja z nim nie ma sensu.

                            Chodziło mi raczej normalną sytuację, gdzie słowa mogą być spokojne, ale wrogość podświadomie czuć. Są kobiety, które miały męża psychopatę manipulanta, który niby życzliwie zwracał im uwagę. A jednak odbierały tą wrogość, w snach były duszone, ścigane, czuły zagrożenie, choć mogły go sobie nie uświadamiać. Taka wrogość niewerbalna w połączeniu z ostrymi słowami rani mocniej niż same słowa. Bo w niej widać intencje.

                            Są też zwykłe pomyłki komunikacyjne. W książkach dotyczących terapii rodzinnej partnerskiej często są przykłady, gdy jeden z małżonków interpretował jakiś gest czy spojrzenie partnera jako lekceważenie, a on np. się zamyślił itp. Im mniej zaufania w relacji tym więcej interpretacji na niekorzyść partnera.

                            Co by nie było to takie sytuacje warto wyjaśniać. Jeśli druga osoba powtarza zachowanie ignorując nasze odczucia to udowadnia, że wcześniej prawdopodobnie też się nimi nie przejmowała. Bo kochający człowiek weźmie pod uwagę, że np. jak z nami rozmawia to chcemy by patrzył na nas a nie byśmy mówili do jego pleców, choć jemu to nie przeszkadza itp.. Jeśli my przeginamy z nadinterpretacją może wyjaśnić, co miał na myśli i o co mu chodziło i prosi by przestać dorabiać sobie teorię do faktów. Jak druga osoba się upiera w nierozumieniu lub nadinterpretacji to można iść na terapię partnerską by terapeuta pomógł nazwać po imieniu co się dzieje. Jeśli porozumienie jest nie możliwe, ktoś czuje się skrzywdzony bo chce czuć się krzywdzony a my wiemy, że nasze zachowanie było ok, to lepiej się rozstać a nie męczyć. Podobnie jak uparcie lekceważy nasze uwagi, że jakieś jego zachowanie jest dla nas przykre. Jeśli po kilkakrotnym zwróceniu uwagi nic nie zmienia, tzn. że dla niego ono jest ok. Takie ma normy. A osoba pozbawiona empatii może przeprosić jeśli widzi, że konsekwencje tego co powiedziała mogą być dla niej nieprzyjemne, ale NIE JEST JEJ PRZYKRO. Więc gdy znów poczuje potrzebę to powie to samo. Mnie też mówią, jak to mój tata mnie kocha, jak tęskni... Jakieś swoje wyobrażenie kochanej grzecznej córki na odległość i w opowieściach może i kocha, ale tej realnej wbija szpile i stosuje bierną agresję, manipuluje a potem wypiera się w żywe oczy. I co ja z tego "kochania" mam? Potrzebuje mnie na pewno, ale ja nie jestem instytucja charytatywna by w nieskończoność tylko dawać i dostawać kopa w zamian.

                            Jak w twojej historii, intencje najlepiej widać w konsekwencji rozłożonej w czasie. Bo raz ktoś może nie pomyśleć, drugi raz nawet kontrolując się może mu się wymsknąć, ale 10 raz to już przyzwyczajenie i niechęć do zmiany. To jest jakiś wybór. Jeśli ktoś wybiera krzywdzić cię i lekceważyć twoje uczucia to ty też dokonujesz wyboru co zamierzasz w związku z tym zrobić. Ileś razy można tłumaczyć, liczyć że on/ona się zmieni. W końcu trzeba zaakceptować, że jest jak jest i wziąć odpowiedzialność za własne szczęście.
                            • pogodoodporna Re: Żyjemy obok siebie.... :( 15.11.13, 13:52
                              sorvina napisała:
                              > Jeśli porozumienie jest nie możliwe, ktoś czuje się skrzywdzony bo
                              > chce czuć się krzywdzony a my wiemy, że nasze zachowanie było ok, to lepiej si
                              > ę rozstać a nie męczyć. Podobnie jak uparcie lekceważy nasze uwagi, że jakieś j
                              > ego zachowanie jest dla nas przykre. Jeśli po kilkakrotnym zwróceniu uwagi nic
                              > nie zmienia, tzn. że dla niego ono jest ok. Takie ma normy. A osoba pozbawiona
                              > empatii może przeprosić jeśli widzi, że konsekwencje tego co powiedziała mogą
                              > być dla niej nieprzyjemne, ale NIE JEST JEJ PRZYKRO. Więc gdy znów poczuje potr
                              > zebę to powie to samo.

                              Jesli wolno zapytac, to jak odroznic jedno od drugiego ? Czy jesli partner swoimi slowami mnie rani, prosze, zeby tego nie robil, a on uwaza, ze jestem przewrazliwiona, to uznac, ze takie sa jego normy i postarac sie tym nie przejmowac ? Czy moze zaufac mu, jesli twierdzi, ze nie chce mnie skrzywdzic, a jego intencje sa czyste ? Moze to ja zle interpretuje jego wypowiedzi ? Ale w takim razie jak sprawic, zeby jego slowa nie ranily, nie bolaly, nie powodowaly checi zamykania sie w sobie ?
                              • sebalda Re: Żyjemy obok siebie.... :( 15.11.13, 14:18
                                > Jesli wolno zapytac, to jak odroznic jedno od drugiego ?

                                Pytanie nie do mnie, ale aż mnie świerzbią paluszki:)
                                Z uczuciami się nie dyskutuje. Podobnie jest z reakcją na płacz dziecka. "Nie płacz, przecież to nie boli". Jak nie boli? Skąd to wiadomo? Jeśli Cię bolą słowa lub zachowania kogoś bliskiego, to widocznie tak jest, czemu masz temu zaprzeczać, sama się okłamywać? Są dwa najczęściej spotykane zdania u przemocowców: "nie przesadzaj" i "bo ty mnie sprowokowałaś!!!".
                                Jeśli mówisz, że coś Cię zabolało, a partner uważa, że go źle zrozumiałaś albo że przesadzasz, to w normalnym związku jest przestrzeń do dyskusji. Ty mu tłumaczysz swoje odczucia, a on albo Ci mówi, że miał coś innego na myśli, że źle to zrozumiałaś (co przecież jest możliwe), albo rozumie, że dla niego to może jest bez znaczenia, ale dla Ciebie to ważne i jak mu zależy, to przeprosi i postara się tego nie powtarzać.
                                Jak to wygląda w związku przemocowym? On mówi jej coś przykrego (i nieważne czy umyślnie czy nie), ona prosi, żeby tego nie robił, on już podniesionym tonem, że ona przesadza, ona tłumaczy: ale ja tylko chciałam..... A on na to już krzykiem, że ona się czepia, że on ma tego dość, że ona to zawsze.... A kończy się na sukach i chorych umysłowo.
                                • pogodoodporna Re: Żyjemy obok siebie.... :( 15.11.13, 16:01
                                  sebalda napisała:

                                  > Pytanie nie do mnie, ale aż mnie świerzbią paluszki:)

                                  Dziekuje Sebalda, ze odpowiedzialas :-)

                                  > Z uczuciami się nie dyskutuje.

                                  Tak, rzeczywiscie tez tak uwazam, ze z uczcuciami sie nie dyskutuje. Jednak nie moge poradzic sobie z faktem, ze bola mnie slowa tych, ktorzy sa mi bliscy, z obcymi ludzmi, ich krytyka, czy nawet niechecia nie mam zadnych problemow. To normalny objaw ?

                                  > Jeśli mówisz, że coś Cię zabolało, a partner uważa, że go źle zrozumiałaś albo
                                  > że przesadzasz, to w normalnym związku jest przestrzeń do dyskusji.

                                  Tak, to tez wydaje mi sie logiczne :-) Ja chetnie dyskutuje, staram sie konkretnie wyluszczyc z czym mam problem, podaje przyklady, bez pretensji oczywiscie. Jednak o dyskusji mowy nie ma, bo druga osoba mnie mimo tego nie rozumie (kiepsko tlumacze?), wiec zamyka sie na to co mam do powiedzenia, a ja z kolei wciaz czuje sie raniona, wiec tez trace ochote do rozmow :-( Widze, ze on cierpi, ze sprawil mi przykrosc, ale nie wie, co mowic, zeby bylo "poprawnie". Chyba on, w przeciwienstwie do mnie, strasznie, panicznie boi sie konfrontacji. Jak to rozgryzc ?


                                  • sorvina Re: Żyjemy obok siebie.... :( 15.11.13, 17:23
                                    Sebalda bardzo mądrze napisała. Można to też ująć tak, że każdy ma prawo do własnego poziomu wrażliwości i druga osoba, jeśli kocha to powinna to uszanować. Może stwierdzić, że bycie z tak delikatną osobą ją męczy i odejść, ale nie ma prawa forsować tych psychicznych granic.

                                    Przestrzeganie ich wymaga pewnego poziomu intelektu i empatii. Nawet osoba pozbawiona empatii a nieupośledzona, stosująca przemoc na małżonku, najczęściej wie, że za taki sam tekst w pracy wylądowała by z dyscyplinarką w trybie natychmiastowym, więc nie kozaczy. Intelektualnie wie, że to są zachowania/słowa, które w powszechnym odbiorze są przykre. Więc w domu stosuje je z poczucia bezkarności a nie braku zrozumienia. Natomiast osoba pozbawiona empatii nie czuje, że rani. I nie wytłumaczysz komuś czym jest empatia jeśli jej nie ma. To jakbyście rozmawiali w innych językach. Nie twierdzę, że to jest problemem w Twoim związku, ale warto to też rozważyć.

                                    >Widze, ze on cierpi, ze sprawil mi przykrosc, ale nie wie, co mowic, zeby bylo "poprawnie".
                                    To są fakty czy Twoja interpretacja? Przedtem pisałaś, że uważa, że jesteś przewrażliwiona. Obawa przed kolejnymi wymówkami z twojej strony co wpływa na niechęć do rozmowy, nie jest jednoznaczna ze zrozumieniem, że cię zranił. Gdyby zrozumiał to byś nie musiała tłumaczyć, byłaby tylko kwestia wzięcia odpowiedzialności za to co zrobił i podjęcia decyzji co dalej. A to duża różnica, czy nie rozumie, czy go to nie obchodzi. Jak nie rozumie, ale chce zrozumieć, to jest szansa, że jakaś literatura w temacie przemocy słownej i problemów komunikacyjnych coś wyjaśni, w ostateczności kilka sesji terapii partnerskiej jak potrzeba autorytetu zewnętrznego i pokazówki. Ale jak to kwestia braku empatii, nie przejmowania się twoimi uczuciami, to tego tłumaczeniem nie załatwisz. Inteligentnemu człowiekowi nie trzeba tłumaczyć 10 razy, jak nie dociera, to albo jest impregnowany na tą wiedzę i nie raczył się dokształcić np. w literaturze, skoro nie rozumie jak ty tłumaczysz i trzeba podjąć decyzję czy chcesz się z nim dalej męczyć, albo jest mu wygodniej robić to co robi i tak naprawdę nie obchodzi go czy sprawia ci przykrość czy nie, bylebyś nie robiła mu problemów i nie utrudniała życia. Można chcieć dobrze i być zbyt dumnym by przyznać, że się np. ma problem z agresją słowną, ale jeśli duma więcej znaczy niż szczęście ukochanej osoby, tą tą wielką miłość i inne deklaracje za przeproszeniem może sobie wsadzić głęboko...

                                    Jest pewna obiektywna płaszczyzna weryfikacji, przez literaturę fachową np. w książce "Toksyczne słowa" jest o wielu typach przemocy słownej, konsultując ze specjalistą itp. Ale fakt, że dowiesz się, że tak, to jest przemoc i podetkniesz tą definicję partnerowi pod nos, nie oznacza że on się zmieni, choć czasem może coś zaskoczyć. Natomiast co możesz zrobić po swojej stronie to przyjrzeć się swojej samoocenie i wzmocnić ją na tyle by pozbyć się niepotrzebnej nadwrażliwości wynikającej z kompleksów, nauczyć się metod asertywnego reagowania - gdzie nie musisz udowadniać, że ktoś cię rani i czy na pewno sobie tego nie uroiłaś, jasno określasz, że prosisz by tego i tego nie robił, a tego i tamtego sobie nie życzysz. Z szacunkiem dla ciebie i drugiej osoby. Ale komunikat ma być jasny - "nie rań mnie" jest niezrozumiałe. "Jak chcesz mi zwrócić uwagę, to krytykuj zachowanie a nie osobę" już bardziej precyzyjne. Kochający człowiek nawet na nasze kompleksy będzie uważał, to nie jest tak, że my MUSIMY być super poukładani a jak nie to wszelkie zranienia to nasza wina. Tylko dla NASZEGO dobra i pewności, że to nie nasza nadwrażliwość, warto się wzmocnić.

                                    A to, że bardziej nas boli to co mówią ludzie, którzy są dla nas ważni, niż obcy to normalne.

                                    Ciekawa jestem, co byś sobie uświadomiła robiąc formularz "oceń bliźniego" metody the Work, na partnera i na siebie. To dobra metoda weryfikacji, czy my się czepiamy o to tylko nasze projekcje, czy też coś jest na rzeczy. Darmowe materiały znajdziesz w internecie, są też książki, polecam filmiki na youtube, łatwiej zrozumieć jak wygląda ten proces.
                                    • sorvina Re: Żyjemy obok siebie.... :( 15.11.13, 17:30
                                      Warto też zaakceptować, że jeśli partner ma wrażliwość piły tarczowej, to nie jest materiałem na partnera dla ciebie, bo czasem może się kontrolować, ale cały czas nie da rady. Ty masz prawo mieć swój poziom wrażliwości, on swój, nie macie prawo narzucać go sobie nawzajem i starać się siebie na siłę zmieniać. Naprawdę lżej się żyje z osobą, dla której równie oczywiste jest, że pewnych słów się nie używa, albo która szanuje i rozumie, że ty w taki i taki sposób rozmawiać nie chcesz.
                                      • pogodoodporna Re: Żyjemy obok siebie.... :( 15.11.13, 17:39
                                        Sorvina, z calego serca Ci dziekuje za rzeczowe potraktowanie mojego problemu. Dzieki Tobie zyskalam sporo wiedzy do przemyslen i kierunek w ktorym bede musiala podazac. Dziekuje serdecznie :-)
                                        • sorvina Re: Żyjemy obok siebie.... :( 15.11.13, 17:51
                                          Może jeszcze dodam, że osoba, która wychowała się w domu pełnym przemocy i nie przerobiła tego, będzie uważać, że przemocowa komunikacja jest normalna. Jest zaślepiona. Choćby nie wiem jak była inteligentna i wrażliwa w innym tematach. Nie zakwestionowała zachowania swoich rodziców, nie uznała, że było złe, więc nie uzna, że sama źle robi i nie poczuje empatii bo jest zamrożona na swoje uczucia. Jeśli jednak regularnie dostaje komunikat, że rani, że to nie jest dobre, normalne dla wszystkich, ale nic z tym nie robi, to można ją rozumieć, można jej współczuć, ale szkoda się z nią męczyć. Nie uzdrowisz dzieciństwa za kogoś. Trzeba byś świadomym własnego bólu by wyobrazić sobie ból drugiej osoby, ale łatwiej od niego uciekać. Dlatego empatia jest czymś co nie płynie z rozumu, ale emocjonalnej dojrzałości o otwartości. Do niej trzeba dojrzeć.
                                          • molly_wither Re: Żyjemy obok siebie.... :( 16.11.13, 16:51
                                            Strasznie sie wymadrzasz ,a sama nie dojrzalas. W pewnym momencie piszesz,ze zerwalas kontakt z obojgiem rodzicow.I uwazasz,ze tak postepuje osoba dojrzala?! Sory,ale masz jeszcze wiele lekcji do odrobienia.
                                            • pade Re: Żyjemy obok siebie.... :( 16.11.13, 17:54
                                              bez przekazu, a jaką Ty masz wiedzę, na temat doświadczeń innej osoby, żeby ją oceniać?
                                              co Cię do tego upoważnia?
                                              jesli sądzisz, że wiek i Twoje doświadczenie życiowe to jestes w błędzie
                                          • sebalda Re: Żyjemy obok siebie.... :( 16.11.13, 20:07
                                            Sorvina napisała:
                                            >Może jeszcze dodam, że osoba, która wychowała się w domu pełnym przemocy i nie przerobiła tego, będzie uważać, że przemocowa komunikacja jest normalna. Jest zaślepiona. Choćby nie wiem jak była inteligentna i wrażliwa w innym tematach. Nie zakwestionowała zachowania swoich rodziców, nie uznała, że było złe, więc nie uzna, że sama źle robi i nie poczuje empatii bo jest zamrożona na swoje uczucia.

                                            Sorvino, a co jeśli zakwestionowała i uznała, że były złe? Czy wychodząc z domu, gdzie była przemoc (jednostronna, choć wiadomo, że byly interakcje), ale wiedząc, że to było złe, wiedząc, że jedna ze stron z tym walczyła (choć przegrała), można się obronić i nie powielać wzorców?
                                            Dlaczego jedni ludzie starają się nie popełniać błędów swoich rodziców, traktują dzieci z czujnością, żeby tylko nie robić im tego, co sami zaznali w domu, a inni te wzorce powielają? Dlaczego bity syn, bije swojego syna? A inny bity syn obiecuje sobie, że nigdy tego nie zrobi, bo wie, jak to bolało, i dotrzymuje tej obietnicy? Dlaczego niektórych stać na to, by potraktować rodzica jako antyprzykład, a innych na to nie stać?
                                            Moja mama bardzo rzadko mnie chwaliła, a czasami krytykowała, ale nie wprost, tylko tak podstępnie, że nawet trudno było to uchwycić (ale działało). Miałam i mam przez to wiele kompleksów, choć jej uwagi krytyczne w sumie się nie sprawdziły, poradziłam sobie w sprawach, które według niej były dla mnie za trudne. Wiem, jak to bolało i jak mocno na mnie wpłynęło, więc od urodzenia dzieci robiłam wszystko by im tego oszczędzić, chwaliłam je często, budowałam ich poczucie wartości (a one cudownie na nie pracowały i zawsze zasługiwały na te pochwały, kwitły dzięki nim). Czyli można przełamać wzorce wyniesione z domu.
                                            Wciąż mam nadzieję (łudzę się), że moje dzieci nie powielą wzorca, bo dałam im mimo niesprzyjających warunków bardzo dużo miłości i wsparcia, bo wiedzą, że to, co się dzieje w domu jest złe. Będą działać tak jak ja: wbrew i na przekór wzorcom. Czy jest taka szansa? Jak dotąd są naprawdę ok.
                                            • sorvina Re: Żyjemy obok siebie.... :( 16.11.13, 22:18
                                              Aby dziecko doświadczające przemocy nazwało "złym" to co robią jego rodzice, musi mieć kontakt ze swoim cierpieniem jakie to zachowanie sprawiało. Jeśli całe otoczenie twierdzi, że wszystko jest ok i tylko dziecko coś wymyśla i atakuje rodziców, nikt nie potwierdza uczuć i przemyśleń dziecka, a za okazywanie emocji jest ono karane, to może być dla niego łatwiej stanąć po stronie rodziców i uznać, że dane zachowanie było ok, to ono było złe i na np.bicie zasłużyło. Wymaga to odcięcia się od swoich uczuć. Jeśli to było prawdziwe odcięcie emocji i zakłamanie siebie, a nie tylko udawanie tego by przetrwać, wtedy po latac, taka osoba będzie przekonana, że bicie jest ok i nie będzie potrafiła poczuć empatii do swojego dziecka, wyobrazić jego bólu - bo sama go nie czuje. Co więcej, ten tłumiony ból i przerażenie małego dziecka nadal w niej są i mogą powodować, że tym bardziej będzie chciała stanąć po stronie kata, by nie czuć się ofiarą. Może ogarnąć ją nieprzytomna furia np. gdy słyszy płacz dziecka - bo budzi to w niej zakazane, bolesne emocje, których nie jest w stanie wytrzymać, których dopuszczenie do świadomości rozwaliło by całą jej wizję świata i to na czym zbudowała siebie. Poza tym pojawia się nieświadomy wstyd - jestem jak rodzic, tym silniej działa chęć usprawiedliwiania zachowania rodzica = usprawiedliwiania swojego zachowania.

                                              Ja też pamiętałam jak to boli jak moja mama krytykuje, gnoi człowieka obdzierając go z godności. Dlatego nigdy nie chciałam tak traktować mojego partnera. Miałam takie wzorce jednak, bo innych w domu się nie nauczyłam, ale potrafiłam sobie uświadomić, że zaczynam to robić i przestać, i miałam silną motywację by nauczyć się komunikować inaczej w chwilach stresu. Moja mama wybiela swoją matkę - twierdząc, że owszem - babcia ma trudny charakter, ale to taki dobry dzielny człowiek, a jak kogoś krytykuje to najwyraźniej zasłużył. Więc tak samo traktuje swoje - identyczne zachowanie. Nie przyjmuje do wiadomość, że krzywdzi - nie ma motywacji do zmiany.

                                              Także metody przetrwania w dzieciństwie - znieczulanie się, nie porzucone gdy już można bezpiecznie, na terapii, w gronie bliskich życzliwych ludzi, odsłonić się i wyrazić przykre emocje, przejawi się też jako znieczulenie na innych, na przemoc w ogóle.
                                              • sebalda Re: Żyjemy obok siebie.... :( 17.11.13, 19:40
                                                Mnie chodziło o dzieci wychowywane w rodzinie, gdzie jedno z rodziców stosuje przemoc wobec drugiego, a one dostają tylko czasami rykoszetem. Choć wiadomo, że słowo "tylko" nie umniejsza problemu takich dzieci. Niemniej nie chodzi o rodziców stosujących przemoc bezpośrednio wobec dzieci.
                                                Jeśli dzieci wiedzą, że to jest złe, jeśli potrafią to rozpoznać, nie dają sobie wmówić, że to jedyny sposób na życie w związku, to jest szansa, że TO ich nie obarczy za mocno? Czy jednak mimo wszystko są jakoś "zainfekowane"? Czy powinny w dorosłym życiu jak najszybciej, nawet prewencyjnie, szukać terapii? Czy mogą same to przepracować?
                                                • sorvina Re: Żyjemy obok siebie.... :( 17.11.13, 20:12
                                                  Myślę, że wszystko zależy od tego z którym rodzicem dziecko się bardziej identyfikowało. Czasem utożsamia się z tym silniejszym, wtedy w dużym stopniu usprawiedliwia jego zachowania, może nawet nauczyć się lekceważyć i gardzić słabością drugiego rodzica. Wtedy łatwiej mu wchodzić w rolę kata. Jeśli utożsami się z rodzicem - ofiarą, będzie potrafiło nazwać przemoc przemocą, ale może potem odtwarzać w swoim życiu wzorce ofiar. Z wzorca ofiary łatwo wejść w rolę kata w innych sytuacjach i na odwrót. Bo nie zna się innych sposobów bycia w relacji. Im w młodszym wieku zaczęła się przemoc, tym bardziej wpływa na przekonania i wyobrażenia dziecka dotyczące płci, zachowań kobiety i mężczyzny, tego jak wyglądają związki itp.

                                                  Jak dziecko dorasta wiele zależy od jego osobowości oraz reszty otoczenia - czy miało jakieś zdrowe wzorce, które mogło przyswoić, czy też jego życie było ograniczone do obserwowania piekła domowego. Ja dużo czytałam, wychowałam się na książkach rozwojowych połykając je namiętnie od 14 roku życia - to mi poszerzyło perspektywę, nauczyło, że można inaczej niż u mniej w domu. Niektóre mole książkowe nabierają z literatury nadmiernie idealistyczny model miłości i związków, często nierealny, jednak stanowi jakoś odmianę od tego co obserwują w domu i motywację do tego by jednak związków nie unikać i wierzyć w miłość. Czasem wystarczy jeden życzliwy członek rodziny - babcia, wujek, który nazwie rzeczy po imieniu, pomoże dziecku nabrać dystansu do wojen rodziców, pokaże inny świat.
                                                  Osobiście jednak nie znam osób, które nie mają chociażby permanentnie podwyższonego poziomu napięcia z przyzwyczajenia do życia w ciągłym strachu przez kolejną kłótnią rodziców. Takie dziecko przecież nigdy nie poznało poczucia bezpieczeństwa. Mogą mieć same problemy z agresją, której nie chcą wyrażać - bo pamiętają, że jest zła, więc tłumią wszelką złość, aż stracą panowanie nad sobą. Nie potrafią zdrowo wyrażać złość i inne emocje i uczucia, stawiać granic bez przemocy - mogą uciekać w drugą skrajność bycia zbyt miłym by na pewno nie być złym.
                                                  Dzieci najczęściej czują się współodpowiedzialne, starają się rodziców rozdzielać, chronić, przyjmują role ponad swój wiek. Łatwo potem popaść we współuzależnienie. A nawet jeśli trzymały się z daleka, to mogą ogólnie sobie nieźle radzić w życiu, ale mieć dużo lęków i problemów w związkach, bo kojarzą się one z cierpieniem.

                                                  Myślę, że w czasie studiów już widać kto ma jakie wzorce, w jakiego typu relacje się pakuje lub od nich ucieka i czy radzi sobie z tym sam. Przeczytanie literatury na dany temat pomaga zdiagnozować gdzie jest problem, można z początku próbować poradzić sobie samemu - może kurs asertywności i zdrowej komunikacji wystarczy. Jeśli jednak jest za dużo emocjonalnych traum, które sprawiają że reagujemy z poziomu dziecka, a nie dorosłego, realizujemy ze strachu przed bólem i odrzuceniem jakieś strategie ochronne, które działały w dzieciństwie a teraz nam szkodzą i na rozum nie potrafimy z tego zrezygnować, to warto zwrócić się po pomoc. Natomiast jeśli wszystko działa to nie ma co naprawiać.

                                                  Mam nadzieję, że piszę jasno, bo łapie mnie jakieś przeziębienie i ciężko mi zebrać myśli. Chyba czas na jakiś rozgrzewający napój i skok pod pierzynkę.
                                                  • sebalda Re: Żyjemy obok siebie.... :( 17.11.13, 21:33
                                                    Sorvino, bardzo Ci dziekuje. I zdrowia życzę:)
                          • zuzi.1 Re: Żyjemy obok siebie.... :( 14.11.13, 19:41
                            sebalda napisała:"A jego siostra mi mówi, że on mnie nadal kocha, tylko się pogubił. Dawno mnie nic tak nie ubawiło."

                            Sebaldo a co ma Ci powiedziec jego siostra, przecież jego siostra to "koszula bliższa jego ciału", nawet gdyby się b. starała nie będzie potrafiła byc obiektywna wobec Ciebie, bo w środku ZAWSZE bliższy jej będzie emocjonalnie jej brat rodzony, a Twój mąż, więc w KAŻDEJ sytuacji będzie próbowała wybielac jego zachowania, doszukując się raczej drugiego dna w Tobie, niż w nim...taka jest prawda, więc nie przejmuj się za bardzo tym, co uważa jego siostra, bo to jest mało znaczące i nieobiektywne, Ty przecież DOBRZE wiesz jak jest z nim i jego zachowaniem...
                            • sorvina Re: Żyjemy obok siebie.... :( 14.11.13, 19:52
                              Myślę, że nawet nie chodzi o brak obiektywności - ona może go nie znać z tej strony, więc wszystko co mówi Sebalda dzieli przez 4, zakładając, że część może koloryzować.
                              Ja miałam ostatnio rozmowę z przyszywaną siostrą ojca. Ona jest przekonana, że ojciec na pewno mnie kocha, przecież tyle o mnie mówi, rodzice zawsze kochają dzieci itp. Ale prawda jest taka, że ona jest dobrym człowiekiem i dla swojego syna skoczyła by w ogień, nie wyobraża sobie, by rodzic mógł być podły wobec dziecka, to się nie mieści w jej światopoglądzie, więc sobie wszystko tłumaczy po swojemu, że ja nie mogę ojcu wybaczyć rozwodu i z tego powodu się na niego boczę itp. Darowałam sobie oświecanie jej, dla niej może być dobrym bratem - potrafi być czarujący, wspaniały z niego kompan. Bycie rodzicem/mężem to jednak inna relacja, można w niej pokazać zupełnie inne oblicze, którego reszta świata nie zna. I chyba bez filmu czy nagrania w nie nie uwierzy.
                              • zuzi.1 Re: Żyjemy obok siebie.... :( 14.11.13, 20:05
                                sorvina napisała:"Myślę, że nawet nie chodzi o brak obiektywności - ona może go nie znać z tej strony, więc wszystko co mówi Sebalda dzieli przez 4, zakładając, że część może koloryzować. "

                                Tylko skoro go nie zna od tej strony, to dlaczego gdy jego własna żona która go zna od x lat mówi jej jak się jej brat zachowuje, to pani dzieli to co mowi zona przez 4 i zakłada, że częsc z tego co zona mówi jest podkoloryzowane...i tu wracamy do powiedzenia:ponieważ :jest bliższą koszulą ciału" dla swojego brata, tak to niestety zazwyczaj wygląda. Wydaje mi się, że nawet gdyby sebalda pokazała jej nagranie z kamerki siostra doszukiwałaby się prowokacji w zachowaniu sebaldy i manipulacji i cięzko by jej bylo przyjąc, że jej brat tak się zachowuje, bez bycia sprowokowanym przez żonę...taki lajf, u siostry męza sebalda wsparcia i zrozumienie nie znajdzie NA PEWNO, więc szkoda jej opowiadac.
                                • zuzi.1 Re: Żyjemy obok siebie.... :( 14.11.13, 20:15
                                  Ja bym się na miejscu sebaldy wybrala do pana Drożdżaka porozmawiac o sytuacji, może on jej coś konkretnego podpowie. Myślę, że sebalda mogłaby zagrac na jakichs lękach męża, aby wyznaczyc granice jego zachowaniom, bo skoro żadne z nich osobno nie utrzyma tego domu, to może warto to mężowi uświadomic i powiedziec wyraźnie, że jak przegnie z zachowaniem, to się małżonka wypisze ze związku i z domem, obowiązkami z nim związanymi i z innymi sprawami będzie się wówczas za przeproszeniem "bujał sam"... a ona sobie a chocby i kawalerkę wynajmie z dziecmi byle dalej od niego i zrobi rozdzielnosc majątkową. Myślę, że i na tego pana znalazłby się sposób, tylko nalezaloby ustalic strategię działania, stac się b. pewną siebie, nie lękliwą i asertywną i konsekwentnie realizowac ustalony plan, przy cichym wsparciu dzieci.
                                • sorvina Re: Żyjemy obok siebie.... :( 14.11.13, 20:17
                                  Zuzi - możliwe, ale takie same mechanizmy działają gdy obie strony konfliktu są bliskie i powiązane więzami krwi. W co łatwiej uwierzyć, że ktoś jest psychopatycznym przemocowcem, gdy dla ciebie ZAWSZE był ok i nie masz żadnych SWOICH dowodów na potwierdzenie tak ciężkich oskarżeń, czy że oskarżyciel żona koloryzuje, a brat tylko bywa sfrustrowany i nie radzi sobie czasem ze stresem w pracy?
                                  • zuzi.1 Re: Żyjemy obok siebie.... :( 14.11.13, 20:24
                                    No wiadomo, że łatwiej uwierzyc w to drugie. Ale tak czy siak, siostra nic nie zmieni w zachowaniu brata i wsparcia raczej sebalda od niej nie uzyska. Tylko się sfrustruje, gdy usłyszy, że mąż ją kocha a ona przesadza i nie dostrzega jego dobrej woli ;)
                                    • sebalda Re: Żyjemy obok siebie.... :( 14.11.13, 22:39
                                      Opinia siostry męża jest mi doskonale obojętna, bo... jest tak, jak piszecie, poza tym ona ma tak potworne bagno w swoim życiu, że faktycznie nasze problemy przy tym bledną, dlatego ona nigdy mnie nie zrozumie.
                                      Tyle że jej słowa obudzily we mnie wspomnienie, jak to ja tyle lat byłam przekonana, że on faktycznie mnie kocha, tylko taki wybuchowy i nerwowy z natury jest, ma stresującą pracę (każdą zresztą, jaka by nie była), a zazdrość to z tej wielkiej miłości jest, ble, ble, ble....
                                      Byłam typową głupią idiotką, która wierzy w obiegowe opinie, która bierze za dobrą monetę puste deklaracje, które nic nie kosztują, która się cieszy, że po tylu latach mąż ciągle mówi, że ją kocha, prawi komplementy, niejedna by pozazdrościła:P Na rocznice prezenty i kolacje przy świecach. Miesiące miodowe. Gdyby to chociaż miesiące były:( Cykl obliczyłam kiedyś na średnio 2 tygodnie, bo awantury były co tydzień (zawsze w weekend lub święta tudzież w wakacje), ale czasami okres spokoju potrafił trwać miesiąc (ale to w sumie był rekord, nie wiem, czy powinnam to liczyć).
                                      Nie chcę się znowu żalić ani tłumaczyć, to nie jest mój wątek. Przedstawiam jedynie mechanizm nabierania się na tzw. gorącą i burzliwą miłość. Oddałabym wszystkie kwiaty, prezenty i kolacje przy świecach, za dobrego, spokojnego, choćby nawet ślamazarnego ciepłego człowieka. Dlatego tak mi trudno zrozumieć laski, które chcą torebek skórzanych, wakacji w tropikach albo innych dowodów "męskości", a nie dostrzegają tych wszystkich dobrych cech oddanych, mających dobry kontakt z dziećmi, ciepłych facetów. Dla mnie - niepojęte i głupie przy tym. Ale wiem, że to moja subiektywna ocena podyktowana własnym doświadczeniem. Ludzie są różni i lubią różne rzeczy. Choć nadal jestem za tym, żeby dostrzegać dobre strony facetów.
                                      • zuzi.1 Re: Żyjemy obok siebie.... :( 14.11.13, 22:49
                                        Sebaldo, a może Twój mąż ma pasożyty i stąd te cykliczne agresywne zachowania, przebadaj mu kał ;-) na wszelki wypadek...
                          • pogodoodporna Re: Żyjemy obok siebie.... :( 14.11.13, 19:53
                            sebalda napisała:
                            > A jego
                            > siostra mi mówi, że on mnie nadal kocha, tylko sie pogubil.

                            No popatrz, "sie pogubil", jaki ladny eufemizm. Moja tesciowa o tesciu, alkoholiku i kompletnym prostaku zawsze mowila, ze to dobry czlowiek tylko ma slaby charakter. Niech zyje solidarnosc rodzinna ;-)

                          • ad.a6 Re: Żyjemy obok siebie.... :( 18.11.13, 08:43
                            To jak w takim razie dać partnerowi do zrozumienia, o co mi chodzi, skoro na delikatne sformułowania i prośby po prostu nie reaguje, tylko przemilcza? Ja wtedy pytam "Co więc teraz zrobimy?" a on "ale z czym?", ja: "no z tym co mówiłam przed chwileczką", on: "no nie wiem, wymyśl coś" i moja wściekłość że muszę znowu sama o wszystkim myśleć i mam cały dom na głowie.
                  • ad.a6 Re: Żyjemy obok siebie.... :( 18.11.13, 08:39
                    Dziękuję, Sorvino.... w takim razie coś mi uświadomiłaś: ja w takim razie nie potrafię kochać. Albo kocham warunkowo - czyli wtedy, gdy nie ma otaczających problemów, są pieniądze, są wspólne plany, które można zrealizować tylko za pomocą pieniądza, itp. Nie mam już sił na siebie.
        • t1ffany Re: Żyjemy obok siebie.... :( 14.11.13, 13:19
          Wiesz, ja wiele
          > razy próbowałam niektóre obowiązki scedować na partnera, ale on jest z tych, co
          > chwyci to spartoli, szczerze mówiąc boję się dać od niego zapłodnić


          Co chwyci to spartoli dlatego zlew kazałaś mu naprawić. Całe szczęście że wezwał fachowców i było za co mu zrobić awanturę.
          Z tego co piszesz bije niesamowita pogarda do tego człowieka.
          Dysponowanie cudzymi pieniędzmi Cie denerwuje ale nie przeszkadza Ci to dysponować jego wypłatą.

          Facet jest skandaliczny, bo nie pasuje do Twojej wizji odpowiedzialnego samca. Pracodawcy też są skandaliczni bo nie chcą 32 latki z dwoma językami od razu zatrudnić na wysokim stanowisku. A przecież masz prawo tego wymagać, prawda?

          Dysfunkcje Twojego faceta są niczym w porównaniu z Twoimi własnymi.

          • ad.a6 Re: Żyjemy obok siebie.... :( 14.11.13, 13:40
            Facet jest skandaliczny, bo nie pasuje do Twojej wizji odpowiedzialnego samca.
            > Pracodawcy też są skandaliczni bo nie chcą 32 latki z dwoma językami od razu za
            > trudnić na wysokim stanowisku. A przecież masz prawo tego wymagać, prawda?
            >
            > Dysfunkcje Twojego faceta są niczym w porównaniu z Twoimi własnymi.

            Już pisałam, że nie mówię, że jest skandaliczny. Tylko ja o takich pierdołach jak ten syfon nie powinnam wcale wiedzieć. Tak, moja mama o takich pierdołach nie wiedziała. A syfonu naprawiać nie kazałam, do niczego go nie goniłam, sam się za to wziął. I za wiele innych rzeczy też, tylko że on najwidoczniej nie ma do tego ręki. Dobra, prawnicy, lekarze też może nie mają ręki, ale w takim przypadku zatrudnienie fachowca to niezauważalny drobiazg. U nas są niestety dylematy kupić buty czy zapłacić fachowcowi.
            Moimi własnymi? Niby po co kończyłam studia i uczyłam się 2 języków?!- żeby lepiej zarabiać.
            Widzę że założyłam ten wątek po to, by większość (za wyjątkiem kilka nielicznych osób) sprowadziła mnie skutecznie do parteru. Nie jestem stara, brzydka i głupia i uważam że powinnam zarabiać lepiej, przy moich predyspozycjach.
            • adorra0 Re: Żyjemy obok siebie.... :( 14.11.13, 13:46
              Nie jestem stara, brzydka i głu
              > pia i uważam że powinnam zarabiać lepiej, przy moich predyspozycjach.

              Myślę, że nie jesteś w takim myśleniu odosobniona i masz do tego prawo. Problem polega na tym, że realia na rynku pracy są jakie są.
              • ad.a6 Re: Żyjemy obok siebie.... :( 14.11.13, 13:55
                To mnie chociaż cieszy, że nie jestem w takim myśleniu odosobniona. Chociaż muszę przyznać że mam z tego powodu kompleksy :(, jak ktoś wyżej napisał, może satysfakcjonująca praca gwarantująca stabilizację rozwiązałaby moje problemy. Miałabym powód, żeby o siebie zadbać i w ten sposób chociaż część frustracji wyeliminowałaby się.
                • sebalda Re: Żyjemy obok siebie.... :( 14.11.13, 14:14
                  Ado, jesteś sfrustrowana, jak wiele z nas, mogłabym długo o tym, jak mi nie starcza do wypłaty, choć oboje z mężem zarabiamy średnią krajową, jak się czuję, gdy ciągle muszę odmawiać dzieciakom różnych rzeczy, jak od lat nie stać mnie na normalne wakacje, zatem świetnie to rozumiem. Ale ja nie obarczam winą za to męża, który teoretycznie mógłby szukać lepszej pracy. Dziś cieszę się z tego, że oboje w ogóle mamy pracę, a jesteśmy w takim wieku, że jej utrata byłaby naprawdę dramatem.
                  Sama mam za to w domu frustrata i wiem, jak strasznie boli, gdy najbliższa osoba wyżywa się na mnie, a czasami na dzieciach (na psie też bywa) z powodu tych frustracji. On też przeżywa, że za mało zarabia i to on musi manewrować z tymi naszymi wypłatami, żeby jednak na wszystko starczało, a to przeżywanie wylewa na nas. Ja uważam, że w normalnym związku, jak są gorsze okresy, jak robi się ciężko, para powinna się wspierać i pocieszać w biedzie, a nie wyładowywać frustracji na bliskich. Do czego to prowadzi? Jesteśmy przez takie zachowania mojego męża parą dwojga nienawidzących się serdecznie ludzi, którzy są w klinczu, bo rozwód nie pozwoli w tej chwili funkcjonować finansowo, razem jakoś to się jeszcze ciągnie.
                  Ktoś wyżej napisał: nie ma usprawiedliwienia dla wyzwisk, awantur, poniżania, złego traktowania bliskich. A Ty to robisz, a potem się dziwisz, że partner przestał Cię adorować, że nie ma wzlotów, że on nie ma entuzjazmu do zmian, że się zamyka w sobie. Czy choć przez chwilę pomyślałaś, jak on się czuje, gdy tak się na nim wyżywasz? Gdy wyzywasz go od nieudaczników? Gdy masz do niego pretensje, że za dużo je w towarzystwie??? Choć raz postaw się w jego sytuacji.
            • pogodoodporna Re: Żyjemy obok siebie.... :( 14.11.13, 14:12
              ad.a6 napisał(a):

              > Już pisałam, że nie mówię, że jest skandaliczny. Tylko ja o takich pierdołach j
              > ak ten syfon nie powinnam wcale wiedzieć. Tak, moja mama o takich pierdołach ni
              > e wiedziała.

              Ale dlaczego , u licha dlaczego nic nie powinnas wiedziec o syfonie ? Przeciez to TWOJ DOM, Twoja kuchnia , twoj syfon. Wbilas sobie do glowy, ze facet powinien umiec majsterkowac, a jak nie to dupa i nieudacznik. Zaproponuj mu gotowanie, wyprowadzanie psa, wyzyty u weterynarza, zakupy, cokolwiek co Cie odciazy. Jedziesz schematem i zloscisz sie, ze inni nie przystaja do Twoich wyobrazen. Jestes niby nowoczesna, samodzielna, a poglady masz tak tradycyjne, ze az glowa boli.
              • molly_wither Re: Żyjemy obok siebie.... :( 14.11.13, 18:23
                Sory,ale tradycyjne poglady to ty masz wlasnie.
                Jesli facet zarabia mniej od kobiety to powinien wykaza cie wieksza inicjatywa w domu.Kropka.
                pogodoodporna napisał(a):

                > ad.a6 napisał(a):
                >
                > > Już pisałam, że nie mówię, że jest skandaliczny. Tylko ja o takich pierdo
                > łach j
                > > ak ten syfon nie powinnam wcale wiedzieć. Tak, moja mama o takich pierdoł
                > ach ni
                > > e wiedziała.
                >
                > Ale dlaczego , u licha dlaczego nic nie powinnas wiedziec o syfonie ? Przeciez
                > to TWOJ DOM, Twoja kuchnia , twoj syfon. Wbilas sobie do glowy, ze facet powini
                > en umiec majsterkowac, a jak nie to dupa i nieudacznik. Zaproponuj mu gotowanie
                > , wyprowadzanie psa, wyzyty u weterynarza, zakupy, cokolwiek co Cie odciazy. Je
                > dziesz schematem i zloscisz sie, ze inni nie przystaja do Twoich wyobrazen. Jes
                > tes niby nowoczesna, samodzielna, a poglady masz tak tradycyjne, ze az glowa bo
                > li.
                • pogodoodporna Re: Żyjemy obok siebie.... :( 14.11.13, 18:36
                  molly_wither napisał(a):

                  > Sory,ale tradycyjne poglady to ty masz wlasnie.
                  > Jesli facet zarabia mniej od kobiety to powinien wykaza cie wieksza inicjatywa
                  > w domu.Kropka.

                  Widac nieuwaznie przeczytalas to co napisalam. Autorka watku zada, zeby pan zajmowal sie drobnymi naprawami w domu, bo to rzekomo nalezy do obowiazkow mezczyny. Ja jej proponuje, zeby mu odpuscila majsterkowanie, ale w zamian scedowala na niego obowiazki zwiazane z prowadzeniem domu- sprzatanie, gotowanie, opieke nad psem itd. Zawsze mozliwy jest podzial obowiazkow, ale trzeba chciec sie podzielic i nie wymagac zeby kazdy zajmowal sie stosownie do plci "tym co meskie" lub "tym co kobiece", bo to archaiczny podzial, czesto zupelnie nieprzydatny.
            • t1ffany Re: Żyjemy obok siebie.... :( 14.11.13, 14:12
              Nie jestem stara, brzydka i głu
              > pia i uważam że powinnam zarabiać lepiej


              No tak, ludzie starzy i brzydcy powinni zarabiać mało, ale ja, taka młoda, piękna i mądra powinnam zostać na wejściu wynagrodzona za swoją zajebistość. Przecież na tym polega poczucie własnej wartości, nieprawdaż?

              Studia kończyłam "żeby mieć więcej pieniędzy", faceta wzięłam "żeby było lżej" i wszystko to jak psu w doopę. Jaki ten świat niesprawiedliwy.


              Nie chodzi o sprowadzenie Cie do parteru. Chodzi o uświadomienie Ci że zasadnicze źródło Twoich problemów z którymi tu przyszłaś jest w Twojej głowie. Ale sądzę że cała praca piszących tu dziewczyn jest na nic (przy okazji brawa dla Sorviny) bo Ty i tak uważasz że co złego to nie ja.
              • ad.a6 Re: Żyjemy obok siebie.... :( 14.11.13, 14:26
                t1ffany napisała:

                > Nie jestem stara, brzydka i głu
                > > pia i uważam że powinnam zarabiać lepiej

                >
                > No tak, ludzie starzy i brzydcy powinni zarabiać mało, ale ja, taka młoda, pięk
                > na i mądra powinnam zostać na wejściu wynagrodzona za swoją zajebistość. Przeci
                > eż na tym polega poczucie własnej wartości, nieprawdaż?
                >
                > Studia kończyłam "żeby mieć więcej pieniędzy", faceta wzięłam "żeby było lżej"
                > i wszystko to jak psu w doopę. Jaki ten świat niesprawiedliwy.
                >
                >
                > Nie chodzi o sprowadzenie Cie do parteru. Chodzi o uświadomienie Ci że zasadnic
                > ze źródło Twoich problemów z którymi tu przyszłaś jest w Twojej głowie. Ale sąd
                > zę że cała praca piszących tu dziewczyn jest na nic (przy okazji brawa dla Sorv
                > iny) bo Ty i tak uważasz że co złego to nie ja.

                T1ffany: ja nigdzie nie napisałam, że starsi i głupsi powinni zarabiać mniej. Może ujmę to inaczej, jestem jeszcze dobrze rokującym pracownikiem, nie za stara (by nie wiązać jakichś planów) i nie za młoda (żeby pracodawca nie pomyślał że bez doświadczenia), i chyba za fakty wynikające z cv od jakiejś stawki powinno się wyjść. Zdaniem większości piszących tu dziewczyn powinnam się chyba poddać, uśmiechnąć i żyć dalej, a widząc jego pensję ucałować go i stwierdzić "łał, dziękuję kochanie, że mi przyniosłeś na jedzenie". Wybacz zatem, ja tak nie potrafię, zawsze miałam wobec siebie i innych większe ambicje. Jutro jadę na rozmowę kwalifikacyjną, zobaczymy co z tego wyniknie.
                • sebalda Re: Żyjemy obok siebie.... :( 14.11.13, 14:42
                  Ada, ale do kogo Ty masz pretensje, że na starcie nie dostajesz wysokiego stanowiska i dużej pensji? Co to narzekanie, że Cię nie doceniają, Ci da? Pogrążasz się w tym zgorzknieniu i pretensjach i co? Pogodzenie sie z realiami nie znaczy, że trzeba się poddać, ale pomaga nabrać dystansu. Życie w stresie i pretensjach w niczym nie pomaga. A nawet szkodzi, bo włosy wypadają i nie jesteś już taka ładna:P
                  • ad.a6 Re: Żyjemy obok siebie.... :( 14.11.13, 14:49
                    No tak, prawda :)....może by tak zmienić nazwę wątku na "nie radzę sobie ze stresem/niską samooceną/wysoką samooceną".... no właśnie. Sama nie wiem, jak się czuję. Może ktoś odbiera moje posty jako przepełnione zarozumialstwem, narcyzmem....nie wiem. A wewnętrznie czuję się jak g*wno. Mogę nawet sama z siebie przepłakać bez powodu.
                    • lilith76 Re: Żyjemy obok siebie.... :( 14.11.13, 15:31
                      "nie radzę sobie ze str
                      > esem/niską samooceną/wysoką samooceną".... no właśnie.

                      Tak sobie pomyślałam.
                      Byłaś kochanym, rozpieszczanym dzieckiem, słyszącym, że jest zdolne, wszystko w życiu osiągnie, a problemy rozwiązują inni (słynna spłuczka, o której nie miałaś prawa pomyśleć). To piękne. A potem zderzyłaś się z prawdziwym życiem, gdzie nie jesteś już jedyną księżniczką.
                      Taka trochę jedynaczka, oczko w głowie tatusia :)
                      Dziś też chcesz być jedynaczką i oczkiem w głowie dla otoczenia :)

                      Zauważ, że wcześniej twoja wysoka stopa życia i jego luksusy były dzięki temu, że żyłaś obok mamusi. Gdybyś od razu poszła na swoje, do swojego mieszkania, to to "dziadowanie" byłoby twoim udziałem już od ponad 10 lat.
                    • sorvina Re: Żyjemy obok siebie.... :( 14.11.13, 15:41
                      Autorko i to jest właśnie powód byś zajęła się sobą. Na przykład na terapii. Byś nauczyła się czuć swoją wartość niezależnie od tego czy spełniasz swoje wyśrubowane normy, spojrzała na siebie, na świat realniej.

                      Wiele rzeczy możesz też zrobić sama. Masz bardzo dużo różnego typu "oczywistości" typu on powinien, oni powinni, które są oczywiste tylko dla ciebie. Wymagasz by świat je realizował a on jest jaki jest i wywołuje to niepotrzebne napięci i konflikty. Na weryfikowanie takich przekonań dobra jest metoda Kathy Byron The WORK. Polecam. Książki Kathy masz tutaj: www.thework.com/polski/sklep.asp Polecam zacząć od "Kochaj co Masz!" .
                  • mantis_after_dinner Re: Żyjemy obok siebie.... :( 14.11.13, 14:52
                    sorry za sprowadzanie do parteru, ale:
                    - w dzisiejszym swiecie te dwa jezyki (o ile Twoimi jezykami nie sa arabski i mandarynski na przyklad) to naprawde przestaly byc jakies atuty. Wsrod moich znajomych naprawde wiekszosc posluguje sie dwoma. I nie uwaza, ze to jest cos, za co nalezy sie jakies szczegolne uznanie czy wyzsza pensja. Jezyki nie sa juz atutem, sa narzedziem do wyslowienia sie. A zeby sie wyslowic to trzeba miec co powiedziec i cos konkretnego umiec. Nie twierdze, ze nie umiesz albo nie masz konkretnego fachu. Po prostu taki zaczyna byc swiat. A w polaczeniu z dosyc trudnym rynkiem pracy w Polsce jakos nie dziwi mnie, ze nie masz jakiejs szczegolnej gratyfikacji za te jezyki. Zejdz dziewczyno na ziemie. Takich ludzi na rynku jest naprawde sporo.
                • t1ffany Re: Żyjemy obok siebie.... :( 14.11.13, 15:37
                  M
                  > oże ujmę to inaczej, jestem jeszcze dobrze rokującym pracownikiem, nie za stara
                  > (by nie wiązać jakichś planów) i nie za młoda (żeby pracodawca nie pomyślał że
                  > bez doświadczenia), i chyba za fakty wynikające z cv od jakiejś stawki powinno
                  > się wyjść.


                  Kurcze, też jestem starą metalówą i miałam jakieś takie szowinistyczne przeświadczenie że ludzie których kręci ambitniejsza muzyka (wszystko jedno jaka) są trochę bardziej open-minded. U Ciebie wygląda to średnio.

                  Stawka za fakty z CV? Sorry, to nie ta galaktyka. Twoja praca jest warta dokładnie tyle ile ktoś zechce za nią zapłacić. Ani mniej, ani więcej. Jeśli rynek pracy oferuje Ci 2k to jest warta 2k, jeżeli za rok zaoferuje 1,5k albo 10k to będzie tyle warta. Tak to działa i ani 50 języków ani 80 fakultetów nic w tym względzie nie zmienia. Można nad tym płakać ale nie wiem czy jest sens.


                  Zdaniem większości piszących tu dziewczyn powinnam się chyba podda
                  > ć, uśmiechnąć i żyć dalej, a widząc jego pensję ucałować go i stwierdzić "łał,
                  > dziękuję kochanie, że mi przyniosłeś na jedzenie"


                  Chyba nie, coś mało uważnie czytasz. Ciskanie się ze skrajności w skrajność jest głupie. Wymagasz od partnera z DDA rzeczy nierealistycznych (dla niego, nie dla projektowanego everymana) sama też nie mając w głowie tak do końca posprzątane. Do tego faulujesz go w brzydki sposób przy okazji.

                  Jeżeli nie chcesz lub nie możesz zmienić okoliczności zewnętrznych (bo chora mama, bo to i tamto) to wypada się z nimi pogodzić. Możesz to nazwać "poddaniem się" ale to i tak będzie lepsze niż chodzenie po ścianach i wbijanie zębów w tynk.

                  Mimo wszystko powodzenia.

                  PS
                  szanuj tego swojego chłopa albo się z nim rozstań. Nie wolno ludźmi pomiatać, żadna frustracja tego nie usprawiedliwia.
                  • paris-texas-warsaw Re: Żyjemy obok siebie.... :( 14.11.13, 15:50
                    Ada i Dziewczyny, dzięki za ten wątek, dzięki Sorvinie i Sebaldzie za słowa o milości. No, To faktycznie się dzieje, ktoś ma problem, ktoś stara się go z nim rozwikłać. Ciekawe, jaką może perspektywę przedstawi Pani Agnieszka. Takie wątki są dla mnie faktycznie inspirujące.
                    Ado, życzę Ci, żebyś temu lub innemu wymarzonemu partnerowi kupowała na zimę kufajkę i czapkę uszatkę, żebyś nie martwiła się za ile i za czyje, i w ogóle, żebyś była szczęśliwa:)
                    Dzięki:)
            • molly_wither Re: Żyjemy obok siebie.... :( 14.11.13, 18:21
              Ale masz tupet, tego nie lubia pracodawcy. Wiecej pokory zycze.
              ad.a6 napisał(a):

              > Nie jestem stara, brzydka i głupia i uważam że powinnam zarabiać lepiej, przy moich predyspozycjach.
              • ad.a6 Re: Żyjemy obok siebie.... :( 18.11.13, 08:53
                molly_wither napisał(a):

                > Ale masz tupet, tego nie lubia pracodawcy. Wiecej pokory zycze.
                > ad.a6 napisał(a):
                >
                > > Nie jestem stara, brzydka i głupia i uważam że powinnam zarabiać lepiej,
                > przy moich predyspozycjach.
                >
                >
                Czyli nie powinnam się cenić???
                • z_pokladu_idy Re: Żyjemy obok siebie.... :( 18.11.13, 11:39
                  Owszem, powinnaś, ale z całkiem innych powodów.
        • molly_wither Re: Żyjemy obok siebie.... :( 15.11.13, 19:55
          Wiesz, ja potrafie Cie zrozumiec, bo zyje z podobnym "typem" 25 lat. I ten typ sie nie zmieni, a jesli to na gorsze. Sorvina bardzo ladnie opisala zwiazek matki i ojca,ale ,niestety, jest to tylko opis, i to bardzo subiektywny. Nie moze byc obiektywna osoba,ktora jest zaangazowana uczuciowo, a tak jest z rodzicami.Po prostu ich kocha. Moze inaczej by napisala, gdyby w takim zwiazku,jak autorka, zyla. Nie umiem tak ladnie opisywac,jak Sorvina. Moge tylko napisac, ze w takich zwiazkach (jak rodzice Sorviny, jak zwiazek autorki i jej partnera, jak zwiazek moich rodzicow (Ś.P.), jak mój zwiazek (?) nie ma zwyciezcy i przegranego,nie ma kata i nie ma ofiary. Smutne to, bo takie zwiazki to rownia pochyla dla kazdego z partnerow.
          • sorvina Re: Żyjemy obok siebie.... :( 16.11.13, 09:04
            Molly_wither - biorąc pod uwagę, że zerwałam kontakt z OBOJGIEM rodziców ze względu na ich niereformowalną toksyczność i zaburzenia, to raczej nie mam problemu z pełnym miłości wybielaniem. Dość długo miałam nadzieję, że coś się zmieni ale nie to samo. Teraz opisałam tylko fragment ich relacji, w innych wątkach jest więcej, zdecydowanie nie uważam, by mama była jedynym katem w tym związku i zgadzam się z Tobą, że w takim związku nie ma zwycięzcy i przegranego, każdy płaci wysoką cenę, a role kata i ofiary wymieniają się z czasem.

            Natomiast IMHO nie można mówić o obiektywnej wersji wydarzeń w żadnej sytuacji relacji, bo to zawsze będą tylko hipotezy i domysły nieweryfikowane przez świadomą refleksję głównych zainteresowanych. Można mówić o faktach - kto co zrobił, ale intencje, przyczyny to zawsze będą hipotezy - mniej lub bardziej trafne.
            To na co warto zwracać uwagę to dystans lub obecność zaślepiających emocji. I choć nie mogę zagwarantować, że u mnie nie ma już żadnych zaślepień, choć stale pracuję nad ich usunięciem (bo jeśli czegoś nie widzę u rodziców, to nie widzę też u siebie a działa), to po 10 latach od wyprowadzki z piekiełka rodzinnego, będzie ich na pewno mniej, niż u osoby, która w toksycznym związku tkwi po kolana. No i byłam w związku, który mógł się podobnie zakończyć, tylko nie weszłam w ten kanał, bo rozpoznałam wzorce rodzinne i pracowałam nad tym by ich nie powtórzyć.

            Tak mi się skojarzyło jak to moja mama się szczyciła, że ona tyle przeszła i nadal doświadcza, więc tyle wie o życiu i jest taka mądra... kiedyś to kupowałam. Teraz wiem, że ona wiedziała tylko jak tkwić w takich sytuacjach, ale nie rozumiała co się dzieje, co nią kieruje, bo z nich nie wyszła. Wyjście oznacza, że przerobiliśmy daną lekcję, a z czasem (wiedzą i terapią) może przyjść szersze zrozumienie. Nie mam na myśli, że jestem alfą i omegą, bo przecież znam tylko swój kawałek poletka, a reszta to hipotezy oparte na wiedzy i doświadczeniu. Chodzi mi tylko o to, że osoba tkwiąca w toksycznym związku ma okrojoną perspektywę, bo jest zbyt blisko, a emocje zaślepiają. Wtedy łatwiej utożsamiać się z rolą ofiary, bo doświadczenia to potwierdzające są zbyt silne by spojrzeć inaczej.
            • molly_wither Re: Żyjemy obok siebie.... :( 16.11.13, 16:43
              Czyli jestes nielojalna wobec rodzicow. Nieladnie. Rodzice sa ,jacy sa, nie nam ich oceniac. Moze zrozumiesz,kiedy zaczna odchodzic,ale bedzie juz za pozno. Mam podejrzenie,ze boisz sie,aby kontakty z rodzicami nie zaklocily Ci tego,co skrzetnie budujesz z partnerem. Ale wielka umiejetnoscia jest pogodzic milosc do rodzicow z miloscia do partnera. W tej chwili wyglada to tak,ze sie odcielas od rodzicow. Nie uwazasz,ze to swinstwo? Czy oni tez Ciebie dreczyli,ze teraz ich za to karzesz? A moze karzesz ich za to,czego Ci nie dali, a co musialas zdobyc sama? Jesli tak to jest to glupota. Moja mama ma teraz 79 lat , ojciec nie zyje od 20, i ona dopiero teraz wie,co zle robila? A skad? Ano stad,ze teraz w pierwszym lepszym czasopismie moze poczytac o wieziach i milosci.Kiedys wiedziala tyle, ile wyniosla z domu. I mimo,ze nie jest dla mnie autorytetem i czesto mnie wkurza szanuje ja za to i nie zrywam wiezi, staram sie ja rozumiec.

              sorvina napisała:

              > Molly_wither - biorąc pod uwagę, że zerwałam kontakt z OBOJGIEM rodziców ze wzg
              > lędu na ich niereformowalną toksyczność i zaburzenia,
              • sorvina Re: Żyjemy obok siebie.... :( 16.11.13, 19:20
                molly_wither napisał(a):

                > Czyli jestes nielojalna wobec rodzicow. Nieladnie. Rodzice sa ,jacy sa, nie nam
                > ich oceniac.
                Rozumiem, że mnie oceniać już można? Zwłaszcza po oparciu się o wybrakowany opis moich relacji z rodzicami, bo w tym wątku na przemocy ich wobec mnie się nie skupiałam, a ich relacje między sobą nie są powodem mojego zerwania z nimi kontaktu.

                Z przyjemnością przeczytam konkretne porady upatrzonego dziecka-ofiary osoby z narcystycznym zaburzeniem osobowości typu wrednego, tego który czerpie przyjemność z niszczenia psychicznego ludzi dla samej satysfakcji, zwłaszcza jeśli taki narcyz miał drugiego narcyza od dzwonienia z pogróżkami i innej brudnej roboty, do pomocy. Z chęcią dowiem się czy znalazł patent na utrzymywanie kontaktu z taką osobą bez destrukcyjnego wpływu na siebie. Ja nie znalazłam. Do decyzji o zerwaniu kontaktu dojrzewałam latami, szukając różnych prób znalezienia jakiejś płaszczyzny porozumienia. Ale ciężki kaliber przemocy psychicznej niszczy, bez względu na to jak bardzo rozumiesz drugą osobę, jak rozgryzłeś jej wzorce, własne traumatyczne dzieciństwo , jak jej współczujesz. Ani jak asertywnie stawiasz granice. Właściwie gdy spotkanie polega na tym, że po 5 min ostatecznie mówisz, że jak druga strona nie przestanie cię obrażać, manipulować i łgać w żywe oczy by zrobić sobie dobrze twoim kosztem, to wychodzisz i po kolejnej minucie pozostaje ci tylko wyjść, to w końcu nie wracasz, bo po co. Trochę szacunku do siebie i godności trzeba mieć. Można się nie lubić, nie zgadzać w wielu sprawach, ale nie stosowanie przemocy wobec mnie to absolutne minimum, którego wymagam bym utrzymywała z kimś kontakt. Jeśli ta osoba nie zamierza ustąpić nawet o 5% bo uważa, że wyżywanie się na mnie należy jej się jak psy zupa i tylko reaguje większą agresją na sprzeciw wobec takiego zachowania, to ja robię to co jest niezbędne by się przed jej zachowaniami chronić.

                Tata pełen był wspaniałych deklaracji, jego agresja słowna była bardziej ukryta, więcej biernej agresji, manipulacji, ciągłego wbijania szpili a potem owijania w bawełnę, że przecież nic się nie stało. Do tego ciągle powracające zachowania molestujące z klepaniem tu i ówdzie. I znów zrozumienie, współczucie nie sprawia, że nie boli. Bo nie chodzi tylko o stare głupie metody wychowawcze, gdy mogli nie znać lepszych, chodzi o zwykłe podłe zachowania teraz. Ile razy można zwracać uwagę gdy druga osoba ma twoje uczucia gdzieś? Ile razy można podnosić swoją samoocenę, która jest regularnie deptana. Jak szanować siebie, gdy pozwalamy innym za każdym razem wykorzystywać nas, bez dawania czegokolwiek w zamian, nawet zwykłej ludzkiej życzliwości? Bo nawet nie chce im się udawać, że ich ja i moje życie interesują.

                > Moja mama ma teraz 79 lat , ojciec nie z
                > yje od 20, i ona dopiero teraz wie,co zle robila? A skad? Ano stad,ze teraz w
                > pierwszym lepszym czasopismie moze poczytac o wieziach i milosci.Kiedys wiedzia
                > la tyle, ile wyniosla z domu. I mimo,ze nie jest dla mnie autorytetem i czesto
                > mnie wkurza szanuje ja za to i nie zrywam wiezi, staram sie ja rozumiec.
                Wspaniale, moja mama uważa, że jest krzywdzoną niewinnością, najlepszą matką na świecie, której wszystko się należy, ale ona nic nie musi, nawet szanować elementarnie własnych dzieci. I owszem, czytała wiele różnych książek i gazet, ale trzeba chcieć przyznać się do błędu i zmienić, narcyz NIGDY tego nie zrobi, zawsze winę przerzuci na innych. Więc skoro ona taka dobra, to ja muszę być bardzo zła i trzeba mnie za to karać. Także porównywanie 79 letniej staruszki z refleksją po latach, z narcyzem w pełni sił i pełnym jadu, to naprawdę nadużycie.

                Tak, jestem nielojalna wobec moich rodziców wg wielu definicji. Pytanie czy oni byli lojalni wobec mnie? Nie można niszczyć psychicznie dziecka i domagać się zamian niekończącej się troski i obecności. Nawet prawo nie zobowiązuje do osobistej opieki nad rodzicami, bo to w wielu sytuacjach nieludzkie.
                Tak, dręczyli mnie - do dobre określenie. Ale nie, nie karzę ich. Odcięłam się, by chronić siebie. Bo nie zasługuję na to by mnie tak traktować. Bo nie mogę ich zmienić, im jest dobrze tak jak jest. Jeśli ja o siebie nie zadbam, to nikt tego nie zrobi. I tak, chronię moją relację z partnerem, narcyzki próbowały ją zniszczyć. Chronię życie oparte na miłości i szacunku, które buduję od dłuższego czasu. Rodzice nie chcieli być jego częścią, wolą swoje klimaty. Ja na takich zasadach budować relacji już nie zamierzam. Miłość do rodziców nie przeszkadza miłości do innej osoby, ale utrzymywanie przemocowej relacji już tak. Odbija się na naszych emocjach i zachowaniach. A ja nie chcę by partner obrywał rykoszetem za czyjaś podłość. Nie chcę też być przez nich wiecznie osłabiana, zamiast coś osiągać tracić czas na dochodzenie do siebie po kolejnym spotkaniu. Nie ma nic dobrego z tego.
                • sebalda Re: Żyjemy obok siebie.... :( 16.11.13, 20:12
                  Sorvino, choć sama jestem matką dorosłych dzieci, choć smutno sie czyta o tym, że dziecko zrywa kontakt z rodzicami, rozumiem Cię, popieram i uważam, że robisz dobrze. Przemocy trzeba dawać odpór, nawet gdy stosują ją rodzice, którzy wszak nie są świętymi krowami, jeśli są naprawdę toksyczni i nas niszczą, w imię czego mamy im wiecznie przebaczać i pobłażać? Dawać się bezkarnie niszczyć? Żyjemy tylko raz, dlaczego musimy cierpieć bez własnej winy? Bo tak trzeba i wypada?
                  • zuzi.1 Re: Żyjemy obok siebie.... :( 16.11.13, 21:25
                    Dokładnie, zgadzam się z sebaldą, z takimi ludźmi NIE MOŻNA utrzymywac kontaktów, bo szkodzą zdrowiu. Sorvina podjęłaś b. dobre decyzje, trzymaj ich od siebie i partnera z daleka.
                    • sorvina Re: Żyjemy obok siebie.... :( 16.11.13, 22:04
                      zuzi.1, sebaldo - dziękuję.
                • adorra0 Re: Żyjemy obok siebie.... :( 17.11.13, 18:18
                  Sorvino czyli od czego zacząć - od pracy z wewnętrznym dzieckiem? Będę wdzięczna za odpowiedź.
                  • sorvina Re: Żyjemy obok siebie.... :( 17.11.13, 20:16
                    adorra0 napisał(a):

                    > Sorvino czyli od czego zacząć - od pracy z wewnętrznym dzieckiem? Będę wdzięczn
                    > a za odpowiedź.

                    Wszystko zależy od tego na jakim etapie jesteś. Praca z wewnętrznym dzieckiem może być trudna na początek - dotyka silnych emocji. Lepiej wpierw podnieść poczucie własnej wartości, nauczyć się świadomie czuć i akceptować własne emocje. Wzbogacić się o wiedzę psychologiczną. Wtedy możemy być wsparciem dla swojego wewnętrznego dziecka, łatwiej będzie zrozumieć wychodzące na powierzchnię wspomnienia, emocje i z nimi pracować.
                    • adorra0 Re: Żyjemy obok siebie.... :( 17.11.13, 20:33
                      Dziękuję.
                      • zuzi.1 Re: Żyjemy obok siebie.... :( 17.11.13, 22:47
                        Sorvina, sorry, że Ci znowu cukrzę, ale co byś nie napisała, to jest zawsze trafione w punkt, jesteś kobieto niesamowita.... Weź rzuc te komputery i realizuj się jako psycholog ;-)
                        ps. na przeziębienie i poprawę odpornosci dobry jest olej z wątroby rekina - np. Ecomer, Iskial (nie zwykły tran z dorsza), w okresie jesień zima powinno się go stosowac codziennie w maksymalnej zalecanej dawce dziennej plus zwykły Rutinoscorbin zażywany codziennie, który uszczelnia naczynia krwionosne i blokuje dostęp wirusów do organizmu, trzymaj się i zdrowia Ci życzę ;)
                • molly_wither Re: Żyjemy obok siebie.... :( 18.11.13, 20:01
                  Wczoraj odwiedzilam moja mama. Wrocilam z bolem brzucha. Latami leczylam sie gastrycznie, by wreszcie zdiagnozowac,ze bole maja przyczyne psychosomatyczna,nie gastryczna.
                  To "pamiatka", bo dziecinstwie spedzonym w toksycznym domu.
                  Teraz juz to wiem,ale latami nie mialam o tym pojecia,jak dziala na mnie moj "rodzinny" dom.
                  Niestety,albo stety, jak pisalam wczesniej,zostala mi tylko matka. Czy dlatego,ze odchorowuje kazda wizyte u niej mam zerwac z nia kontakt? Gdyby nie ja pies z kulawa noga by jej nie odwiedzil (izoluje sie od ludzi, bo jej tak dobrze). A jednak widze,jak sie cieszy,kiedy wpadam na te godzine czy dwie. Nie wie, ja zke sie potem czuje. Uciekam z jej mieszkania w ktorym spedzilam ponad 20 lat,najgorszych w moim mniemaniu, ale w jej mniemaniu nie, bo ona nie interesuje sie psychologia, nie uzywa slowa toksyczny w stosunku do relacji, bo nie wie,ze cos takiego istnieje, nie wie co to koluzja i inne takie tam... Czy ja mam teraz,kiedy ona stoi nad grobem karac ja za moje spaprane dziecinstwo izolowaniem sie? Nawet mi to nie przychodzi do glowy.
    • molly_wither pustka... 14.11.13, 18:04
      ...wypelnia glowe naszej autorki. Ja juz nawet nie wiem,jak komentowac, bo jak mozna skomentowac pustke? Trzeba byc poeta.Moze kiedys bylam,ale sie zmienilam, he he.
      • ad.a6 Re: pustka... 18.11.13, 09:05
        Śmiej się dalej..... lepiej CI?
        • molly_wither Re: pustka... 18.11.13, 20:05
          Nie,nie smieje sie juz, za wczesnie skomentowalam watek. Taki mam temperament.Przepraszam:)
          ad.a6 napisał(a):

          > Śmiej się dalej..... lepiej CI?
    • agnieszka_iwaszkiewicz Re: Żyjemy obok siebie.... :( 15.11.13, 11:40
      Myślę, że tytuł wątku nie ddaje prawdy. Nie żyjecie Państwo obok siebie. Wręcz przeciwnie, wzajemnie się obserwujecie, Pani ma wymagania i roszczenia wobec partnera, które Pani mu anonsuje i oczekuje ich spełnienia. On tego nie robi, jednocześnie spłacając kredyt, który traktuje chyba jako wspólne zobowiązanie. To nie jest obojętność, jakby sugerował tytuł. Nie myślę, jak część osób wypowiadających się, że jest Pani materialistką lub osobą skupioną na finansach bez refleksji traktującą inne zachowania partnera.
      Sytuacja finansowa i to jak ją Pani subiektywnie przeżywa ( do czego ma Pani prawo ) wywołuje różne przeżycia. U Pani dostrzegam poczucie bycia wykorzystaną, co rodzi poczucie krzywdy oraz rozczarowanie związane z ograniczeniami finansowymi.
      O pieniądzach też trudno rozmawiać bez poczucia, że jest się niedelikatnym, że się krzywdzi, że się jest materialiską a są przecież wyższe wartości ( miłość, przyjaźń, filantropia ) niż pieniądze, które to winny być na dalszym planie. Pieniądze, w tym i rozmowy o nich, w potocznym rozumieniu są brudne.
      Dlatego myśłę, ze jest Pani zawieszona w niezbyt wygodnej pozycji pomiędzy wykorzystaną ofiarą a wymagającym katem. Nie wiadomo jak się w tym ruszać. Każde uczucie jest dojmujące.
      Nie dam dobrej rady jak ten problem rozwiązać. Bo to wymaga od Pani różnych przemyśleń. Ale w ich podejmowaniu nie pomoże Pani opisany wyżej stan emocjonalny. On zaćmiewa Pani umysł i przerzuca Panią raz w kierunku ofiary, raz w kierunku kata.
      Proszę tez pamiętać, ze to są role, które pani przybrała w tym związku, w tej sprawie. To nie jest wykładnia Pani osobowości.
      Może to co napisałam, trochę uwolni Panią z kleszczy ambiwalencji i pomoże konstruktywnie rozwiązać, istotny w końcu problem.
      Dodam jeszcze, choć będzie to miało wymiar niekorzystnie genderowy, że mężczyzna gorzej zarabiający postrzegany jest ciągle jeszcze, cząsto podświadomie, jako słabszy. Kobieta o lepszym statusie materialnym często jako "charpia", "modliszka". To też nie sprzyja racjonalności myślenia. Trzeba dużego hartu aby nie popaść w te stereotypy. Tak jak udało się to "verdanie", bo często o tym na forum pisze. Agnieszka Iwaszkiewicz

      • t1ffany Re: Żyjemy obok siebie.... :( 15.11.13, 11:56
        "charpia" uczyniła mój dzień lepszym ;))

        Swoją drogą brak możliwości edycji posta (moderatorów też to dotyczy?) na tym forum bywa irytujący.
        • sebalda Re: Żyjemy obok siebie.... :( 15.11.13, 12:21
          Oj tam, oj tam, T1ffany, nie bądź drobiazgowa, w najlepszej rodzinie się zdarza;)

          Miałam jeszcze taką refleksję. Jak łatwo jest oceniać na podstawie wyrwanych z kontekstu i subiektywnych wypowiedzi na forum. Jak łatwo potem ferować wyroki. Autorka przyznała, że wymawia partnerowi to, że jest nieudacznikiem, zarzuca mi nieporadność męską, to, że za dużo je na przyjęciach i pewnie jeszcze wiele różnych rzeczy. Wypomina mu zakupy, jakie dla niego zrobiła, zapominając, że pozbawia go całej pensji, więc on nijak tych zakupów sobie zrobić nie może. Przyznała, że wyżywa się na nim, że mu ubliża (na innym forum). Ale nie omieszkała napisać, że on jej raz zarzucił, że zrobiła się mało kobieca i na tej podstawie prawie zrobiono z niego przemocowca. Czy można się dziwić facetowi tak traktowanemu, odzieranemu de facto z godności, że kiedyś w kłótni zapewne, gdy go pewnie partnerka tym narzekaniem doprowadziła do ostateczności, on tak powiedział w odwecie?
          Znowu mi to przypomina mojego męża, który setki razy zachowywał się wobec mnie skandalicznie, a jak ja raz (w ciągu 25 lat małżeństwa) użyłam nieparlamentarnego słowa wobec niego, bo byłam doprowadzona do ostateczności, on teraz w każdej, dosłownie w każdej większej kłótni mi to wypomina. Gdyby pisywał na forach, też zapewne by to przytoczył. I co? Forumowicze zgodnie by mnie potępili. Mimo to, że to on latami mnie wyzywał, poniżał, ranił w najgorszy sposób. Jak łatwo jest manipulować prawdą:(
          • paris-texas-warsaw Re: Żyjemy obok siebie.... :( 15.11.13, 13:01
            Kocham to forum:)
            To taka nasza namiastka terapii grupowych:) Sorvina jako psychoterapeuta, Pani Agnieszka - supervizor, Zuzi - sekretarz całego stuffu, a my wszyscy swoje pieczenie piekący przy jednym ogniu:)
            • sebalda Re: Żyjemy obok siebie.... :( 15.11.13, 13:22
              > To taka nasza namiastka terapii grupowych:)

              Ja już od bardzo dawna to powtarzam. Wielu moich znajomych kompletnie nie rozumie idei uczestnictwa w forum, jakimkolwiek zresztą. Wiele razy tłumaczyłam, że organizacyjnie ciężko mi się zebrać, by uczestniczyć regularnie w spotkaniach grup wsparcia, co jest często bardzo pomocne, a forum w pełni zaspokaja taką potrzebę:)
              Ja tu nie tylko uczestniczę w grupie wsparcia, ale to tu otrzymałam diagnozę, tu wskazówki co do lektur, tu się dokształcam, zwierzam, podbudowuję dawaniem rad innym (wiem, wiem, nie mam prawa).
              Lubię to miejsce. Choć czasami robi się lekko niemiło, daleko nam do poziomu, który czasami niestety osiąga na przykład RiCD. Z reguły trzymamy fason:)))
            • molly_wither Re: Żyjemy obok siebie.... :( 15.11.13, 20:04
              Dokladnie. Mnie tez wiele uswiadomil ten watek.Ale nic nie zmieni juz w moim zyciu:(
              Moge sie tylko troche zmienic ja.Na lepsze oczywiscie:)

              paris-texas-warsaw napisała:

              > Kocham to forum:)
              > To taka nasza namiastka terapii grupowych:) Sorvina jako psychoterapeuta, Pani
              > Agnieszka - supervizor, Zuzi - sekretarz całego stuffu, a my wszyscy swoje piec
              > zenie piekący przy jednym ogniu:)
            • filetta Re: Żyjemy obok siebie.... :( 18.11.13, 18:23
              Kocham to forum:)
              > To taka nasza namiastka terapii grupowych:)

              Podpisuję się pod tym obiema rękami...
          • pogodoodporna Re: Żyjemy obok siebie.... :( 15.11.13, 13:25
            sebalda napisała:

            >. Ale nie omieszkała nap
            > isać, że on jej raz zarzucił, że zrobiła się mało kobieca i na tej podstawie pr
            > awie zrobiono z niego przemocowca.

            Tak mi sie jeszcze pomyslalo, ze trzeba by te "kobiecosc" zdefiniowac. Bo o ile zrozumialam, to dla autorki watku kobiecosc rowna sie drogie ciuchy i fryzjer, a jej parrtnerowi mogloby chodzic o jej zachowanie, ktore on z kobiecoscia nie kojarzy- roszczeniowosc, agresywnosc, malkontencja. Byc bardziej kobieca moze rownie dobrze znaczyc- byc usmiechnieta, wyluzowana, radosna. Ale moze sie myle, kto to wie co mezczyznom w glowach siedzi, watpie jednak, zeby posiadaczke drogich butow klasyfikowali jako bardziej kobieca ;-)
            • ad.a6 Re: Żyjemy obok siebie.... :( 18.11.13, 09:10
              pogodoodporna napisał(a):

              > sebalda napisała:
              >
              > >. Ale nie omieszkała nap
              > > isać, że on jej raz zarzucił, że zrobiła się mało kobieca i na tej podsta
              > wie pr
              > > awie zrobiono z niego przemocowca.
              >
              > Tak mi sie jeszcze pomyslalo, ze trzeba by te "kobiecosc" zdefiniowac. Bo o ile
              > zrozumialam, to dla autorki watku kobiecosc rowna sie drogie ciuchy i fryzjer,
              > a jej parrtnerowi mogloby chodzic o jej zachowanie, ktore on z kobiecoscia nie
              > kojarzy- roszczeniowosc, agresywnosc, malkontencja. Byc bardziej kobieca moze
              > rownie dobrze znaczyc- byc usmiechnieta, wyluzowana, radosna. Ale moze sie myle
              > , kto to wie co mezczyznom w glowach siedzi, watpie jednak, zeby posiadaczke dr
              > ogich butow klasyfikowali jako bardziej kobieca ;-)

              Ja nie potrafię być wyluzowana mając dylemat, czy kupić buty czy zapłacić za prąd. Dawniej takich problemów nie miałam. I mogłam sobie być kobieca na dwa sposoby: dobrze ubrana i uśmiechnięta, wyluzowana. Chyba tylko jedna osoba tutaj rozumie tak naprawdę mój problem, cała reszta broni chłopa, który oj biedny, więcej nie może. Dobra, od jutra startuję do pracy za najniższą i mam spokój, zostawię młodą samą w domu, psa, obiadu też nie będę gotować, bo przecież jak pracuję na godziny ranne jak mój partner to mi ten obowiązek spada...on twierdzi, że jak jestem przedpołudniami w domu to powinnam, ale on jest przed południem w pracy, przychodzi na gotowe, a ja po południu pracuję - wniosek: ja muszę w domu wszystko, bo biedny misio jest w pracy.
          • t1ffany Re: Żyjemy obok siebie.... :( 15.11.13, 13:34
            > Miałam jeszcze taką refleksję. Jak łatwo jest oceniać na podstawie wyrwanych z
            > kontekstu i subiektywnych wypowiedzi na forum. Jak łatwo potem ferować wyroki.


            Absolutnie tak! Od siebie dodam że bardzo często dochodzą jeszcze dwa zaciemniające czynniki:
            - autor wątku jest z reguły stroną w jakimś konflikcie, przez co siłą rzeczy relacjonuje go bardzo subiektywnie. Te same wydarzenia oczami różnych osób mogą wyglądać zupełnie inaczej i nie trzeba do tego nawet złej woli. Nikt nie jest dobrym sędzią we własnej sprawie. Ani nawet sprawozdawcą.
            - komentujący bardzo często patrzą na sprawę przez pryzmat własnych doświadczeń. Wystarczy że jakiś szczegół czy dwa się zgadzają i omawiany facet jawi się jako alter ego kogoś kogo sami spotkaliśmy. Jakaś kobieta faktycznie maltretowana przez partnera przeczyta że pan pani zarzucił brak kobiecości i <ciach> już jest widzenie tunelowe zagadnienia. Mam wrażenie że w tym konkretnym wątku przykładowo taka Paris (heloł:P ) dołożyła co-nieco od siebie.

            Ale nawet mimo tych wszystkich przeszkód można tu prawie w każdym wątku przeczytać bardzo ciekawe porady, takie o charakterze uniwersalnym. Nie tylko od namiętnie smarowanej wazeliną Sorviny :P ale i od innych forumek również.
          • ad.a6 Re: Żyjemy obok siebie.... :( 18.11.13, 09:05
            Zrobiłam się mało kobieca dzięki niemu. Kiedyś dokładnie dobierałam co na siebie zakładam, teraz jest mi to obojętne, bo swoje wszystkie siły koncentruję na jednym: ZARABIANIU KASY by starczyło od pierwszego do pierwszego. No proszę, i to materialistką jestem. Chyba większość piszących tu osób nie zna pojęcia materializmu. U mnie nic nie kręciło się dookoła kasy, dopóki nie poznałam mojego partnera, na siłę wzięłam kredyt (jak szłam do banku podpisywać papiery to czułam się jak skazaniec przed szubienicą), tak naprawdę wcale go nie chcąc, on tylko rozkładał rączki bezradnie mówiąc "kochanie, skąd ci wezmę?". Nie, nie kieruję się stereotypami że facet MUSI. Ale chociaż by próbował. Mam wrazenie, że on próbuje, by schrzanić, i potem mówi, "widzisz, nie mówiłem, że nie umiem?"
            Śmiejcie się dalej ze mnie, proszę... miłej zabawy życzę.
      • molly_wither Re: Żyjemy obok siebie.... :( 15.11.13, 20:01
        To jest genialne stwierdzenie! Biorę je równiez do siebie.
        Dziękuję Pani:)

        agnieszka_iwaszkiewicz napisała:
        >
        > Proszę tez pamiętać, ze to są role, które pani przybrała w tym związku, w tej s
        > prawie. To nie jest wykładnia Pani osobowości.
        >
    • filetta Re: Żyjemy obok siebie.... :( 15.11.13, 13:29
      Jest pod wielkim wrażeniem, Sorvino. Tak mądrze i zrozumiale piszesz, że można czytać w kółko. Najbardziej jednak wciąga ta pozytywna aura... Dzięki :)
      • sorvina Re: Żyjemy obok siebie.... :( 15.11.13, 13:42
        Dziękuję :)

        Co do namiętnie smarowanej ostatnio wazeliny, od kilku dni przerabiam temat bycia docenianą za to co robię z pasją (a nie jest mądre i rozsądne wg mojej rodziny) i ilość dobrych słów jakie dostałam potraktuję jako informację, że dobrze mi idzie :)

        Co do moich ostatnich postów, wczoraj rozmawiałam z prawie-mężem o tym wątku i spytałam jak to wygląda z jego perspektywy, bo może mieć inną. Czy czuje, że próbuję go zmieniać/kontrolować. Zareagował wielkim zdziwieniem i odpowiedział pewnie, że nie, towarzyszę mu w rozwoju i wspieram w nim, co bardzo sobie ceni, bez prób zmiany na siłę. Uff, chyba naprawdę większość współuzależnienia za mną :)
        • sebalda Re: Żyjemy obok siebie.... :( 15.11.13, 14:22
          Sorvino, nie wiesz, jak Twoje posty pomagają. Córka nie miała jeszcze czasu przeczytać, ale wysłałam to koleżance, która jest na etapie budowania związku, a zarówno ona, jak i jej partner, są dość mocno pokiereszowani przez wcześniejszych partnerów, więc oboje się boją, ale też są czujni. Jak ona mi dziękowała, jaka była szczęśliwa, że podobnie myśli i czuje, że to jest właśnie to! Myślę, że jeszcze nie raz będę odsyłała niektóre osoby do czytania tych rzeczy:)
        • paris-texas-warsaw Re: Żyjemy obok siebie.... :( 15.11.13, 14:32
          Ja sobie zrobiłam wizualizację twarzy męża, ale słabo mi szło, bo w ogóle słaba jestem w wizualizacjach, ale jak wrócił do domu, to się przyjrzałam i wygladał całkiem, całkiem:) Nie wiem, jednak, co to oznacza:)))
          • sorvina Re: Żyjemy obok siebie.... :( 15.11.13, 14:40
            paris - jeśli nie jesteś wzrokowcem to wyobraź sobie słuchowo lub czuciowo że jest obok. Chodzi o poczucie najgłębszej reakcji na niego. Nie sytuacyjnej - jaką ma minę, czy kupił wszystko co trzeba itp. tylko ogólnej. Pewnie, że pożądanie też będzie jedną z reakcji, ale jeśli jedyną to masz odpowiedź na czym opiera się ten związek.
            • paris-texas-warsaw Re: Żyjemy obok siebie.... :( 15.11.13, 14:49
              W tym całkiem, całkiem, wiele spraw się zawiera. To naprawdę człowiek "lepszy" ode mnie, ale miał w zyciu łatwiej:) Ja czasem ostatnio nawet nie myslę, że go kocham, ale że dopiero się staram go pokochać:)
              • sorvina Re: Żyjemy obok siebie.... :( 15.11.13, 16:56
                paris-texas-warsaw napisała:

                > To naprawdę człowiek "lepszy"
                > ode mnie, ale miał w zyciu łatwiej:) Ja czasem ostatnio nawet nie myslę, że go
                > kocham, ale że dopiero się staram go pokochać:)

                Jakoś niefajnie mi zapachniało to "lepszy"... o człowieku nie świadczy to gdzie jest, ale jaką drogę przeszedł. W końcu można zostać milionerem tracąc większość majątku będąc miliarderem ;) Każdy ma w sobie coś wspaniałego i inspirującego, tylko nie każdy to docenia i robi z tego użytek.

                Nie wiem czy można nauczyć się kogoś kochać miłością partnerską (bo taką ogólnoludzką, jak bliźniego można), ale na pewno niektórzy (DDA/DDD) czasem muszą nauczyć się kochać w ogóle. Bezinteresownie, stale (co nie znaczy, że równie silnie czujemy miłość 24h na dobre). Przecież to dla nich abstrakcja. Ludzie potrafią mieć różne dziwne wyobrażenia po trudnym dzieciństwie czym jest miłość - że jest cierpieniem, poświęcaniem się itp. bo takie skojarzenia nabrali w domu. A miłość to delikatne uczucie, które po prostu jest i płynie bez ograniczeń, chyba, że mu się je stawia, albo je bagatelizuje, czekając na SILNE emocje co z perspektywy doświadczeń z domu oznacza przynajmniej dramat średniego kalibru perturbacje na serial o 2 sezonach ;) A miłość jest silna, ale nie intensywna.
                Jak zaczęłam czuć miłość dzień po dniu i dzień po dniu było tak miło i bezpiecznie, to świrowałam - to było coś nieznanego, a więc dziwnie się z tym czułam, pojawiało się poczucie zagrożenia, wątpliwości czy to to itp. Ale do dobrego człowiek się szybko przyzwyczaja. Najlepszym sprawdzianem jest czas - miłość będzie budować i uszczęśliwiać, uzależnienie od drugiej osoby, sama namiętność - z czasem niszczyć.
          • paris-texas-warsaw Re: Żyjemy obok siebie.... :( 15.11.13, 14:45
            Tak, miłość jest najważniejsza:)

            Od kilku dni zbieram się, żeby napisać post o matkach leczących się psychicznie, tak sobie wczoraj pomyślałam i w świetle tych postów o miłości, i relacjach z innymi ludźmi i w świetle, tego co pisałaś o mamie chorującej na depresję. Ostatnio był tu taki topik, wypowiedziałam się, a dosięgła mnie "wiktymizacja wtórna" (no, bo pierwotna to jako dziecko takiej matki). Jak znajdę czas musze napisać, ale to by był dłuższy post, a czasu nie mam za dużo:) Sorvino, czytałam sobie, co kiedyś napisałaś, o kategoryzacji leczenia za granica takich ofiar (pomocy adresowanej stricte do dzieci/rodzin), myślę czasem o Lifie z forum Psychologia, o jego matce, o swoim w realu pozytywnym stosunku do osób chorych, których kilka znam, ale w przypadku tak bliskiej i zakreconej osoby jak własny rodzic trudno sie połapać, gdzie zło, gdzie choroba, a do tego człowiek wie, że nikt nie zrobił dla niego tyle dobrego, a jednoczesnie tak go nie rozjechał, może mimo woli.
            • sebalda Re: Żyjemy obok siebie.... :( 15.11.13, 15:30
              Ost
              > atnio był tu taki topik, wypowiedziałam się, a dosięgła mnie "wiktymizacja wtór
              > na" (no, bo pierwotna to jako dziecko takiej matki)
              Paris, ale czy Ty pomyślałaś, co czuje matka cierpiąca na depresję (a mogła zapaść na nią już po urodzeniu dziecka), gdy przeczyta, że to jest najgorsza rzecz, jaka może spotkać dziecko??? Nie dość, że cierpi na depresję, to jeszcze ma się gorzej czuć, bo nie nadaje się na matkę i krzywdzi swoje dziecko? Czy wobec tego powinna oddać to dziecko, nie wiem, ojcu dziecka i się wyprowadzić (jak ma gdzie), jak ojciec nie chce, to swoim rodzicom? A jak nie ma rodziców to do domu dziecka???
              Nie napisałaś o nasileniu depresji, o jej leczeniu, o staraniach takiej matki, tylko pojechałaś po całości i uważam, że to mogło cholernie zaboleć wiele czytających to matek. Bardzo mi Ciebie żal, że miałaś w domu, jak miałaś, współczuję z całego serca, ale czy to powód, by pisać tak okrutnie i tak ogólnie?
              • paris-texas-warsaw Re: Żyjemy obok siebie.... :( 15.11.13, 15:46
                Ja wtedy napisałam, że depresja matki, to jedna z najgorszych rzeczy jaka może spotkać dziecko. Są gorsze, to jasne. Ja nie pisałam o matkach, tylko o perspektywie dziecka i jego "bilansie". Mieć do mnie pretensję, to jak mieć pretensję, do dziecka narkomana, że pisze, że to jedna z najgorszych rzeczy, że tata ćpa. No bo przecież wiadomo, narkomana też lecza psychiatrzy, i nałogi różne maja etiologie, a nawet psychologiczne wparcie mają oprawcy w więzieniach. Ale nie mam teraz czasu szerzej tego opisywać, jak się zbiorę, to napiszę. Nie dam się zakrzyczeć:) Wprawdzie wtedy się zgodziłam z Tobą Sebaldo, ale chyba dlatego, że chciałam jednak znowu być "dobra", jak właśnie mały dzieciak, któremu wszystkie ciotki i babcie tak trują nad głową "by być dobrym dla mamusi", a to nie było do końca przemyślane. Teraz już tak nie uważam. Jak znajdę chwilę to temat rozwinę, może ktoś miał podobny problem, to coś innego niż chory współmałżonek lub chore dziecko, albo chora babcia do opieki.
                • ad.a6 Re: Żyjemy obok siebie.... :( 18.11.13, 10:52
                  Bardzo dziękuję za wszystkie wypowiedzi. Niektóre osoby wnikliwiej przeanalizowały problem (dzięki, Sorvino, dzięki, Paris), inne się wyżyły. Nie wiem tylko, gdzie ja napisałam że chcę leżeć, pachnieć, nic nie robić. Owszem, byłam rozpieszczona (ale bez przesady i jak normalne dziecko w normalnej rodzinie miałam sporo obowiązków), ale okres rzekomego rozpieszczenia skończył się dla mnie wraz ze śmiercią ojca. Każda z nas ma jakieś nawyki, czy to dotyczące jedzenia, zakupów, ubierania się czy czegokolwiek. Gdzie jest napisane, że wraz z poznaniem partnera trzeba te nawyki bezwzględnie zmieniać? Owszem DIAMETRALNIE ZMNIEJSZYŁAM wydatki na siebie, ale od kilku miesięcy przestałam kupować sobie cokolwiek. Efekt: za niedługo nie będę miała w czym chodzić. Ja MUSZĘ się według co niektórych poświęcić. Partner według co niektórych NIE MUSI. Dziecko jest tylko moje, więc partnera NIE MUSI obchodzić czy ma co jeść i w czym chodzić. Partnera również NIE MUSI obchodzić czy rachunki są zapłacone. NIE MUSI się starać dorabiać. MOŻE siedzieć całymi popołudniami przed pilotem w ręku i komentować "brakuje ci, to idź sobie zarób". Biedny misio, bo jest DDA i tatuś go strasznie krzywdził bo chciał go siłą zmusić by zabrał się za męskie zajęcia, np elektryka, ślusarstwo. Czyli ja muszę ZNOSIĆ i tolerować wszystkie zachowania bo GO KOCHAM. On nie ma wobec mnie i dziecka żadnych obowiązków, mimo, że też kocha. Mimo, że wzięłam kredyt ze względu na niego, on nie musi NIC i robi łaskę że tę najniższą oddaje. Reasumując większość wypowiedzi masakra, brak słów. Aż się dziwię, że niektóre słowa napisały kobiety.
                  • rurek00 Re: Żyjemy obok siebie.... :( 18.11.13, 11:38
                    >> Czyli ja muszę ZNOSIĆ i tolerować wszystkie zachowania bo GO KOCHAM.

                    Prawdę mówiąc to ja nie rozumiem dlaczego musisz. Może lubisz? Pytałam się już raz dlaczego z nim jesteś, i odpowiedziałaś, że chciałabyś, żeby znów było tak jak na początku. Tylko, że wy się na początku ledwo znaliście, a teraz mieszkacie razem i widzisz dokładnie jaki jest. Nie pasuje ci, i uwierz mi, on się nie zmieni. Jest jaki widzisz. Faktycznie jest DDA, więc ciężkim partnerem do życia. Sam nie widzi problemu, pewnie nie podejmie terapii, więc też się nie zmieni. Nie wiem dlaczego zdecydowałaś się na to mieszkanie i kredyt, ledwo gościa znając. To była zła decyzja. Teraz jego o nią obwiniasz. Wg mnie nic z tego związku nie będzie.
                    To nie jest kwestia czy ktoś w tym związku jest zły czy dobry. Po prostu do siebie nie pasujecie.
                    Na przyszłość może wyciągnij pewne wnioski. Wg mnie wiązanie się z nim to przejaw jakiejś desperacji. To, że najpierw miałaś męża alkoholika, a teraz jesteś w związku z DDA też o czymś świadczy. Dlaczego weszłaś w ten związek, i teraz aż tak kurczowo się go trzymasz? Tylko zastanów się nad tym i to przemyśl, bo to co było nie wróci, wtedy ledwo się znaliście, oboje opowiadaliście sobie bajki przez internet, a teraz jest prawdziwe życie.
                    Z jednej strony masz o sobie dość dobre zdanie, a z drugiej 0 pewności siebie. To chyba tylko taka osłona dymna, a wewnątrz boisz się samotności, albo nie wiem czego? Ty pewnie wiesz. Nie musisz tego nawet tu pisać, ale pomyśl.
                  • sebalda Re: Żyjemy obok siebie.... :( 18.11.13, 11:45
                    Ada, Tobie naprawdę nie dało do myślenia, że tyle kobiet pokazało Ci pewne błędy, które popełniasz? Zdecydowana większość tu się wypowiadających? Nie jedna, dwie - większość. Nie potrafisz spojrzeć na siebie, zastanowić się nad sobą? Ty kompletnie nic nie zrozumiałaś z tego, co tutaj dostałaś, a dostałaś wiele. Jesteś impregnowana na wiedzę i rady. Ty wiesz lepiej.
                    Wykastrowałaś swojego faceta wiecznym narzekaniem i wymaganiami, on ma dość, dlatego się nie stara. Idę o zakład, że teraz cokolwiek by zrobił i tak będzie źle. Wypominasz mu każdą duperelę, on przy Tobie jest kompletnie zdegradowany, jak on może chcieć coś dla Ciebie robić??? Mieszkanie kupiłaś SOBIE, nie jemu, pewnie niedługo go pogonisz albo on ucieknie od Ciebie, ile już tych pensji włożył w TWOJE mieszkanie? Zabrałaś mu wszystkie pieniądze, a chcesz, by Ci fundował różne rzeczy? Z czego? Już o to pytałam, ma sobie krew utoczyć z żył, sprzedać nerkę, bo Ty chcesz mieś nowe ciuchy? Co to za podejście, że za parę miesięcy nie będziesz miała w czym chodzić? Jesteś dzieckiem, że niszczysz ubrania albo z nich wyrastasz? Jesteś na dorobku, teraz jest czas zaciśnięcia pasa, tak trudno to zrozumieć???
                    • sebalda Re: Żyjemy obok siebie.... :( 18.11.13, 12:29
                      Tak sobie pomyślałam, że skoro Ty uważasz, że za parę miesięcy nie będziesz miała w czym chodzić (a przecież chyba masz jakieś ubrania), to może Twój facet też jakieś ubrania miał, jak się do Ciebie sprowadził, ale uznałaś je za niewystarczające (niemodne, nieciekawe???) i dlatego kupiłaś mu nowe, a teraz mu to wypominasz? Dlaczego za kilka miesięcy nie będziesz miała w co się ubrać? Masz potrzebę posiadania ciągle nowych rzeczy, ciągle najmodniejszych??? Co się dzieje z ubraniami, w których teraz chodzisz? Ja tego nie ogarniam.
                      Też lubię nowe ciuchy, ale mnie na to nie stać. Od czasu do czasu wpadam do kilku wypróbowanych second handów i zawsze coś tam fajnego wypatrzę. Żeby się dobrze ubrać, nie trzeba majątku, czasem lepiej ubrać się w coś niepowtarzalnego (znam dużo młodych, dobrze sytuowanych dziewczyn, które polują w lepszych lumpeksach) niż w drogie ciuchy z najnowszej kolekcji, które i tak za chwilę przestają być modne, a poza tym spotyka się masę kobiet w identycznych ciuchach, a to wcale nie jest takie fajne. No chyba, że ma się ambicje, żeby kupować u znanych projektantów, ale to już naprawdę nie ta półka i nie jak się kupuje mieszkanie na kredyt.
                      Z tego, co zrozumiałam, to Ty chciałaś wziąć kredyt (przez niego), a nie było tak, że on Cię do niego namawiał. Kiedy zaczniesz brać odpowiedzialność za własne decyzje i czyny?
                      Czy on nie rzucił dla Ciebie dobrej posady? On nic dla Ciebie nie zrobił? Tylko Ty się starasz i poświęcasz? Teraz tak, bo go już ubezwłasnowolniłaś, ale na początku on jednak wiele dla Ciebie zrobił, nie sądzisz???
                      • nammkha Re: Żyjemy obok siebie.... :( 18.11.13, 16:24
                        Sebaldo, Ada przyjęła tyle na ile była gotowa na ten moment. Powinnaś to zaakceptować.
                        Druga sprawa jest taka, że zbyt pochopnie zaczęłaś bronić jej męża, a ją piętnować i jakoś trudno ci było przestać, co słychać już nawet w ostatnim poście, kiedy piszesz, że powinna sie cieszyć z tego jakie ma ubrania i że Ciebie też nie stać na nowe. Może po prostu obie zasługujecie, na lepszych facetów i lepsze nowe ubrania? Nie pomyślałaś o tym? Swoją drogą byłoby mi trochę głupio pouczać ludzi samej będąc w tak nieudanym związku...
                        • sebalda Re: Żyjemy obok siebie.... :( 18.11.13, 16:39
                          Swoją drogą byłoby mi trochę głupio pouczać
                          > ludzi samej będąc w tak nieudanym związku.

                          Masz rację, jestem w nieudanym związku, dlatego nie mam prawa mieć swojego zdania, nie mam prawa się odzywać, powinnam siedzieć cicho i się nie wychylać.
                          A może właśnie dlatego, że tak dobrze, dogłębnie znam temat, mam więcej do powiedzenia? Może żal mi kobiet, które jeszcze nie widzą, jeszcze się łudzą? Ja to już przeszłam i wiem, jak się kończy.
                          Ale to zupełnie nie na temat w tym wątku, tak tylko się bronię:P
                          Uważam, że autorka wątku źle traktuje partnera i stąd jego taki, a nie inny stosunek do niej. Taki obraz się wyłania z jej postów i nic na to nie poradzę, że nie podoba mi się takie traktowanie drugiego człowieka.
                          • sebalda Re: Żyjemy obok siebie.... :( 18.11.13, 16:48
                            >>Może po prostu obie zasługujecie, na lepszych facetów i lepsze nowe ubrania?

                            I jeszcze drobna uwaga. Nie mierzę wartości faceta tym, na jakie ubrania mnie przy nim stać. To, że mam pecha i mój mąż nie dość, że się na mnie wyżywa, do tego zarabia niewystarczająco (inna sprawa to wysokie koszty utrzymania), nie oznacza, że ta druga przypadłość ma znaczenia przy ocenianiu go.
                            A na lepsze nowe ubrania kobieta powinna (jeśli jej tak zależy) umieć sama zarobić, to nie jest miernik tego, jakim człowiekiem jest mąż. Gdyby był leniem śmierdzącym, stracił pracę, nie szukał innej i jeszcze żłopał piwo - pełna zgoda - do odstrzału. Ale tutaj chłopak rzucił rodzinę, dobrą pracę, wszystko, w nowy miejscu nie ma możliwości znalezienia teraz lepszej pracy (na co go naraziła autorka), ale tego ona akurat nie zauważa. Tylko to, że PRZEZ NIEGO to ona ponosi straty, bo ZDECYDOWAŁA się wziąć kredyt. Na SWOJE mieszkanie. Gdzie tu sens i logika, bo ja nie łapię.
                            • zuzi.1 Re: Żyjemy obok siebie.... :( 18.11.13, 18:10
                              Ada, usiądź policz wszystkie za i przeciw i podejmij decyzję czy dalej chcesz z tym panem byc, czy nie. Bo jeżeli przez następne kilka lat Wasza sytuacja fin. się nie zmieni to zapadniesz na jąkąś chorobę ze swojej frustracji, a życie masz przecież tylko jedno. Czasem są panowie kompletnie niereformowalni, którzy całymi latami są niezaradni, bo im się nie chce, wiatr im zawsze w oczy wieje, mają b. zaradne partnerki, są minimalistami itp. i nie zamierzają lub nie potrafią się zmusic do wysiłku znalezienia b. popłatnej pracy, nie biorą na siebie odpowiedzialnosci zapewnienia własnej rodzinie lepszego poziomu życia, takie sprawy ich po prostu nie interesują, nie mają żadnych ambicji w tym względzie ( i tutaj żaden kryzys nie ma nic do rzeczy, tacy panowie są tacy jacy są zarówno w dobrobycie jak i w kryzysie...). Nie zgadzam się z Sebaldą, że to przez Ciebie Ada ten facet jest niezaradny, uważam, że jest niezaradny sam z siebie, widocznie tak mu wygodnie, oprócz tego jest DDA, więc ta dysfunkcja nie ułatwia bycia pewnym siebie i zaradnym. Jeżeli chcesz go realnie zmotywowac do podjęcia wysiłku zmiany pracy na lepszą i większych starań o Wasz związek, to jedyna metoda to tylko terapia szokowa, tj. prosisz go o to, aby się wyprowadził na jakiś czas, bo musisz przemyslec Wasz związek i zastanawiasz się, czy warto byc z nim razem...powiedz mu wprost, że nie masz już sił myslec za Was oboje nad finansami i masz tego dosc. Jeżeli facetowi będzie zależało na Tobie i związku, to wykrzesa z siebie wszystkie siły, aby znalezc lepszą pracę i aby lepiej zarabiac. Jeśli nie, to trudno, niech szuka kolejnej zaradnej pani do zycia albo niech bieduje za te 1300 zł które zarabia, jego sprawa... Przemysl dziewczyno czy warto się tak przy tym panu spalac emocjonalnie....
                              • kittykitty Re: Żyjemy obok siebie.... :( 18.11.13, 20:40
                                Przeczytałam większą część wątku i powiem tak - całkowicie rozumiem frustrację i odczucia Ady co do jej partnera i życia. Nie rozumiem dlaczego dla niektórych Pań tak naganne jest oczekiwanie Ady, że życie we dwójkę będzie łatwiejsze (również pod względem ekonomicznym) od życia w pojedynkę jako samotny rodzic. A Ada owszem pisze o pieniądzach, ale pisze również o tym, że czuje ciężar odpowiedzialności za wszystkie decyzje, że tak naprawdę dalej jest sama ze wszystkim problemami dnia codziennego, a nawet że tych problemów ma więcej niż poprzednio. Sama byłam samotną matką i gdy wychodziłam ponownie za mąż odczuwałam ogromną ulgę na myśl, że teraz nie będę już musiała radzić sobie ze wszystkim sama i być za wszystko odpowiedzialna. I choć zarabiałam wówczas 4 razy tyle co mój mąż, to wiedziałam że w razie czego on stanie na uszach by nas utrzymać. I tak właśnie po latach się stało.
                                Nie rozumiem dlaczego niektóre Panie np. Sebalda przyjęły założenie, że partner Ady zostawił dla niej wszystko i ona powinna to doceniać po grób i nie mieć w stosunku do partnera żadnych oczekiwań. Po pierwsze Ada nigdzie chyba nie napisała, że on miał tam jakąś super pracę za super pieniądze, że miał przyjaciół itp. Napisała za to jaki miał dom rodzinny. Ale nawet gdyby zostawił super pracę to co - nie była to jego decyzja? jego odpowiedzialność? Ada go do tego zmusiła? I to jest coś co usprawiedliwia jego aktualną postawę? Moim zdaniem pan znalazł ciepłe gniazdko i ucieczkę od toksycznego domu. To takie wygodne - mieć zaradną kobietę, oddać jej swoją pensję i zrzucić na jej barki troskę o codzienność.

                                Natomiast dziwi mnie sposób w jaki dwoje dorosłych ludzi podjęło tak ważne decyzje w swoim życiu. Wydaje mi się, że zabrakło wspólnego, bardzo jasnego omówienia kwestii zarówno konsekwencji przeprowadzki i zmiany pracy jaki i wzięcia kredytu i związanych z nim obciążeń finansowych. Omówienia konsekwencji, wzajemnych oczekiwań i odpowiedzialności za te decyzje.

                                Być może słuszne jest założenie, że obydwoje w dzieciństwie zostali postawieni w sytuacji wymagającej nadmiernej odpowiedzialności (Ada po śmierci ojca, jej partner w obliczu ojca pijaka i zdewociałej matki) i to rzutuje obecnie na ich postawy życiowe. Tyle tylko, że u Ady poszło to w kierunku potrzeby posiadania bezpieczeństwa finansowego i aktywnego dążenia do jej zaspokojenia a u jej partnera w bierność. Gdyby obydwoje byli "skrzywieni" (pardon za określenie) w tym samym kierunku nie byłoby problemu.

                            • molly_wither Re: Żyjemy obok siebie.... :( 18.11.13, 20:13
                              A co oznacza niewystarczajaco? Konkretnie? Bo dla jednego bedzie to 1500, dla drugiego 3000, a dla trzeciej , a wlasciwie trzeciej 30.000zl.
                              Zastanawiam sie, po co w ogole tkwic w zwiazku tylko dla pieniedzy.

                              > To, że mam pecha i mój mąż nie dość, że się na mnie wyżywa, do te
                              > go zarabia niewystarczająco (inna sprawa to wysokie koszty utrzymania), nie ozn
                              > acza, że ta druga przypadłość ma znaczenia przy ocenianiu go.
                              > A na lepsze nowe ubrania kobieta powinna (jeśli jej tak zależy) umieć sama zaro
                              > bić, to nie jest miernik tego, jakim człowiekiem jest mąż. Gdyby był leniem śm
                              > ierdzącym, stracił pracę, nie szukał innej i jeszcze żłopał piwo - pełna zgoda
                              > - do odstrzału. Ale tutaj chłopak rzucił rodzinę, dobrą pracę, wszystko, w nowy
                              > miejscu nie ma możliwości znalezienia teraz lepszej pracy (na co go naraziła a
                              > utorka), ale tego ona akurat nie zauważa. Tylko to, że PRZEZ NIEGO to ona ponos
                              > i straty, bo ZDECYDOWAŁA się wziąć kredyt. Na SWOJE mieszkanie. Gdzie tu sens
                              > i logika, bo ja nie łapię.
                            • kittykitty Re: Żyjemy obok siebie.... :( 18.11.13, 21:07
                              Nie mierzę wartości faceta tym, na jakie ubrania mnie p
                              > rzy nim stać. To, że mam pecha i mój mąż nie dość, że się na mnie wyżywa, do te
                              > go zarabia niewystarczająco (inna sprawa to wysokie koszty utrzymania), nie ozn
                              > acza, że ta druga przypadłość ma znaczenia przy ocenianiu go.

                              Litości, te pieniądze na ubrania to jedna z kilku rzeczy, o których pisała autorka. Pisała również o tym, że facet nie angażuje się w sprawy domowe, do niczego nie weźmie się z własnej inicjatywy itp. Ja rozumiem, że tu nie chodzi o sytuację gdy facet SIĘ STARA, próbuje dorabiać, szuka możliwości ale mimo to udaje mu się wyciągnąć średnią krajową. Autorka wyraźnie mówi o tym, że facet nie tylko NIE STARA SIĘ zarobić więcej ale też nie wkłada wysiłku w inne czynności. Ciekawe dlaczego zamiast sam zadzwonić do mechanika mówi do autorki "trzeba zmienić opony, umów nas"? Autorka nie żali się, że facet zamiast wziąć się do zarabiania pieniędzy przemienił się w perfekcyjną panią domu!!!! Ona mówi o braku zaangażowania faceta wyrażającym się na różne sposoby m.in. w braku determinacji do dorobienia.

                              Ale tutaj chłopak rzucił rodzinę, dobrą pracę, wszystko, w nowy
                              > miejscu nie ma możliwości znalezienia teraz lepszej pracy (na co go naraziła a
                              > utorka), ale tego ona akurat nie zauważa. Tylko to, że PRZEZ NIEGO to ona ponos
                              > i straty, bo ZDECYDOWAŁA się wziąć kredyt. Na SWOJE mieszkanie. Gdzie tu sens
                              > i logika, bo ja nie łapię.

                              No tutaj to bardzo jednostronnie patrzysz. Wg mnie to jeśli już to oboje wzajemnie się narazili na nieprzyjemności. Tyle tylko, że z opisu autorki jakoś nie wynika, by pan bardzo cierpiał... Cierpi za to ona.
                              • sebalda Re: Żyjemy obok siebie.... :( 18.11.13, 22:15
                                Ale ja to widzę tak, że ona opisuje tylko tak, jak jej wygodnie. Opisuje jego dom, bo to go dyskredytuje, ale o pracy w agencji reklamowej tylko napomyka, bo by wyszło, że zostawił dobrą pracę, a to już nie pasuje do jej wizji o tym, że tylko ona na tym straciła.
                                I ja nie mówię, że on jest ideałem, ale odnoszę wrażenie, że skoro na początku ona była dla niego naj, że skoro dla niej wszystko rzucił, skoro ona tak dobrze wspomina ten początek, to może jego zmiana nie jest spowodowana tym, że jemu nie chce się starać, ale tym, że ona go wiecznie krytykuje. Nawet na przyjęciach on za dużo je. Ją w nim już wszystko drażni i nie widać, by się hamowała w wyrażaniu tego. Jak się czuje człowiek wiecznie krytykowany, nazywany nieudacznikiem, z nieustannie niezadowoloną partnerką, która tylko wymaga, bo pisze wprost, że już jej się dla niego nie chce starać. Gdzieś jest ta pierwotna przyczyna, a z całokształtu (także jej roszczeniowej postawy wobec pracodawców) wynika, że tą przyczyną mogą być jej ciągłe niezadowolenie i wymagania.
                                Z jednym zgoda. Deficyty mają oboje i są to deficyty niekompatybilne, dla wszystkich lepiej, żeby się rozstali. To nie jest jej mąż, na szczęście. A skoro jest taki do doopy, to czemu ona go jeszcze nie pogoniła? Czemu męczy jego i siebie? A może na jego tle ona wychodzi na bohaterkę? Może do tego go potrzebuje?
                                • ad.a6 Re: Żyjemy obok siebie.... :( 19.11.13, 08:58
                                  Sebaldo: on zostawił pracę za 1400 zł. Do tego, z tego co mówi, mamusia podbierała mu jeszcze ciuszki typu skarpety, podkoszulki, bokserki i potajemnie wysyłała bratu do seminarium (teraz brat jest księdzem i z tego co wiem wypiął się na wszystkich). W agencji reklamowej za to pracowałam ja, nie on. Pracowałam tam jeszcze przed poznaniem W. i przez rok trwania związku. Potem szef stwierdził że byłam dobrym pracownikiem będąc sama, a W. ma na mnie zły wpływ, skoro nie daję rady siedzieć po nocach on-line, nie jestem wystarczająco dyspozycyjna i wręczył mi wypowiedzenie. To ja pracowałam na stanowisku kierowniczym w agencji reklamowej, nie on. Moje problemy w pracy właśnie zaczęły się po tych jego małych kłamstewkach i trwają do dziś. Czuję, że nie wyrabiam bo "co on znów odwali". Podam przykład: w miniony weekend - w sobotę konkretnie - miałam 7 godzin lekcji - poprosiłam, żeby W. zrobił wszystkie zakupy. Miał też kupić patelnię, którą przez przypadek sam spalił. Dostał do ręki plik pieniędzy + listę. Kasy było ze sporą górką, w każdym razie jeszcze raz tyle, co miał wydać na wszystkie zakupy, włącznie z patelnią. Kupił patelnię za 100 zł zamiast za 50 - te za 50 też są dobre, ceramiczne. Powód? "bo taka ładna była". A ja wściekła, że cała kasa za lekcje sobotnie koło nosa mi poszła. Zero oszczędności, zero myślenia.
                                  • ad.a6 Re: Żyjemy obok siebie.... :( 19.11.13, 09:15
                                    Moje problemy, zarówno w pracy jak i w relacjach z ludźmi, zaczęły się również wraz z zamieszkaniem z W. Zauważyłam (nie tylko ja) że zachowuję się inaczej, używam słów, których nigdy nie używałam, zdarzy mi się przeklinać, nie dbam o to, co na siebie założę, przy czym schudłam bardzo dużo (na tyle, że musiałabym sporo w garderobie wymienić). Już w pierwszym roku znajomości zauważyłam pewne zmiany, przestałam się interesować w takim stopniu pracą, a ze szef lubił, gdy jeszcze coś robiłam wieczorami i nocami (ja też to lubiłam), zaczęły się nieprzyjemności między mną a szefem, które nie wiedziałam jak tłumaczyć. Pokochałam W. szczerze, a wraz z postępowaniem tej znajomości zauważałam coraz więcej cech dyskwalifikujących go jako partnera, np. facet przyjeżdża na weekend do kobiety i nie kupuje nawet kwiatka, ani czegokolwiek innego. Żeby nie było oburzenia - chodziło mi tylko o symbol. Ja mam tak, że jak idę gdzieś, gdzie są dzieci, nie pójdę bez niczego, choćby czekoladki, mała książeczka, coś drobnego, cokolwiek - on nie. Im bardziej to dostrzegałam - tym bardziej w to brnęłam. Nie wiem jak to się stało. Utrata pracy "z hukiem" otworzyła mi oczy, wiem że bardziej się angażuję w niego niż w siebie i córkę. A że bardzo ją kocham i nie dałabym jej zrobić krzywdy, i nie chcę, żeby odczuła że jest gorzej finansowo, cierpię zatem ja, nie kupuję sobie nic, czasem nawet nie jem, bo widzę że jak przekroczę swój tygodniowy plan wydatków na jedzenie, a w lodówce wszystko znika, to po prostu nie jem.
                                    Mam tak jak śpiewała Chylińska "Nie mogę kochać bo słaba jestem wtedy, nie myślę o sobie i zatracam się".
                                    Zaangażowałam się emocjonalnie, finansowo, wściekam się o każdą kobietę, na którą on spojrzy, bo przecież mi powiedział na samym początku że "lubi" gustownie ubrane, długowłose brunetki. Ja już nie jestem ani brunetka, ani długowłosa. Marnie wygląda to, co ze mnie zostało.
                                    Byłam kiedyś kimś. Tak się zaangażowałam w ten związek, że "zeszłam na psy". Ja potrafię tylko pracować. Machinalnie, bo tak trzeba, za coś musimy jeść, wszystko opłacić, przetrwać. To wszystko.
                                    • sebalda Re: Żyjemy obok siebie.... :( 19.11.13, 10:05
                                      Ado, muszę Ci zatem zwrócić honor, bo najwyraźniej coś źle zrozumiałam. Myślałam, że on rzucił dobrą pracę, dom, matkę, wszystko dla Ciebie. Tymczasem nie do końca tak widać jest. Podajesz teraz więcej szczegółów i to układa sie w nieco inną całość.
                                      Ja mam słabość do dobrych, spokojnych, misiowatych facetów (w teorii), bo mam w domu przeciwieństwo, faceta zupełnie innego, z którym życie jest bardzo ciężkie. Wiesz, zawsze marzymy o tym, czego nie mamy;)
                                      Przy czym to wszystko nie zmienia faktu, że popełniłaś i popełniasz wiele błędów, którymi za wszelką cenę chcesz obarczyć partnera. To nie jest na przykład jego wina, że miałaś okropnego szefa. Nie można wymagać od pracownika pracy ponad siły i cenić go wyłącznie wtedy, gdy pracuje ciężko po godzinach, a gdy chce mieć trochę swojego życia - wyrzucać go z pracy. Z kimkolwiek chciałabyś się związać, efekt by był taki sam.
                                      Nie pisałaś wcześniej, że tak mocno zaangażowałaś się emocjonalnie. Spadłaś najwyraźniej ze zbyt wysokiego konia.
                                      Myślę, że oboje działacie na siebie nawzajem bardzo destrukcyjnie, macie kompletnie niekompatybilne potrzeby, rozmijacie się we wszystkim i dlatego nie widzę sensu w ciągnięciu tego na siłę. Własne mieszkanie to nie jest zła inwestycja, wyprowadzka od mamusi w tym wieku na pewno dobrze Ci robi, choć może sama o tym nie wiesz. Radziłabym uwolnić siebie i jego i poszukać lepszego kontaktu z samą sobą, ze swoimi emocjami i potrzebami. Dojść do lepszej samoświadomości, a dopiero potem szukać spełnienia przy DOBRZE wybranym partnerze.
                                      I nie myśl, że obecny partner stracił wigor przez to, że przestałaś o siebie dbać. Pomyśl, jak byś się czuła, gdyby druga strona byla z Ciebie nieustannie niezadowolona, gdyby Cię wiecznie krytykowała. Nikt na dłuższą metę nie jest tego w stanie znieść bez uszczerbku na swojej samoocenie i wzajemnych stosunkach. Prawie zawsze to sie kończy albo wybuchem i rozstaniem, albo częściej wycofaniem tak traktowanego osobnika. Co się u Was najwyraźniej stało.
                                    • pade do autorki 19.11.13, 11:56
                                      Masz dwa wyjścia, innych nie ma. Rozstajecie się albo...albo wysyłasz partnera na terapię dla dda. Wcześniej czytasz publikacje na ten temat, żeby choc trochę zrozumieć o co w tym wszystkim chodzi. Jego zachowanie jest konsekwencją m.in trudnego dzieciństwa i musisz to przyjąć do wiadomości.
                                      Nic nie zmienisz kłótniami, obrażaniem go, wymaganiami. Nic, kompletnie. Tylko sie wypalisz.
                                      Zmienic możesz własne zachowanie, nie jego.
                                      Prawdopodobnie Twój partner stosuje wobec Ciebie bierna agresję, stąd te "dwie lewe ręce", kłamstwa, "brak inicjatywy". Poczytaj o biernej agresji np. tu:
                                      kobieta.onet.pl/zdrowie/psychologia/bierna-agresja-boli-bardziej/9g8tw
                                      a o dda tu:
                                      www.dda.pl/index.php?option=com_content&task=view&id=23&Itemid=65
                                      a także na stronie Charakterów
                                      Cięzko sobie wyobrazić co przeżyło dziecko w domu, w którym był alkohol, jesli nie ma się za soba takiego doświadczenia. Ciężko sobie wyobrazić konsekwencje takich przezyć. Twój partner jest teraz dorosły i pewnie wg Ciebie powinien "wziąć się w garść" i zacząć być odpowiedzialnym człowiekiem.
                                      To nie jest takie proste...
                                      W większości domów, w ktorych królował alkohol panowała niepisana zasada: nic nie czuć, nic nie mówić. Problem z emocjami w dorosłym życiu i komunikacją murowany. Do tego dochodzi permamentny stres (upije się dzisiaj czy nie? wróci do domu? będzie awantura?) i brak poczucia bezpieczeństwa. I wiele, wiele innych trudności...
                                      Przyjmij na klatę, że nic nie zrobisz, nie zmienisz go, i kropka. To nie jest Twoja porażka. To jest właściwa reakcja na trudną sytuację. Nie jesteś terapeutą, robiąc to, co do tej pory możesz partnerowi jedynie zaszkodzić.
                                      Efektów nie spodziewaj się szybko, ałe lata żył w określony sposób, nie zmieni się z dnia na dzień.
                                      A Ty przepracuj swoją skłonność do wiązania się z osobami współuzaleznionymi i uzależnionymi. Nie ignoruj tego. Masz pewne szkodliwe dla Ciebie wzorce zachowań i oczekiwań i dobrze by było gdybyś je zmieniła. Na pewno na tym skorzystasz i Ty i Twoja córka.
                                      i jeszcze coś do poczytania:
                                      itc1.nazwa.pl/s/itc1_8/index.php/partnerzy-dda
                                      • pade Re: do autorki 19.11.13, 12:01
                                        polecam przeczytać artykuł z ostatniego linka w pierwszej kolejności
                          • molly_wither Re: Żyjemy obok siebie.... :( 18.11.13, 20:08
                            A zrywanie kontaktow z rodzicami popierasz. Taka troche podwojna moralnosc.Jak dla mnie.
                            Czlowiek to zawsze czlowiek.
                            sebalda napisała:

                            > nic na to nie poradzę, że nie podoba mi się takie traktowanie drugiego człowieka.
        • filetta Re: Żyjemy obok siebie.... :( 19.11.13, 09:14
          Nie ma w tym ani odrobiny wazeliny. Ja w wielu kwestiach utożsamiam się z tym, co piszesz.
    • filetta Re: Żyjemy obok siebie.... :( 19.11.13, 08:14
      Z mojego doświadczenia wynika, że zazwyczaj dorośli mężczyźni, którzy zbyt długo mieszkają z rodzicami (lub samotną matką), nie robią tego bez przyczyny.Tylko czasami jest to wyjątkowa sytuacja rodzinna czy zwykłe wygodnictwo, jeśli nie lenistwo. Trudno mi określić, jakie cechy charakteru powstrzymują ich przed usamodzielnieniem się, ale skutki tego są znamienne. Obserwuję coś takiego, co nazywam "niemocą nabytą" lub uwstecznieniem. Nie mają pojęcia o tym, na czym polega normalne, aktywne życie, o niewiele rzeczy muszą się postarać, oddają jakąś część zarobionych przez siebie pieniędzy (lub wcale), spełniają jakieś inne funkcje typu logistyka, zaopatrzenie, doradztwo i w zamian otrzymują całą obsługę swojej osoby. Często nie mają pojęcia o wysokości rachunków za media, o tym, ile kosztuje tzw. życie, że musi wystarczyć do pierwszego, ile czasu i wysiłku kosztuje np. sprzątanie, gotowanie itd. Nie twierdzę, że wszyscy tacy są, ale część na pewno. Być może uogólniam, ale tutaj mamy przykład takiego nie przygotowanego do samodzielnego życia mężczyzny. Mieszkał z rodzicami, oddawał część lub całość swojej pensji i od czasu do czasu zajmował się ratowaniem rodziny z kłopotów spowodowanych przez ojca alkoholika. Tylko to potrafi robić, bo według modelu wyniesionego z jego domu rodzinnego, na tym polega rola mężczyzny. Nie krytykuję go, ale myślę, że jego pojmowanie tej roli jest mocno ograniczone i zupełnie niezgodne z wizją mężczyzny jego partnerki, która potrzebuje dynamicznego, zaradnego, przedsiębiorczego. dobrze zarabiającego, energicznego faceta, który zaopiekuje się nią i jej rodziną. Podsumowując: ten związek to jedna wielka pomyłka. Moim zdaniem happy endu nie będzie, bo jeśli miałby nastąpić, oboje partnerzy musieliby sporo w sobie zmienić, by się dogadać. Czy są jakiekolwiek gwarancje, że uda im się na tyle zmienić, by zadowolić partnera? Czy taka diametralna zmiana własnej osoby po to, aby utrzymać status quo związku, jest możliwa i sensowna?
      Jeśli mogłabym doradzić autorce wątku: przyjrzyj się swojemu zaprogramowaniu emocjonalnemu. Dlaczego podświadomie pragnąc życia u boku mężczyzny aktywnego i zaradnego świadomie wybierasz na partnera wycofanego i nieporadnego? Dlaczego oczekując opieki mężczyzny wiążesz się z mężczyzną, który sam wymaga opieki?
      W twoich postach nie podobają mi się dwie rzeczy. Myślenie o sobie, że zasługuję na wszystko, co najlepsze, świadczy o poczuciu wartości danej osoby i nie jest złe. Przeświadczenie, że powinnam to wszystko otrzymać od życia to już poważne nadużycie, natomiast oczekiwanie, że inni (np. pracodawcy czy partner) mają mi to zapewnić, bo ja tego chcę lub potrzebuję, to już najzwyklejsza arogancja. Druga kwestia to kobiecość. Masz wyrobioną pewną jej wizję, która moim zdaniem jest nieadekwatna do rzeczywistości, szczególnie tej, w której aktualnie żyjesz. Kobiecość nie ma nic wspólnego z dobrami materialnymi ani zamożnością. Kobiecość to stan ducha w otoczeniu pewnych cech. Najprościej rzecz ujmując to czystość i schludność, wdzięk i uśmiech. Szerokiego pojęcia ci teraz nie przedstawię, bo jestem w pracy, ale po południu mogę poszukać i napisać ci, jak inne kobiety to pojmują.
      Nie zazdroszczę ci, bo masz naprawdę wiele problemów do rozwiązania. Życzę powodzenia!
      • paris-texas-warsaw Re: Żyjemy obok siebie.... :( 19.11.13, 11:11
        W miarę, jak pogłębiasz opis Twojego związku, coraz bardziej staje się jasne, jak wielowymiarowym tworem są w ogóle związki. Ostatnio gdzies przeczytałam, że związki charakteryzują się taką ilością zmiennych, że nie jest możliwe dać receptę na udany związek (jakiś psychoterapeuta nazwał to chyba zasadą nieoznaczoności, ale może już dokładnie nie pamiętam).
        To co mi się nasuwa i co może pomoże Ci się jeszcze nad Wami zastanowić:
        1. Dobrze wg mnie opisała Waszą sytuację Kittykitty. Porusza ona wg mnie fundamentalną sprawę dla związków typu małżenstwa - trzeba mieć poczucie, że można w sytuacjach awaryjnych liczyć na drugą stronę. Gdy się zachoruje, gdy trzeba będzie wyjechać, gdy cos się stanie w rodzinie, gdy człowiek się załamie - druga strona będzie w stanie choćby czasowo przejąć obowiązki/utrzymanie/opieki nad dziećmi.
        W Twoich opisach przewija się szczątkowo kwestia Waszego wspólnego dziecka - to tez się z tym wiąże. W sumie brak ochoty na seks jest w jakiś sposób w takiej sytuacji zrozumiały - dziecko Waszą sytuację mogłoby z Twojego punktu widzenia jeszcze utrudnić, a przed ciążą chronią w 100 % tylko radykalne metody chirurgiczne, abstynencja, no albo właśnie ciąża;)
        2. Co do tematu kobiecości... Nie mam czasu rozwijać, ale trochę pociągnę. Gdzieś poruszyłam tu temat "bądź bardziej kobieca", co uważam za zły, seksistowski, dołujący przekaz. Nie uważam też, że dobre są "komplementy", o których piszesz, a które są jakby teraz Twoim przeklenstwem "lubię brunetki". To oczywiście zależy też od odbioru kobiety, jej poczucia własnej wartości, ale wg mnie takie "komplementy", to przejaw przedmiotowego traktowania kogos. Mnie takie teksty zawsze u facetów odrzycały, jakby ktoś sobie chciał mnie "wybrać" ze zbioru "brunetem" czy "blondynek". Też ważne jest jak postrzega się przenikanie/oddzielenie dwóch postaw "stroję się by być piękną, fajnie się czuć", a "stroję się by się podobać". Ta druga postawa wg mnie może być "spalająca".
        3. Ostatnio był taki wątek Zuzi (i mój trochę:)) "Koluzja". Może on by Ci pokazał Wasz związek (wg mnie przykład koluzji negatywnej, gdzie Ty jesteś stroną ewidentnie progresywną), jako wkład dwóch osób. Nie ważne kto ile "poświęcił", i tak każdy wszedł w ten związek (jak chyba każdy inny), by sobie "zrobić dobrze", ale niestety każdemu jest chyba "źle".
        Powtórzę, to co pisałam na samym początku - ja bym z tego wyszła.
        • lilith76 Re: Żyjemy obok siebie.... :( 19.11.13, 12:02
          Ja mam jeszcze inna refleksję.
          To jak ze "starokawalerskimi" / "staropanieńskimi nawykami". Osoba, która zbyt długo żyła sama - sama była sobie okrętem, żeglarzem, sterem - ma trudności z ponownym wejściem w relację: dzieleniem kompetencji, decyzji, finansów.
          Kiedyś autorka miała jedyną kontrolę nad wydatkami, jedzeniem, planami. Doskonale to rozumiem, bo sama też wychowuję dziecko i wiem, że jak jest cienko z kasą, to się zaciska żołądek i tnie porcje żywnościowe. A gdyby mi teraz wyskoczył taki ukochany i wyjadł wszystko normalnie ;)

          Inna sprawa, że czasem to mit, że wchodząc w związek dzielimy teraz kłopoty na pół. W dzisiejszych czasach, dzisiejszym rynku pracy czasem związek to mnożenie problemów przez dwa. Ale ja fatalistka jestem :)

          Nadal też uważam, że ta poprzednia życiowa Arkadia była trochę kosztem mamusi autorki. Potem weszła w prawdziwe, brutalne życie i smutno, że nie starcza na wszystko.
          • ad.a6 Re: Żyjemy obok siebie.... :( 19.11.13, 12:46
            Lilith-> masz rację, ale tylko połowicznie. Ja mam tak, że jak czuję, że zaczyna być kiepsko, szukam możliwości dorobienia lub/i zaoszczędzenia. U mnie nie ma sytuacji że czegoś nie ma. Gdy mieszkałam z mamą dokładałam jeszcze mamie, kupowałam jej leki, nie pasożytowałam na niej, jak tu co niektóre osoby być może myślą, ale płaciłam zdecydowaną większość zobowiązań za mamę. Dodam jeszcze, że większość mediów poza czynszem było na mnie. Telefon za siebie i za mamę płacę do dziś. Niestety mama ma sytuację na tyle kiepską - została sama z wysokimi rachunkami i niską emeryturą - że muszę pomagać, płacę telefon, kupuję co miesiąc leki, raz na jakiś czas płacę któryś z rachunków (TV, gaz, prąd). POczuwam się niejako do winy, że ją samą zostawiłam. Kobieta ma 1200 zł emerytury i 600 zł czynszu, więc raczej nie mogłabym nie pomóc, poza tym mieszka jakieś 200 metrów od nas i czasem córcia coś babci podrzuci, napoje, jogurt, owoce. Nie pasożytowałam i nie pasożytuję nigdy na nikim.
            Może ujmę to inaczej - mieszkając z mamą byłam bardziej skoncentrowana na zarabianiu niż teraz- teraz czuję się jakaś taka do kitu, byle jaka, brzydka, nic nie znacząca. Bardzo przyczynił się do sprawy mój były szef, z którym byliśmy prawie ja rodzina. On nie mówił o kimś "pracownik" tylko "członek zespołu". Miałam tam stanowisko kierownicze, umowę na czas nieokreślony i do tego jeszcze premie (właśnie za pracę weekendami/święta/Sylwestra/wieczorami/nocami - do wyboru). Szef cenił sobie moją dyspozycyjność, to, że byłam na każde zawołanie i podjęłam się nawet najtrudniejszego zadania. Nowego oprogramowania nie uczyłam się w pracy, tylko brałam do domu "na noc do obcykania". Odkąd poznałam mojego W. zaczęło lecieć wszystko w dół na łeb na szyję. Po utracie pracy zaczęłam chodzić do psychologa (na nfz bym się nie doczekała - a z kolei prywatnie 100 zł/1 godzina), trochę mi to dało, ale może na chwilę. Od tego czasu moje zaufanie do ludzi zostało mocno nadszarpnięte (bo przecież D, czyli mój były szef, tyle mi obiecał, pomagał mi wraz z żoną praktycznie we wszystkim - mam na myśli sprawy sprzętowe, komputerowe, techniczne, w domu), stwierdziłam, że jeśli ta relacja została zakończona, to inne wcale nie mają sensu. Prace, które potem wykonywałam, trwały krótko, 2-3 mce, bo albo ja nie byłam zadowolona (nigdzie nie będzie tak rodzinnie jak u D), albo to mnie zwalniano. Błąkałam się po firmach, aż wpadłam na pomysł założenia dg, w tym okresie mój budżet (właśnie w tym oszczędności jeszcze z firmy D) został bardzo nadszarpnięty. Wszystko przez to, że bardzo wkręciłam się emocjonalnie w związek z W. i wszystko wówczas przestało dla mnie istnieć.
            • ciociacesia co za hipokryzja 28.11.13, 21:01
              ty mame finansujesz, ale u niego te same odruchy krytykujesz?
              • ad.a6 Re: co za hipokryzja 29.11.13, 08:49
                Nie wytrzymałam, aż się musiałam zalogować. U nas ta pomoc jest wzajemna. Wiem, że zawsze mogę tam wrócić, poza tym moja mama od zawsze mi pomagała. Taka normalna, kochana mama. Tamta zaś ma tak, że tylko "synu daj kasę, ale i tak jesteś gorszy bo M jest księdzem, ty mnie zawiodłeś".
        • ad.a6 Re: Żyjemy obok siebie.... :( 19.11.13, 13:04
          Paris -> przed poznaniem W. dbałam o siebie, by lepiej się czuć, czułam się po prostu lepiej, weselej, pewniej. Do tej pory tęsknie za tym by spontanicznie iść i kupić sobie coś co mi się po prostu podoba bez konieczności obliczania, nie ma według mnie nic gorszego, niż zakupy pod presją czasu (bo wszystko się wydarło albo dziecko wyrosło) czy kasy (muszę się zmieścić w takim a takim pułapie), bo ja znam siebie i pod jakąś presją potrafię kupić najgorszy shit, którego i tak nosić nie będę. Najfajniejsze ciuszki, które mam, to te kupione spontanicznie (zobacz, jaka super kurtka! wezmę ją).... i nie potrafię znaleźć się w tej sytuacji. To samo z second-handami. Nie umiem tak, że muszę coś wybrać. Kupuję to co mi się podoba i wiem że w tym będę się dobrze czuła, a nie z naciskiem że "powinnam bo tak lepiej/taniej".
          Gdy byłam sama kupowałam co chciałam i kiedy chciałam. POtem, gdy pojawił się W., czułam się tak, jakbym wyglądem musiała sprostać jakiemuś zadaniu. Wiem nawet, że podczas mojej nieobecności, gdy byłam w pracy jeszcze w agencji reklamowej, W., nawiązywał znajomości na czatach on-line i tam próbował się dowartościować, rozdawał potem "koleżankom" swoje zdjęcia, mail, i nr telefonu. Te znajomości ciągnęły się potem aż do momentu, gdy kazałam mu zmienić nr telefonu, gdy po godzinie 23, już na nowym mieszkaniu zadzwoniła taka koleżaneczka, bo chciała pogadać.
          Czyli wówczas poczułam się jeszcze gorzej. Starałam się to nadrobić czym? - wyglądem. Były teksty "co ty w niej widzisz?- czy ona jest taka jak ja" On twierdził "to zwykła koleżanka, nawet jej nie widziałem, chciałem tylko pogadać jak Ciebie nie było, nudziło mi się, czułem się źle bo nie mogłem dostać pracy w tym mieście, musiałem się komuś wyżalić".
          Nie wiem, jak jest teraz. Ja uczę do wieczora w domu, przy czym i dzięki temu mam kontrolę nad wszystkim, w tym nad użytkowaniem komputerów w domu (jeden ma córcia a drugi stoi w pokoju, w którym uczę, więc W nie może z niego korzystać w mojej obecności).
          Nadal czuję presję nad sobą, czuję się brzydka, głupia, i do tego wiem że wyglądam w połowie tak jak 3 lata temu. Mam siebie dosyć i nie chce mi się patrzeć w lustro. Mam ochotę się zbuntować, zmienić styl. W. mi kiedyś powiedział, że jego marzeniem jest, żebym była kobietą-wampem. Wściekłam się, i mam jeszcze większą awersję do tych ciuszków, które (z własnego wyboru) dawniej nosiłam, gdy mnie poznał, czyli wszystko obcisłe, dużo czerni i czerwieni, szpilki, gorsety, lateksy. Z jednej strony mam ochotę to wszystko powyrzucać, a z drugiej podobało mi się to, jak się za mną łakomie oglądał.
          • ad.a6 Re: Żyjemy obok siebie.... :( 19.11.13, 13:24
            Dopowiem jeszcze, że moja mama nie tyle reagowała emocjonalnie na jego osobę lecz widziała że przy nim schodzę w dół. Że idę do pracy, on zostaje w domu i "hulajdusza piekła nie ma", zamknął się w pokoju i panienki on-line. Raz nawet wyprał sobie (ręcznie) bokserki- mimo, że regularnie piorę wszystko w pralce, heh, ciekawe dlaczego wyprał i od czego mu się pobrudziły. Dobra - przyznam się - wykańcza mnie nie tyle brak kasy - bo sama jestem na tyle obrotna i pracowita by tę kasę zorganizować, lecz coś co mnie denerwuje w nim osobiście, że mało zarabia ale ma wymagania (kobieta musi wyglądać tak i tak, musi mieć długie czarne włosy, klasyczna elegancja, lub wamp, itp., itd), i jego ulubiony temat to seks - przynajmniej kiedyś tak było. Było idealnie - dopóki ja o siebie bardzo dbałam i wiedziałam że wyglądam bardzo dobrze. Skończyło się, gdy straciłam pracę u D., nie było mnie stać na drogie ciuszki, nie miałam go już czym zaskakiwać i zadręczałam się tym, że nie jestem już obiektem fascynacji seksualnej. Stąd brak seksu - bo lubię dobrą atmosferę, ciuszki właśnie, gadżety, i wiem, że najlepiej się czuję gdy mężczyzna mówi w łóżku "łał". Lubię męski zachwyt.
            • ad.a6 Re: Żyjemy obok siebie.... :( 19.11.13, 13:34
              Dzięki tym relacjom z panienkami on-line odebrał mi całą moją pewność siebie i poczucie wyjątkowości. Co było potem?- kolejny ciuch, kolejny gadżet, wypad do knajpy, między ludzi, by się "pokazać", by znaleźć potwierdzenie w męskich, powłóczystych spojrzeniach i skomentować "widzisz, jak on się patrzył", chciałam się odwdzięczyć, chciałam, by poczuł się zazdrosny. Ale w zamian dostawałam tylko ukradkowe spojrzenia na brunetki. Objeżdżał wzrokiem każdą. Nie znoszę tego. Nie wychodzę nigdzie, poza moim osiedlem, gdzie uczę. Nie pokazujemy się nigdzie razem. Czuję się przy nim jak g*wno. G*wno, które kiedyś było kimś. A teraz nie mam ani kasy ani ochoty przeobrażać się w wampa dla niego, bo czuję się jak jedna z wielu. Nie znoszę tego poczucia. Zawsze chciałam być dla faceta tą jedyną. Sprzątam w domu, pucuję na błysk, gotuję podobno dobrze, nie palę, nie piję. Dbam o wszystko. Czuję że się sypię. Wszystkie kobiety porównuję do siebie ("no powiedz, że jestem ładniejsza"), wściekam się o klientki - on pracuje w ubezpieczeniach. Potrafię bardzo wulgarnie wyrażać się w chwilach słabości o innych kobietach, z którymi wiem, że on ma w pracy jakieś relacje. Czuję się gorsza od wszystkich, od każdej. Nie czuję w sobie żadnych wartości. Żeby to poczuć, musiałabym słyszeć od niego codziennie słowa uznania i widzieć jakieś potwierdzenia, np nie lubię gdy przesadnie o siebie dba gdy wychodzi do pracy. Nie wiem jak to ująć - jest tragicznie.
              • t1ffany Re: Żyjemy obok siebie.... :( 19.11.13, 14:00
                @ada
                czy Ty czytasz to co tu ludzie piszą? Jeśli tak to jakie wnioski wyciągasz?

                Skupiasz się na facecie który ma swoje problemy, jest DDA i z pewnością jest z nim ciężko, podczas gdy sama masz potworny bałagan w swojej głowie którego ani trochę nie dostrzegasz. Wykreowałaś sobie iluzję że wszystkie Twoje problemy są związane z W. i gdy on się zmieni (odejdzie) to nagle będzie lodzio-miodzio.
                Nie będzie.

                Ta relacja z byłym pracodawcą co Ci komputer w domu naprawiał i traktował jak członka rodziny (co on Ci obiecywał?) też wygląda na bardzo niezdrową.
                Podsumowując: jeden związek nieudany całkowicie, skończony po roku. Drugi to ten alkoholik. Trzeci to obecny W.


                • t1ffany Re: Żyjemy obok siebie.... :( 19.11.13, 14:02
                  Naprawdę wierzysz, że to zupełny przypadek, że każdy Twój facet jest w jakimś sensie nie halo?
                • ad.a6 Re: Żyjemy obok siebie.... :( 19.11.13, 14:03
                  Nie, nie - były mąż (a za razem pierwszy związek) skończony po roku, to znaczy znaliśmy się 6 lat ale małżeństwem byliśmy rok. I po kilku latach poznałam obecnego W. A szef był w porządku - prawdziwy przyjaciel.
            • pade Re: Żyjemy obok siebie.... :( 19.11.13, 13:41

              Masz dramatycznie niskie poczucie własnej wartości.
              Wg Ciebie jesteś atrakcyjna, gdy masz "zbroję" czyli ciuchy, gadżety...
              Nie liczy się Twoje JA- to jaka jesteś, co sobą reprezentujesz, co czujesz, tylko jak wyglądasz.
              Źle wyglądasz - żle czujesz się sama ze sobą.
              Ładne ubrania skrywają Twoje uczucie pustki, braku kontaktu ze sobą, Twoją niską samoocenę. Całość kamuflujesz deklaracjami "zasługuję", "należy mi się"...
              To strasznie smutne.
              • ad.a6 Re: Żyjemy obok siebie.... :( 19.11.13, 13:49
                Masz rację. Może ujmijmy to inaczej...zaczęłam mieć tak dramatycznie niskie poczucie własnej wartości od tych wydarzeń z panienkami on-line. On nawet się z tym nie krył- nie usuwał historii odwiedzanych stron. Potem zaczęły się te małe przekłamania z kasą.
                Przed poznaniem W. było dobrze, nawet bardzo dobrze. Nie było wymuszonych ciuszków i gadżetów. Była za to dobra, satysfakcjonująca praca i relacje z szefem, które wiele wnosiły do mojej samooceny, bo ją właśnie budowałam w oparciu o relacje m.in. szefem, znajomymi, itp. To mi wszystko rekompensowało. Czułam się potrzebna.
                • ad.a6 Re: Żyjemy obok siebie.... :( 19.11.13, 13:52
                  Mam dziś taki dzień, że wypłakuję się PSU. Córcia w szkole, obiad gotowy, bo ja działam jak maszyna, wszystko szybko. I masakra w psychice, wiem. Dobra praca zrekompensowałaby mi wszystko.
                  • pade Re: Żyjemy obok siebie.... :( 19.11.13, 14:02
                    Nic by Ci nie zrekompensowała.
                    Ty nie masz w sobie poczucia, że masz wartość samą w sobie, taka jaka jesteś.
                    Ani praca, ani uwielbienie partnera, ani nowe ciuchy, ani super oceny córki nie zwiększą Twojego poczucia własnej wartości.
                    Sama musisz nad tym popracować i sobie bedziesz je zawdzięczać.
                    Przeczytaj artykuł, do którego linka Ci wkleiłam.
                • pade Re: Żyjemy obok siebie.... :( 19.11.13, 13:58
                  Czyli Twoja samoocena zależy od tego, jak zachowują sie inni.
                  Partner ogląda "panienki" - Ty czujesz się do niczego. Straciłaś dobrą pracę (z jakiego powodu?) - czujesz się do niczego.

                  poczytaj: www.solaris-rozwojosobisty.pl/rola-samooceny-w-zyciu-praktyka-codzienna-julita-dybowska/

                  O wszystko obwiniasz partnera, dosłownie o wszystko. Boisz się spojrzec prawdzie w oczy? Boisz się, że może sie okazać, że Ty też popełniłaś jakieś błędy?

                  Jesteś człowiekiem. Nie robotem, tylko człowiekiem. Każdy człowiek popełnia błędy. Trzeba umieć być szczerym w stosunku do siebie. Nie okłamywać się, nie zaciemniac obrazu. Po prostu powiedziec sobie: zrobiłam to i to, to był błąd, wyciągnęłam wnioski, to była kolejna zyciowa lekcja.
                  • ad.a6 Re: Żyjemy obok siebie.... :( 19.11.13, 14:07
                    pade napisała:

                    > Czyli Twoja samoocena zależy od tego, jak zachowują sie inni.
                    > Partner ogląda "panienki" - Ty czujesz się do niczego. Straciłaś dobrą pracę (z
                    > jakiego powodu?) - czujesz się do niczego.
                    >
                    >
                    O tym, dlaczego straciłam tę pracę, pisałam gdzieś wyżej, zaczęłam się interesować bardziej W., niż pracą, potrafiłam w ciągu dnia wydzwaniać, smsować, sprawdzać, gdzie jest, co robi, i czy przypadkiem znowu kolejnych panienek on-line nie ma. On wykorzystywał każdą moją nieobecność w domu, by usiąść do komputera i odpalić gg, nie licząc tego, że na wszystkich serwisach społecznościowych miał swój profil z bardzo dużą ilością fotek, na których codziennie się logował. W ogóle lubił fotki wysyłać kobietom.
                    • ad.a6 Re: Żyjemy obok siebie.... :( 19.11.13, 14:11
                      A ta praca była super i dałabym za nią wszystko, nie dość, że robiłam to, co lubię, za dobre pieniądze i w dobrej atmosferze. Poczułam się za pewnie po prostu, myślałam, że ów szef, po przyjacielsku, będzie mi kibicował, gdy poznałam W. Czasem nawet potrafił mi wiadomość na gg zostawić "Miłego weekendu z W, do zobaczenia w poniedziałek". Ja tego nawet nie przeczuwałam, że coś się może stać złego. Do momentu, aż założył monitoring, i widział że W do mnie przychodzi do pracy, robię mu kawę, siedzi, poznałam go ze wszystkimi w mojej pracy, powiem szczerze nie za bardzo się polubili, koledzy od razu przypisali mu wizerunek playboya i przerost formy nad treścią.
                      • t1ffany Re: Żyjemy obok siebie.... :( 19.11.13, 14:18
                        Czyli straciłaś pracę bo robiłaś kawę dla W. i nie byłaś już dyspozycyjna o każdej porze dnia i nocy?A D. był takim cudownym przyjacielem, tylko z powodu tego wtrętnego W. był zmuszony Cię zwolnić? Uff...

                        Im więcej piszesz z intencją by pokazać jaki to W. jest najgorszy tym więcej własnych, niezwiązanych z nim deficytów i problemów ukazujesz.
                        • ad.a6 Re: Żyjemy obok siebie.... :( 19.11.13, 14:26
                          POwiem krótko: bardziej interesowałam się nim niż pracą. Bywało, że po odkryciu takiej panienki czy po jakimś telefonie czy smsie byłam niedyspozycyjna po prostu, zapłakana, zapominałam o najprostszych czynnościach. Co tu dziwnego jest? Aha- przy okazji- według Ciebie facet szukający rozrywek w necie jest OK?
                        • ad.a6 Re: Żyjemy obok siebie.... :( 19.11.13, 14:35
                          t1ffany napisała:

                          > Czyli straciłaś pracę bo robiłaś kawę dla W. i nie byłaś już dyspozycyjna o każ
                          > dej porze dnia i nocy?A D. był takim cudownym przyjacielem, tylko z powodu tego
                          > wtrętnego W. był zmuszony Cię zwolnić? Uff...
                          >
                          > Im więcej piszesz z intencją by pokazać jaki to W. jest najgorszy tym więcej wł
                          > asnych, niezwiązanych z nim deficytów i problemów ukazujesz.

                          Tak, w pewnym sensie masz rację, nie wiem co jest z nim związane a co nie. Wiem, że miałam świetną pracę, D. był przyjacielem, dopóki miał ze mnie spory zysk, ja z tej pracy nie tylko fajną kasę, ale też i satysfakcję. Po wejściu w związek zaczęłam pracę zaniedbywać. I wszystko zaczęło się sypać. Teraz boję się wyjść do ludzi, czuję się szpetna, głupia i niepewna siebie. Nawet w oczywistych sytuacjach nie wiem, czy mam rację, czy nie. Dzięki temu że mam sporo uczniów, jedni drugim polecają mnie, odprowadzam sobie wszystkie składki, jakoś funkcjonuję.
                          • t1ffany Re: Żyjemy obok siebie.... :( 19.11.13, 14:57
                            Tylko dla zdrowej psychicznie kobiety (czy faceta) sytuacja gdy partner/rodzina jest ważniejsza od pracy jest normalna.
                            Piszesz o tym, że przez partnera praca przestała być najważniejsza - no kurde, tak to powinno wyglądać ;) Musiałaś z pracy dzwonić żeby pilnować W aby nie klikał z panienkami? Czy Ty zdajesz sobie sprawę jak idiotycznie to brzmi?

                            Szef też był Twoim przyjacielem gdy na Tobie zarabiał, jak przestał to przyjaźń się ulotniła. Mała podpowiedź - to nie ma nic z przyjaźnią wspólnego.
                            Oczekujesz od pracodawców, oczekujesz od W, oczekuj również od siebie. Ale nie więcej zap%^&nia tylko więcej pracy nad swoją własną psychiką, poczuciem własnej wartości i szacunkiem dla siebie i świata.
                            I nie idź na łatwiznę - W nie jest praźródłem wszystkich Twoich problemów.
                      • rurek00 Re: Żyjemy obok siebie.... :( 19.11.13, 14:25
                        > Do momentu, aż założył monitoring, i widział że W do mnie przychodzi do pr
                        > acy, robię mu kawę, siedzi, poznałam go ze wszystkimi w mojej pracy,
                        No tak, za to się należała wszakże podwyżka i awans ;)
                        Wszystko przez W: kredyt przez W, utrata pracy przez W, gorszy wygląd przez W. Cała swoją samoocenę i samopoczucie uzależniasz od W. Ale ty nie masz przecież żadnych problemów ze sobą, taki to przecież wspaniały związek. Ty naprawdę tego nie widzisz?
                        Wkręciłaś się w jakiś chory układ z gościem, który jest dda, sam ma masę problemów ze sobą, a ty się go trzymasz kurczowo. Dlaczego? Skąd ta desperacja? Przeczytaj cały ten wątek, i wyobraź sobie, że napisała to twoja przyjaciółka. Co byś jej poradziła? Ile jeszcze lat zamierzasz w tym tkwić? Lubisz to czy jak?
                        Wg mnie powinnaś rozstać się z nim, i najlepiej sama pójść na terapie, żeby zastanowić się, co cie skłoniło to wejścia w ten związek i trwanie w nim z uporem maniaka przez 3 lata.
                        • ad.a6 Re: Żyjemy obok siebie.... :( 19.11.13, 14:28
                          Ja mam nadzieję, że znajdę dobrą pracę, wyjdę z doła, zadbam o siebie i będę tym, kim chciałabym być. I wówczas, skoro będę przy tym szczęśliwsza, również może on dostrzeże, że jestem w końcu kimś i trzeba o mnie zadbać, dostrzec mnie obok siebie. Nie wiem, jak to ująć.
                          • ad.a6 Re: Żyjemy obok siebie.... :( 19.11.13, 14:29
                            Ja nigdzie nie piszę że "wstrętny W", tylko piszę, że od momentu emocjonalnego zaangażowania w ten związek wszystko inne zaczęło tracić ważność, a gdy już się zorientowałam, było za późno, leżałam już na samym dnie.
                            • t1ffany Re: Żyjemy obok siebie.... :( 19.11.13, 15:22
                              Ja nigdzie nie piszę że "wstrętny W", tylko piszę, że od momentu emocjonalnego
                              > zaangażowania w ten związek wszystko inne zaczęło tracić ważność, a gdy już się
                              > zorientowałam, było za późno, leżałam już na samym dnie.


                              Ok, a czy jesteś w stanie prawidłowo wskazać kto odpowiada za to że DLA CIEBIE wszystko inne zaczęło tracić ważność? On jest za to odpowiedzialny czy bardziej Ty?

                              Wydaje mi się że oboje wchodzicie w bardzo paskudne dla związku role kwoki i urwisa. Z jednej strony jego klikanie z panienkami, a z drugiej Twoje paranoiczne pilnowanie żeby się nie logował na gg czy nie wgrywał zdjęć na fejsa. Przecież to nie są zachowania dojrzałych partnerów, tak samo z jego jak i z Twojej strony.

                              Jeżeli flirtowanie z innymi kobietami (o ile istnieje realnie, a nie jest wynikiem Twojego przewrażliwienia) bardzo Ci przeszkadza, to komunikujesz mu to dobitnie. Jeżeli mimo to dalej to robi to się żegnasz. Trzymanie gościa na smyczy mija się z celem całkowicie, męczysz tylko jego i siebie.

                              Inna sprawa: czy masz pszanowanie dla jego prywatności? Czy on ma w domu swój komputer/swój profil na który nie masz wstępu? Przeglądasz mu telefon, gg, wiadomości na fb? Związek bez wzajemnego poszanowania prywatności nie ma najmniejszego sensu.

                              I kolejne pytanie: odważyłabyś się mu pokazać ten wątek i zapytać jakie on ma przemyślenia?
                          • rurek00 Re: Żyjemy obok siebie.... :( 19.11.13, 15:47
                            Przeczytaj sobie taką książkę "Chcę być kochana tak jak chcę" Katarzyny Miller. Książka jest napisana w bardzo przystępny sposób i otwiera oczy na wiele spraw. Mam wrażenie, że pewnych rzeczy zupełnie nie dostrzegasz. Zrób to jako prezent dla samej siebie. Nie będziesz szczęśliwa, gdy znajdziesz dobrą pracę i zadbasz o siebie, bo nie tam jest to szczęście. Zupełnie w innym miejscu go powinnaś szukać. I ten W tez ci tego szczęścia nigdy nie da.
                          • kittykitty Re: Żyjemy obok siebie.... :( 19.11.13, 17:14
                            > Ja mam nadzieję, że znajdę dobrą pracę, wyjdę z doła, zadbam o siebie i będę ty
                            > m, kim chciałabym być. I wówczas, skoro będę przy tym szczęśliwsza, również moż
                            > e on dostrzeże, że jestem w końcu kimś i trzeba o mnie zadbać, dostrzec mnie ob
                            > ok siebie. Nie wiem, jak to ująć.

                            Rany boskie, Ada! I co jeszcze zrobisz, by przypodobać się Panu i zasłużyć na jego zainteresowanie? O ile dobrze wyczytałam, nawet gdy było Cię jeszcze stać na ciuszki, kosmetyki itd, miałaś długie czarne włosy - tak jak on lubi, to on i tak zabawiał się z panienkami on-line...
                            Przejrzyj dziewczyno na oczy!

                        • ad.a6 Re: Żyjemy obok siebie.... :( 19.11.13, 14:42
                          Nie wiem, być może to skłania mnie do wchodzenia w takie chore układy, że jest na początku - chwilowe - uwielbienie. Chwilowa chociaż, fascynacja, oderwanie się od codzienności. Bo to lubię. Tak jak koncert rockowy. Chwilę, ale jest fajnie. A z W. trafiła przysłowiowa kosa na kamień. Czyli trafiłam na faceta, który lubi być uwielbiany przez kobiety. Tak to widzę. Stąd takie przesadne dbanie o siebie. W pierwszych miesiącach myślałam, że to ja jestem taka wyjątkowa, że mnie tak uwielbia, komplementuje. Niejako zaraz po wspólnym zamieszkaniu okazało się, że nie jestem jedyna, zajęta pracą nie dostrzegałam, co się dzieje w domu pod moją nieobecność, że facet wyszukuje sobie panienki, żeby mu słodziły, wysyła zdjęcia. I od tej pory zaczęła się moja paranoja, zaniedbywanie pracy, usilne, przesadne dbanie o siebie, by na żadną nie spojrzał, praca w domu, by mieć wszystko pod kontrolą. Ja nie lubię nawet do sklepu wychodzić.
                          • sebalda Re: Żyjemy obok siebie.... :( 19.11.13, 15:27
                            Matko święta, Ada, to zupełnie wszystko inaczej wygląda niż wcześniej.
                            Czy Ty poznałaś jego matkę, jego rodzinę w ogóle? Czy wszystko znasz tylko z opowiadań?
                            Teraz wyłania się obraz playboya i pasożyta, wampira energetycznego, ktory Cię wykańcza. Ja już nie wiem, w ktory przekaz wierzyć. Co jest prawdą, a co Twoja projekcją.
                            Jedno jest absolutnie pewne. Masz strasznie namieszane w głowie. Jak możesz określać mianem przyjaciela kogoś, kto był dobry tylko jak byłaś idealnym pracownikiem, właściwie mocno ponad idealność, jak byłaś na każde skinienie i mógł Cię dowolnie wykorzystywać, a jak tylko zaczęłaś być mniej dyspozycyjna i miałas jakieś potknięcia (przez to musiał ten przyjaciel zakładać monitoring?), to od Cię wyrzucił??? To nazywasz przyjaźnią? Wiem, że trudno pogodzić się z tym, że ktoś, kogo uznawaliśmy za przyjaciela okazał się wyzyskiwaczem, ale na tym polega dorosłość: na przyjmowaniu pewnych niewygodnych prawd i radzeniu sobie z nimi.
                            Zachowania Twojego W. związane z działalnością internetową są do bani. Jeśli potrzebował wsparcia i wygadania się, to czemu z kobietami tylko? Czy wysyla się zdjęcia obcym kobietom w celu otrzymania wsparcia emocjonalnego? Czy to było już po tym, jak go ciągle krytykowałaś za to, że jest nieudacznikiem, czy jeszcze przed??? To ważne, choć i tak niefajne.
                            Kategorycznie jeszcze dziś maszeruj po skierowanie na terapię na NFZ. Najwyżej poczekasz, bo prywatnie to faktycznie majątek, ale bez tego się wykończysz, szkoda Twojej córeczki. Jaki jej dasz przykład??? Uzależniać swoją ocenę wylącznie od innych???
                            • zuzanna56 Re: Żyjemy obok siebie.... :( 19.11.13, 15:29
                              Nie czytałam całego wątku, poczytam później.


                              Czy ty go kochasz?
                            • filetta Re: Żyjemy obok siebie.... :( 19.11.13, 15:41
                              sebalda napisała:

                              > Matko święta, Ada, to zupełnie wszystko inaczej wygląda niż wcześniej.
                              > Czy Ty poznałaś jego matkę, jego rodzinę w ogóle? Czy wszystko znasz tylko z op
                              > owiadań?
                              > Teraz wyłania się obraz playboya i pasożyta, wampira energetycznego, ktory Cię
                              > wykańcza. Ja już nie wiem, w ktory przekaz wierzyć. Co jest prawdą, a co Twoja
                              > projekcją.
                              > Jedno jest absolutnie pewne. Masz strasznie namieszane w głowie. Jak możesz okr
                              > eślać mianem przyjaciela kogoś, kto był dobry tylko jak byłaś idealnym pracowni
                              > kiem, właściwie mocno ponad idealność, jak byłaś na każde skinienie i mógł Cię
                              > dowolnie wykorzystywać, a jak tylko zaczęłaś być mniej dyspozycyjna i miałas ja
                              > kieś potknięcia (przez to musiał ten przyjaciel zakładać monitoring?), to od Ci
                              > ę wyrzucił??? To nazywasz przyjaźnią? Wiem, że trudno pogodzić się z tym, że kt
                              > oś, kogo uznawaliśmy za przyjaciela okazał się wyzyskiwaczem, ale na tym polega
                              > dorosłość: na przyjmowaniu pewnych niewygodnych prawd i radzeniu sobie z nimi.

                              DOKŁADNIE TAK!!!!!!!!!!!!!!!!
                            • ad.a6 Re: Żyjemy obok siebie.... :( 19.11.13, 16:11
                              Sebaldo-> Poznałam jego matkę i resztę rodziny, byłam tam raz, jak miałam wolne a młoda była na weekend u mojej mamy. Dom piękny, okazały, w środku zgorzkniała, nieprzyjemna wręcz kobieta, nawet nie wyszła, żeby się przywitać, nie wyszła, żeby podać rękę. Przywiozłam jej mały upominek, ojcu też, miałam nadzieję że się ucieszą i będą bardziej chętni do rozmowy. Tata rzeczywiście wyglądał na takiego po pijackich przejściach. Co mnie dobiło to atmosfera tego domu. Jakoś tak bez żadnej serdeczności, rodzice warczący do siebie jak psy, nie potrafili być wobec siebie uprzejmi nawet przy obiedzie. Zjedliśmy w milczeniu obiad i poszliśmy na spacer, W chciał pokazać mi okolice swojego dzieciństwa, gdzie dorastał, gdzie chodził do szkoły, swoje poprzednie miejsce pracy. Problemy pojawiły się wieczorem, gdy wzięłam prysznic i chcieliśmy w pokoju należącym wcześniej do W obejrzeć film na komputerze i pójść spać. Ok godz 23 podczas filmu W dostał od matki smsa że mamy wyjść z pokoju i że śpimy oddzielnie, bo jak nie, to mnie w nocy na bruk wyrzuci. W wkurzył się ale w obawie przed matką poszedł spać na dół. Uciekliśmy stamtąd bez pożegnania ok 5 nad ranem. Więcej się już tam nie pokazałam. Czy kobieta ok 55 lat może być do tego stopnia zdewociała? Moja mama - lat 74 - nie chce tego komentować, bo przecież W od pierwszego przyjazdu spał u mnie. Masakra.
                              • t1ffany Re: Żyjemy obok siebie.... :( 19.11.13, 16:36
                                Mam staż pracy prawie 15 lat, w tym 8 lat w szkole na etacie nauczyciela. ....Po pewnym czasie odeszłam bo...zaczęło brakować godzin dla germanistów i nie byłam pewna czy w przyszłym roku dostanę pełny etat. Mogę powiedzieć, że po pewnym czasie "zwiałam" do firmy, gdzie łatwo znalazłam pracę jako specjalista ds. eksportu. Czułam się tam dobrze... przez 2 lata. Rozpoczęły się wyjazdy zagraniczne, targi, wystawy. Córka miała wtedy 3-4 lata i ciężko to znosiła a ja z nią.

                                Ja uczyłam w szkole od 1999 r, zawsze miałam więcej niż etat, sypnęło się jakoś w 2008, gdy masowo od klas pierwszych podstawówek wchodził język angielski, dyrektor wezwał mnie do siebie jakoś w październiku i odebrał mi kilka godzin (weszła ustawa, że pierwsze klasy obowiązkowo muszą mieć angielski). W tych pierwszych klasach, w których uczyłam niemieckiego, rodzice musieli pooddawać podręczniki z powrotem do sklepów (o ile się dało), i zakupić podręczniki do języka angielskiego. Odebrałam to jako sygnał alarmujący że: 1.należy się ewakuować bo nie wiadomo co będzie w kolejnym roku szkolnym, 2. należy rozpocząć anglistykę. Jako, że był już środek października, postanowiłam że nowe studia rozpocznę od przyszłego roku. W międzyczasie na "chybił-trafił" składałam aplikacje do okolicznych firm, które zajmują się handlem zagranicznym.

                                przy tym jestem w domu, mam na oku córkę (lat 10), odrabiam z nią lekcje

                                MI wychodzi 8 lat. Teraz byłoby już 8 lat stażu w firmach jako handlowiec.


                                Źródło: forum.gazeta.pl/forum/w,20012,147879943,,Nie_moge_sie_odnalezc_na_rynku_pracy.html?v=2

                                Albo ja nie umiem liczyć do 10 albo Ty coś kręcisz.
                                • ad.a6 Re: Żyjemy obok siebie.... :( 19.11.13, 16:42
                                  15 -8 = 7 + kilka miesiecy to prawie 8.

                                  Córka jest z 2003 roku; po urodzeniu małej byłam tylko w wakacje w domu i od września od razu do pracy, nie miałam przerwy. A poza tym co to wnosi do TEGO wątku?
                                  • t1ffany Re: Żyjemy obok siebie.... :( 19.11.13, 16:46
                                    Dziś mamy 2013. 3-4 lata Twoja córka miała w latach 2006-2007. Jak udało Ci się połączyć pracę handlowca z wyjazdami zagranicznymi z pracą w szkole na "nieco ponad 1 etat" do 2008 gdy dyrektor obciął Ci godziny?
                                    • ad.a6 Re: Żyjemy obok siebie.... :( 19.11.13, 16:50
                                      Ciekawi mnie po co Ci to - ALE wyjaśnię- w szkole byłam gdzieś do 11.30 - na ok 11.45 podjeżdżał po mnie kierowca jednocześnie zawożący do tej firmy pracowników masłowni/smalcowni. W firmie spędzałam gdzieś do 17-18. To było wówczas pół etatu i było (łącznie z wakacjami) moim okresem próbnym.

                                      Wyjazdy zagraniczne zaczęły się PO okresie próbnym, wtedy również zrezygnowałam z pracy w szkole. W okresie wyjazdów zagranicznych nie pracowałam więc już w szkole.
                                • ad.a6 Re: Żyjemy obok siebie.... :( 19.11.13, 16:47
                                  i nie od 2008 tylko od 2007 pracowałam jako handlowiec (eksport). Trochę tych firm było, zanim trafiłam do agencji reklamowej.
                                  • t1ffany Re: Żyjemy obok siebie.... :( 19.11.13, 16:51
                                    Czyli czyli w 2007 pracowałaś jako handlowiec a w 2008 wróciłaś do szkoły i dyrektor obciął Ci godziny? Nie do końca rozumiem.


                                    • ad.a6 Re: Żyjemy obok siebie.... :( 19.11.13, 16:54
                                      Oj nie, pracę w szkole zakończyłam w 2007 gdyż dyrektor obciął mi godziny. Mój życiorys jest na tyle pogmatwany, że nie pamiętam do końca dokładnych dat.
                                  • ad.a6 Re: Żyjemy obok siebie.... :( 19.11.13, 16:53
                                    Po pierwsze:nie pamiętam dokładnie dat - nie mam przy sobie mojego CV, po drugie: NAJPIERW dyrektor obciął mi godziny a dopiero potem przez znajomych dostałam się do firmy, od razu uprzedziłam, że nie chcę od razu rezygnować ze szkoły i dyrektor handlowy przystał na to, że będę zabierać się z kierowcą, który woził do firmy (firma poza miastem) pracowników zmianowych. Podjeżdżał więc po mnie pod szkołę i zabierał mnie.
                                    • ad.a6 Re: Żyjemy obok siebie.... :( 19.11.13, 16:55
                                      czyli szkoła: 1999-2007. Reszta to firmy.
                                    • pade Re: Żyjemy obok siebie.... :( 19.11.13, 17:01
                                      Nie masz obowiązku się tłumaczyć. Staż nie ma znaczenia dla rozwiązania Twoich problemów.
                                      Powiedz szczerze, czytałas chociaż jeden z licznych artykułów, które Ci w tym długim wątku zalinkowałam?
                                      • pade Re: Żyjemy obok siebie.... :( 19.11.13, 17:04
                                        Tę książkę Katarzyny Miller gorąco polecam.
                                        Duzo pracy przed Tobą, ale jesli włożysz wysiłek, nie będziesz chować glowy w piasek, masz szansę być szczęśliwa.
                                      • t1ffany Re: Żyjemy obok siebie.... :( 19.11.13, 17:05
                                        Ale to nie chodzi o staż. Poczytaj tamten wątek. O, kolejny kwiatek:

                                        Ostatnia moja praca zakończyła się tym, że szef zainstalował podglądy na komputery wszystkich pracowników i wychwycił że wyszukuję sobie stację radiową, przy której najlepiej mi się pisało artykuły reklamowe do prasy zagranicznej. Zwolnienie mnie (za porozumieniem stron) umotywował tym, że marnuję czas, za który mi płaci. Nie zwrócił uwagi na to, że podczas 2 lat, które u niego przepracowałam, nie wzięłam ani dnia urlopu, chorobowego, pracowałam w domu nagdodziny, pisałam i tworzyłam ciekawe, niebanalne artykuły i tłumaczenia.

                                        Po kilku dniach przerwy wersja się zmienia i ostatnią pracą jest praca u przyjaciela D. który zainstalował kamerę i zwolnił ją za telefony do W.

                                        Ado, konfabulujesz jak zły szeląg :P po co?
                                        • pade Re: Żyjemy obok siebie.... :( 19.11.13, 17:10
                                          Czytałam tamten wątek. Nie ma sensu udowadnianie autorce czy pisze prawdę czy nie, bo pisze jak czuje. A czuje się źle, więc musi kogos obarczyć winą. Tak jest latwiej. Ale niedojrzale.
                                        • t1ffany Re: Żyjemy obok siebie.... :( 19.11.13, 17:11
                                          jak jak wspominałam wcześniej, mam dg pod nazwą "Mobilne Centrum Językowe....."

                                          Jest w Grudziądzu tylko jedna firma o mniej więcej podobnej nazwie i coś mi mówi że nie piszemy z jej właścicielką ;]

                                          Sorry za to śledztwo ale... po co ta szopka?
                                          • pade Re: Żyjemy obok siebie.... :( 19.11.13, 17:13
                                            A po co to śledztwo?
                                            • t1ffany Re: Żyjemy obok siebie.... :( 19.11.13, 17:22
                                              > A po co to śledztwo?

                                              Taki mam odruch od małego. Czasem <Wojtuś12> nie jest Wojtusiem :P A tak trochę bardziej serio chciałam sprawdzić po spójności tego co pisze na ile wiarygodne są jej opisy siebie, partnera, sytuacji. Jeśli byłyby wiarygodne to można by przyjąć jej perspektywę. No ale skoro banalna historia o ostatnim pracodawcy wygląda tak różnie w zależności od nastroju, to jakich rad można dziewczynie udzielić?
                                              • pade Re: Żyjemy obok siebie.... :( 19.11.13, 17:24
                                                Ona nie chciała rad, tylko współczucia. Chciała dostać potwierdzenie, że wszystko co złe w jej życiu to wina W.
                                                • t1ffany Re: Żyjemy obok siebie.... :( 19.11.13, 17:30
                                                  Hmm, celna uwaga.
                                                  Wątek na oszczędzaniu chyba też był po to.

                                                  Niestykowek jest nawet trochę więcej jak się uważnie wczytać. Ciekawe jak duża część całej historii jest prawdziwa a jak duża podkolorowana.
                                                  I co daje ludziom uzyskanie współczucia dla takiej podkoloryzowanej ja? To podnosi na duchu?
                                                  • adorra0 Re: Żyjemy obok siebie.... :( 19.11.13, 17:35
                                                    Musi być bardzo samotna /osamotniona skoro współczucia szukała na forum. Smutne to.
                                                  • ad.a6 Re: Żyjemy obok siebie.... :( 19.11.13, 17:38
                                                    O co Wam chodzi? chciałam się wygadać, zwierzyć. O ostatnim pracodawcy: założył monitoring kompów, ot,co. I wpadłam na tym, jak zbierając materiały do artykułu włączyłam youtube na utworze KAT. I co z tego? W tym czasie znając już W (i nie Wojtka zresztą- tu pomyłka) myślałam, że skoro zwierzam się szefowi, który zdawał się być moim przyjacielem, to on to rozumie i stwierdzi, że kiedyś stanę na nogi, wyprostuję co nabroiłam bo przecież przedtem byłam dobrym pracownikiem. Ile mojej winy? że chodziłam ciągle spuchnięta i zapłakana do pracy? właśnie po pseudo romansach on-line mojego partnera, który jednocześnie przysięgał, że kocha i jaka to ja jestem mega seksowna?
                                                • adorra0 Re: Żyjemy obok siebie.... :( 19.11.13, 17:31
                                                  pade napisała:

                                                  > Ona nie chciała rad, tylko współczucia. Chciała dostać potwierdzenie, że wszyst
                                                  > ko co złe w jej życiu to wina W.

                                                  I trochę podziwu/uznania .
                                          • ad.a6 Re: Żyjemy obok siebie.... :( 19.11.13, 17:33
                                            bo nie piszecie. Jaka szopka, skoro moja dg istnieje dopiero od września? O co Ci chodzi? śledztwo przeprowadzasz? MIałam masę korepetycji to założyłam dg. I tak to działa. Po co te przepytywanki?
                                            • t1ffany Re: Żyjemy obok siebie.... :( 19.11.13, 17:39
                                              U ostatniego pracodawcy nawet bałam się powiedzieć, że muszę iść z córką do przychodni na badanie bilansowe

                                              Ach ci przyjaciele :P

                                              Sorry, ale całokształt tego co piszesz jest dziwny.
                                              • ad.a6 Re: Żyjemy obok siebie.... :( 19.11.13, 17:48
                                                Dokładnie tak - byli przyjacielscy gdy wyciągałam sporą kasę dla nich, podpisywałam ciekawe kontrakty. Ale gdy wolałam już coś absolutnie dla siebie czy dla córki to już zaczynało być źle. To samo z tą techniczną pomocą w domu, za późno zrozumiałam, że to wszystko jest robione po to, by w domu pracować coraz szybciej i wydajniej.
                                                • t1ffany Re: Żyjemy obok siebie.... :( 19.11.13, 17:59
                                                  To ja pracowałam na stanowisku kierowniczym w agencji reklamowej, nie on. Moje problemy w pracy właśnie zaczęły się po tych jego małych kłamstewkach

                                                  Ten W to kawał cwaniaka. Tak Cie swoimi kłamstwami rozsierdził że bez Odi Profanum Vulgus już nie szło wytrzymać, musiałaś włączyć :P ależ przebiegła gadzina z niego, nie? A jaki mózg trzeba mieć żeby to zaplanować :D

                                                  Ale dobrze że zachowałaś czujność i słusznie wskazałaś go jako przyczynę i winowajcę.
                                                  • ad.a6 Re: Żyjemy obok siebie.... :( 19.11.13, 18:04
                                                    JUż Ci napisałam, że gdy go poznałam, to mi zaczęło z powrotem odbijać, zaczęłam się zachowywać jak kilkunastolatka. A że mój szef - mówiliśmy sobie na TY - zdawał się tolerować wszystko, to i ja posuwałam się coraz dalej. A poza tym - CO w tym złego - T1ffany - by to wyśmiać?
                                                  • t1ffany Re: Żyjemy obok siebie.... :( 19.11.13, 18:48
                                                    Twoja dotychczasowa narracja (cytaty już sobie podaruje, łatwo znaleźć) była taka, że wymarzoną robotę u szefa-przyjaciela straciłaś PRZEZ pana zwanego W.
                                                    Bo MUSIAŁAŚ (tego wyrazu użyłaś) cośtam robić, dzwonić do niego chyba.

                                                    Zgodnie z Twoją relacją zaraz po maturze (1999, bo masz 34 lata, czy swojego wieku też nie pamiętasz?) zostałaś nauczycielką i w ciągu 8 lat skończyłaś germanistykę i 1 rok anglistyki zostałaś nauczycielem mianowanym a także urodziłaś dziecko. Potem przez 8 lat (czy 7 albo 4 w zależności od wersji z różnych postów) pracowałaś jako handlowiec, dochrapałaś się stanowisk kierowniczych, po czym zwolniono Cie za ekstrawagancki ubiór i słuchanie Kata na yt. Teraz od września prowadzisz firmę szkoleniową która w wakacje nieco gorzej przędzie.

                                                    No jak mam się nie śmiać? No jak? :D
                                                  • t1ffany Re: Żyjemy obok siebie.... :( 19.11.13, 18:54
                                                    O nie, przepraszam, ta dłuższa praca u przyjaciela też była dosyć ruchoma w czasie bo według jednej wersji była zaraz po szkole (i potem już nigdzie nie mogłaś się zaczepić na dłużej) a według drugiej to była ta ostatnia, tuż przed poznaniem W.

                                                    youtu.be/opT_JGssUVk

                                                  • ad.a6 Re: Żyjemy obok siebie.... :( 20.11.13, 08:37
                                                    Ja tak naprawdę dłuższy okres pracy jaki pamiętam to szkoła właśnie. Potem była firma mleczarska jeszcze za czasów szkoły właśnie, kilkumiesięczny epizod w transporcie, potem praca u D (czyli tego co taki przyjazny zdawał się być). Potem były 2 epizody (kilkumiesięczne), których nawet nie biorę pod uwagę.
                                                  • ad.a6 Re: Żyjemy obok siebie.... :( 20.11.13, 09:17
                                                    Właśnie na tej zasadzie poznaliśmy się z W, że miałam wrażenie, że tylko on jeden rozumie moją "inność", w rozumieniu muzy metal właśnie i w kwestii podejścia do życia. Ale właśnie, to było tylko wrażenie. Gdzieś dalej napisałam, że ściął włosy, wmieszał się absolutnie w tłum ubezpieczeniowców-bajkopisarzy (jak-tu-kogoś-naciągnąć-na-polisę), szczerze nienawidzę hipokryzji dzisiejszego handlu i faceta w takiej postaci kompletnie nie trawię.
                                                  • ad.a6 Re: Żyjemy obok siebie.... :( 20.11.13, 08:34
                                                    No i co w tym śmiesznego? Tak, uczyłam od 1999 bo można było jeszcze uczyć bez studiów. Miałam wówczas certyfikat KDS i zobowiązałam się wraz z rozpoczęciem pracy nauczyciela rozpocząć filologię germańską. Co w tym śmiesznego?
                                        • ad.a6 Re: Żyjemy obok siebie.... :( 19.11.13, 17:30
                                          Bo to prawda, było tak zanim poznałam W. POświęcałam się dla tej pracy bardzo. Nie wiem dlaczego zainstalował te podglądy na kompa, prawdopodobnie żeby mnie na czymś chwycić. Szukam winy cały czas - co ja zrobiłam źle. W okresie zatrudnienia zachowywał się jak przyjaciel, poza tym z wykształcenia psycholog.
                            • pade Re: Żyjemy obok siebie.... :( 19.11.13, 16:57
                              Sebaldo, partner autorki ma taką samą samoocenę jak ona. Nic dziwnego, że przegląda się w oczach innych. Ocena Ady jest subiektywna, nie sugeruj się nią tak bardzo:)
                              Powtórzę się po raz kolejny: oboje powinni iść na terapię.
                              • ad.a6 Re: Żyjemy obok siebie.... :( 19.11.13, 17:44
                                U ostatniego pracodawcy wszystko nałożyło się razem, więc w zasadzie nie wiem o co mógł się doczepić, skoro przez dużo czasu zadania wykonywałam z nawiązką/po nocach. Nawet w dniu kiedy się ostatnio widzieliśmy, powiedział "no tak, w pracy youtube, a w domu naciąganie na premię....." dlaczego nikt nie może zrozumieć że ja nie chcę nikomu krzywdy zrobić, tylko dobrze mi się pisało przy muzyce i nie sądziłam , że można kogoś O TO zwolnić. Niedawno zresztą rozmawiałam o tym z mamą, która stwierdziła że ona sobie nie wyobraża, żeby pracownik, nie wiadomo nawet jak dobry, siedział i tworzył coś z słuchawkami na uszach. Sytuacja z W. się nałożyła po prostu. Jak go poznałam to zaczęło mi trochę odbijać, poczułam się jakbym miała z powrotem 17 lat i wszystko poszło w odstawkę. Byłam absolutnie zauroczona.
                                • adorra0 Re: Żyjemy obok siebie.... :( 19.11.13, 17:54
                                  Nie wiem czy dobrze zapamietałam, bo wątek długi, ale chyba pisałaś, ze jesteś marzycielka bujajaca w obłokach. Im dłużej Cię czytam tym bardziej utwierdzam się w przekonaniu, że to musi być prawda. Gdybyś nie napisała, ze masz 34 lata to dałabym Ci najwyżej 20;-)
                                  • ad.a6 Re: Żyjemy obok siebie.... :( 19.11.13, 18:06
                                    Tak, jestem marzycielką bujającą w obłokach. Szkodzę tym komuś? poza tym to jest jakieś kryterium dorosłości czy ktoś jest marzycielem, czy i jakiej muzyki słucha?
                                    • adorra0 Re: Żyjemy obok siebie.... :( 19.11.13, 18:12
                                      ad.a6 napisał(a):

                                      > Tak, jestem marzycielką bujającą w obłokach. Szkodzę tym komuś?

                                      Samej sobie?
                                      • molly_wither Re: Żyjemy obok siebie.... :( 19.11.13, 20:15
                                        Jezu! Dziwie sie autorko,ze chcesz cierpliwie odpowiadac na takie insynuacje.
                                        Daj sobie spokoj z szukaniem pomocy na forum.
                                        adorra0 napisał(a):

                                        > ad.a6 napisał(a):
                                        >
                                        > > Tak, jestem marzycielką bujającą w obłokach. Szkodzę tym komuś?
                                        >
                                        > Samej sobie?
                                • ad.a6 Re: Żyjemy obok siebie.... :( 19.11.13, 18:01
                                  Zaczęło mi odbijać, poczułam się zbyt pewnie, że skoro toleruje dużo, to będzie tolerował jeszcze więcej. Zaczęło mi też odbijać w kwestii ubioru i ekstrawagancji, z powrotem wróciły koncerty, tworzenie muzyki i jakaś taka radość życia. W pierwszych kilku miesiącach tej znajomosci rozkwitłam. Czułam się jak zakochana nastolatka. Po nocach siedziałam przy kompie - zarówno pracując jak i klikając z W. Czułam się kochana, upragniona, ładna. Czar zniknął gdy zamieszkaliśmy razem. Już w pierwszych miesiącach, gdy mój szef najpierw obiecał jemu pracę, a potem do tego zwolnił jeszcze mnie. W międzyczasie wyszły na jaw kłamstewka W i laski on-line. Dla wyjaśnienia - nieudacznikiem nazwałam go parę tygodni temu. Podczas numerów z laskami byłam jeszcze ślepo w niego zapatrzona, ale cały czas przekonana, że to ja jestem ta NAJ i że tak już pozostanie, myślałam że to są znajomości jeszcze sprzede mnie. Ale okazało się inaczej. Co tu jest zagadkowego?
                                  • filetta Re: Żyjemy obok siebie.... :( 19.11.13, 20:31
                                    Myślę, że powinnaś przestać pisać. I zastanowić się na spokojnie, co za spektakl nam tutaj urządziłaś.
                                    • ad.a6 Re: Żyjemy obok siebie.... :( 20.11.13, 09:08
                                      No to śmiej się, jeśli Ci to w jakiś sposób pomoże. Śmiej się do rozpuku. Tak, oprócz szkoły nigdzie nie potrafiłam zagrzać miejsca na dłużej. Jedyne co potrafię robić dobrze (z opinii innych) i co bardzo lubię - to właśnie uczenie. Każdy ma coś, w czym jest dobry i coś co go kompletnie nie kręci. Czy To dla Ciebie dziwne? Każdy ma jakieś ukryte słabości, do których wstydzi się przyznać, ja w nadziei na otrzymanie pomocy wywnętrzyłam się - i co dostałam? KIlka osób potraktowało wątek poważnie i pomogła, cała reszta podśmiewa, z T1ffany na czele (heh, stara metalówa powinna się w jakiś sposób "zjednać" z drugą starą metalówą- bo ja zawsze myślałam, że metalowa brać trzyma się razem). Ale jednak smutna, szara rzeczywistość przenika wszystkich do szpiku kości i już ideały przestają być ważne. A stara kadra metalowców ścina włosy, wbija się pod krawaty i udaje prezesów, chamiejąc przy tym i traktując innych jak bydło.
                                      No - kolejna moja wada (śmiejcie się, a jak) - jestem idealistką. Wierna muzie, ideałom, wierna facetowi, marzę o idealnym związku, o mężczyźnie, który nie spojrzy na inną kobietę, będzie zapatrzony we mnie na zasadzie "dla ciebie zrobię wszystko".
                                      Udowodniono mi tutaj, że zmiany pracy są złe, ideały również, teraz wszyscy muszą być tacy sami, wyglądać nijako, lizać się wzajemnie po tyłkach, udawać że się lubią (akceptują, tolerują), a za plecami zarżnęliby się za kilka groszy premii, na wigilijnych imprezach firmowych całują się dzieląc opłatkiem, a pod nieobecność jednej osoby pół biura obrabia jej tyłek. Jestem idealistką. Cały czas wierzę, że znajdę jeszcze tę idealną pracę, w której będę miała spokój, i przy ulubionej muzie będę mogła robić coś ciekawego, coś pisać, tworzyć.
                                      No, śmiejcie się dalej, po powiem, że każdy powinien chodzić ubrany jak chce, i wyzbycie się własnego stylu nie świadczy o dojrzałości. Och, jaka ja niedojrzała jestem, bo jako 34 latka przyznałam się do słuchania KATa w pracy. Niedojrzała jestem, bo nie znoszę hipokryzji, tego, że np wszyscy nie znoszą zachowania szefa, każdy pieprznąłby to już od jutra, ale każdy się boi powiedzieć choć słowo głośno. Ale taki lajf. Może nie pasuję do tego świata po prostu. W weekend kupiłam W zajebiste bojówki. I co? pokazał się w nich w pracy i stwierdził że dziś musi się ubrać elegancko, bo widzi pogardliwe spojrzenie szefa. Masakra. Nie dość, że rok temu ściął włosy pod groźbą zwolnienia z pracy, miał do pasa, to jeszcze wbija się codziennie w te niebieskie koszule i marynarki. Pieprzony strach. Czy musi się drżeć przed szefem z powodu głupich spodni czy koszulki z kapelą? Kiedy wreszcie będzie tak, że każdy będzie w tym kraju mógł być sobą? Nie, nie jestem chora, jak pisałam wcześniej, chodziłam do psychologa, zaliczyłam też wizytę u psychiatry, który nic nie stwierdził właściwie, stwierdził, że jestem renegatką. I celnie, bo to prawda. Uważam, że przez lato wypoczywa się, a całą resztę roku się zapier*la. Tak, zwalniałam się sama z firm, gdzie odmówiono mi całego miesiąca wakacji z córką. Dla mnie to naturalne, że matka spędza z dzieckiem lato. Nie babcia, nie ciocia, nie sąsiadka wynajęta na godziny. Uwielbiam z córką jeździć, zwiedzać świat, rozmawiać z nią o przyrodzie, patrzymy na gwiazdy za pomocą teleskopu, czytamy razem, dyskutujemy na wiele tematów, badamy preparaty pod mikroskopem. Tak, śmieszna jestem, drwijcie dalej. Ja sobie nie wyobrażam dla 2 tysiów zostawić dziecko samo w domu, zostawić psa, którego wychowuję od malutkiego. Nie wiem ile musiałabym zarabiać, żeby to wszystko zostawić np w imię wyjazdów zagranicznych. Poza tym, inna sprawa, że takie wyjazdy w ogóle nie sprawiają mi przyjemności, właśnie z powodu hipokryzji i robienia wszystkiego w imię kontraktu.
                                      • ad.a6 Re: Żyjemy obok siebie.... :( 20.11.13, 09:18
                                        Właśnie to mnie trzyma przy W. Stary metalowiec z pewnymi ideałami, choć muszę stwierdzić że powoli się z nich otrzepuje w imię krzywego uśmiechu szefa a ja zaczynam tego nie trawić.
                                        • sebalda Re: Żyjemy obok siebie.... :( 20.11.13, 10:01
                                          Nigdy nie zdarzyło mi się spotkać osoby równie nieposkładanej jak Ty, Ada. Nie chcę Ci robić przykrości, ale masz w głowie tak potworny bałagan, że aż dziw bierze. Pomieszanie z poplątaniem. Jak sobie tego nie poukładasz, do końca swoich dni będziesz się męczyć. Póki siebie tylko, to jeszcze pół biedy, ale co z partnerami, a przede wszystkim z córką???
                                          Jak możesz mieć pretensje do W., że się dostosowuje do warunków w pracy, skoro niedostosowanie się byłoby równoznaczne z jej utratą??? Jak byś to przyjęła??? Ty masz do niego pretensje, że ma tylko jedną pracę, a on miałby stracić i tę? Za krótko jej szukał? Sama pisałaś, że w Twoim mieście nie jest łatwo o pracę.
                                          Ty chcesz być wolna, a jednocześnie chcesz czerpać z życia garściami. Chcesz mieć kasę na ciuchy, którymi masz zamiar zatrzymać faceta, a jednocześnie nie umiesz wytrwać w żadnej pracy, bo wszyscy są be. Tylko Ty jedna jesteś taka fantastyczna! Megalomania to się nazywa.
                                          Powinnaś być wielką artystką, może wtedy mogłabyś spełniać swoje potrzeby, ale chyba nawet artysta czasami musi się dostosować do realiów.
                                          Ja bym chciała się dowiedzieć, dlaczego straciłaś pracę u przyjaciela. Czy przez W., że go zapraszałaś na kawę do firmy i że płakałaś, czy przez to, że byłaś nielojalna i szukałaś innej pracy tudzież w godzinach pracy zajmowałaś się innymi sprawami?
                                          Z jednej strony piszesz o potrzebach związanych z życiem rodzinnym (córka, pies), z drugiej przyznałaś, że poświęcałaś pracy każdą wolną chwilę, w domu, po godzinach, po nocach. Wtedy życie rodzinne nie cierpiało?
                                          W Polsce jest ustawowy czas urlopu, uważasz, że pracodawca powinien dla Ciebie odstąpić od tego, bo chcesz spędzić miesiąc urlopu z córką?
                                          Facet jest z Tobą prawdopodobnie tylko dlatego, że w jakimś sensie się dobraliście, ale też nawzajem się niszczycie. Jesteście dorośli, to Wasza sprawa, ale mnie cały czas zastanawia, jak w tym wszystkim funkcjonuje ta nieszczęsna 10-latka?
                                          • ad.a6 Re: Żyjemy obok siebie.... :( 20.11.13, 10:09
                                            Pisałam już, dlaczego straciłam pracę u przyjaciela. Zaczęłam, po objęciu stanowiska kierowniczego, pozwalać sobie na zbyt wiele. Telefony do córki, do mamy, wyjścia "po drożdżówkę", i w związku z poznaniem W, zaprzestanie pracy po godzinach i wychodzenie z pracy "równo z dzwonkiem".
                                            Wówczas, gdy siedziałam po godzinach, pracowałam home office, z córką u boku, leżała wtedy w moim łóżku i coś czytała, oglądałam Mini Mini albo zasypiała po prostu. Psa jeszcze nie miałam. Z czego jeszcze mam się spowiadać? ....więcej grzechów nie pamiętam :)
                                            • sebalda Re: Żyjemy obok siebie.... :( 20.11.13, 10:43
                                              Ale też robiłaś w tej pracy jakieś rzeczy za plecami pracodawcy i on to odkrył, przez monitoring na kompie, byłaś nielojalna, czy to inna praca? Nie masz sobie nic do zarzucenia w związku z tym? Wcześniej pisałaś, że wszystko przez W, teraz już piszesz coś innego.
                                              Nie dziw się, że jesteś dla nas niewiarygodna, bo naprawdę plączesz się w tym wszystkim. Najpierw myślałam, że chodzi Ci tylko o nieporadność W., potem się okazało, że chodzi o chorobliwą zazdrość i chęć nieustannej adoracji ze strony partnera. Jesteś roszczeniowa i uważasz, że jesteś najlepsza, a inni są źli, nie rozumieją Ciebie, są hipokrytami, a z drugiej strony masz bardzo niską samoocenę.
                                              Dziewczyno, dla Ciebie nie ma ratunku innego niż bardzo dobra, wnikliwa terapia. W. powinnaś uwolnić, bo tylko się nawzajem niszczycie, Ty sama musisz dojść do ładu ze sobą. Inaczej przegrasz swoje życie i pociągniesz za soba córeczkę.
                                              Sama nie wiem, ale chyba jednak bardzo Ci współczuję. Nie przez W., nie przez złych pracodawców, ale przez śmietnik, który masz w głowie:(
                                              • sorvina Re: Żyjemy obok siebie.... :( 20.11.13, 11:01
                                                Coraz bardziej mi to pachnie narcystyczną obroną swojego wizerunku. I takim kontrastem między wysokimi oczekiwaniami, wręcz roszczeniami, a realnie niską samooceną i uzależnianiem poczucia własnej wartości od tego, że inni ten wizerunek docenią i potraktują ją tak, jak ona chce być traktowana. Przy uwagach i pytaniach kwestionujących oficjalny wizerunek, jest plątanie się w zeznaniach, oskarżenia i być może (nie sposób tego zweryfikować) koloryzowanie.

                                                Z narcystycznym rysem osobowości da się wiele zrobić a samoocenę uzdrowić. Przy zaburzeniu dana osoba będzie szła w zaparte broniąc wizerunku i negując swoje błędy i konieczność zmiany po swojej stronie. Bycie heroiczną ofiarą jest kuszącym rozwiązaniem, tak doskonale zwalniającym z wzięcia odpowiedzialności za własne życie. Zrezygnowanie z niego wiązało by się ze zmierzeniem się z najbardziej bolesnymi oskarżeniami na własny temat, które tak naprawdę autorka ma w głowie i to przed nimi się broni, widząc je w konkretnych uwagach forumek, widząc wszędzie atak na siebie i swoją wartość, zamiast zwrócenia uwagi na jakiś szkodliwy wzorzec czy zachowanie. To jednak jedyne rozwiązanie by spojrzeć realnie na siebie i swoje życie i zacząć je naprawiać.

                                                Inaczej autorka będzie dalej tworzyć piekło dla siebie, dziecka i wszystkich w okół.
                                                Nie neguję przy tym zaburzeń i toksyczności partnera, nierealnych oczekiwań pracodawcy itp.. To jednak wybór autorki, że to wszystko tak długo tolerowała, a czasem swoim zachowaniem wręcz zaostrzała.
                                              • ad.a6 Re: Żyjemy obok siebie.... :( 20.11.13, 12:04
                                                Nielojalna? w związku z czym? że wykonuje się telefony do domu, pije 3. kawę czy słucha ulubionej muzyki, która akurat w tym przypadku dodawała mi mocy i energii, to coś złego, co trzeba tępić i zwalniać pracownika, który byłby ok, gdyby nie wyszło na jaw, że słuchałam muzy przez yt?
                                              • ad.a6 Re: Żyjemy obok siebie.... :( 20.11.13, 12:23
                                                Sebaldo, kolejny raz piszę, że w tej pracy wszystko się na siebie nałożyło. Ze 2-3 miesiące przed poznaniem W. dostałam awans (i to wszystko właśnie dzięki temu poświęceniu się, bycia on-line nawet w święta, Sylwestra, wszystko to kwitowałam - i tak nie będę miała faceta, więc mogę się poświęcić, chociaż dobre pieniądze będą). i zaczęło się, że pofolgowałam sobie, zaczęłam się po prostu czuć śmielej, niż przed awansem. Po poznaniu W i jego kłamstewkach i pseudoromansach z panienkami było jeszcze gorzej. Ale to już wynikało z tego, że on się z tym nie krył, a ja byłam już całkowicie pogrążona emocjonalnie, w zasadzie zakochałam się już wówczas, gdy przyjeżdżał tylko w weekendy. Plączę się, bo nie wiem, jak to wszystko poskładać, by tworzyło logiczną całość, skoro od tej pory wszystko szło w dół na łęb na szyję. Chcąc odwrócić jego uwagę od gg i różnych czatów, gdzie nawiązał kilka znajomości, kupowałam coraz to nowe ciuchy, a potem z poczucia winy, że zaniedbuję córkę, kupowałam z kolei jej ciuchy i drogie prezenty. Zaangażowałam się emocjonalnie w coś, co pociągnęło mnie w dół. Z zadbanej, ułożonej i szczęśliwej kobiety został tylko sfrustrowany wrak, który nawet nie potrafi poskładać chronologicznie wydarzeń, by być wiarygodną.
                                      • adorra0 Re: Żyjemy obok siebie.... :( 20.11.13, 10:30
                                        Problem polega na tym, że to co piszesz wcale nie jest śmieszne. Dla mnie przerażające. Ada poszukaj pomocy psychologicznej, kogos kto pomoze Ci poradzić sobie z sobą samą, z życiem przeszłoscią, kto pomoże Ci dorosnąć i zachować część ideałów, a część dostosować do panujących na rynku pracy warunków, tak żeby wilk był syty i owca cała. Jeżeli uważasz, ze Tobie to niepotrzebne to zrób to dla swojej córeczki.
                                      • filetta Re: Żyjemy obok siebie.... :( 20.11.13, 10:37
                                        Ani przez moment się nie śmiałam. Jestem raczej przerażona.
                                        • filetta Re: Żyjemy obok siebie.... :( 20.11.13, 10:48
                                          Nie sądzę, żeby ktokolwiek tutaj z ciebie drwił. Jesteś traktowana bardzo poważnie. Twoja interpretacja postów to już twoja broszka.
                                      • lilith76 Re: Żyjemy obok siebie.... :( 20.11.13, 11:40
                                        Odleciałaś.
                                        To nie śmieszne, to bardzo smutne.
                                        • ad.a6 Re: Żyjemy obok siebie.... :( 20.11.13, 12:10
                                          lilith76 napisała:

                                          > Odleciałaś.
                                          > To nie śmieszne, to bardzo smutne.
                                          >

                                          Tak, dorosnąć muszę, wyzbyć się nawyków, stylu, wszystkiego co do tej pory lubiłam, stać się nijaka i z uśmiechem parzyć kawkę szefowi (ups, nie szefowi tylko chłopcu ubranemu w gajer i pod krawatem), stawiającemu coraz wyższe wymagania. Nie wiem, co tu jest smutnego. Smutne jest raczej to, że polska rzeczywistość jest raczej nijaka. Każdy kto się wychyla, jest inny niz cała mdła reszta- odpada. Nie, to nie narcyzm - dbałam o siebie po prostu. W weekendy interesowałam się tylko dzieckiem i sobą. W tygodniu była praca na maxa, sprzątaniem i gotowaniem zajmowała się moja mama. W weekend jadałyśmy na mieście, bo chciałam, żeby odpoczęła. Znów coś złego?
                                          • adorra0 Re: Żyjemy obok siebie.... :( 20.11.13, 14:54
                                            Wiesz co, próbowałam Cię zrozumieć, ale mam dosyć ciagle jednej i tej samej śpiewki, która do niczego nie prowadzi poza użalaniem się nad sobą. Kobieto, masz 34 lata i DZIECKO, za które jesteś odpowiedzialna, a zachowujesz się jak rozkapryszony bachor. Tak jak jestem przeciwko biciu kogokolwiek tak uważam, ze Tobie przydałby się pasek na cztery litery, zeby wybić Ci tę głupotę z głowy w trybie przyspieszonym. Kobieto jesteś INFANTYLNA do bólu.
                                  • filetta Re: Żyjemy obok siebie.... :( 20.11.13, 07:28
                                    Zastanawiam się, ile w tym wszystkim fikcji, a ile prawdy, ile symptomów choroby (choć nie mam pojęcia jakiej), ile małej Aduni "ukochanej córeczki tatusia", która oczekuje, że od całego świata dostanie to samo, co dawał jej tenże tatuś? Gra to, choroba czy niedojrzałość?
                                    • ad.a6 Re: Żyjemy obok siebie.... :( 20.11.13, 12:11
                                      Może nie tyle od świata, ile od partnera.
      • molly_wither Re: Żyjemy obok siebie.... :( 19.11.13, 19:38

        Z diagnoza faceta sie zgadzam, ale to ponizej?! Kobieto! Co za archaizm , skad Ty to wzielas z powiesci XVIII wiecznej??!

        filetta napisała:


        >
        > Druga kwestia to kobiecość. Masz wyrobioną pewną jej wizję, która moim zdaniem
        > jest nieadekwatna do rzeczywistości, szczególnie tej, w której aktualnie żyjesz
        > . Kobiecość nie ma nic wspólnego z dobrami materialnymi ani zamożnością. Kobiec
        > ość to stan ducha w otoczeniu pewnych cech. Najprościej rzecz ujmując to czysto
        > ść i schludność, wdzięk i uśmiech. Szerokiego pojęcia ci teraz nie przedstawię,
        > bo jestem w pracy, ale po południu mogę poszukać i napisać ci, jak inne kobie
        > ty to pojmują.
        > Nie zazdroszczę ci, bo masz naprawdę wiele problemów do rozwiązania. Życzę powo
        > dzenia!
        • filetta Re: Żyjemy obok siebie.... :( 19.11.13, 20:22
          Z XIX-wiecznej. W XVIII wieku kobiety się nie myły tylko perfumowały.
          • zuzi.1 Blog:moje dwie głowy_przeczytaj koniecznie!!! 19.11.13, 22:47
            Ada, po tym co napisałaś, mam wrażenie, ze Twój partner przegląda się w oczach innych pań, bo jest narcyzem i byc może socjopatą. Narcyzi krzywdzą, kłamią, manipulują i a socjopaci do tego jeszcze pasożytują i niszczą kobiety z którymi się wiążą. Przeczytaj tego bloga i opisy historii dziewczyn, które też miałay za partnerów narcyzów i socjopatów. Jest książka moje dwie głowy, którą powinnas sobie kupic i przeczytac od dechy do dechy. Niektóre partnerki takich panów trafiły do szpitala psychiatrycznego i zostały po prostu przez nich zniszczone psychicznie i emocjonalnie. Myślę, że Twój przypadek to może byc własnie ten case:
            przeczytaj koniecznie:mojedwieglowy.blogspot.co.uk/
            • zuzi.1 Re: Blog:moje dwie głowy_przeczytaj koniecznie!!! 19.11.13, 22:59
              i podrzucę jeden krótki wpis Stelli, która też żyła z jak to dziewczyny nazywają psychofagiem dłuuuuuugo ale udało jej się podniesc i uciec do przodu:

              "Stella, czwartek, 11 kwietnia, 2013

              Ale muszę zaprotestować na taką tezę, że kobiety "cierpią przez różnej maści psychofagów".
              NIKT IM NIE KAŻE TKWIĆ W TAKIM ZWIĄZKU!!!!!!!!!!!! Wejść w związek może prawie każdy, choć nie absolutnie każdy, bo jednak sygnały ostrzegawcze są dość wyraźnie, nawet na początku. Wchodzą w takie związki wyłącznie osoby, które rozpaczliwie potrzebują miłości - z akcentem na "rozpaczliwie", a nie na "miłości".
              Ale pozostanie w związku, który krzywdzi i wiąże się z cierpieniem (zwłaszcza cierpieniem dzieci) to już wyłączna decyzja każdego z nas. Nie psychofaga, tylko jego ofiary.
              Miłość i cierpienie wykluczają się, a małżeństwo to nie posłuszeństwo.
              Ja sama latami mówiłam "ale ja go kocham.....". Teraz widzę, że z mojej strony to było wiele rożnych uczuć, ale miłość to raczej nie.
              CIERPIĘTNICTWO - taką zbiorczą nazwę bym nadała temu zjawisku. Teraz się tego wstydzę ale muszę się z tym zmierzyć.
              Kiedyś nazywałam siebie Kobietą Która Kocha Za Bardzo, z naciskiem na "kocha". Teraz wiem, że byłam Kobietą, Która Wczepiła Się W Mężczyznę Za Bardzo. Do utraty własnego życia, które sama oceniłam jako nic niewarte bez faceta.
              Nie dawał mi miłości ani akceptacji, więc to nie był "głód miłości".
              Dawał mi poczucie przynależności do zamkniętego dla mnie świata, który wtedy ceniłam wyżej niż siebie i mój świat (artyści - mąż, motocykliści - R.).
              Dawał mi akceptację społeczną, bo sama uznałam siebie za nic niewartą bez mężczyzny.
              Dawał mi chaos, bo nie chciałam być sama ze sobą.
              Tak więc cierpiałam przez siebie, a nie przez psychofagów."
              • zuzi.1 Re: Blog:moje dwie głowy_czerwone lampki 19.11.13, 23:14
                mojedwieglowy.blogspot.co.uk/p/jakzwykle-goraco-przestrzegam-przed_8287.html
                • ad.a6 Re: Blog:moje dwie głowy_czerwone lampki 20.11.13, 09:13
                  Bardzo Ci dziękuję, Zuzi. Zajrzę dziś wieczorem, po lekcjach.
        • lilith76 Re: Żyjemy obok siebie.... :( 20.11.13, 11:38
          >
          > Z diagnoza faceta sie zgadzam, ale to ponizej?! Kobieto! Co za archaizm , skad
          > Ty to wzielas z powiesci XVIII wiecznej??!
          >

          Może i brzmi archaicznie, ale konkluzja jest prosta, zgadzam się z nią: kobiecość to nie super ciuchy, kosmetyczka, fryzjer, manicure. Kobiecość to stan ducha. Można być kobiecą nawet w worku po kartoflach. Jedne kobiety mają to w sobie nic nie robiąc, innym jest trudniej. Jedna kobieta wchodzi do pokoju i ma obecnych w garści, inna jest przezroczysta.

          Najprościej rzecz ujmując to
          > czysto
          > > ść i schludność, wdzięk i uśmiech

          Brzmi trochę patriarchalnie :)
          • filetta Re: Żyjemy obok siebie.... :( 20.11.13, 14:26
            > Najprościej rzecz ujmując to
            > > czysto
            > > > ść i schludność, wdzięk i uśmiech
            >
            > Brzmi trochę patriarchalnie :)

            Bo wycięte z kontekstu.
    • sorvina Re: Żyjemy obok siebie.... :( 20.11.13, 09:33
      Autorko. Czy ty wiesz czego chcesz? Bo nie konkretnej porady co zrobić by poprawić swoją sytuację, to widać wyraźnie. Widzisz sytuację jako czarno-białą i do takiej chcesz ją sprowadzić - po co? Jeśli by wszystkie forumki zgodnie napisały, że to twój partner jest zły to wydrukowałabyś to, dała mu pod nos jako dowód, to co - on by się pokajał i zmienił? Raczej nie. Więc co - dałoby Ci to prawo do przerzucania na niego CAŁEJ odpowiedzialności za wszystko co się działo i dzieje między wami i oddawania pięknym za nadobne? Pani expert słusznie pisze, że balansujesz między rolą ofiary i kata.
      Dziewczyny zwracają Ci celnie uwagę, na to jak wiele było twoim mniej lub bardziej świadomym wyborem, efektem twoich problemów z tragicznie niską samooceną - która jest u ciebie całkowicie uzależniona od czynników zewnętrznych, ty odwracasz kota ogonem i bronisz się przez zarzutami, które nie padły, jakbyś chciała udowodnić - nie jestem beznadziejna, jestem idealistką, chcę dobrze dla córki itp. A to zupełnie nie o to chodzi. Ludzie nie są dobrzy albo źli, idealni albo beznadziejni. Możesz mieć dobre wartości ale samoocenę oraz wzorce budowania relacji, reakcje, które powodują, że pakujesz się na własne życzenie w kolejną toksyczną relację, kolejne problemy itp.
      Jesteś wartościową i cenną osobą, która ma prawo do wspaniałego życia, pracy i związku, problem w tym, że na chwilę obecną NIE POTRAFISZ takich zbudować. A to się liczy, nie zasługiwanie, prawa czy ich brak - bo je każdy ma, ale to czy realnie oceniamy sytuacje, podejmujemy konstruktywne decyzje, czy szanujemy siebie w relacji z innymi.
      Ty oczekujesz wiele, tak deklarujesz, ale zachowujesz się jakbyś nie zasługiwała na nic i tak pozwalasz ludziom siebie traktować. Ludzie tak ciebie traktujący są w jakiś sposób dla ciebie atrakcyjni, ich się trzymasz, jakbyś chciała uwierzyć siebie zmieniając to jak oni cię traktują. A są ludzie, którzy nie będą cię dobrze traktować bo jak partner są sami tak silnie zaburzeni, że bez terapii nie nadają się do bycia dobrym partnerem. I oskarżanie ich tego nie zmieni.

      Masz wybór, możesz wyrzucać z siebie coraz większą mieszankę oczekiwań, których świat nie spełnia, żali i pretensji, albo przyznać, że to nic nie zmienia i zająć się tym co MOŻE dać realną zmianą. Czyli jak forumki dobrze radzą - iść na terapię, albo przynajmniej się zapisać na tą z NFZ i czekać na termin zaczynając pracować nad swoją samooceną w oparciu o darmowe materiały, których w sieci pełno. Bo to nie ludzie niszczą ci samoocenę więc nie oni mogą ci ją zbudować, ludzie w różnych sytuacjach pokazują, jak twoja samoocena jest naprawdę niska. Poczucie własnej wartości, które jest wysokie gdy wszystko układa się świetnie a my jesteśmy w fazie zakochania i czujemy się kochane, to jeszcze nie jest wysokie poczucie własnej wartości, je widać na co dzień, gdy bywa różnie. A jak jest niskie to tylko MY możemy je przepracować i wzmocnić. I owszem, w miarę nauki szacunku do siebie będziemy się odcinać od ludzi, którzy nam nie służą. Ale podstawą jest wzięcie odpowiedzialności za swoją samoocenę, swoje emocje, swoje wybory a nie przerzucanie tego na innych. Gdy przerzucasz całą odpowiedzialność na innych pojawia się bezradność, bo na innych nie masz większego wpływu. Samoocena spada, bo oceniamy swoją wartość pod kątem tego jak oni nas traktują. Przestań - sama dobrze się zacznij traktować. Patrzeć na siebie realnie i się akceptować. Jednocześnie przyznając się do błędów i ustalając jakiś plan pracy nad nimi. Jak sama dasz sobie czas, docenienie to poczujesz się krok po kroku lepiej, bez względu na to co ten czy tamten zrobił i powiedział.

      Jak naprawdę nazbierało CI się żali i pretensji, to lepiej je spisywać na papierze i spalić. Aż to z siebie wyrzucisz (w zdrowy bezpieczny sposób). A potem zadać sobie pytanie - co dalej? Co mogę JA ZROBIĆ by było lepiej? Łatwiej się tylko żalić, ale nikt nie pomoże ci za ciebie.
      • ad.a6 Re: Żyjemy obok siebie.... :( 20.11.13, 12:29
        Sorvino.... wiem, czego chcę. Przede wszystkim spokoju i stabilizacji. Może od spokoju zacznijmy. Co złego w tym, że kogoś pokochałam? Ja mam tak, że jak kocham, to facet "na dzień dobry" dostaje ode mnie wszystko, ja się bardzo szybko angażuję emocjonalnie. To jest pierwszy poważny związek od czasu rozwodu, i przeczuwałam, że się zaangażuję, bałam się tego bardzo, bo wiem, że stracę na tym nie tylko ja, ale i córka. Właśnie tamten szef, który był moim przyjacielem (nadal tak twierdzę) ostrzegał mnie gdy rozmawialiśmy na luzie, że mam bardzo wysokie oczekiwania i co będzie gdy się zawiodę, że lepiej w moim przypadku żadnego związku nie zaczynać, itp, itd. Miał rację. Ja się zaangażowałam ZA BARDZO. Oddałam wtedy wszystko, siebie, czas, kasę, pracę. Oczekiwałam WDZIĘCZNOŚCI. I nie dostałam jej. Stąd frustracja.
        • ad.a6 Re: Żyjemy obok siebie.... :( 20.11.13, 12:37
          Poza tym, co złego jest w tym, że chciałabym żyć po swojemu? Co złego jest w tym, że chciałabym w pracy słuchać swojej muzyki, ubierać się po swojemu? Złe bo nieakceptowane przez ogół? Teraz wysyłacie mnie na terapię, bo jestem inna, czyli zła?
          • zuzi.1 Re: Żyjemy obok siebie.... :( 20.11.13, 12:45
            No nic złego, tylko problem polega na tym, że w wielu pracach akceptowane są tylko określone zachowania, a inne nie, na indywidualizm mogą sobie pozwolic co najwyżej członkowie zarządu, a i to nie zawsze. Przy takim podejsciu jakie masz, dobrze, że założyłas DG i że spełniasz się jako nuczycielka języków, ta praca daje Ci możliwosc życia na swoj własny, indywidualny sposób. Może Ty po prostu nie nadajesz się na pracownika najemnego, który ma chodzic w uniformie i dostosowywac się do określonych zasad firmowych. Bo jestes takim wolnym i niezależnym duchem...
            • ad.a6 Re: Żyjemy obok siebie.... :( 20.11.13, 12:54
              Masz rację, Zuzi..... tu ogromny plus dla mojego W, za cierpliwość. Bo już rzeczywiście nie wiem, co mam ze sobą zrobić. Obawiam się lata, gdyż wielu spośród moich uczniów zrezygnuje na wakacje, zostaną mi sami dorośli, a ich nie jest zbyt wielu. Tu jest problem i między innymi stąd ta frustracja. Z jednej strony, wiem, że jeśli nawet zatrudnię się gdzieś do firmy (w grę wchodzi w moim mieście tylko eksport) to, o ile nie zostanę zwolniona, to sama się zwolnię bo nie wyobrażam sobie na całe wakacje zostawić dziecko samo w domu. Nie wiem, co robić. Na obecnym rynku pracy mogłabym znać nawet i 10 języków obcych, moje miasto to dziura w kwestii wynagrodzeń.
              • zuzi.1 Re: Żyjemy obok siebie.... :( 20.11.13, 14:31
                Wyślij zgłoszenia/ofertę do pracodawców odnośnie kursu językowego dla ich pracowników, jesli język biznesowy też znasz. W wakacje możesz sobie dorabiac jako niania do opieki nad dziecmi w swoim domu, wielu rodziców nie ma co zrobic z dziecmi w wakacje, dodatkowo jako atut tej swojej opieki możesz dopisac, że w ramach opieki będzie też nauka języka, napisz w ogłoszeniu, ze jestes profesjonalnym nauczycielem języka, po takich wakacjach może dojdą Ci kolejne dzieciaki do nauki w roku szkolnym. Musisz byc kreatywna i dostosowywac sie do sytuacji. Może poszukaj kogoś do spółki, kto zna inne języki i otwórzcie profesjonalną szkołę językową, to też jest sposób na biznes. Mozesz dorabiac też tłumaczeniami w sieci. Wiele jest możliwosci, tylko trzeba pomyślec. I gdybys znalazła do tego jakiegos fajnego, miłego, odpowiedzialnego i zaradnego fin. faceta, który chociaż ze 3 tys zł by zarobil, wówczas moglibyscie spokojnie sobie życ, a Ty mogłabys kontynuowac to co teraz robisz, bez niepotrzebnych frustracji. Ciężko jest byc matką, żoną, kochanką i głównym żywicielem rodziny w jednym, mającym wszystko na głowie, będąc przy tym tylko kobietą.... Moim zdaniem mężczyzna musi czuc się odpowiedzialny za rodzinę i jej kondycję fin., nie może przerzucac odpowiedzialnosci za fin. na żonę, tak jak to robi Twój W.
                • ad.a6 Re: Żyjemy obok siebie.... :( 20.11.13, 14:39
                  Zuzi-> masz całkowitą rację. Oferty szkoleniowe dla firm z zakresu business English i Geschaftsdeutsch mam już przygotowane, niebawem je porozsyłam oficjalnie, na papierze firmowym, obecnie z sąsiadką - graficzką przygotowujemy logo. Tłumaczeniami w sieci dorabiam na bieżąco, lecz nie zawsze jest ciągłość - czasem jest tak, że gdy skończę jedno zlecenie muszę troszkę poczekać na następne. Zresztą OBECNIE brak kasy nie jest problemem. Dokładnie tak jak piszesz, przygotowuję się do lata. Wysłałam nawet aplikację na opiekunkę do dzieci na obozie letnim połączonym z nauką języków obcych, odzew jest, spotkanie już było, może nawet będzie tak, że córkę zabiorę ze sobą. Poza tym mam wiele osób z polecenia, którzy polecają dalej - tymi osobami są na przykład właściciel siedziby jednej sieciówki w naszym mieście oraz dyrektor działu handlu innej jeszcze firmy. Kręci się. Ja się tylko obawiam, co by było, gdybym choć na chwilę (np z powodu choroby) przestała "działać".
                  • zuzi.1 Re: Żyjemy obok siebie.... :( 20.11.13, 14:48
                    Więc jestes kreatywna i zaradna, jedyne co musisz w takim razie w najbliższym czasie jeszcze zrobic to zmienic W. na inny model, tak po prostu.... To jest facet do bani, pogoń go ze swojego życia a zobaczysz od razu jak Ci się zrobi lżej na duchu. Ten facet jest toksyczny i zaburzony. I nie pisz pls, że go kochasz...Pokochasz też następnego, bo sama piszesz, że łatwo się zakochujesz. Nie rób tylko jednego błędu, nie dawaj facetom na wstępie ogromnego kredytu zaufania i całej siebie, oni na to powinni pracowac przez długi czas, az będziesz pewna, że są wobec Ciebie uczciwi, dbają o Ciebie i są jedynie Tobie wierni... Szanuj się Ada, bądź wymagająca, a wówczas inni tez będą Cię szanowac. Nie dawaj samej siebie ot tak. W taki sposób nikt Ciebie i Twoich starań nie uszanuje, bo za łatwo wszystko od Ciebie dostanie. Szanuje się to, na co sobie trzeba samemu zapracowac, cos co się dostaje lekką ręką nie szanuje się i traktuje się lekko.
                    • zuzi.1 Re: Żyjemy obok siebie.... :( 20.11.13, 15:10
                      Ada związek musi się opierac na DWÓCH nogach, jedną nogą jestes Ty, ale drugiej nogi Ci brak, bo ten W. nie jest żadną nogą, dlatego gnębi Cię pytanie co będzie, gdy zachorujesz, kto zarobi na utrzyamanie rodziny. W normalnym związku opartym na DWÓCH nogach w takiej sytuacji MĄŻ/PARTNER przejmuje na siebie odpowiedzialnosc za utrzymanie rodziny. A co zrobi w takiej sytuacji W.? No NIC NIE ZROBI, pewnie będziesz musiała ze szpitala robic tłumaczenia leząc np. pod kroplówką, bo facet po raz kolejny okaże się niezaradny. Nie chciałabym miec takiej perspektywy, szkoda Ciebie i dziecka, dzieki męzczyznie powinno byc Wam łatwiej, a nie jeszcze cięzej...
                  • zuzi.1 Re: Żyjemy obok siebie.... :( 20.11.13, 15:27
                    ada napisała:"Poza tym mam wiele osób z polecenia, którzy polecają dalej - tymi osobami są na przykład właściciel siedziby jednej sieciówki w naszym mieście oraz dyrektor działu handlu innej jeszcze firmy. Kręci się. Ja się tylko obawiam, co by było, gdybym choć na chwilę (np z powodu choroby) przestała "działać".

                    Takie kontakty umiejętnie podtrzymuj, zadzwoń do panów od czasu do czasu, podziekuj za nowych klientów, którzy dzieki nim do Ciebie przyszli, mile połechcz ich ego, zaproponuj im ofertę dla pracowników, wyslij im świątecznie po butelce dobrego wina z zyczeniami od Ciebie itp. To bardzo ważne, buduj swoją siec kontaktów i pracuj na rozwój własnego biznesu. Najlepszy i najbardziej skuteczny jest własnie marketing szeptany, polecenia z ust do ust.
                  • nastka1979 Re: Żyjemy obok siebie.... :( 20.11.13, 15:51
                    Trafiłam tu z Oszczędnych :). Przeczytałam wszystkie Twoje posty i uważam, że jesteś naprawdę fajną dziewczyną (chyba też moją rówieśniczką i pewnie mamy podobne kwalifikacje, bo ja po germanistyce i angielski też znam , tylko pewnie nie tak dobrze jak ty). Jedyne co mi się nasuwa - powinnaś zostawić tego faceta, nawet jeżeli jest nie wiem jak fajny, bo chyba działa na ciebie jak wampir - wysysa cała twoją energię. Jak już będziesz sama to wszystko się z powrotem ułoży i wróci ci radość życia. Wg mnie nie ma innej możliwości.
                    • pade Re: Żyjemy obok siebie.... :( 20.11.13, 16:12
                      do następnego razu...
                    • adorra0 Re: Żyjemy obok siebie.... :( 20.11.13, 17:34
                      Może to jest kwestia doświadczenia zawodowego może życiowego - nioe wiem. Wiem tylko, że ja już po lekturze jej watku na Oszczędzamy widziałam, ze dziewczyna ma jeden wielki problem - siebie. Problemy z facetem to przy niej samej pikuś.
          • lilith76 Re: Żyjemy obok siebie.... :( 20.11.13, 13:37
            Jednym z przejawów dojrzałości i dorosłości jest branie konsekwencji swoich wyborów oraz decyzji, zamiast marudzenie, że "świat się nie poznał" i chce stawiać warunki.
            Chcesz być kolorowym ptakiem? Super. Szukasz miejsca, gdzie to jest akceptowane lub się dopasowujesz. W twoim przypadku dg to świetne rozwiązanie - chodzisz ubrana i uczesana jak chcesz, słuchasz jakiej chcesz muzyki i trzymaj się tego.
            W drugą stronę - nie zarzucaj komuś konformizmu, dopasowywania się w imię kasy, rzucania ideałów, bo to też jedna z normalnych strategii w życiu. Za którą się płaci.
            I ty, i tamta osoba coś tracicie, coś zyskacie.

            W twoim konkretnym doświadczeniu z ostatnim pracodawcą podejrzewam, że wycisnął cię jak cytrynę (skoczyłaś do suchego basenu, potraktowałaś pracę jak nowego kochanka, dla którego ma być wszystko), a gdy zobaczył, że jesteś w pracy na 100% nie 1000% pozbył się pod byle pretekstem. Nielegalnie, bo o byciu monitorowaną musiałaś być wcześniej oficjalnie poinformowana.
          • t1ffany Re: Żyjemy obok siebie.... :( 20.11.13, 13:42
            Abstrahując już od tego czy Twoja historia jest prawdziwa... Masz bardzo luźny stosunek do faktów i dat, żyjesz w jakiś niebieskich obłokach więc może w ogólnym zarysie owszem.
            Tak czy owak jesteś nie-prze-ma-kal-na. Twardogłowa. To co nazywasz obroną ideałów jest w rzeczywistości obroną narcystycznego postrzegania świata, gdzie Ty jesteś ta dobra i mądra a cały świat jest zły i głupi. Ty wiesz lepiej, Ty "chyba możesz oczekiwać" od W. od pracodawców, od cholera wie kogo jeszcze, natomiast samą siebie uważasz za dzieło skończone i w swych fundamentach doskonałe. Zgroza.

            Rozumienie podstawowych zagadnień ze świata dorosłych (czym jest przyjaźń, jak się buduje związek) masz na poziomie egzaltowanej 12-latki. Na serio wierzysz że zostałaś zwolniona za słuchanie Kata? Really? Widzisz, w świecie dorosłych jest tak, że gdy pracownikowi spada wydajność to szef szuka pretekstu vel kija. I ten kij się zawsze znajdzie. Gdybyś zarabiała dla firmy odpowiedni grosz to mogłabyś przychodzić z pawim piórem w doopie. I to tyle jeśli chodzi o Twoje męczeństwo i cierpienie za bycie true metalówą.

            Wysyłamy Cie na terapię bo masz córkę. Jak Ty ją nauczysz podstaw funkcjonowania w społeczeństwie, skoro sama tego nie potrafisz? Tyle że na żadną terapię nie pójdziesz, bo wtedy Twoje narcystyczne "ja" będzie zagrożone. Trzeba bronić ideałów, nie?

            PS
            nie wiem na ile prawdziwa jest historia o tym że jesteś nauczycielem mianowanym, ale jeżeli kadra pedagogów i wychowawców w szkołach składa się z ludzi mających taki kontakt z rzeczywistością jak Ty, to strach tam posyłać dzieci :|
          • molly_wither Re: Żyjemy obok siebie.... :( 20.11.13, 17:54
            O tak! Ulubiona porada pan z tego forum jest wysylanie na terapie.
            Panie nie przyjmuja do wiadomosci,ze ktos ma wlasne wizje zycia,nie, kaza isc na terapie,zeby terapeute sprowadzil nas na ziemie. Jestes silna baba, tak trzymaj! Jesli zdecydowalas sie tu zalozyc watek,to znaczy,ze oslablas i zwatpilas w siebie.
            Moim skromnym zdaniem - nie pisz tu wiecej, bo Ci zrobia wode z mozgu.

            ad.a6 napisał(a):

            > Poza tym, co złego jest w tym, że chciałabym żyć po swojemu? Co złego jest w ty
            > m, że chciałabym w pracy słuchać swojej muzyki, ubierać się po swojemu? Złe bo
            > nieakceptowane przez ogół? Teraz wysyłacie mnie na terapię, bo jestem inna, czy
            > li zła?
            • t1ffany Re: Żyjemy obok siebie.... :( 20.11.13, 17:57
              Molly jak zwykle w formie :P
            • pogodoodporna Re: Żyjemy obok siebie.... :( 20.11.13, 18:37
              molly_wither napisał(a):

              > Panie nie przyjmuja do wiadomosci,ze ktos ma wlasne wizje zycia,nie, kaza isc n
              > a terapie,zeby terapeute sprowadzil nas na ziemie.

              Wlasna wizja zycia nie jest niczym zlym, pod warunkiem, ze w trakcie jej realizacji czlowiek nie przezywa zalu, frustracji i pretensji do calego swiata.

              > Jestes silna baba, tak trzym
              > aj! Jesli zdecydowalas sie tu zalozyc watek,to znaczy,ze oslablas i zwatpilas w
              > siebie.

              Coz, widac ta sila nie prowadzi jej prosta droga do szczescia, wiec najwyrazniej jej koncepcja zycia powinna ulec modyfikacji ( tak na chlopski rozum ).

        • sorvina Re: Żyjemy obok siebie.... :( 20.11.13, 13:08
          Jak chcesz spokoju i stabilizacji to nie wsiadaj na emocjonalny rollercoaster. Zbuduj poczucie własnej wartości w sobie, zamiast uzależniać go od niedojrzałych i niestabilnych mężczyzn. Naucz się doceniać co masz i realnie budować co chcesz mieć, zamiast pielęgnować wysokie oczekiwania i oczekiwać, że Ci się należy, obrażając się, że rzeczywistość nie spełnia twoich oczekiwań.

          Jaka jest twoja definicja spokoju i stabilizacji - to, że rzeczywistość będzie spełniać twoje oczekiwania i dostosuje się do ciebie? Ty zainwestujesz swoje zaangażowanie i dostaniesz w zamian wdzięczność i docenienie i tak zostanie? Tylko, że to nie działa i nie będzie tak działać, bez względu na zmianę pracy/partnera. Świat jest jaki jest, pewni ludzie są jacy są, DDA mają takie ograniczenia jakie mają itp.. Zamiast oczekiwać by ten świat się do ciebie dostosował, zadbaj o siebie by nauczyć czuć się dobrze i kobieco bez względu na okoliczności i szukaj ludzi/pracy, która naprawdę do ciebie pasuje i reaguj realistycznie na zmiany. Bo marudzenie - czemu nie mogę być sobą i robić czegośtam, w pracy, w której są do ciebie konkretne oczekiwania, jest dziecinne i do niczego dobrego nie prowadzi. Znajdź pracę, która spełnia twoje oczekiwania, albo ją zbuduj - częściowo już to robisz, warto więc iść dalej i nauczyć się tego co trzeba by interes lepiej się kręcił tak, byś mogła spokojnie wziąć ten miesiąc urlopu, zamiast tracić czas i energię na oskarżanie innych.

          Twoje angażowanie się, twoje reakcje emocjonalne - to twój wybór, twoje umiejętności lub ich brak. Spokój i stabilność trzeba zacząć budować W SOBIE. Wtedy też zaczniesz przyciągać spokojniejszych i bardziej pewnych ludzi, bo będą do Ciebie pasować. Na razie kompatybilna jesteś z osobą zaburzoną i bez przepracowania tego tematu to się samo nie zmieni.
        • lilith76 Re: Żyjemy obok siebie.... :( 20.11.13, 13:28
          Ja mam tak, że jak koch
          > am, to facet "na dzień dobry" dostaje ode mnie wszystko, ja się bardzo szybko a
          > ngażuję emocjonalnie.

          W tym problem.
          Skaczesz do basenu nie sprawdzając, czy tam jest woda, czy suchy beton.
          "Nudny człowiek" wchodzi do wody powoli - po kostki, po kolanach, po pas, by popłynąć.
          • paris-texas-warsaw Re: Żyjemy obok siebie.... :( 20.11.13, 14:21
            Kochani, zabiorę głos, bo przypomniałam sobie młodość;) Też się kiedyś poświęciłam dla faceta, true metala:), zaprosił mnie do Klubu Fugazi bodajże na KAT'a, on pogował i machał głową, a ja z dwie godziny stałam pod głośnikiem i chcialam zrozumieć wszechświat;) Nigdy już dla żadnego faceta czegoś takiego nie zrobiłam i nie zrobię;)

            Praca pracą, ale pociągnijmy jeden wątek.

            NOWO POZNANY FACET, BEZ WSPÓLNEJ HISTORII, DO KTÓREJ MOŻNA SIĘ ODWOŁAĆ, SIEDZI PRZED KOMPUTEREM I ONANIZUJE SIĘ PRZY KONWERSACJACH Z KOLEŻANKAMI, JAK SZESNATOLATEK WYSYŁA IM ZDJĘCIA, I GŁODNE KAWAŁKI GADA. Pominmy czy DDA, czy ma jedną walizkę i matkę dewotkę a ojca ściganego przez komornika. CZEMU TEN FACET ZOSTAŁ W TWOIM ŻYCIU? JAKA MIŁOŚĆ? JAKIE IDEAŁY? On przecież nie był nawet wtedy z Tobą.

            Proszę o odpowiedź:)

            Gdzieś tam 300 postów wcześniej pisałam, że Ada, Twoje posty przeczytałam mężowi. Nie napisałam wtedy jednego, bo uznałam, że to za ciężko może zabrzmi. Spytałam męża, ale co zrobić, żeby było lepiej. On mi wtedy powiedział "Lepiej już było". Ja po kolejnych postach (zakładam, że nie fake), widzę, że dobrze nigdy nie było.

            Możesz oszukać siebie i swoje nawet uczucia stłumić, ale nie oszukasz ciała. Piszesz, że wyglądasz coraz gorzej, wypadają Ci włosy, głowa boli, płaczesz, chudniesz, etc. Ten związek nie jest dla Ciebie dobry. Chociaż sama w to weszłaś. Uciekaj z tego. I faktycznie chyba jakaś terapia by się przydała.

            Ktoś wspomniał Katarzynę Miller. Ona pisze w Zwierciadle. Kiedyś w felietonie pisała, że jest gruba, ale jej dobrze, nie odchudza się. Potem widziałam ją w jakiejś restauracji, z Renatą Arendt, chyba, też ze Zwierciadła. Obie tak kolorowo ubrane, Miller jeszcze grubsza niż na zdjęciu, taka zadowolona, szczęśliwa. Ona jest takim chyba trochę piewcą kochania siebie, ciała, seksu. Może jakieś u niej warsztaty, zamiast patelni i żarcia dla onanisty sprzed komputera?
            • t1ffany Re: Żyjemy obok siebie.... :( 20.11.13, 14:35
              Obie tak kolorow
              > o ubrane, Miller jeszcze grubsza niż na zdjęciu, taka zadowolona, szczęśliwa. O
              > na jest takim chyba trochę piewcą kochania siebie, ciała, seksu. Może jakieś u
              > niej warsztaty, zamiast patelni i żarcia dla onanisty sprzed komputera?


              Piszesz lasce z zaburzeniami narcystycznymi którą cały świat gnębi za domniemane bycie sobą żeby kochała siebie, seks i żarcie :D jak więcej drewna ma las uzdrowić?
              • paris-texas-warsaw Re: Żyjemy obok siebie.... :( 20.11.13, 14:41
                Zaburzenia narcystyczne to prędzaj ja mam:) Ada odlatuje, ale w tym związku jest jak ostatnia szmata (przepraszam za określenie), na własne życzenie. Ale może to na tym narcyzm polega? Tu ostatnio dużo nowych terminów, znaczą co innego niż z pozoru, ja za prosta czasem na to jestem:)))
                • t1ffany Re: Żyjemy obok siebie.... :( 20.11.13, 14:45
                  Związek z W (zresztą nie licząc finansów dość symetrycznie zaburzony) czy problemy z robotą to są objawy a nie przyczyny. Ergo pisanie jej po raz pierdyliard pierwszy "się wyloguj z W i trawa będzie zieleńsza" mało wnosi.
            • paris-texas-warsaw Re: Żyjemy obok siebie.... :( 20.11.13, 14:38
              Niech mądrerzejsi tez może napisza co to jest, ale takie traktowanie siebie to jakoś pod autoagresje podchopdzi (masochizm?). Piszesz, że "przecież nie piszę, że ten niedobry W.". A ja jako przemocowiec, właśnie tak bym myślała i go na kopach wywaliła z mieszkania. Nie dziwię, się, że nie został ulubiencem Twojej matki, nie mówiąc o chłopakach z pracy. Generalnie, to jakos ludzie chyba za nim nie przepadają, a to tez jest ważna wskazówka. Ty tylko jak Armia Zbawienia.
              • ad.a6 Re: Żyjemy obok siebie.... :( 20.11.13, 14:46
                paris-texas-warsaw napisała:

                > Niech mądrerzejsi tez może napisza co to jest, ale takie traktowanie siebie to
                > jakoś pod autoagresje podchopdzi (masochizm?). Piszesz, że "przecież nie piszę,
                > że ten niedobry W.". A ja jako przemocowiec, właśnie tak bym myślała i go na k
                > opach wywaliła z mieszkania. Nie dziwię, się, że nie został ulubiencem Twojej m
                > atki, nie mówiąc o chłopakach z pracy. Generalnie, to jakos ludzie chyba za nim
                > nie przepadają, a to tez jest ważna wskazówka. Ty tylko jak Armia Zbawienia.

                Ty, przemocowiec? dziękuję, Paris, bardzo lubię Twoje posty. Bardzo prawdziwe są. Może masochizm, może nie. W każdym razie mam coś takiego - nie wiem co to jest- że swoją atrakcyjność mierzę męskim zainteresowaniem. Też się dziwiłam, dlaczego ludzie za nim nie przepadają, w szczególności faceci. Dziwne, że mówił, że ma kilku kolegów, jakoś od kiedy mieszka ze mną, żaden nie zadzwoni, nie napisze. Sugerowałam zaproszenie kolegów z rodzinami (wszyscy żonaci i dzieciaci), albo kategorycznie protestował albo się ociągał i koniec końców nic nie wychodziło z tych spotkań.
                • paris-texas-warsaw Re: Żyjemy obok siebie.... :( 20.11.13, 14:51
                  Ciężki temat:) Włączam sobie Nothing else... bo jak prawdziwy nie-metal, tylko to z metalu trawię:) I nadganiam obiad, bo trochę dziś spraw było:)
                  • t1ffany Re: Żyjemy obok siebie.... :( 20.11.13, 15:00
                    > Ciężki temat:)

                    Metal w końcu jest ciężki :P Wg mnie robicie z Zuzi złą robotę, bo utwierdzacie ją w przekonaniu że W jest jądrem ciemności a tak poza tym to wszystko z nią w porządku.
                    A chyba jednak nie bardzo.
                    • filetta Re: Żyjemy obok siebie.... :( 20.11.13, 15:14
                      W jest jądrem ciemności a tak poza tym to wszystko z nią w
                      > porządku.
                      > A chyba jednak nie bardzo.

                      Też tak to widzę.
                    • zuzi.1 Re: Żyjemy obok siebie.... :( 20.11.13, 15:15
                      Tiffany, z Adą NIC nie jest w porządku, terapia jest dziewczynie niezbędna. Ale najpierw powinna zrobic porządek z Panem W. w swoim życiu, bo wypija z niej wszystkie soki i całą energię zyciową...
                    • adorra0 Re: Żyjemy obok siebie.... :( 20.11.13, 15:16
                      Wg mnie robicie z Zuzi złą robotę, bo utwierdzacie
                      > ją w przekonaniu że W jest jądrem ciemności a tak poza tym to wszystko z nią w
                      > porządku.
                      > A chyba jednak nie bardzo.

                      Zgadzam się z przedmówczynią.
                    • paris-texas-warsaw Re: Żyjemy obok siebie.... :( 20.11.13, 15:17
                      Masz rację, W nie jest jądrem ciemności, ale go tu wcale być nie powinno. Jest tu na zaproszenie dziewczyny, to jasne, ale bez niego chyba by było lepiej?
                      • zuzi.1 Re: Żyjemy obok siebie.... :( 20.11.13, 15:21
                        Bez niego byłoby zdecydowanie lepiej, bo nie musiałaby juz pilnowac komputera i sie zadręczac czy z kolejnymi panienkami nie serfuje w sieci. Mogłaby sie skupic na rozwijaniu biznesu i na dziecku i zyc spokojnie. Ten facet to totalny DUPEK. Ada jest osobą współużaleznioną z domu i dlatego przyciągnęła do siebie takiego gada i go jojczy i obkupuje, samej na sobie i swoim dziecku oszczędzając. Obudź się Ada i wykop tego gada ze swojego zycia !
                    • pade Re: Żyjemy obok siebie.... :( 20.11.13, 16:08
                      Wg mnie robicie z Zuzi złą robotę, bo utwierdzacie
                      > ją w przekonaniu że W jest jądrem ciemności a tak poza tym to wszystko z nią w
                      > porządku.

                      Popieram.
                • zuzi.1 Re: Żyjemy obok siebie.... :( 20.11.13, 14:55
                  Pytanie czy on tych kolegów w ogóle ma... Narcyzów nie interesują inni ludzie, są im potrzebni jedynie do tego aby przy ich pomocy podwyższac sobie swoje poczucie wartosci, nie utrzymuja bliskich relacji, bo nie potrafią, inni ludzie są dla nich jedynie jak lustra, aby się w nich przeglądac, jacy są wspaniali (stąd mogą byc te kontakty z wieloma panienkami w necie, facet sie musi dowartosciowywac i te zdjęcia, pewnie mu cukrzą jaki z niego macho ;). Czy Twój W. dużo czasu spędza w łazience, czy na każdym kroku podziwia swoje odbicie w lustrze? Poczucie wartosci narcyzi podwyższają sobie równiez poprzez krytykowanie innych osób, w ten sposób czują się lepsi, ich poczucie wartosci wzrasta.
                  • paris-texas-warsaw Re: Żyjemy obok siebie.... :( 20.11.13, 15:13
                    Ludziska, ten facet może być DDA z borderlinem cierpiacym na depresję i do tego mieć nawet opóźnienie umysłowe. To nie powinno być ważne, jesli siedział w internecie i podrywał panienki. To znaczy, że nawet nie był zakochany w dziewczynie, do której się wprowadził. Ta historia się ciągnie, choć nigdy się nie zaczęła. Do wykopu!
                    • zuzi.1 Re: Żyjemy obok siebie.... :( 20.11.13, 15:17
                      Dokładnie Paris.
                    • t1ffany Re: Żyjemy obok siebie.... :( 20.11.13, 15:25
                      Ta historia się ciągnie, choć nigdy się nie zaczęł
                      > a. Do wykopu!


                      Miałaś obiad robić ^^ Toć to już 300 postów temu napisałam ja i większość forumek. Z panem W jest bardzo ciężko i lżej nie będzie. Ale jęczeć nie warto, warto działać, czyli raczej odstrzelić (bo jeśli ona jego będzie prostować to jakby ślepy pilot głuchego rajdowca naprowadzał) i zacząć sprzątanie w głowie. Które to sprzątanie jest zasadniczym wyzwaniem a nie odstrzelenie. Bo po odstrzeleniu W ada znajdzie sobie kolejnego. Jakiś pan z dysfunkcjami zachwyci się jej urodą i glanami, pojawią się motylki w brzuchu i kołomyja zacznie się od nowa ;]
                      A córcia niebawem osiągnie poziom rozwoju emocjonalnego matki więc będzie jeszcze ciekawiej.



                      • zuzi.1 Re: Żyjemy obok siebie.... :( 20.11.13, 15:35
                        tiffany napisała:"bo jeśli ona jego będzie prostować to jakby ślepy pilot głuchego rajdowca naprowadzał) i zacząć sprzątanie w głowie. Które to sprzątanie jest zasadniczym wyzwaniem a nie odstrzelenie. Bo po odstrzeleniu W ada znajdzie sobie kolejnego. Jakiś pan z dysfunkcjami zachwyci się jej urodą i glanami, pojawią się motylki w brzuchu i kołomyja zacznie się od nowa ;] "

                        Żeby zaczac sprzątanie w głowie (co jest dla niej najwazniejsze) najpierw MUSI odstrzelic Pana W., bez tego nie będzie miała sil i czasu na sprzątanie w głowie i terapię, bo wciąż będzie miała problemy z Panem W. związane, nie będzie miałą przez niego emocjonalnego spokoju, a ten jest potrzebny aby zacząc sprzątac w głowie.
                        • filetta Re: Żyjemy obok siebie.... :( 20.11.13, 15:47
                          > Żeby zaczac sprzątanie w głowie (co jest dla niej najwazniejsze) najpierw MUSI
                          > odstrzelic Pana W., bez tego nie będzie miała sil i czasu na sprzątanie w głowi
                          > e i terapię, bo wciąż będzie miała problemy z Panem W. związane, nie będzie mia
                          > łą przez niego emocjonalnego spokoju, a ten jest potrzebny aby zacząc sprzątac
                          > w głowie.

                          Nie zgodzę się. Jeśli zacznie od sprzątania, W. sam wyleci razem z innymi śmieciami. Trudno jest wyrzucić ze swojego życia osobę, od której jest się uzależnionym w dodatku kiedy ma się taki bałagan w sobie.
                          • zuzi.1 Re: Żyjemy obok siebie.... :( 20.11.13, 15:50
                            Może i masz rację filetta. Najważniejsze, żeby zaczęła działac.
                            • sebalda Re:Narcyz 20.11.13, 16:32
                              Nie napiszę do autorki, bo ten typ na pewno nie przyjmie diagnozy. Dla mnie Ada jest tak klasycznym typem narcyza, że można by ją traktować jak case study.
                              Pomieszanie samouwielbienia z brakiem poczucia swojej wartości (niby sprzeczność, ale tak jest u narcyzów i to dokładnie opisuje Ada), poczucie swojej wartości oparte na innych, ciągła potrzeba znajdowania poklasku i uwielbienia w innych oczach, bez tego - więdnięcie. Roszczeniowość, uznawanie siebie za kogoś wyjątkowego na tle całej reszty (konformistów, przeciętniaków, hipokrytów), niedostrzeganie swoich ułomności. Bardzo negatywna, wręcz agresywna postawa wobec krytyki.
                              No i jeszcze szczegół: to często dopada córeczki tatusiów lub ulubieńców mamuś. Mamy jak na dłoni wszystkie elementy układanki. Co zresztą już wcześniej zauważyła nieoceniona Sorvina:)
                              Narcyzm można leczyć, jest tylko jeden szkopuł: narcyz za nic w świecie nie przyzna się przed nikim, ale przede wszystkim przed sobą, że nim jest. Co znów tutaj świetnie widać.
                              Małej tylko żal:(
                              • paris-texas-warsaw Re:Narcyz 20.11.13, 17:07
                                Ja nie znam kobiety, która by nie chciała byc podziwiana za wygląd i czlowieka, który by nie chciał zarabiać dużo kasy i być szefem wszystkich szefów. To w zasadzie norma. Nie każdy pewnie się do tego przyzna, i tu wg mnie właśnie wielki plus dla ady. Nie wiem, skąd Wy z Sorviną tak szybko szafujecie takimi określeniami/diagnozami jak narcyz, zastanawia mnie też jak Sorvina tak umie dokladnie określić jako narcyzów matke i babkę. Nie wiem, czy wy faktycznie macie taką wiedze i mozliwości, czy to takie techniczne, uproszczone robocze formułki. Ja jak patrzę na kogos z bliskich/znajomych, to umiem co najwyżej powiedzieć mądry/głupi, pracowity/leniwy, itd. Siebie też nie umiem jakoś tak prosto zdiagnozować. Może chodzi Wam o jakieś takie rysy osobowości, ale piszecie jak by te osoby u Was testy osobowościowe robiły i pięć lat na kozetce psychoterapeutycznej spędziły. Nawet uważam to za pewnego rodzaju protekcjonalne traktowanie np. Ady. Najpierw nie podobało mi sie podejscie Pani Agnieszki, ale coraz bardziej doceniam jej zostawianie pewnych kwestii otwartymi. Oprócz jednej - ZOSTAW TEGO FACETA;)
                                • t1ffany Re:Narcyz 20.11.13, 17:47
                                  @paris
                                  Po pierwsze nie wiemy na ile W istotnie jest ciamajdą/playboyem bo to są tylko relacje ady. Ona buja w obłokach i nie wiadomo czy jej relacja jest wiarygodna bardziej czy mniej (stawiam że jednak mniej).

                                  Myślę że błędnie odczytujesz ten układ jako sprzężenie wampir energetyczny-ofiara. Wiele kobiet (bo to jednak głównie kobiet dotyczy) świadomie bądź nieświadomie wybiera sobie takiego nieporadnego aparata. Potem jedzie po nim równo z trawą, narzeka i się skarży, ale przenigdy go nie zostawi. Dlatego że czerpie z takiego układu rozmaite korzyści, na czele z możliwością przerzucenia na tego ciamajdę odpowiedzialności za każde niepowodzenie.
                                  Wiesz Paris jak odróżnić ofiarę wampira od takiej męczennicy?
                                  Najprościej patrząc na poziom samokrytycyzmu. U ofiary będzie względnie normalny lub powiększony, u męczennicy będzie zerowy.
                                  Męczennica nie popełnia błędów i nigdy nie jest niczemu winna. Jeżeli już to po prostu była za dobra, zbyt naiwna, uwierzyła temu gadowi, jest idealistką, marzycielką, może trochę łatwowierna - ale winny jest złowrogi świat. Zawsze. A jeśli męczenniczkę dociśniesz i wykażesz czarno na białym że gdzieś jednak jej wina jest to albo załącza agresora, albo się ciska w skrajności (jestem zerem, jestem gównem).
                                  Oczywiście facet będący dopełniaczem takiej męczennicy też czerpie pewne benefity, jemu jest po prostu wygodnie w tym układzie.
                                  Do tego jest jeszcze jeden czynnik który odróżnia oba układy. W układzie wampir-ofiara motorem, stroną faktycznie dominującą jest wampir. W tym drugim motorem układu jest męczennica.
                                  Tutaj masz 34 letnią nauczycielkę (?) i 32 letniego gościa z DDA który wyrwał się spod skrzydeł mamusi. Naprawdę wierzysz że to on rozdaje karty w tym układzie?

                                  Nie, nie żal mi ady i nie, nie sądzę by W był tu najistotniejszym problemem. Ale jeżeli chcecie jej zrobić przyjemność to proszę
                                  - tu, w tym wątku prawidłową odpowiedzią jest "on nie jest ciebie wart, zasługujesz na kogoś lepszego"
                                  - w wątku na oszczędzaniu prawidłowa odpowiedź brzmi "ktoś z takim CV jak Twoje zasługuje na lepszą robotę. Ehh ten Grudziądz, ehh ci pracodawcy"

                                  Ona wtedy napisze że dziękuje za mądre wpisy ;]
                                  • paris-texas-warsaw Re:Narcyz 20.11.13, 17:51
                                    Przecież napisałam wczoraj (tez taka prostacka diagnoza:))), że to koluzja i ona jest stroną progresywną;) czyli wg mnie to Ada rozdaje karty w tym układzie, tylko w ogóle nie powinna w tę grę grać:) Zreszta każdy w swoim życiu rozdaje karty chyba...
                                    • molly_wither Re:Narcyz 20.11.13, 18:03
                                      Ja moge Adzie na "pocieszenie" napisac,ze dzisiaj rozdaje karty ona,a za kilkanascie lat,zeby sie nie zdziwila,jak wyciagnie asa z rekawa jej partner. .Wowczas nie zycze jej tego,co rozpeta sie w jej domu.Te typy tak maja. Najpierw czuja sie latami,jak wielkie NIC,a kiedy trafia na swoj czas i miejsce czuja sie tak dowartosciowani,ze odbija im w druga strone.

                                      paris-texas-warsaw napisała:

                                      > Przecież napisałam wczoraj (tez taka prostacka diagnoza:))), że to koluzja i on
                                      > a jest stroną progresywną;) czyli wg mnie to Ada rozdaje karty w tym układzie,
                                      > tylko w ogóle nie powinna w tę grę grać:) Zreszta każdy w swoim życiu rozdaje k
                                      > arty chyba...
                                • sorvina Re:Narcyz 20.11.13, 17:52
                                  Ktoś kto miał rodzica alkoholika i nazwał problem po imieniu i wyszedł z własnego współuzależnienia, potrafi rozróżnić normalne picie, od picia ryzykownego i świadczącego o uzależnieniu. Bo czasem pije każdy, ale jest pewna ilość i jej wpływ na człowieka i jego otoczenie, która zaczyna wskazywać na problem. Ktoś kto nie miał bezpośredniego kontaktu i zna tylko wiedzę teoretyczną, nie będzie potrafi często tego rozróżnić, najczęściej usprawiedliwiając, że przecież każdy czasem pije.
                                  Podobnie z wszelkimi zaburzeniami - można mieć jakiś rys osobowości, można się przechwalać, nie lubić przyznawać do błędów (np. większość DDA/DDD tak ma a niekoniecznie są narcyzami), mieć marzenia o byciu piękną, bogatą i noszoną na rękach, ale nie każdy będzie kazał się traktować jakby był 8 cudem świata już teraz, nie przyzna się nawet do JAKIEGOKOLWIEK błędu, albo niby przyzna a za chwilę odwróci kota ogonem i wyjdzie, że jedynym błędem było bycie "zbyt dobrym", będzie sztywny w swoich zachowaniach i będzie stosował dużo niedojrzałych mechanizmów obronnych. Pisałam w poście z moim podejrzeniem co do narcystycznych reakcji, że nie wiem czy u autorki jest to tylko silny rys osobowości czy zaburzenie, bo to wymaga dłuższej obserwacji - w zaburzeniu jest duża sztywność i brak innych niż narcystycznych sposobów budowania poczucia własnej wartości i reagowania na sytuacje mu zagrażające.

                                  Podobnie jak jest różnica między pojedynczym "złym dniem" gdy ktoś nie ugryzie się w język, a regularnym stosowaniem przemocy. Proporcje, częstotliwość, pewna konsekwencja schematu i jego przewidywalność.

                                  Miałam zajęcia z psychologi klinicznej i gdy zrozumiałam, że poza depresją to narcystyczne zaburzenie osobowości może stać za zachowaniem mamy i babci to wnikliwie badałam temat.
                                  Jeśli czytając ileś książek, bardzo konkretnie opisujących zachowania i reakcje osób z NZO (narcystycznym zaburzeniem osobowości), przy każdym paragrafie zaznaczałam - mama/babcia, a czasem płakałam ze śmiechu przez łzy, czytając niemalże identyczne teksty, reakcje i oskarżenia, to owszem - nie mam podkładki w postaci diagnozy psychiatry czy psychologa klinicznego, więc jest to hipoteza z mojej strony. Jednak hipoteza dobrze uzasadniona i doskonale wyjaśniająca wszystkie elementy ich działania, oraz całkowity brak podatności na zmianę.

                                  Autorce poszukanie informacji o narcystycznych zachowaniach mogłoby pomóc przepracować temat samooceny - zrozumieć mechanizm utożsamiania się ze swoim wizerunkiem przy jednoczesnym niedocenienianiu siebie jako realnego człowieka. To sugestia, nie wyrok ani nie inwektywa, Ada zrobi z nią co chce.
                                  Mnie diagnoza członków rodziny pomogła wypracować strategię i być gotową na to co może mnie spotkać z ich strony, bo choć kreatywność mojej mamy w temacie przemocy czasem mnie jeszcze zaskoczy, to ogólnie to co robi jest spójne a ja nabrałam do tego dystansu. Wiem jak ona mogłaby wykorzystać daną moją reakcję i już nie daję się wciągnąć, jak to było wcześniej w jakieś przedstawienia z wykorzystaniem mojej osoby. Wcześniej nie rozumiałam dlaczego ona jest taka podła i uważałam, że to jednostkowe zachowania i nabierałam się za każdym razem. Teraz wiem z czego to wynika, rozumiem, że dla obrony swojego wizerunku i oficjalnej wersji wydarzeń ona musi robić takie rzeczy i dalej będzie robić.

                                  Gdy ktoś pisze na forum, dostajemy uproszoną wersję wydarzeń. Każda odpisuje z czym jej się to kojarzy, co jej się nasuwa, dzięki temu ktoś może znaleźć dla siebie inspiracje, które pomogą mu ruszyć do przodu. Na terapii terapeuta cały czas stawia robocze hipotezy i je weryfikuje w oparciu o nowe informacje, a czasem bardzo ważne fakty, może poznać dopiero po jakimś czasie, a niekiedy prawda jest zawarta w czyjejś reakcji na jakąś informację, która wyjdzie zupełnym przypadkiem. Tutaj mamy do czynienia tylko z czyimś opisem i reakcjami na nasze komentarze. Ada tak się rozpisała, że dała tego materiału nam dość sporo i pewne elementy powtarzając się, pokazując, że to coś więcej niż chwilowa reakcja.

                                  Mimo wszystko to co odpisujemy to bardzo robocze hipotezy i chyba każdy kto korzysta z forów zdaje sobie z tego sprawę. Czasem będą to hipotezy trafne, czasem nie. Ja ze swojej strony staram się zachować maksymalny dystans i obiektywizm, ale oczywiście może się z zdarzyć jakaś nadinterpretacja.
                                  • molly_wither Re:Narcyz 20.11.13, 18:07
                                    Oj kochana,ale na to,ze bedziesz kiedys jak wlasna matka zadne ksiazki ci lekarstwa nie dadza. I chyba tego sie boisz najbardziej:)
                                    Ps. A, i jeszcze babka, przechlapane.
                                    • t1ffany Re:Narcyz 20.11.13, 18:26
                                      @molly
                                      z dedykacją dla Ciebie
                                      Trollujesz gdybyś nie paniała aluzju.

                                • molly_wither Re:Narcyz 20.11.13, 17:59
                                  A! Bo trzeba byc Sorvina,zeby to wiedziec!

                                  paris-texas-warsaw napisała:

                                  > . Nie wiem, skąd Wy z Sorviną tak szybko szafujecie takimi określe
                                  > niami/diagnozami jak narcyz, zastanawia mnie też jak Sorvina tak umie dokladnie
                                  > określić jako narcyzów matke i babkę. Nie wiem, czy wy faktycznie macie taką w
                                  > iedze i mozliwości, czy to takie techniczne, uproszczone robocze formułki. Ja j
                                  > ak patrzę na kogos z bliskich/znajomych, to umiem co najwyżej powiedzieć mądry/
                                  > głupi, pracowity/leniwy, itd. Siebie też nie umiem jakoś tak prosto zdiagnozowa
                                  > ć. Może chodzi Wam o jakieś takie rysy osobowości, ale piszecie jak by te osoby
                                  > u Was testy osobowościowe robiły i pięć lat na kozetce psychoterapeutycznej sp
                                  > ędziły. Nawet uważam to za pewnego rodzaju protekcjonalne traktowanie np. Ady.
                                  > Najpierw nie podobało mi sie podejscie Pani Agnieszki, ale coraz bardziej docen
                                  > iam jej zostawianie pewnych kwestii otwartymi. Oprócz jednej - ZOSTAW TEGO FACE
                                  > TA;)
                                  • adorra0 Re:Narcyz 20.11.13, 18:15
                                    molly_wither napisał(a):

                                    > A! Bo trzeba byc Sorvina,zeby to wiedziec!
                                    >
                                    Tylko na tyle Cię stać? Chyba nie zdajesz sobie sprawy jak wiele Twoje odpowiedzi na posty sorviny mówią o Tobie, zwłaszcza o Twoim poczuciu własnej wartości. Molly nie ośmieszaj się już więcej, proszę Cię.
                                    • molly_wither Re:Narcyz 20.11.13, 18:20
                                      A kim ty dla mnie jestes,ze sie przed toba mam nie osmieszac? Na pewno kims,kto ma bardzo dobre mniemanie na swoj temat. I tak trzymaj! Nie bede cie wyprowadzac z bledu.
                                      adorra0 napisał(a):

                                      > molly_wither napisał(a):
                                      >
                                      > > A! Bo trzeba byc Sorvina,zeby to wiedziec!
                                      > >
                                      > Tylko na tyle Cię stać? Chyba nie zdajesz sobie sprawy jak wiele Twoje odpowied
                                      > zi na posty sorviny mówią o Tobie, zwłaszcza o Twoim poczuciu własnej wartości.
                                      > Molly nie ośmieszaj się już więcej, proszę Cię.
                                      • adorra0 Re:Narcyz 20.11.13, 18:29
                                        E tam zaraz przede mną. Mnie jest Ciebie, kwiatuszku, najzwyczajniej żal. Zagoniłaś samą siebie w kozi róg i będziesz szła w zaparte, ale w sumie Twoja sprawa. Sorvina jest tak mądrą babką, że już dawno Cię "rozpracowała" i z całą pewnością wie, ze nie nalezy się głupotami, które wypisujesz ,przejmować:-)
                                • sebalda Re:Narcyz 20.11.13, 20:30
                                  Paris, sama stawiasz diagnozy, doradzasz, komentujesz, a nagle krytykujesz za to inne osoby. Jak Molly, która wali między oczy, ale jak ktoś jej odpowie w tym samym tonie, to oburzenie:P
                                  Macie obie podobny styl w sumie, tylko Molly bardziej lapidarny i mniej subtelny;) Lubicie być przekorne, podpuszczać, prowokować. Iść pod prąd. Tylko czasami można w ten sposób pobłądzić. Przekora nie jest dobrym doradcą.
                                  Sama chodzisz na terapię, a nagle poważasz podstawy psychologii, czyli to, że są pewne rysy, zachowania, symptomy, ktore pozwalają na postawienie pewnej diagnozy (oczywiście nie zawsze). Mój konik: przemoc w rodzinie. Są pewne cechy i zachowania wspólne. Na stronach Niebieskiej linii są wymienione cechy przemocowców, wymienione cykle przemocy, są wskazówki, jak rozpoznać przemoc. To też są bajki? Nie można na podstawie opisu rozpoznać pewnych typowych zachowań? Tutaj mamy nie jedną, dwie cechy, ale całe spektrum cech, ktore odpowiadają typowi narcystycznemu, zbadanemu i opisanemu dokładnie w psychologii. Nie możemy twierdzić z pewnością, że to jest to, ale możemy snuć domysły, na tym polega specyfika forum i wszyscy to tutaj uprawiają, nie wiem, dlaczego nagle zaczęło Ci to przeszkadzać.
                              • molly_wither Re:Narcyz 20.11.13, 17:57
                                Nieprawda.Ja tez jestem narcyzem, ty jestes narcyzem, sorvina jest narcyzem, kazdy jest narcyzem w mniejszym albo wiekszym stopniu. Jest tylko kwestia uswiadomienia sobie tego.

                                sebalda napisała:

                                >
                                >
                                > Narcyzm można leczyć, jest tylko jeden szkopuł: narcyz za nic w świecie nie prz
                                > yzna się przed nikim, ale przede wszystkim przed sobą, że nim jest. Co znów tut
                                > aj świetnie widać.
                                > Małej tylko żal:(
                                • t1ffany Re:Narcyz 20.11.13, 18:00
                                  Nieprawda.Ja tez jestem narcyzem, ty jestes narcyzem, sorvina jest narcyzem, ka
                                  > zdy jest narcyzem w mniejszym albo wiekszym stopniu


                                  Nope.
                                  Każdy jest (bywa) mniejszym lub większym egoistą sensu largo. Nie narcyzem. Narcyzm to właśnie zaburzenie, odchyłka od normy.
                                  • molly_wither Re:Narcyz 20.11.13, 18:04
                                    Jak zwal, tak zwal.
                                    t1ffany napisała:

                                    > Nieprawda.Ja tez jestem narcyzem, ty jestes narcyzem, sorvina jest narcyzem,
                                    > ka
                                    > > zdy jest narcyzem w mniejszym albo wiekszym stopniu

                                    >
                                    > Nope.
                                    > Każdy jest (bywa) mniejszym lub większym egoistą sensu largo. Nie narcyzem. Nar
                                    > cyzm to właśnie zaburzenie, odchyłka od normy.
                                    • paris-texas-warsaw Re:Narcyz 20.11.13, 18:36
                                      Jak tak zastanawiajac się nad wlasną terapią, którą wlaśnie wznowiłam (Tully, kocham się), widzę, że teraz po roku, jak urodzilam drugie dziecko mam znacznie większa jasność o co mi chodzi, kilka spraw chciałabym polepszyć. Wcześniej zastanawiałam się nad tym, kim jest ta moja mama, bo temat mamy zawsze sie pojawia, ale mój psychoterapeuta nigdy sie specjalnie nie interesował ani moją diagnozą (może ją zna - nieprzerobione DDA z innymi problemami, jak ktos tu o mnie napisał:))), ani tym bardziej moja mamą. Może to dobrze, a może źle? Moja mama jest tak zakręcona, że okreslić ją zawsze jest dla mnie ciężko. Nawet kiedys myślałam, czy to nie jakiś narcyz, ale nie wiem... Nie wiem, czy to ma też jakiś sens? Jak Ty myslisz Sorvino? W czym to wlaściwie pomaga? Ty piszesz, że robiłaś to by sie bronić. Ja się nie bronię, bo nie widze teraz takiej potrzeby. Mi się wydaje, że problemy z tymi cechami mamy miałam w dziecinstwie i to mnie lekko mówiąc "wykonczyło". Alkoholizm ojca, to przy zagrywkach mojej mamy jawi mi się jak oaza przewidywalności;)
                                      • paris-texas-warsaw Re:Narcyz 20.11.13, 21:41
                                        Wiesz, Sebalda, ja swoich "diagnoz" nie zaczynam "Nie napiszę do autorki, bo ten typ na pewno nie przyjmie diagnozy."

                                        Jeśli Twoim konikiem jest przemoc domowa i czujesz się jej ofiara, to myslę, że wlaśnie od Ady mogłabys się wiele nauczyć, bo to ona mając dwutygodniowe dziecko odeszła od męża-alkoholika-przemocowca.

                                        Co do Molly... Może odbieracie slowa Molly jako jakiś "atak" na Sorvinę, ale ja mam nadzieję, że taki "atak" i tak mało co robi Sorvinie. Dla mnie Molly poruszyła jednak dość ważny problem "diagnozowania" rodziców. To też zahacza o nasz ostatni temat chorób psychicznych rodziców, Sorvina tez pisała o depresjach matki. Ten temat jakby odczarowała mi Tully. Bo sobie pomyslałam, że jak ona "kazała" mi ostatnio wrocic na terapię, to to jest w sumie dla mnie najważniejszy post przez może rok jak tu jestem na Forum, jak zalogowałam się, bo chciałam cos napisac Danaide, a teraz po roku jakaś inna matka, która często pisze, że od dwudziestu lat się leczy na depresje, pisze cos do mnie, co jest dla mnie baaardzo ważne.

                                        Jednak we mnie jakoś tkwi ten temat, co "jest" mojej mamie. Liczę, że może ktoś też miał/ma rodzica leczacego się psychiatrycznie i cos mi napisze? Wtedy zawsze łatwiej wierzyć w "dobry" świat. Może dla Ciebie Sebaldo zaburzenia narcystyczne są do zdiagnozowania na pierwszy rzut oka, ale ja sobie przez ostatnią godzinę przejrzałam kilka artykułów i one przekraczają moje mozliwości odbioru. Zrozumiałam, że takie "rys" jest osią bardzo wielu zaburzen psychicznych, w tym depresji. I że to baaardzo ciężko się "leczy", bo sami "chorzy" tego nie widzą/nie wiedzą na co maja się "leczyć". Stąd zastanawiam się jak się odnosić do słów Sorviny o "podłości" jej mamy. O swojej tez mogłabym nie raz powiedzieć, że była faktycznie podła, ale z drugiej strony jakas tam jej psychiczna kruchość powoduje, że nie wiem, czy to adekwatne slowo. Na to własnie nakłada sie leczenie. Ja osobiście nie umiem sobie spójnego spojrzenia na temat wyrobić.

                                        Ostatnio mój mąż się śmiał, jak mu opowiadałam o pewnym zdarzeniu. Kiedyś była u mnie mama i miała swoje leki. Trzy leki, jakies wielkie tabletki. Spisałam sobie nazwy tych leków i sprawdziłam w internecie. Zakres działania tych leków był szeroki, więc postanowiłam przy okazji spytać swojego przyjaciela, który jest psychiatrą, na co to są leki. Jak mu przeczytałam z karteczki, to widziałam na jego twarzy takie zadziwienie pomieszane z chęcia chyba zgłębienia tematu:) I ta twarz mojego męża rozśmieszyła:) Mnie w sumie też, ale w tym jest tez jakiś tragiczny rys. W koncu nie powiedział mi na co te leki, jakoś już nie dopytywałam bo uznałam, że to może w jego rozumieniu przekracza tajemnicę lekarska. Pewnie nawet tak było.

                                        Może ktoś mi coś napisze?
                                        • gaderypoluka Re:Narcyz 20.11.13, 21:57
                                          Co prawda to jest off top ale Ci napiszę:) W dzieciństwie zetknęłam się z chorobą psychiczną sostry więc jestem w temacie...Tak wogóle pierwsze co do Twoich relacji z matką, jak to jest że Ty nie wiesz na co ona choruje? Czemu pytasz innych zamiast zapytać ją? Wiesz dobrze wiedzieć
                                          bo niektóre rzeczy jakoś w rodzinie się powtarzając i lepiej wiedzieć z jaką chorobą masz do czynienia...
                                          Myśłe że inne myśli jakie mam są nie na forum..

                                          • zuzi.1 Re:Narcyz 20.11.13, 22:04
                                            Choroba psych. czy zaburzenia osobowosci przechodzą na następne pokolenia genetycznie, wiec warto wiedziec z czym ma się do czynienia. Odnośnie Twojej mamy Paris, za mało mamy informacji na temat jej konkretnych zachowań, aby Ci cokolwiek na ten temat napisac. Zawsze piszesz na temat mamy dosyc ogólnie. Jesli znasz lekarza u którego mama się leczy, który przepisuje jej te leki, to po prostu się do niego wybierz i porozmawiaj, wówczas dostaniesz konkretną i wiarygodną informację.
                                            • paris-texas-warsaw Re:Narcyz 20.11.13, 22:16
                                              Zuzi, myślę, że żaden lekarz by mi tego nie powiedzial. Mi ta lekarska diagnoza nie jest nawet bardzo potrzebna jako jednostka chorobowa, tylko nurtuje mnie kwestia jak sobie wyrobić zdanie na temat czyjeś "ranienie nas" a jego ograniczenia, jego choroba. Mnie one nie dotykają teraz, bo bardzo rzadko spotykam się z mamą, ale te sprawy bardziej dotyczą przeszłości. To tez jest powikłane przecież bardzo nieudanym związkiem, w którym była moja mama, a w którym tez uważała się za "ofiarę" (no, bo w sumie nia była, jesli patrzeć na Niebieska Linię) i jako kogos, kto własnie mnie "chronił" przed ojcem. Ta jej "ochrona" to pewnie by była pierwsza rzecz, o której by powiedziała, podobnie jak to, że ja ją z ojcem "maltretowaliśmy". To są zakrecone sprawy, nie na mój może mały umysł, nie na jednego psychoterapeutę, a całe konsylium;)
                                              • zuzi.1 Re:Narcyz 20.11.13, 22:31
                                                Wydaje mi się, że gdybys poprosiła, to by Ci wyjaśnił co mamie dolega, w końcu jestes jej corką, a lekarz jest świadomy tego, jak powazna to sprawa i istotna dla najbliższej rodziny. Może Ty tego Paris tak naprawdę nie chcesz wiedziec, bo latwiej się zyje w pewnej niewiedzy. Moim zdaniem, lepiej wiedziec, cokolwiek by to nie było.

                                                "tylko nurtuje mnie kwestia jak sobie wyrobić zdanie na temat czyjeś "ranienie nas" a jego ograniczenia, jego choroba. Mnie one nie dotykają teraz, bo bardzo rzadko spotykam się z
                                                mamą, ale te sprawy bardziej dotyczą przeszłości."

                                                Prawdopodobnie to ranienie wynika własnie z tej choroby, więc łatwiej wiedząc o tym, wybaczyc takie zachowania, nawet te z przeszłosci. A na bieżąco też łatwiej z taką osobą funkcjonowac i nie pozwalac się ranic, wiedząc co jej dolega. Taka choroba może stanowic pewien rodzaj usprawiedliwienia dla stosowanych raniących zachowań. Na pewno mając tą wiedzę łatwiej się wybacza to co było złe.

                                                "To tez jest powikłane przecież bardzo nieudanym związkiem, w którym była moja mama, a w którym tez uważała się za "ofiarę" (no, bo w sumie nia była, jesli patrzeć na Niebieska Linię) i jako kogos, kto własnie mnie "chronił" przed ojcem. Ta jej "ochrona" to pewnie by była pierwsza rzecz, o której by powiedziała, podobnie jak to, że ja ją z ojcem "maltretowaliśmy".

                                                Twoja mama się pewnie bardzo nie dobrała z ojcem i dlatego razem działali na siebie tak destrukcyjnie, ona na niego, a on na nią. Ojciec, mimo, że alkoholik, potrafił jednak stworzyc dobry związek (czy udało mu się całkowicie zerwac z nałogiem?), a mama została sama ze sobą i ze swoim wewn.piekiełkiem emocj., może po wielu latach nie potrafiła się już sama z tego wygrzebac, plus uzaleznienie od leków też jej tego nie ułatwiało.

                                                Taki chory człowiek, który dodatkowo pochodzi np. z dysfunkcyjnego domu i wiąże się poprzez koluzję z innym zaburzonym człowiekiem, to ma dopiero podwojnie przechlapane, jedno to jego choroba a drugie to dysfunkcyjna przeszłosc, wkodowane wzorce i brnięcie w bagno toksycznego związku z inną popapraną osobą. Mi takie osoby jawią się jako podwójne ofiary. Nie wiem, czy gdybym jednak sama na własnej skórze odczuła takie zachowania matki czy ojca, jakie Ty odczułaś, to dalej patrzyłabym na nie jako na ofiary czy bardziej jednak jako na moich prześladowców i nie wiem, czy potrafiłabym jej/jemu/im współczuc i wybaczyc....


                                                • paris-texas-warsaw Re:Narcyz 20.11.13, 22:42
                                                  Wiesz, ojciec jest dla mnie zagadką, tak harmonijnego w sumie związku, w jakim jest teraz to ze świeca szukać. Nawet zostałam spytana, co się stało, że mama się z nim rozwiodła;) To odpowiedziałam kulturalnie, że różnica charakterów:)

                                                  Wiesz, zaburzenia mojej mamy to nie jest coś jak psychoza czy schizofrenia, dlatego ja sie tego "nie boję". Na depresję moge zaraz zachorowac, a nerwica to raczej nabyta sprawa.

                                                  Tak sobie ostatnio myślałam, że mam znajomego chorego na schizofrenię, po jakimś czasie znajomości mi o tym powiedział. I ja mu dałam swoj egzemplarz "Schizofrenii" Kępinskiego, bo pomyślałam, że tam jest taka piękna dedykacja "dla tych co czuja mocniej..., a których niektórzy nazywaja schizofrenikami", czy cos podobnego. Ta osoba nie znała tej książki. A ostatnio sobie pomyślłam, że Kępiński dał może taką dedykację, bo tylko leczył, a nie żył w domu na co dzień;) Tak, to taki mój czarny humor;)
                                                  • zuzi.1 Re:Narcyz 20.11.13, 22:52
                                                    "A ostatnio sobie pomyślłam, że Kępiński dał może taką dedykację, bo tylko leczył, a nie żył w domu na co dzień;) Tak, to taki mój czarny humor;)"

                                                    :-) myślę, że masz rację, gdy patrzy się na taką chorobę z zewnątrz, łatwiej o dystans i chłodne spojrzenie, bez obwiniania i nadmiernych reakcji emocjonalnych. To, że przetrwałaś w takiej rodzinie, udało Ci się założyc własną i jestes jeszcze do tego szczęśliwa, masz fajnego męża i dzieciaczki to cud nad cuda... ;) Podobne wrażenie mam odnośnie sorviny, jak ona po wyjsciu z takiego domu może byc tak mądra i poukładana. Wiadomo, ze wykonała ogromną pracę nad sobą, ale mimo wszystko, nie pękła emocjonalnie, tylko przetrwała i sama przy pomocy znalezionych metod i pomocy terapeutów wyszła na prostą. Jestem pełna podziwu dla takich osób, które przeszły "piekło na ziemii" i są normalnymi ludźmi i potrafią tworzyc własne normalne życie i założyc rodzinę ;)
                                          • paris-texas-warsaw Re:Narcyz 20.11.13, 22:08
                                            Z takich chorób to przychodzi mi do głowy depresja i nerwica (chyba juz tak się tego nie klasyfikuje), bo na nerwicę leczyła się jak byłam mała. Można kiedys bylo mysleć, że to wszystko przez picie taty, ale nie sa razem wiele lat, tata w szczęśliwym związku, a mama na tych lekach, grupach wsparcia itd. Wiesz, mama nawet swoja grupe wsparcia nazywa eufemistycznie "znajomi". Bez leków chyba nie umie juz funkcjonować, to tez może być powikłane wieloletnim ich przyjmowaniem.
                                            Jakby cos Ci przyszlo do glowy, a nie chcesz pisać na forum, to napisz mi na gazetowego. Tylko proszę daj tu znać, bo ja go rzadko czytam.
                                            • paris-texas-warsaw Re:Narcyz 20.11.13, 22:34
                                              Nawet jakby mi jakiś psychiatra powiedział, to jest nerwica/depresja/zaburzenia lekowe, etc. a jakiś psycholog opisał dokładnie naukowo osobowość, i powiedzieli, że tak, takie osoby nie sa "normalne" i trudno z nimi żyć, to to by nie było odpowiedzią na moje pytanie, to i tak by było spłaszczenie tematu. Może ten psychiatra miałby większy dostęp do życia wewnętrznego niż ja teraz, ale moja rzeczywistość z mamą i tak by była dla niego niedostępna. Stąd nawet wtedy nie naciskałam na odpowiedź, na co dokładnie tak mix leków. Bardziej chodzi mi o to jak na taki problem mogą patrzeć dzieci takich osób. Z rozumieniem/współczuciem/oceną moralną mimo wszystko, nie odnoszeniem się do tego, a jedynie do kwestii, jak to na mnie wpłynęło i co moge z tym zrobić, albo jak to nadal na mnie wpływa i odcieciem się jeśli uznają, że tak dla nich lepiej. Różnie pewnie... ???
                                              • sorvina Re:Narcyz 21.11.13, 08:57
                                                Zaburzenia osobowości mogą występować w formie mieszanej tzn. np. narcystyczne z elementami antyspołecznego (to najgorsi przemocowcy) i laikowi może być trudno stwierdzić, które dominuje, jednak same w sobie są dość dobrze opisane i mając duży materiał badawczy można stwierdzić, czy ktoś spełnia kryteria diagnostyczne, czy też nie. Jest zawsze margines błędu, ale można z dużym prawdopodobieństwem uznać, że to o to chodzi. Ponieważ na podstawie takiej diagnozy nie leczymy kogoś, nie przyklejamy mu etykietki na forum całego kraju, nie wyżywamy się na nim – ty narcyzie przebrzydły, tylko staramy się sami zrozumieć o co naprawdę chodzi w naszej relacji, a druga osoba raczej nam nie pomaga, to możemy pozwolić sobie korzystać z nie do końca potwierdzonych teorii, bo pomagają nam iść do przodu. To jest zwłaszcza potrzebne gdy druga osoba nie mówi o co jej naprawdę chodzi/ co się z nią dzieje i na toczy niekończące się walki o pierdoły, często też dlatego, że sama tego nie rozumie. Poznanie całego schematu, pozwala zrozumieć to co jest zawarte między wierszami. Owszem, lepiej iść na terapię rodzinną, współpracować z terapeutą, ale nie zawsze mamy ten luksus.

                                                Co daje zrozumienie?

                                                ODKŁAMANIE - Mowa o matce, czy ogólnie rodzicu, czyli osobie, która kształtowała nasze przekonania, wartości i wyobrażenia dotyczące tego co jest normalne i dobre. To co obserwowaliśmy w domu, to wszystko co znamy. Każda przemoc, każde zaniedbanie było ładnie tłumaczone, jako uprawnione i normalne. Odkrycie moja mama ma NZO/ tata jest alkoholikiem a mama współuzależniona i wraz z tym zrozumienie, że pewne zachowania nie są normalnym, zachowaniem rodzica tylko zachowaniem wynikającym z niedojrzałości/zaburzeń/ jakiś wzorców. Ponieważ DD dość długo kwestionuje jakąkolwiek winę rodzica, to trzeba dość konkretnej, logicznie tłumaczącej zachowanie rodzica wiedzy, by uznać, że jednak coś w tym jest. Także diagnoza za pomocą jednego artykuły i tak będzie za słaba, choć może wskazać kierunek poszukiwań. Jeśli głupiejemy podczas lektury to wiele mówi O NAS – oporach po pierwsze przed jakimkolwiek oskarżaniem rodziców, po drugie przebadaniem tematu, który nas też dotyczy (poprawka na to, że często książki/artykuły pisane są takim językiem, że wymagają już jakiejś wiedzy by je zrozumieć).
                                                GRANICE - Zrozumienie, że dane zachowania to przemoc/nadużycie/czyjeś jazdy daje 2 korzyści:
                                                a) możemy zacząć stawiać granice takim zachowaniom, mając inny niż rodzicielskie opinie punkt odniesienia,
                                                b) dostrzegając podobne postawy i zachowania u siebie, możemy je zrozumieć i zacząć wykorzeniać czyli stawiać granice sobie. Bez nazwania czegoś u rodziców nie możemy tego nazwać u siebie, bo wybielanie rodzica przeradza się w wybielanie danego typu zachowania.
                                                OCHRONA – pytasz o podłość - to, że rozumiem, że ona broni swojej rachitycznej samooceny, bo wiele z pozoru neutralnych zachowań odbiera jako zamach na siebie i broni się tak jak potrafi, nie oznacza, że gdy rani najmocniej jak umie, z premedytacją mówiąc najbardziej okrutne słowa jakie można dziecku powiedzieć, wykorzystując wszelkie nasze słabości i zdradzane w sekrecie tajemnice, nasze relacje z kimś itp. i widać po niej triumf i satysfakcję gdy doprowadzi nas do łez - ja to będę usprawiedliwiać i tolerować. Podobnie większość bijących/molestujących osób była w dzieciństwie bita/molestowana. Mogę współczuć człowiekowi przeszłości i absolutnie nie usprawiedliwiać i potępiać jego obecne zachowanie. To jest zachowanie podłe. Naprawdę nie jestem w stanie opisać co się czuje gdy słychać ten bezlitosny zimny ton, widać oczy pełne jadowitej nienawiści i pozostaje tylko czekać na słowa, które sprawią, że wyjdziesz na czworakach, przekonany, że jesteś największym zerem na świecie. A wystarczy przywitać ją nie dość entuzjastycznie - uważa wtedy, że nie okazało się jej dość szacunku, więc jest usprawiedliwiona w powiedzeniu co o nas myśli i odegraniu się za "zadane jej cierpienie".
                                                Narcyz w odmianie perwersyjnej to ten sam typ, który mobbingując w pracy jest w stanie kogoś wykończyć i doprowadzić do samobójstwa. W domu jak sobie wybierze ofiarę to robi to samo. Taka osoba jest niebezpieczna i trzeba to rozumieć, nie traktować jej jak normalnego człowieka, który ma wiecznie gorszy dzień ale na pewno chce dobrze, bo koszt psychiczny a często też materialny i prawny tego bywa olbrzymi. Moja mama nie ma żadnych skrupułów, żadnych wartości, które by ją powstrzymały przed zniszczeniem drugiej osoby. A nad grobem by jeszcze zapłakała, jaka to ona nieszczęśliwa, że jej się taki słabeusz i nieudacznik w rodzinie trafił i nie ma wsparcia na starość. Nie chcę podawać przykładów, bo nie chodzi o udowadnianie mojej diagnozy. Chodzi mi raczej o to, że pewne rodzaje zaburzeń są upierdliwe, ale nieszkodliwe dla otoczenia. Wtedy wiedza pozwala zrozumieć, że ten typ tak ma i można stawiać granice, wspierać w terapii jeśli jest i nie spodziewać się cudów gdy zaburzenie jest mocno ugruntowane. Narcystyczne może być przykre w stylu ignorującym, wtedy nie ma żadnej więzi z rodzicem i raczej sam nie czuje potrzeby by z nami utrzymywać kontakt, ale w wersji perwersyjnej jest niebezpieczne i ważne jest zrozumienie tego i chronienie się. Można kilka razy dawać szansę, próbować tłumaczyć, stawiać granice, ale gdy zgodnie z teorią, dana osoba CAŁKOWICIE wypiera się swojej odpowiedzialności i własnych błędów, traktuje cię przedmiotowo i twoje uczucia ma za nic, to pozostaje przyjąć do wiadomości, że to się raczej nie zmieni i ocenić czy i na ile jesteś w stanie utrzymywać z nią kontakt. W jednej z książek dotyczących narcystycznych matek była konkretna rozpiska dotycząca różnych możliwości reakcji (utrzymanie kontaktu z próbą olewania, ograniczanie kontaktu i zerwanie kontaktu) - każda ma wady i zalety i trzeba je dobrać do poziomu toksyczności rodzica i naszej odporności. To narcyzi są najczęściej stalkerami - prześladującymi innych chcąc ich ukarać za to, że śmiali odejść, więc z reguły rozstanie nie jest łatwe i trzema mieć cholerną motywację by je przeprowadzić, ale da się.
                                                • sorvina Re:Narcyz 21.11.13, 08:57
                                                  UZNANIE ODPOWIEDZIALNOŚCI DRUGIEJ OSOBY - Całe lata próbowałam zrozumieć, czy krzywdzi mnie mama czy jej choroba... w końcu dotarło do mnie, że nie można tego rozdzielać. Jak będą ubezwłasnowolniać z powodu zaburzeń osobowości, to będzie się można użalać nad ich "ofiarami" i traktować jak upośledzonych umysłowo. A tak można współczuć, można mieć świadomość ograniczeń poznawczych danej osoby, jednak nie jest to równoznaczne z usprawiedliwianiem tego, że pomimo stawiania granic i uwag, że nas krzywdzi - ona wciąż robi to samo - to nadal jest myślący człowiek, który podejmuje decyzje co robi pod wpływem silnych emocji, złego samopoczucia itp. Nawet jeśli nie gdy go poniesie to później już ma jakąś refleksję i może szukać sposobów zmiany swojego zachowania. Najczęściej też chociaż intelektualnie zdaje sobie sprawę z toksyczności swojego zachowania i tego jak ludzie by je odebrali, bo unika go tam gdzie nie czuje się bezkarny. Także o ile człowiek nie ponosi odpowiedzialności za to, że zachorował na depresję czy nerwicę, wyszedł z dysfunkcyjnego domu itp. – to odpowiada za to co z tym bagażem robi. Może go nie rozumieć, ale przy komunikacie – krzywdzisz mnie takim zachowaniem, jeśli mu zależy to będzie szukał zrozumienia i możliwości zmiany.
                                                  Pod pewnymi względami łatwiej jest utrzymać kontakt ze staruszką z demencją, bo możesz WSZYSTKO zrzucić na karb choroby, żadne poważne rozmowy nie mają sensu, słów nie ma sensu traktować osobiście i możesz pewne decyzje podejmować już za nią, zamiast walczyć na każdym kroku, bo wszystko ustawia pod siebie nie licząc się z twoim czasem i możliwościami a tobie wydaje polecenia domagając się ich natychmiastowej realizacji.
                                                  UWOLNIENIE OD POCZUCIA WINY I NISKIEJ SAMOOCENY – dopiero gdy przyznasz, że to rodzic jest odpowiedzialny za swoje zachowanie, a nie ty, możesz przestać się za nie obwiniać i wierzyć, że jesteś najgorszym dzieckiem na świecie, bo tak regularnie mówi uzasadniając to jak cię traktuje.
                                                  POZWOLENIE SOBIE NA PRZEŻYCIE EMOCJI – czasem po raz pierwszy. Przestać usprawiedliwiać i ciągle stać po stronie rodzica, bo on taki biedny i w końcu stanąć po stronie bezbronnego dziecka jakim byliśmy i pozwolić sobie do końca przerobić doświadczenia jakie nam rodzic zgotował. Dopiero wtedy przestaniemy być Dorosłym Dzieckiem reagującym jak dziecko w pewnych sytuacjach i będziemy mogli zacząć budować z rodzicem dojrzałą relację na zdrowych zasadach, lub znaleźć w sobie siłę do zerwania kontaktu. Jakie to dziwne, że łatwiej współczuć rodzicowi, a znacznie trudniej współczuć sobie. A to on był dorosły w tej całej sytuacji i miał różne wyjścia, my jako dzieci – żadnego.
                                                  AKCEPTACJA, ŻE NIE ZAWSZE MOŻLIWE JEST UZDROWIENIE RELACJI Z RODZICEM
                                                  Leczyć się i zmienić trzeba chcieć. Każdy odpowiada za swój system wartości, za przerobienie własnych problemów z dzieciństwa, które sprawiają, że kultywuje przekonanie, że dziecko to takie skrzyżowanie przedmiotu z niewolnikiem - do pełnej dyspozycji rodzica co jest w narcyzmie i toksycznej pedagogice normą. Nie da się współpracować z osobą, która nie chce współpracować, która ma zupełnie inną wizję relacji między wami. Wtedy nie trzeba zaburzenia osobowości u rodzica by widzieć, że nie ma szansy na kompromis, który zadowoli obie strony. Wiedza pozwala zrozumieć, że nie każdy rodzic kocha, nie trzeba miłości by spłodzić i wychować potomstwo. Niektórzy nie rozwinęli uczuć wyższych i funkcjonują w rzeczywistości opartej na sile i przemocy. Wtedy lepiej przestać się łudzić i próbować ich zmienić w kogoś, kim nigdy nie byli i nie chcą być.


                                                  CZEGO ZROZUMIENIE OGÓLNEGO SCHEMATU NIE DAJE – możliwości terapeutyzowania rodzica i pełnego zrozumienia drugiej osoby.
                                                  Diagnoza obecnego zachowania nie oznacza tego, że jestem w stanie dokładnie powiedzieć jak do niego doszło, co przeważyło, co dokładnie dzieje się w mamy głowie, co sobie myśli itp. Czy w danym momencie rozdrażnienie było bardziej spowodowane napięciem towarzyszącym depresji czy jej narcystycznym niezadowoleniem z powodu nie dostania swojego narcystycznego papu. Prawdopodobnie jedno się nakładało na drugie. Dla otoczenia to równie obojętne jak to czy ojciec wlał dzieciom bo szef go zjechał czy żona wyśmiała - liczy się efekt, osobista przyczyna to temat między daną osobą a jej terapeutą. Dostrzegam schematy rodzinne - genogram pozwala ładnie zobaczyć dziedziczenie wzorców i rzuca więcej światła, podobnie jak wszelkie teorie systemowe, teorie gier. Mam swoje obserwacje i wyjaśnienia teoretyczne - więcej mógłby poznać tylko terapeuta, przed którym mama by się otworzyła. Rozumiemy schemat, wiemy jak działa, da się to praktycznie zastosować.

                                                  Każdemu zdarza się palnąć coś, czego powiedzieć nie powinien, tu nie chodzi o pojedyncze słowa i zachowania, ale konsekwentny schemat, który pokazuje wiele. Pisałam wcześniej, że gdy widać dobrą wolę, rodzic się leczy, stara zmienić, to łatwiej jest puszczać różne rzeczy mimo uszu. Ma też sens przedstawianie swojej perspektywy, dzielenie się wiedzą, bez popadanie w terapeutyzowanie rodzica. Jednak gdy on wybiera usprawiedliwianie się zamiast zmiany, to dokonuje jakiegoś wyboru co jest dla niego łatwiejsze, wygodniejsze. A skoro to jego wybór to czemu my mamy płacić jego koszt? Brać na siebie konsekwencje tego, że druga osoba woli uciekać, niż przerobić swój problem?
                                                  Owszem, kiedyś nie było tak dostępnej wiedzy i terapii – KIEDYŚ – teraz jest. Dlatego łatwiej jest wybaczyć przeszłość niż tolerować podobne zachowanie obecnie. Bo teraz nie ma żadnego usprawiedliwienia – jak ktoś chce się zmienić, zrozumieć czego to dziecko od niego chce i nauczyć
                                                  reagować inaczej, to ma pełne możliwości. Ale uciekać jest łatwiej.

                                                  Tak jak radzimy komuś, kto opisuje podobne zachowania partnera – pewne osoby bez terapii nie nadają się na bycie partnerem bez względu na to czy to jest DDA/DDD/choroba psychiczna czy zaburzenie osobowości. Podobnie nie potrafią być dobrym rodzicem, ani nawet przyjacielem, gdyby próbować zbudować z nim bardziej partnerską relację. I bycie dzieckiem takiej osoby może powodować, że dostanie od nas więcej szans niż potencjalny partner, kredyt zaufania będzie większy i będziemy towarzyszyć mu w zdrowieniu długo i bezinteresownie, jednak z czasem wszystko można zmarnować i wyczerpać. Co wtedy? Jeśli rozumiemy co się dzieje z rodzicem, możemy zrobić listę tego co się dzieje, prawdopodobnie będzie się działo, jaki ponosimy tego koszt, jakie są zalety podtrzymywania kontaktu. Ile w nas się zostało nadwyżek dobrej woli i wdzięczności, czy wypaliły się dawno temu. Uwzględnić własną wrażliwość, zasady i wszystkie inne ważne rzeczy i podjąć decyzję co dalej. I w oparciu o to stwierdzić, czy jesteśmy w stanie spędzić z rodzicem 3h w tygodniu, 2 dziennie czy tylko święta i to nie regularnie, a może najlepiej będzie jak kontakt zerwiemy na zawsze, lub na jakiś czas.
                                                  Podobnie jak nie należy wspierać alkoholika w jego piciu, tak nie uważam by miłością było wspieranie danej osoby w jej dysfunkcji bez ponoszenia konsekwencji swoich zachowań. Owszem – tak jak u mnie, nie oznacza to, że po drugiej stronie obudzi się motywacja do zmiany, ale przynajmniej wiesz, że wybrałeś to co dobre, zamiast wspierać przemoc i chorobę. Nie poświęcasz swojego szczęścia na ołtarzu bezproduktywnego zła (że tak mocno to ujmę, ale czasem tak to widzę przy ciężkim kalibrze przemocy), bo rodzic i tak bez wyjścia ze swoich wzroców będzie nieszczęśliwy i niezadowolony, tylko chwilowo poprawi sobie samopoczucie twoim kosztem. A nie każdy rodzic chce wsparcia w zdrowieniu.
                                                  • paris-texas-warsaw Re:Narcyz 21.11.13, 10:37
                                                    Widzę Sorvino, że masz nieźle temat obmyslany. Musze sobie na spokojnie jeszcze może wieczorem przeczytać, co napisałaś. Ja jednak nigdy niczego nie usprawiedliwiałam chorobą mamy, albo piciem taty w dzieciństwie. Raczej milion razy wykrzyczałam jej, że jej nienawidzę i że jest nienormalna. Jak tylko mogłam, nawet jak mama była, to mówiłam, że będę pod opieką babci:) Jednak lata wspólnego żywota robią swoje;) To raczej teraz zaczynam widzieć całą "sprawę" w jej złożoności.
                                                    Mój terapeuta wcale się takimi diagnozami rodziców nie zajmuje, nigdy nawet nie skłanial mnie żebym się tym zajmowała. Raczej wręcz przeciwnie - nie iść w "intelekt", a tylko zastanawiać się nas SWOIMI emocjami. I sobie zajrzałam do A. Miller "Dramat..." i ona pisze we wstępie właśnie "dysponujemy tylko jednym środkiem: jest nim proces odkrywania emocjonalnej prawdy o jedynej, niepowtarzalnej historii naszego dzieciństwa. ... Chyba, że zadowolimy się czysto intelektualnym wglądem. Wówczas popadamy na nowo w sferę iluzji...". I to wszystko powoduje, że nie wiem, jak to jest.
                                                    Ja mogłabym się zastanawiać, jaki "typ" to moja mama. To nie jest tak, że sie tego "boję". Ale nawet tego nie umiem. Kiedyś sobie czytałam różne "typologie" i nawet przesyłałam jednej osobie z rodziny, która doskonale zna moją mamę, ale ona też tego nie umiała okreslić. Mój mąż, najbardziej może z boku i emocjonalnie dość obojetny i na luzie, tez by tego pewnie nie umiał (zreszta nie ma takich ciągąt nawet, ale może ubłagany by sie wysilił;)).
                                                    Miller jak rozumiem jest z tego nurtu "nie przebaczaj, nie usprawiedliwiaj". Ale nie wiem, czy to nie jest "okrojone" podejście?
                                                  • sorvina Re:Narcyz 21.11.13, 10:52
                                                    Paris- emocje są najważniejsze i ich przerobienie podstawą terapii. Twoja prawda emocjonalna to jedyne czego możesz być pewna - to twoje subiektywne przeżycia i poczucie krzywdy, do których masz prawo. I owszem, można od tego uciekać w intelektualizacje i nie warto tego robić.
                                                    Natomiast IMHO z czasem zrozumienie tego co się działo pomaga zrozumieć siebie, nabrać dystansu. Natomiast rzadko kiedy ma się sytuacje pasujące idealnie do kryteriów diagnostycznych, stąd takie rozważania byłyby często jałowe. Nie każdy trudny rodzic jest uzależniony/współuzależeniony czy zaburzony silnie.

                                                    Alice Miller skupia się na opisywaniu przemocy, zaburzeń i ich konsekwencji dla dziecka. Apeluje o niebagatelizowanie i nieusprawiedliwianie. Jej książki to dobrym materiał na etapie terapii, gdzie trzeba się zagrzebać w bagnie i nazwać wszystko po imieniu. Ona nie zajmuje się kolejnym etapem - wybaczeniem i nagraniem dystansu, co nie odbiera wartości jej książkom. Natomiast zaczynanie od wybaczenia bez przerobienia emocjonalnej krzywdy zatrzymuje w miejscu. Wiele osób uważa, że jak w jednym zdaniu nie ma nazwania krzywdy i informacji, że mimo wszystko się rozumie i wybacza, to dany autor uczy nienawidzić rodziców. A to nie o to chodzi, no można jednocześnie być w środku emocji i mieć dystans - to różne etapy są i różne metody/teorie zajmują się jednym albo drugim.

                                                    Ok, muszę uciekać. To temat rzeka i naprawdę ciężko jest wszystko napisać w kilku postach.
                                                  • paris-texas-warsaw Re:Narcyz 21.11.13, 14:52
                                                    Sorvina, dzięki, wiem, że to temat rzeka, nie chcę juz Cię nadwyrężać, ale jak możesz, to powiedz, jak byś widziała dla mnie "tematy", o których bym mogła głębiej pomyśleć.
                                                    Jak zaczęłam terapię, to widziałam, że zwyczajnie jestem "za dobra" dla dziecka i to jest trochę już nie do wyrobienia. Teraz widzę to jako lęk przed konfrontacją z własnym smutkiem (?).
                                                    O matce i ojcu ciężko mi jest w ogóle tak "po bożemu" pisac, bo ja pierwsze lata byłam wychowywana przez dziadków i miałam bardzo nikły kontakt z rodzicami. Zostałam u dziadków jako mały niemowlak. I myślę, że gdzieś w moim ciele (Alexander Lowen?) jest może ten pierwotny lęk/tęsknota za matką. A potem jak już miałam swój dom, fajny dom u dziadków, z dobrym jedzeniem, parkiem, znajomymi dziadków, żartami, to zostałam znowu przeniesiona do obcych dla mnie rodziców. I stąd ta chyba moja ogólna na nich złość - to byli obcy ludzie, w dodatku skłóceni, depresyjni, alkoholik, itd. itp. I w tym bagnie musiałam już zostać. Więc jestem jak takie adopcyjne dziecko (?). I moje fajne chwile, to te, kiedy jechałam do dziadków/oni do mnie przyjeżdzali. Wtedy "wchodziłam" w ich opiekę, to się robiło samo, bo to z babcią byłam najbardziej związana i myślę, że ona mnie najbardziej kochała. Ale ostatnio myślę, że może i na nią "muszę" być zła, bo najpierw pozwoliła mnie u niej zostawić, a potem oddała. I kiedy byłam już starsza i babcia widząc, że jest mi źle, powiedziała, że może u nich będzie mi lepiej, to już byłam na etapie nastoletnim -wtedy znajomi i szkoła są jednak na pierwszym miejscu. Stąd jestem teraz taka zdezorientowana, na kogo się wkurzyć, kto jest moim rodzicem??? I pomyślałam sobie o tym, jak pisałaś Sebaldzie o identyfikacji z rodzicami.
                                                    O czym myśleć? O lęku przed porzuceniem, o złości? Tak szerzej pytam, bo mój terapeuta, pyta, co ja bym chciała zmienić i tym się zajmuję. To nie psychoanalityk;) Ale nie mam też wilu podpowiedzi:)
                                                    Ja nie mam takiego chyba stosunku do matki, że "musiałam" poczuć do niej złość na terapii, cos przełamywać itd. Ona odkąd skonczyłam kilka lat, że tak powiem, była atakiem mojej złości. Coś jak nieudana adopcja własnego dziecka.
                                                  • paris-texas-warsaw Re:Narcyz 21.11.13, 17:53
                                                    Dodam Ci tak technicznie, że tę terapie prowadziłam ze dwa lata, potem zrobiłam sobie rok przerwy na ciążę i teraz ją kontynuuję. No i teraz widze juz inne obszary, na których mi zależy, niż trzy lata temu. Zresztą dopiero po ok. półtora roku terapii cos mi się w głowie odblokowało i trochę zrozumiałam o co chodzi;)
                                                    Co do mojej mamy, to naprawdę ciężko to ocenić. Bo jest megaegocentryczna i czasem wg mnie wręcz infantylna, widzi w siebie często ofiarę. Ale jak kiedyś jak byłam w trakcie terapii sobie uświadomiłam jeszcze raz ile przez nią się nacierpiałam, to jej to wykrzyczałam (wcześniej terapeuta mi to odradzał, więc oczywiscie mój duch przekory wziął górę, bo nie lubię, jak mi ktoś takie rady daje;)) i najpierw mama sie tego wypierała, ale minęło sporo czasu i dała mi prezent i powiedziała, że chciałaby, żeby zacząć wszystko od poczatku itd. Ale to nie do konca jest dla mnie problem, bardziej patrzę na to przez pryzmat moich dzieci, bo to babcia itp. Mi samej jak się nie chce kontaktowac, to się nie kontaktuję, bo te kontakty sa raczej denerwujące i męczące (nawet jak nie sa skierowane przeciwko mnie, ale jest w nich jakaś tam sztywność i sztuczność). Czasem tak po ludzku mi tego żal...
                                                  • paris-texas-warsaw Re:Narcyz 21.11.13, 18:29
                                                    Wiesz, Sorvina, może i moja mama ma takie narcystyczne zaburzenia... Pewne jej zachowania ja/rodzina traktowaliśmy jako rodzaj "bycia nie do konca normalną", ale nikt takie okreslenia na całość z nas nie znał. Takie cechy jak: wieczne chodzenie do wszystkich i skarżenie się na mnie (ja to traktowałam jako niemoc wychowawczą i nienawidziłam), lubienie kogoś na zabój i potem jakby porzucanie, bo cos nie poszło lub ktoś skrytykował - jakieś koleżanki, faceci, zawsze gorsze traktowanie mnie niż moje rodzenstwo (to nie moja tylko obserwacja), mówienie, że cos jest karą bożą za złe zachowanie, zupełne zignorowanie np. jakiejś mojej poważnej inwestycji lub wypadku (ja cos opowiedziałam, a na to słyszałam zero komentarza i tylko pytanie na zupełnie inny temat), obrażenie się na małe dziecko, że czegoś nie dało (tak jakby to dziecko "źle potraktowało" i rodzic ma temu dziecku zwrócić uwagę), taka specyficzna powierzchowność. Może to i narcyz??? To zawsze było powikłane "ciężkim życiem", więc nikt się nad tym tak nie zastanawiał. Jakiegoś takiego "metodycznego gnębienia" jednak nie zauważyłam. W kontaktach z miłymi, ciepłymi osobami - ok. ?????????????????????????????
                                                  • paris-texas-warsaw Re:Narcyz 21.11.13, 18:55
                                                    Sorvina, no i jeszcze takie ogóle "afektowanie", wzruszanie się byle czym, taka jakby płytka uczuciowość acz wyolbrzymiona z pozoru, do tego pomaganie np. biednym, jakimś obcym ludziom. W sumie łatwe wchodzenie w dziwne relacje, nawet z "obcymi". To jak??????
                                                  • zuzi.1 Re:Narcyz 21.11.13, 19:44
                                                    Paris to jest świetna strona o ludziach z narcystycznym zaburzeniem osobowosci (NZO):
                                                    www.daughtersofnarcissisticmothers.com/
                                                    Użyj tłumacza google i tłumacz sobie kolejne zdania w miarę możliwosci czasowych, nie ma takiej strony po polsku, z taką ilością ciekawych, praktycznych informacji z zycia wziętych o NZO:
                                                    translate.google.pl/
                                                  • zuzi.1 Re:Narcyz 21.11.13, 19:49
                                                    może ktoś zna lepszą stronę jesli chodzi o automatyczne tłumaczenia, która tłumaczy bardziej dokładnie, to nie pls tu poda do niej link, może ktoś inny jeszcze z tego skorzysta...
                                                  • paris-texas-warsaw Re:Narcyz 21.11.13, 22:24
                                                    Dzięki:) Myślałam, że Wy mi szybko napiszecie cenzurkę. Troche przeczytałam jakichś artykulików, to jeszcze widzę kłamstwa jako stały element. Kiedys z kimś z rodziny określiliśmy, że moja mama to taki dzieciak, i do tego wredny dzieciak. Przez to, że czasem miła i taka w ogóle zagubiona w życiu (to chyba nie jest cecha narcystyczna) i pewne wredne zachowania zawsze trudno było ocenić, co to. Przez bardzo silny związek z własna matką i taką zupełna niedojrzałość, do tego "ubóstwienie" własnej matki, mi zawsze mama się jawiła jako taki dzieciak. No i takie obrażanie się ciągłe, nieodzywanie, etc. Nie wiem, to jednak bardzo trudno ocenić kogos bliskiego. Zwykłą niedojrzałość można chyba pomylić z narcyzmem. Bo jak to NZO to mam przed soba z 200 lat terapii?????????????????? O kurczę;))))
                                                  • zuzi.1 Re:Narcyz 21.11.13, 22:36
                                                    Wydaje mi się, ze to jest trochę zbyt skomplikowane, żeby zawrzec to w jednej cenzurce. Poczytaj tą stronę, a wiele się dowiesz ;)


                                                  • sorvina Re:Narcyz 22.11.13, 13:02
                                                    Paris, zuzi i inne pytający - zaczyna mi się miesiąc, gdzie mam tyle pracy, że wypełniłaby ze 48h, więc nie mam czasu na kompleksowe odpowiedzi. Przepraszam. A wyjaśnienie genezy narcyzmu, różnicy miedzy rysem osobowości a zaburzeniem w praktyce o tym są całe działy książek, niestety najwięcej w języku angielskim. A to ważne rozróżnienie - każdy jest trochę i czasem narcyzem, ale silnie zaburzoną osobą, która reaguje TYLKO w narcystyczny sposób i TYLKO w ten sposób buduje swoją samoocenę.
                                                    Zuzi podsyła dobre linki - tam znajdziesz Paris więcej informacji.

                                                    na szybko - poszukaj informacji o histrionicznym zaburzeniu osobowości, bo płytka uczuciowość z pewnego rodzaju przerysowanym-teatralnym zachowaniem, bardziej mi się z nim kojarzy. To zaburzenie jest w tej samej grupie co narcystyczne, więc mają wiele wspólnego.
                                                    U ciebie było dużo porzucenia, odrzucenia i traktowania Cię jak worek, którym się ludzie nawzajem przerzucają. Więc możesz mieć bardzo dużo żalu, smutku, poczucia odrzucenia i bezwartościowości własnej wymieszanych ze złością, buntem, poczuciem niesprawiedliwości. Mimo wszystko dziecinna złość czasem ma w sobie więcej walki o miłość od dystansu i świadomości swojej krzywdy i wzorców rodziców.

                                                    Na razie więcej nie mam czasu napisać. Pozdrawiam.
                                                  • sorvina Re:Narcyz 22.11.13, 13:03
                                                    połknęłam "każdy jest trochę i czasem narcyzem, ale NIE silnie zaburzoną osobą, która reaguje TYLKO w narcystyczny sposób i TYLKO w ten sposób buduje swoją samoocenę."
                  • ad.a6 Re: Żyjemy obok siebie.... :( 21.11.13, 09:38
                    Zuzi-> nie wiem, czy on ma tych znajomych. Nie miałam okazji się o tym przekonać, chociaż niejednokrotnie proponowałam byśmy zaprosili /pojechali do nich.
                    Tak, przesiaduje w łazience całymi godzinami. Nawet jak idziemy razem przez miasto, to przyłapałam go na tym, że sam przegląda się w wystawach sklepowych. Na początku naszej znajomości nie widziałam w tym nic złego, cieszyłam się nawet, że tak o siebie dba, bo niestety jak się czasem czyta to mężczyźni się czasem zaniedbują, mają do tego większą skłonność niż kobiety. Z tymi panienkami masz całkowitą rację, żadne głębsze znajomości to nie były, wysyłał maile głównie ze zdjęciami swojej twarzy, i chodziło głównie o to, by się im chwalić co on robi, robił, w ogóle był osobą bardzo aktywnie działającą w necie, tyle że w realu nie miało to zupełnie odzwierciedlenia. Dodam jeszcze, że ja nigdy nie miałam i nie czułam potrzeby by założyć sobie profil na jakimkolwiek serwisie. Mam bardzo wielu znajomych w realu, to są nauczyciele, rodzice uczniów, właściciel jednej szkoły językowej i trochę ludzi ze "starych, metalowych czasów".
                    • zuzi.1 Re: Żyjemy obok siebie.... :( 21.11.13, 10:22
                      Ada przeczytaj dokładnie to co pisze Ci m.in. Sorvina, ona ma naprawdę dużą więdzę, dobrą intuicję i spore wyczucie. Czasem jest tak, ze przyciągają się dwie osoby z rysem narcystycznym, może u Ciebie tak jest, rys narcystyczny może byc u jednej osoby w 10 % a u innej w 75 %. Poczytaj, przeanalizuj swoje zachowania i idź na terapię. A potem sama zobaczysz co będzie dalej z tym Panem W. Jak dla mnie po tym co napisałaś, ten facet jest toksyczny i może byc narcyzem. A czy Ty masz rys narcystyczny w swojej osobowosci-nie wiem, moze tak, a może nie. Są specjalisci psycholodzy, którzy dobrze znają sie na zagadnieniu narcyzmu. Poszukaj takiegi i sie do niego wybierz. Na pewno jest Ci b.potrzebne takie dogłębne spojrzenie wewnątrz Ciebie, na Twoje emocje i wynikające z nich mało przemyślane zachowania. Sama tego nie zrobisz, bo nie będziesz potrafiła spojrzec na siebie z dystansem i obiektywnie. Musisz sobie pomóc, bo inaczej będziesz tkwiła w obecnym bagienku lub pakowała się nieswiadomie w kolejne.
                    • zuzi.1 Re: Żyjemy obok siebie.... :( 21.11.13, 10:25
                      Czy masz wrażenie, ze facet z Tobą konkuruje jesli chodzi o osiągnięcia życiowe czy nie, czy czujesz, że w towarzystwie osób trzecich jest w stosunku do Ciebie nielojalny i np. żartuje sobie z Ciebie, Twoich osiągniec, podwyższa sobie poczucie wlasnej wartosci Twoim kosztem? Czy nie ma takich zachowań?
                    • ad.a6 Re: Żyjemy obok siebie.... :( 21.11.13, 10:27
                      Pade -> dziękuję za linki do bardzo interesującej zawartości.
                      Tak się zastanawiam nad narcyzmem, nad jego definicją.... wydaje mi się, że gdybym była przykładem narcyzmu, zależałoby mi na poklasku/uwielbieniu WSZYSTKICH mężczyzn a nie tylko mojego faceta. Ja natomiast na innych mężczyzn nie zwracam absolutnie uwagi, a jeśli jakaś relacja jest (moi klienci na przykład), to jest to tylko relacja znajoma-znajomy, nauczyciel-uczeń, to są osoby, które przychodzą do mnie ze swoimi problemami językowymi, nie rozmawiamy właściwie na tematy inne, niż nauka, nie mam o tych ludziach więcej informacji niż mi to potrzebne, np do czego im jest potrzebny język, i wtedy np rozwija się temat gdzie pracują, jeden klient np po dłuższym okresie przychodzenia do mnie na lekcje zapisał też swoje dzieci. Czasem też, na moją prośbę, klienci piszą z wyprzedzeniem smsy żebym im jakieś dodatkowe materiały przygotowała, albo że w przyszłym tygodniu jadą na targi i potrzebują dodatkowo jakieś nowe słowa, wyrażenia. Ale to są smsy stricte informacyjne i temu tylko mają służyć. Ja jestem z tych wiernych do grobowej deski. Nie chcę i nie potrzebuję jakiegoś chorego, cukierkowego i fałszywego uwielbienia innych mężczyzn, wręcz przeciwnie, gdyby taki facet zaczął mi słodzić pomyślałabym sobie, że jego żona musi mieć przerąbane. Mało tego, z reguły wietrzę podstęp, jeśli ktoś jest dla mnie nienaturalnie miły i wyczuwam, że coś ode mnie chce. Chciałabym być uznana i DOCENIONA przez mojego W. NIe ma to być rzesza padających na kolana przede mną facetów. Tylko tego bym chciała. Czy to jest aż tak dużo? Powiedzieć czasem miłe słowo, komplement? Przyczyny upatruję w tym właśnie, że się zaniedbałam. Dziwne to, że jakoś wcześniej (przed poznaniem W.) funkcjonowałam normalnie, bez takich problemów, owszem, zmieniałam pracę, ale to tylko dlatego, że chciałam. Nikt mnie nigdy nie zwalniał za wyjątkiem sytuacji z D., co w ogóle było jakieś chore, bo gdy pracowałąm na pełnych obrotach i czułam się tam jak w drugim domu, nigdy bym nie podejrzewała że coś takiego może się w ogóle wydarzyć. Ktoś wcześniej pisał, że D., wycisnął mnie jak cytrynę. Może i ma rację, ale ja się w tym wyciskaniu czułam dobrze. Czułam się doceniana, potrzebna, niezastąpiona. Wszędzie trzeba pracować, ale D., dawał mi poczucie takiego spokoju i stabilizacji. Tylko czemu przedtem nie ostrzegł, że jeśli nie przestanę zajmować się W, wydzwaniać, spalać się, jeśli nie wrócę do poprzedniej formy to się rozstaniemy? Przecież nie tak traktuje się przyjaciół. Wręcz przeciwnie, ja w tym krytycznym momencie myślałam, że przyjaciel przeczeka razem ze mną ten gorszy czas, spadek formy, przymknie oko na pewne niedociągnięcia, poczeka aż wrócę do formy i będzie jak dawniej. Weszłam z szefem w zbyt bliską relację, ze względu na to, że on nie pracował w moim mieście, główna siedziba firmy znajdowała się dużo dalej i nasz kontakt ograniczał się tylko do maila, gg, skype. Przy czym już w momencie rozmowy kwalifikacyjnej, na której się rozstrzygnęło, że zostanę przyjęta do firmy, szef poprosił o założenie służbowego gg i skypa, szkolenia przeprowadzaliśmy nawet soboty/niedziele wieczorami, przy czym mi to pasowało, bo nie musiałam wtedy nigdzie wychodzić z domu i nadgodziny wykonywałam w systemie home office. Nie rozumiem dlaczego niektórzy podchodzą do niektórych kwestii tak knąbrnie (nauczycielka?). Tak, nauczycielka, która próbowała w swoim życiu wielu rzeczy, w wielu branżach. Jestem zdania, że żeby coś odrzucić (stwierdzić, że jest złe) trzeba to najpierw poznać. Żeby stwierdzić czy się nadaję czy nie muszę popracować w zawodzie. Po latach przepracowanych tu i ówdzie mogę stwierdzić, że uwielbiam uczyć i śmiało mogłabym też pracować w agencji reklamowej. I jeszcze dodam coś tym osobom, które wysnuły nie wiadomo skąd wniosek, że ktoś ma podziwiać moją urodę i glany. Po pierwsze, glanów nie noszę na codzień, po drugie nie chodzi mi o podziwianie tylko o nieczepianie się, nieprzygadywanie, o tym, że jeśli ma się dobrego pracownika to niektóre rzeczy powinno się po prostu przemilczeć, tak chyba kultura nakazuje. Jakoś dla mnie nie stanowi problemu uczeń z tatuażem, kolczykiem gdzieś tam. Mam go nauczyć i to jest moje zadanie. Czy to będzie facet w garniturze, w glanach, cały "wydziarany" to już nie mój problem. Nikt nie ma tu nikogo podziwiać. Pewien rodzaj inteligencji powinien kazać przemilczeć i stolerować niektóre ludzkie przypadłości, nawet te, które nas ewidentnie drażnią.
                      • zuzi.1 Re: Żyjemy obok siebie.... :( 21.11.13, 10:34
                        Ada w pracy nie ma przyjaciół, w pracy się pracuje, więc w tym względzie masz po prostu złe podejscie. Szef przyjacielem...., to chyba tylko w firmie rodzinnej i to tez b. rzadki przypadku.

                        Masz złe oczekiwania w stosunku do W., on Cię nie doceni, nie powie Ci komplementu, nie będzię Cię podziwiał, bo nie wyniósł tego z domu, ma pusty zbiornik emocjonalny i nie moze Ci tego dac, co potrzebujesz, skoro tego w sobie nie posiada, on potrzebuje dowartosciowania z Twojej , a Ty potrzebujesz z jego. Upraszczając, jestescie jak slepy z głuchym w jednym związku.
                        • ad.a6 Re: Żyjemy obok siebie.... :( 21.11.13, 10:44
                          zuzi.1 napisała:

                          > Ada w pracy nie ma przyjaciół, w pracy się pracuje, więc w tym względzie masz p
                          > o prostu złe podejscie. Szef przyjacielem...., to chyba tylko w firmie rodzinne
                          > j i to tez b. rzadki przypadku.
                          >
                          >
                          To szef nadał temu wszystkiemu taki bieg, a ja przylgnęłam do tego, bo gdzieś w głębi potrzebuję tego chyba. Mogę pracować bardzo ciężko, siedzieć po nocach, nie sypiać, zarzynać się, ale potrzebuję uznania, akceptacji, przyjaźni. Mówię o pracy właśnie. Pasował nam obojgu z szefem taki układ, bo on wiedział że jak "połechce" ego to zadanie zostanie wykonane nadspodziewanie szybko i dobrze, a ja potrzebowałam być łechtana, finansowo też, nie tylko słownie. Wiedziałam, że jak powiem chłopakom, że całą noc nie spałam, wypiłam 10 kaw, ale projekt już jest, to usłyszę "łał, o k*, jak ty to zrobiłaś?". To mnie napędzało, dawało szczęście i poczucie samorealizacji.
                          • zuzi.1 Re: Żyjemy obok siebie.... :( 21.11.13, 10:48
                            Szef Tobą zwyczajnie manipulował, dla własnych celów fin. A Ty jestes pracoholik chyba, i potrafisz zatracic się w pracy, a to nie do końca jest zdrowe, stawiaj granice również w pracy, bo inaczej do końca życia będziesz pracowała po nocach, w Sylwestra i w weekendy.
                          • pade Re: Żyjemy obok siebie.... :( 21.11.13, 11:04
                            I znowu: jak usłyszę wow!, czyli nie: achh, zrobiłam projekt, wyszło mi świetnie, jestem w tym dobra, czuję sie spełniona, tylko komunikat z zewnątrz...
                            Ada, czy byłaś w dzieciństwie krytykowana przez mamę? Albo po prostu nie zauważała Twoich sukcesów?
                            Jesteś głodna uwagi, docenienia, w takim stopniu jakbys tego nie dostawała od bardzo dawna.
                            Owszem, każdemu jest miło, gdy ktos doceni naszą pracę, wygląd, zalety. Tylko błędem jest uzależnianie od tych pochwał opinii o sobie. Czyli: w tym tygodniu nie usłyszałam nic miłego - jestem zerem.
                            Bo tak to już jest, że jak sama siebie nie szanujesz i nie doceniasz, to wysyłasz taki komunikat w świat. I tak jesteś traktowana.
                            Wszystko na ten temat masz tutaj (nie wiem czy to już wklejałam, czy nie, pogubiłam się w tym długim wątku):
                            www.solaris-rozwojosobisty.pl/rola-samooceny-w-zyciu-praktyka-codzienna-julita-dybowska/
                            www.solaris-rozwojosobisty.pl/8-krokow-ku-poczuciu-wlasnej-wartosci-2/
                            Wszystko, co jest tam napisane jest prawdą. Każde zdanie. Na początku łatwo przyjąć te słowa, no bo niby wiemy co to jest zdrowa samoocena, wszystko jest takie oczywiste. Ale jak przychodzi do praktykowania samoświadomości, czyli: czego chcę, co myślę, co czuję, dlaczego robię tak a nie inaczej, to zaczynają się schody. A samoświadomość jest pierwszym i bardzo waznym składnikiem zdrowej samooceny.
                            Długo bym mogła o tym pisać, twoje doświadczenie tez nie są mi obce, dlatego udzielam się w tym wątku.
                            Twój partner przegląda się w oczach innych (dla Ciebie to brak lojalności, rozumiem to), bo gdy patrzy w lustro widzi powietrze. Z domu alkoholików nie wychodzą ludzie ze zdrowym poczuciem własnej wartości. Często potrafią się dobrze kamuflować, ale pozory mylą.
                            Powtórzę sie po raz kolejny, terapia jest Wam obojgu bardzo potrzebna. Oboje jesteście mocno poranieni. Po co niszczyć się dalej?
                            • ad.a6 Re: Żyjemy obok siebie.... :( 21.11.13, 11:17
                              Dzięki, Pade, za linki - znów mam lekturę na wieczór, lecę zaraz powiesić pranie i dokończyć obiad :).
                              Co do mamy: już gdzieś wspomniałam, że byłam późnym dzieckiem rodziców. Tata był normalnym, bez nałogów, dbającym o rodzinę ojcem, bardzo wrażliwym i troskliwym. Gorzej z mamą. Mama wymagająca, dużo surowsza. Uświadamiam sobie, że wszystko robiłam "by zadowolić mamę", by w końcu przestała zrzędzić, krzyczeć. Jak dostałam w 3 klasie podstawówki pierwszą czwórkę to był wrzask, krytyka, a czemu nie piątka? przecież dajemy ci wszystko, masz wszystko, masz cudowne warunki, wszystko co powinnaś to się uczyć. Pamiętam w 4 klasie zdarzyło mi się zapomnieć zadania domowego z matmy. Efekt to 2, którą zresztą po kilku dniach poprawiłam. Efekt: lanie kablem od żelazka. Mamy bałam się po prostu. To było na zasadzie: rób co chcesz, ubieraj się jak chcesz, dostaniesz czego chcesz, kupimy ci wszystko co chcesz, ale oceny mają być, bo nic innego nie masz do roboty. Gdy tata mnie bronił to na niego krzyczała. Tata nie bronił na zasadzie małpiej miłości, tylko starał się spokojnie szukać rozwiązania. Dokończę potem jak będę miała więcej czasu.
                              • pade Re: Żyjemy obok siebie.... :( 21.11.13, 11:30
                                No to masz przyczynę i pole do pracy.
                                Idź na terapię bo sama tego nie ogarniesz. Nie dlatego, że nie dasz rady:) Broń boże. Z terapią jest po prostu łatwiej. Dużo łatwiej. Nie będziesz błądzić, nie zostaniesz sama z cierpieniem, ktore w Tobie jest.
                                Do tego odpowiednia literatura, którą z przyjemnością Ci polecę, jak będziesz chciała i z czasem, dłuższym raczej, stwierdzisz, że jest Ci lżej i, że jesteś szczęśliwsza.
                              • pade Re: Żyjemy obok siebie.... :( 21.11.13, 11:38
                                I jeszcze jedno.
                                Bardzo mi przykro, że miałas takie doświadczenia:(
                                • ad.a6 Re: Żyjemy obok siebie.... :( 21.11.13, 11:57
                                  Ja mamę cały czas tłumaczę, że to nie jej wina, że jest dzieckiem okresu wojennego, urodziła się kilka dni przed rozpoczęciem wojny, więc to też z pewnością bardzo rzutuje na jej obecny stan zdrowia, emocji. Gdy rozmawiam z mamą, ona swoje postępowanie motywuje tym, że nikt jej nie zapewnił warunków żeby się wykształciła więc ona starała się z ojcem jak mogła, żeby mi wszystko dać (ma wykształcenie podstawowe), ojciec średnie techniczne. Poza tym, jeszcze jedno - ja sie urodziłam bardzo chora (wada serca i aorty), przeszłam jako dziecko 2 operacje w Warszawie, nie pamiętam tego, ale wiem skąd ta cała koncentracja na mnie, podobno miałam 9 razy śmierć kliniczną i wychodziłam z tego. Po operacji pojawiła się anemia i obustronne zapalenia płuc, odporność bliska zeru. Jak przeczytałam wypis ze szpitala to zrobiło mi się zimno. Nie wiem, czy w obecnych czasach, gdzie przy problemach z nfz na takie operacje czeka się latami, a jeśli chce się szybciej, to za granicą za ogromne pieniądze. Mama postawiła sobie za cel "wyleczyć, wychować i wykształcić". Chwała jej za to, dzielna była. Z tym, że nieco inaczej rozumiała słowo "wykształcić". Zawsze powtarzała, że walczyła o mnie tak dzielnie, że osoba którą wyleczyła, odkarmiła i zrobiła z niej człowieka, nie może zostać nikim (w jej rozumieniu tylko osoba z wyższym wykształceniem jest kimś). (piszę na raty bo sprzątam) :)
                                  • pade Re: Żyjemy obok siebie.... :( 21.11.13, 12:18
                                    Tylko, że to niczego nie zmienia. Rany, ktore zadala Ci w dzieciństwie sprawiły Ci ból, i obniżyły Twoją samoocenę. Te bolesne emocje nadal są w Tobie i dlatego tak mocno szukasz uznania w otoczeniu.
                              • lilith76 Re: Żyjemy obok siebie.... :( 21.11.13, 14:22
                                ad.a6, to strasznie smutne, to co piszesz.
                                Z jednej strony dziecko zapewne wyczekane, wyproszone, wymodlone, wyrwane śmierci. Już na starcie obciążone pewnymi oczekiwaniami - taka osoba nie może po prostu być zwyczajnym śmiertelnikiem, nie po tylu inwestycjach emocjonalnych.

                                Teraz jako osoba dorosła zachowujesz się jak dziewczynka z dwójką w dzienniczku obiecująca, że zaraz będzie piątka. Na piątkę dla szefa, na piątkę dla mężczyzny. I ciągle dostajesz kablem do żelazka.

                                Czasami warto sobie powiedzieć metaforycznie: dostałam dwóje i mam to w dupie.
                      • adorra0 Re: Żyjemy obok siebie.... :( 21.11.13, 10:43
                        I jeszcze dodam coś tym osobom, które w
                        > ysnuły nie wiadomo skąd wniosek, że ktoś ma podziwiać moją urodę i glany. Po pi
                        > erwsze, glanów nie noszę na codzień, po drugie nie chodzi mi o podziwianie tylk
                        > o o nieczepianie się, nieprzygadywanie, o tym, że jeśli ma się dobrego pracowni
                        > ka to niektóre rzeczy powinno się po prostu przemilczeć, tak chyba kultura naka
                        > zuje. Jakoś dla mnie nie stanowi problemu uczeń z tatuażem, kolczykiem gdzieś t
                        > am. Mam go nauczyć i to jest moje zadanie. Czy to będzie facet w garniturze, w
                        > glanach, cały "wydziarany" to już nie mój problem. Nikt nie ma tu nikogo podziw
                        > iać. Pewien rodzaj inteligencji powinien kazać przemilczeć i stolerować niektór
                        > e ludzkie przypadłości, nawet te, które nas ewidentnie drażnią.

                        Trochę mylisz pojęcia. Pracodawca/właściciel firmy ma prawo , a nawet obowiązek dbać o wizerunek firmy. Pewien rodzaj inteligencji nie ma tu nic do rzeczy.
                        • ad.a6 Re: Żyjemy obok siebie.... :( 21.11.13, 10:46
                          Wizerunkiem firmy może też być osoba kompetentna, z wysokim poziomem wiedzy i pewnym talentem, dzięki któremu mówiąc kolokwialnie "owinie sobie klienta dookoła palca" i zrobi to tak, że dany klient po wyjściu z firmy nie będzie pamiętał czy miała na nogach glany czy japonki.
                          • zuzi.1 Re: Żyjemy obok siebie.... :( 21.11.13, 10:50
                            Często ludzie oceniają innych po pierwszym wygladzie i dlatego tak ważne jest aby w pracy z klientami ten wyglad był jednak profesjonalny. Może w niektórych branżach, typu własnie agencja reklamowa pozwalają na większą kreatywnosc w tym względzie.
                          • adorra0 Re: Żyjemy obok siebie.... :( 21.11.13, 10:52
                            Zgadzam się, ale łaska pańska na pstrym koniu jeździ i klient może zmienić zdanie, skrytykować projekt, a na koniec ubiór lub dredy projektanta.
                            • ad.a6 Re: Żyjemy obok siebie.... :( 21.11.13, 11:04
                              Czyli w takim razie spojrzenie na sam projekt będzie subiektywne, bo podsycane jednak wiedzą nt jego wykonawcy i wtedy punkt widzenia będzie zależał od punktu siedzenia? Powiem szczerze, zawsze miałam z tym problem, nawet gdy siedziałam w komisjach maturalnych, miałam problem z założeniem koszuli/garsonki/spódnicy do kolan/pół łydki/spodnie w kant. Nawet jak już to założyłam, to zawsze do tego jakaś cięższa biżuteria "z pazurem". Poza tym już polonistka w podstawówce mówiła że mam świetny style ubierania się, niebanalny- tak to określiła, i o ile jej się to podobało, pod koniec ósmej klasy, przy samym starcie do liceum stwierdziła że w życiu będzie mi trudno. Miała rację.
                              • zuzi.1 Re: Żyjemy obok siebie.... :( 21.11.13, 11:08
                                No trudni Ci, bo cięzko się dostosujesz do ustalonych norm (mądrych czy głupich nieważne, jakichkolwiek wogóle). Dlatego w dobrą branżę weszłas pod kątem swoich potrzeb i umiejętnosci.
                                • zuzi.1 Re: Żyjemy obok siebie.... :( 21.11.13, 11:12
                                  Potraktuj tą sytuację w której jestes, jako prezent od losu i od samej siebie, a terapię jako możliwosc rozwoju, poznania siebie i pomocy sobie. Takie rzeczy b. rozwijają na plus, przełóż swoje niepowodzenia w związkach na korzysci dla samej siebie, a to będzie możliwe TYLKO dzięki dobrej terapii. P. Agnieszka podpowiada miejsca sprawdzone, do których warto się udac.
                          • filetta Re: Żyjemy obok siebie.... :( 21.11.13, 11:28
                            > Wizerunkiem firmy może też być osoba kompetentna, z wysokim poziomem wiedzy i p
                            > ewnym talentem, dzięki któremu mówiąc kolokwialnie "owinie sobie klienta dookoł
                            > a palca" i zrobi to tak, że dany klient po wyjściu z firmy nie będzie pamiętał
                            > czy miała na nogach glany czy japonki.

                            Zgoda. Tyle, że o tym decyduje szef, a nie pracownik. Z tego, co tutaj napisałaś, wnioskuję, że nie uznajesz zwierzchności, w związku z czym lepiej będzie dla ciebie i innych pracodawców, że będziesz pracowała tylko u siebie. To zaprocentuje także tym, że pracując na maksa, będziesz się zaharowywała na własny rachunek, co na pewno przysporzy ci korzyści finansowych. I rozwiąże kolejny problem, że nie będziesz sprzedawała całej swojej prywatności, energii, czasu i umiejętności głównie po to, aby pracodawca traktował cię na takich samych zasadach jak ty jego.
                          • lilith76 Re: Żyjemy obok siebie.... :( 21.11.13, 14:18
                            > Wizerunkiem firmy może też być osoba kompetentna, z wysokim poziomem wiedzy i p
                            > ewnym talentem, dzięki któremu mówiąc kolokwialnie "owinie sobie klienta dookoł
                            > a palca" i zrobi to tak, że dany klient po wyjściu z firmy nie będzie pamiętał
                            > czy miała na nogach glany czy japonki.

                            W świecie idealnym.
                            W świecie technik sprzedaży, negocjacji jeśli chcesz coś od kogoś jesteś jego "lustrem". Lubimy podobnych do nas. Mamy świat Zeligów.
                            Przerabiam to sama w pracy.
    • danaide Re: Żyjemy obok siebie.... :( 21.11.13, 15:23
      Od godziny próbuję pobieżnie przeczytać, oczywiście nie ma szans, a w paru rzeczach się ładnie odnajduję. Obiecuję że przeczytam!

      Nie wiem na czym stanęło i co już było na tapecie. Ale niesłychanie bliskie jest mi to, że masz z jednej strony świadomość jakichś kompetencji (języki, potrafisz pracować, dopisz co chcesz do listy) a z drugiej - całkowity brak poczucia własnej wartości. Dla matki byłaś tyle warta ile przyniesione oceny. Dla faceta jesteś tyle warta ile Twój look, kuchnia, wsio rawno. A dla siebie? Przyniesiesz piątkę (szóstkę?), zrobisz obiadek, wskoczysz w stringi - pięknie, właśnie zapracowałaś na buzi, uśmiech, przyjemną atmosferę. A zakładałaś kiedyś, że pewne rzeczy, te same rzeczy, można mieć za wiele mniej? Że można o coś poprosić? Albo coś po prostu dostać?

      Byłam z takim W, nawet dziecko z nim miałam. Nie zostawiłam go. On zostawił mnie. CZEMU? Przecież tyle z siebie dawałam. Wywalili mnie z roboty. CZEMU? Przecież...

      Kupę życia spędziłam na... oglądanie się na ludzi zamiast na siebie. Na niesłuchaniu własnych intuicji. Frustrowało mnie to strasznie, efekty mizerne. Wiem, jak się nie ma kredytu to łatwo powiedzieć, ale czy tak naprawdę tylko do kredytu/czynszu ten facet tak Ci potrzebny czy do czegoś jeszcze?

      Piszę trochę strumieniem podświadomości, co mi się wklepie. Może trafiłam, a może zupełnie nie. Postaram się wrócić w wolnym czasie (mało!) i doczytać.
      • danaide Re: Żyjemy obok siebie.... :( 21.11.13, 16:27
        Dopiszę coś do samej siebie, na wypadek gdyby nikt inny nic nie napisał=)

        Kończę pierwszą setkę i... Ty musisz wziąć kredyt, bo matka nie akceptuje faceta, Ty musisz kupić mu wyprawkę na zimę, Ty musisz zapłacić niedopłatę za wodę... Musisz, czy nie potrafisz zostawić kogoś z odpowiedzialnością za samego siebie. A może prosić (mnie również na tym chyba forum uświadomiono, że nie potrafię prosić o pomoc i przyjmować pomocy).
        • sebalda Re: Żyjemy obok siebie.... :( 21.11.13, 16:39
          Danaide, do pierwszej setki to był tylko czubek góry lodowej:) Zobaczysz, co się później będzie działo. Jakie się odsłonią pokłady bałaganu, przeciwnych sygnałów, zakrętów i wybojów w życiu i charakterze autorki:)
          Od lat na forum nie było tak zaplątanej historii. To dowodzi tego, że nic nie jest tym, co się z początku wydaje. My się tutaj produkujemy, a za chwilę z pokrzywdzonej wychodzi zołza, by za chwilę znowu wyjść na ofiarę, a potem okazać się narcyzem:) Nie mówię, że tu tak jest dokładnie, chodzi tylko o przykład różnych tropów, wiodących w różne miejsca i podpowiadających różne diagnozy. Ja chyba pasuję.
          Dla obrończyń Ady: jak można jednocześnie wymagać od faceta odpowiedzialności, zarabiania na rodzinę i nonkonformizmu, niezgody na konieczność chodzenia w garniturze do pracy, gdzie jest to wymagane? Cyrk normalnie:)
          • paris-texas-warsaw Re: Żyjemy obok siebie.... :( 21.11.13, 17:23
            Wg mnie to dawno nie było właśnie tak spójnej historii:)
            Ale jak ktoś nie rozumie, to kobiet nie trzeba rozumieć, tylko kochać, i dlatego od pierwszego wpisu radzę, co radzę:)
            • t1ffany Re: Żyjemy obok siebie.... :( 21.11.13, 17:26
              > Wg mnie to dawno nie było właśnie tak spójnej historii:)
              > Ale jak ktoś nie rozumie, to kobiet nie trzeba rozumieć, tylko kochać, i dlateg
              > o od pierwszego wpisu radzę, co radzę:)


              Twierdzenie że bałagan w głowie jest kobiecy jest w cholerę seksistowskie :P
              • paris-texas-warsaw Re: Żyjemy obok siebie.... :( 21.11.13, 17:29
                Nie piszę, że kobieta ma w głowie bałagan, ale że bogactwo jej mysli nie dla wszystkich jest dostępne. Nie piszę, dla kogo nie jest dostępne, bo nie chcę, być seksistą:P
                • t1ffany Re: Żyjemy obok siebie.... :( 21.11.13, 17:38
                  Oo tak, bogactwo myśli wątkodajki jest doprawdy bizantyjskie ^^
            • sebalda Re: Żyjemy obok siebie.... :( 21.11.13, 22:23
              paris-texas-warsaw napisała:

              > Wg mnie to dawno nie było właśnie tak spójnej historii:)

              Paris, gdybyś kiedyś zastanawiała się nad zmianą nicka, mam dla Ciebie idealny: pani_przekora.
              • paris-texas-warsaw Re: Żyjemy obok siebie.... :( 21.11.13, 22:28
                A tu mnie rozgryzłaś:) Jak ktoś coś ode mnie chce, to wystarczy, żeby powiedział, że chciałby cos zupełnie przeciwnego i na pewno osiągnie swój cel:)))))))
            • filetta Re: Żyjemy obok siebie.... :( 22.11.13, 07:31
              > Wg mnie to dawno nie było właśnie tak spójnej historii:)

              Według mnie również. Wprawdzie szukanie przyczyny zajęło kilka dni i tysiące zdań, ale parę słów o schemacie wychowawczym mamy wyjaśnił wszystko. Ado jesteś kobietą, która cały czas tkwi w świecie małej dziewczynki, która na wszystko musi ciężko zapracować, a jeśli już zapracuje, to dostaje nagrody i może praktycznie wszystko. Tylko że ten twój mały świat ma się nijak do rzeczywistego świata. To nie jest broń Boże jakaś krytyka. Dobrze ci radzi Pade, sugerując terapię, bo w inny sposób będzie ci trudno się z tym wszystkim uporać.
              To może ci się przydać:
              Siebie umieszczam wysoko na liście priorytetów
              W tym momencie postanowiłam, że będę bronić swoich priorytetów. Odmawiam spełniania próśb i żądań, które oddalają mnie od realizacji moich celów. Oświadczam niniejszym, że nie mam zamiaru podporządkowywać swojego życia cudzym priorytetom. Dzisiaj dokonam bilansu swoich zobowiązań. Zrobię przegląd swoich zobowiązań towarzyskich, społecznych, zawodowych i domowych. Nie przyjmę żadnego nowego zobowiązania zanim nie rozważę, ile będzie mnie ono kosztowało czasu. Nie muszę bez końca brac na swoje barki nowych obowiązków, by udowodnić, ile jestem warta. Nauczę sie mówić "nie" w sposób taktowny, lecz stanowczy. Nie będę się bała, że kogoś obrażę, nie spełnię czyichś oczekiwań. Koszty, jakie ponoszę za swoją wieczną gotowość do spełniania cudzych próśb sa nazbyt wysokie.
          • danaide Re: Żyjemy obok siebie.... :( 21.11.13, 23:10
            Dżizas, kiedy Wy macie czas na to forum??? Koło cudnych wypowiedzi sorviny na temat miłości zaczęły mi się zamykać oczy i koło trzech setek odpłynęłam! Ale wierzę, że ciągnięcie wątków pozwala na dogrzebanie się drugiego dna (kolejnych den?=), mi zresztą parę rzeczy na forum tak wyszło - per saldo naprawdę cenne.

            Dobrze że Sebalda piszesz o sprzecznych sygnałach, bo ja nawet na tym forum znalazłam fachową nazwę sprzecznych sygnałów otrzymywanych, kodowanych i stosowanych. Moje życie też płynęło pod ich znakiem - u mnie ich źródłem była rodzina, głównie matka i spowodowały one kompletne rozjechanie i dezorientację miedzy tym jak życie "powinno" wyglądać, a jak wygląda, tudzież brak wiary w siebie / poczucia własnej wartości - nie jestem pewna czy to są zamienne terminy.

            Przy tej trzysetce (była impreza... =P) zasypiałam z nowo nabytym ostatnimi czasem sloganem, który co raz pasuje: zachowania biorą się z emocji, a emocje z przekonań. A Ada ma full przekonań zebranych gdzieś po drodze - podejrzewam potężny udział matki, spotęgowany szokiem (obu) po nagłej śmierci ojca - które nijak się mają do rzeczywistości, typu: dwa języki gwarantują godziwą pracę i płacę (może, ale nie tu=), facet powinien zarabiać, jeśli ja na początek w niego zainwestuję, to on się odbije od dna i pofrunie - i mnóstwo temu podobnych.

            I te przekonania strasznie ją wiążą i dołują (bo mnie wiązały). Nie wykonałam wspomnianej The Work - ale sama idea odwracania myśli była dla mnie rewolucyjna. Np. - może to nie ludzie nie chcieli mieć ze mną do czynienia, może to ja z nimi nie chciałam=) I tak dalej. Tudzież odcięcie się od całej wiedzy-niewiedzy - załóżmy że jestem jak dziecko we mgle i zaczynam od nowa, ale z jakimś delikatnym otwarciem na to co się przytrafia, bez założeń wstępnych i przekonań, którymi całe życie byłam karmiona. I rzeczywiście, różne małe cuda się zdarzają.
            • danaide Re: Żyjemy obok siebie.... :( 21.11.13, 23:43
              Ten bałagan - ja myślę, że to kwestia opowiedzenia historii. Mamy jakiś punkt zaczepienia, od czegoś trzeba zacząć, od tego co najbardziej uwiera, a potem historia się rozwija. To jak w terapii, gadasz o pierdołach, a te pierdoły to tylko symptom poważnego problemu. Po prostu rzadko na tym forum wątek ciągnie się do pół tysiąca postów.

              Ale spytam o NARCYZM. Ostatnio taki się popularny tu zrobił. Jakiś bazowy tekst, pliz, nie za długi, nie za trudny. I gdzie jest ta cienka linia, która oddziela nasz narcyzm od narcyzmu jaki wchłonęliśmy od naszych rodziców oraz ta, która oddziela narcyzm od poczucia własnej wartości - a może to jest tak, że ten narcyzm dopada tych, którym nie udało się tego zdrowego poczucia własnej wartości zbudować? Pytam a propos mojej rodziny, u nas większość narcystyczna (? - ja wyjątkowy, a reszta to idioci).
              • sebalda Re: Jeszcze o narcyzach 22.11.13, 10:45
                O narcyzmie były niezłe teksty w WO, ostatnio o życiu z narcyzem. Trochę mnie zmroziło, bo tam jest zdanie o nadmiernym chwaleniu i rozpieszczaniu dzieci jako o jednym ze źródeł, a ja ze swoimi tak robiłam, ale jak dotąd nie przejawiają symptomów:)
                Od wczoraj myślę o tym narcyzmie i wychodzi mi, że wszyscy jesteśmy narcyzami w pewnym stopniu. Z tego, co czytałam na ten temat, najbardziej typową cechą jest ten mix samouwielbienia i kompleksów. Z jednej strony poczucie swojej wyjątkowości, z drugiej bardzo głęboko schowane poczucie niskiej wartości i tego, że trzeba wiecznie robić coś, by zasłużyć na uznanie, bo sami z siebie na to uznanie nie zasługujemy.
                Chyba nikt nie jest z siebie zadowolony tak do końca, choć w pewnych dziedzinach ma się za wyjątkowo dobrego. Ta mieszanka sprzecznych opinii na własny temat jest zatem typowa chyba dla każdego. Tylko ta nasilona, posunięta do absurdu nieraz potrzeba ciągłego poklasku ze strony innych ludzi jest już czymś odstającym od normy.
                Ada z jednej strony ma się za wyjątkową, jest z tego bardzo dumna, innych, w jej mniemaniu konformistów, traktuje z lekceważeniem, z drugiej jej obsesyjna potrzeba bycia uwielbianą przez W. (wcześniej przez szefa przyjaciela), mierzenia tym uwielbieniem swojej wartości, przeczy temu, że ona jest z siebie dumna.
                Czy wszyscy zatem nie jesteśmy po trosze narcyzami? Kiedy to jest normalne, że jest w nas mieszanka zadowolenia z siebie i kompleksów, a kiedy to zaczyna się robić patologiczne?
                • danaide Re: Jeszcze o narcyzach 22.11.13, 18:49
                  Dzięki, Sebalda. A co to jest... WO? Tak na serio pytam!

                  Dziś ktoś, z kim na bieżąco omawiam dręczące mnie kwestie natury ludzkiej i własnej a propos narcyzów rzucił: "źle skrojony, ciasno zszyty". Dobrze skrojony to chyba mało kto jest, ale zastanawia mnie właśnie ta "ciasność zszycia". Narcyz nie dopuszcza innego światopoglądu, czy nie tak (może to z kolei nie a propos, ale kojarzy mi się to pięknie z niejaką "planetą Doda")? Ada też kiepsko dopuszcza, ale nie wiem na ile jest to narcyzm w czystej postaci, a na ile wynika z tego, że takim a nie innym światopoglądem nasiąknęła - dalej upieram się przy znaczącym wpływie nagłej śmierci ojca, po której zarówno Ada jak i jej matka zapieprzały w obawie przed biedą z jednoczesną bajką jaką jej zapodała wcześniej matka z ojcem - jesteś królewną, masz wszystko co chcesz, masz się uczyć i tyle.

                  Nawet jeśli rzeczywistość w jakiś sposób weryfikuje nasze bajki to mamy opór przed zaakceptowaniem nowego scenariusza. Nie wiem czy dlatego, że tak bardzo uwielbiamy nasza bajkę czy po prostu nie wiemy co jest na następnej stronie i z lęku nie przechodzimy do kolejnej historii. Bo co jeśli okaże się, że zostaniemy z niczym? Że coś, co braliśmy za jedyny słuszny wzorzec postępowania było li tylko jednym z wielu wariantów tej opowieści?

                  Nie podejrzewam mojej matki o narcyzm, ale o sprzedawanie własnych lęków, o uproszczoną wizję świata mającą jakoś te lęki uporządkować - jak najbardziej. Wizję podawaną jako jedynie słuszną. O ileż uczciwiej jest po prostu przyznać się: nie wiem. Kocham cię, rób jak czujesz, że jest dla Ciebie najlepsze, najwyżej się nie uda, ale spróbowałaś.

                  Którą z tych dróg stosowała matka Ady?
                  • sebalda Re: Jeszcze o narcyzach 23.11.13, 00:14
                    WO - Wysokie Obcasy. Jak dla mnie jedyna prasa kobieca, którą da się czytać.
                    Ada nie tylko kiepsko przyjmuje inne opinie czy krytykę, ona jej nie przyjmuje wcale, a reaguje wręcz alergicznie i ostro.
                    Każdy ma swoje poglądy, ale one są jakoś weryfikowalne. Mnie bardzo często zdarza się podawać coś w wątpliwość pod wpływem opinii osób, które cenię, z których zdaniem się liczę. Umiem już odróżnić pieniaczy i złośliwców, z ktorych opiniami nie ma co się liczyć, bo są albo głupie, albo złośliwe właśnie, ale jeśli ktoś mądry zwroci mi na coś uwagę, może się okazać, że mnie przekona i swoje zdanie zmienię. To się nazywa chyba otwartość i elastyczność:) A narcyz chyba nie posiada takiej umiejętności. Wszelka autorefleksja jest mu absolutnie obca.
                    Tylko nie wiem, czy ta cecha jest przypisana wyłącznie narcyzom. Betonowych ludzi jest na świecie bardzo dużo, chyba nie każdy z nich to narcyz.
                    • molly_wither Re: Jeszcze o narcyzach 23.11.13, 14:42
                      W takim razie wole byc betonem niz mieczakiem.

                      sebalda napisała:

                      > Betnowych lud
                      > zi jest na świecie bardzo dużo, chyba nie każdy z nich to narcyz.
    • alexa0000 Re: Żyjemy obok siebie.... :( 22.11.13, 11:15
      Uff, przeczytałam cały wątek.

      Po 500 postach widzę kobietę o podejściu i oczekiwaniach niedojrzałego dziecka. Nie kieruje swoim życiem- przez W straciła pracę, przez W straciła kobiecość, przez W straciła włosy, przez szefa weszła w taki a nie inny układ w pracy, przez W wzięła kredyt na mieszkanie, dla W zamieszkała z nim.
      Jak szmaciana lalka. Zero refleksji nad tym, że jest odpowiedzialna za swoje własne decyzje, w tym równiez za tę, która dotyczy bycia z własnym, niespełniającym jej standardów partnerem.

      Kredyt wzięty, mieszkanie spłacane, w czym udział bierze również W, który w każdym momencie może zostać wykopany lub sam odejdzie-goły, z niczym.

      Ale jest kilka opcji:

      1. Życ dale z W, ciosać kołki, ale nie za bardzo, bo może odejsc, a z nim najniższa krajowa potrzebna do spłaty kredytu.
      2. Posprzątac w glowie - na terapii/ samodzielnie i liczyć się z tym, że wówczas związek się rozwinie lub zakończy.
      3.Szukać powoli majętniejszego partnera. Będą upragnione wyjazdy, kurtka, kosmetyki, niebanalne ciuchy, a bedzie można pielegnować dumę z bycia biznesłomen zarabiającej aż 2000 zł miesiecznie, wyjeżdzającej na wakacje i spłacającej własny kredyt na własne mieszkanie.

      BTW- autorko, masz dg, a nie masz firmowego konta i myslisz o założeniu? Jako to możliwe?
      • molly_wither Re: Żyjemy obok siebie.... :( 23.11.13, 14:45
        Gratuluje przeczytania 500 postow (nie watkow,jak mylnie napisalas). Czy to jedyny twoj sukces czy masz jeszcze jakies?
        Ps. Nie jazdy odczytuje skroty - pomysl o innych:)

        BTW- autorko, masz dg,
        > to możliwe?

        Widocznie tak,jesli ma.To logiczne:)
        • molly_wither Re: Żyjemy obok siebie.... :( 23.11.13, 14:46
          Nie kazdy mialo byc.

          molly_wither napisał(a):

          > Gratuluje przeczytania 500 postow (nie watkow,jak mylnie napisalas). Czy to jed
          > yny twoj sukces czy masz jeszcze jakies?
          > Ps. Nie jazdy odczytuje skroty - pomysl o innych:)
          >
          > BTW- autorko, masz dg,
          > > to możliwe?
          >
          > Widocznie tak,jesli ma.To logiczne:)
          >
          • alexa0000 Re: Żyjemy obok siebie.... :( 23.11.13, 22:32
            Nie rozumiem, co do mnie piszesz. Gdzie napisałam o 500 wątkach, o co chodzi ze skrotami i w jaki sposób jest logiczne to, że możliwe jest założenie działalności bez konta?
            • ad.a6 Re: Żyjemy obok siebie.... :( 25.11.13, 08:05
              Otóż założenie dg bez konieczności otwierania do tego osobnego konta JEST możliwe. Tak poinformowała mnie pani w moim banku, w którym konto mam od parunastu lat, wraz z zatrudnieniem się w pierwszej pracy.
              • alexa0000 Re: Żyjemy obok siebie.... :( 25.11.13, 08:40
                A ok, zwracam honor, rzeczywiscie. Przy małej działalnosci i transakcjach do 15 tys euro mozna korzystac ze swojego, nie wiedziałam. Sorry.
    • ad.a6 Hurra! udało się... 26.11.13, 08:55
      Podjęłam pracę w szkole językowej, jako lektor dwóch języków, dostałam kilka grup i umowę o pracę, już nie będę musiała martwić się o ZUS. Do tego zarobię dodatkowe pieniądze. ALE - w domu rozpętało się piekło. Już w momencie gdy szłam na rozmowę o tę pracę (piątek ok 18.00) mój W był bardzo niezadowolony. Mojej szefowej najwyraźniej się spieszyło z decyzją o zatrudnieniu, bo zadzwoniła już w sobotę w południe. Reakcja córci: mama jak super! Reakcja W: zły, wcale na mnie nie spojrzał, nie odrzekł ani słowa. Nic miłego, nawet "fajnie, gratuluję" nie było. :( Mam tego dosyć już. Najgorsze piekło rozpętało się wczoraj, gdy po południu pojechałam podpisać umowę. Zastałam wkurzonego W i płaczącą młodą. On zachowuje się wobec młodej po prostu wrednie. Słowa "bo cię strzelę w pysk" nie powinny mieć miejsca do tak małego dziecka. Znam córkę i wiem że nigdy, w żaden sposób bezczelnie nie odniosłaby się do nikogo dorosłego. Nie wiem co w niego wstąpiło. Najgorsze jest to, że pracując nie będę miała pełnego spokoju, że w domu wszystko dobrze. Nie wiem, co mam zrobić. Rezygnować z tej pracy na pewno nie mogę. Zbyt mocno mi na niej zależy, zbyt długo jej szukałam, od kilku lat chciałam wrócić do szkoły.
      • ad.a6 Re: Hurra! udało się... 26.11.13, 09:03
        Nie wiem co mam o tym sądzić. Czy dopiero teraz wychodzi z niego prawdziwe JA i był dobry dla córci w mojej obecności, albo teraz wyładowuje swój stres, wyłażą kompleksy (ja złożyłam do tej szkoły aplikację w czwartek, w piątek byłam na rozmowie a w sobotę zapadła decyzja), natomiast W składał już chyba ze 100 aplikacji wszędzie i NIC. Ale to chyba nie powód żeby się na dziecku wyżywał za to, że po południu siedzi w domu a ja do 20.00 będę pracować? Oczywiście z działalności nie zrezygnuję, rozmawiałam z szefową i ona wie, że chciałabym działalność utrzymać, co oznacza, że dostanę kursy przedpołudniowe i późnowieczorne, czyli krócej będę w domu. Boję się że oni się po prostu pozabijają. Nie wiem, czy to, że myślałam że on lubi młodą nie było tylko pozorne. I tak większość rzeczy z nią robiłam ja, lekcje, jedzenie, ogólne dbanie. On z nią od czasu do czasu w coś pograł czy awaryjnie się zajął gdy mnie nie było, bo rzadko wychodziłam z domu, zdecydowana większość osób przychodziła do mnie na lekcje.
        • pade Re: Hurra! udało się... 26.11.13, 09:18
          Gratuluję:)
          ale...
          Pomyślałaś jak Twoja córka będzie się czuła sama całymi dniami? No dobra, nie sama, ale z obcym facetem, który za nią nie przepada? Pieniądze są ważniejsze od dziecka?
          Nie wystarczy Ci na utrzymanie to, co zarobisz w szkole?
          • ad.a6 Re: Hurra! udało się... 26.11.13, 09:31
            ona nie będzie siedziała sama całymi dniami. Dzisiaj np mam tylko 3 godziny - resztę to już moje lekcje w domu. Czyli ja nie mogę zarabiać więcej, córka w domu też nie może siedzieć, wychodzi na to że zostają mi moje korepetycje, tylko ciekawe co będziemy jedli w wakacje, bo to głównie ze strachu przed wakacjami tę umowę podpisałam. Dlaczego w innych domach jest normalnie - tzn jak matki pracują na zmiany, popołudniówki, nocki - dzieci siedzą z ojcami i jest normalnie. Sama zarobić nie mogę (bo dziecko będzie siedziało), ale od niego też nie mogę żądać. Co więc mam zrobić? Nie, nie wystarczy mi, bo to szkoła językowa prywatna, nie państwowa, i zawsze się coś może posypać (np mniej klientów). Biorę więc co mam.
            • ad.a6 Re: Hurra! udało się... 26.11.13, 09:32
              Poza tym wydawało mi się, że zawsze dziecka chciał - przynajmniej tak to wyglądało. Ma zatem okazję się sprawdzić.
              • paris-texas-warsaw Re: Hurra! udało się... 26.11.13, 09:38
                Ada zaczynam myśleć, że jesteś trollem... Myślałam, że hurra, bo go wywaliłaś z chałupy. Jeśli tak się zwraca do dziecka, wywal go natychmiast. Na wieczór wynajmij opiekunkę i tak wyjdzie Ci taniej. To już nie jest malutkie dziecko. Będzie miało panią do lekcji/wspólnej zabawy, a nie jakiegos psychola i dziecko będzie bardziej zadowolone.
                Ale napisz, czy jednak nie jestes trollem? W sumie nawet jeśli tak, to i tak wiele sobie przy Twoim wątku przemyślałam, a czasem przy sztuce więcej można zrozumieć niż w prawdziwym życiu:)
                • ad.a6 Re: Hurra! udało się... 26.11.13, 09:44
                  Nie Paris, nie jestem trollem. Jestem między młotem a kowadłem. Normalnie to z młodą siedziałaby wieczorami moja mama, która twierdzi, że nie przyjdzie dopóki jest w domu W. Nie wiem co mam zrobić. Chciałabym po prostu NORMALNIE spokojnie pracować.
                • ad.a6 Re: Hurra! udało się... 26.11.13, 09:46
                  I co sobie przemyślałaś przy moim wątku? :) tak z czystej ciekawości pytam? Ja się po prostu miotam. Od faceta żądać - NIE. Sama zarobić - również NIE, bo się pozabijają w domu. Zauważyłam, że on wymaga od niej jak od dorosłej osoby.
                  • krokodil123 Re: Hurra! udało się... 26.11.13, 09:54
                    Ja przepraszam że nie z tej bajki (może i piszę głupoty), ale nie chcę mi się grzebać w 500 postów, ale ten W to jest twój mąż czy tylko "partner". Nie jest ojcem dziecka-tak? A co z biologicznym ojcem w takim razie, czy on płaci alimenty i czy się dzieckiem opiekuję.
                    • ad.a6 Re: Hurra! udało się... 26.11.13, 10:55
                      Tak, to mój partner, nie jest ojcem dziecka. Biologiczny ojciec mieszka 250 km od nas i tak mu, z tego co widać, wygodnie. Alimenty płaci i spotyka się z córką raz lub dwa razy na miesiąc.
                      • krokodil123 Re: Hurra! udało się... 26.11.13, 11:16
                        ad.a6 napisał(a):

                        > Tak, to mój partner, nie jest ojcem dziecka. Biologiczny ojciec mieszka 250 km
                        > od nas i tak mu, z tego co widać, wygodnie. Alimenty płaci i spotyka się z córk
                        > ą raz lub dwa razy na miesiąc.

                        Tutaj poruszasz bardzo dużo tematów,o ile pamiętam przeważnie było o to co nie robi lub co powinien robić ten W, jakie problemy ci robi i jaki zamęt wprowadza w twoim życiu.

                        Ja jako matka musie napisać że chyba powinnaś bardziej się skupić na dziecku i jego potrzeby, na wasze wspólne życie.
                        Trudno wymagać od obcego człowieka żeby wychowywał cudze dzieci-widocznie nie chce, nie umie i nie można go zmusić, trudno wymagać żeby do domu przynosił więcej kasy-może nie czuję ten dom jako swój i nie chce tego robić.

                        Za to ty uparcie się koncentrujesz na tego co on powiedział do dziecka, jakim tonem, dlaczego był przeciw jak ma zostać z małą kiedy pracujesz etc. zamiast zrozumieć prawdę że on się nie nadaję na ojca cudzego dzieciaka i nie chce tego.

                        Facetowi to zwisa za to tu uparcie mu wasze "rodzinne " życie wciskasz na sile.
                        Jak ktoś odnosiłby się tak z moim dzieckiem od razu go skreślam jako mój partner i mam spokój, za to ty drążysz tematy, wymyślasz niestworzone pretensje i kombinacje aby tylko nie przyjąć do świadomości prawdę i nie music się z nią pogodzić.
                  • paris-texas-warsaw Re: Hurra! udało się... 26.11.13, 10:33
                    Przy Twoim wątku myslłąm głównie o sobie... często te historie na forum sa jakimś tłem, by móc sobie pewne sprawy lepiej uświadomić. W Twój wątek sporo wplotło się moich "rozmów" z Sorviną, myślałam o sobie, o swoim mężu też w takim związku z DDA z innymi problemami jak ktoś mnie nazwał:)))... O Tobie pomyśłałam, że bardzo Cię podziwiam, i nie moge zrozumieć po co Ci ten facet. Wiem, że pewno jak się jest zarobionym i się jest samotną matką, to trudno kogoś nawet poznać, stąd pewno sposób z interenetem. Ale w internecie trzeba bardzo uważać. Ja zresztą długo "wchodzą" w związki. Inni sa już kochankami, a ja bym dopiero na pierwszą randkę się umówiła. Taką randkę na mieście do tego;)
      • danaide Re: Hurra! udało się... 26.11.13, 12:20
        Wiesz, ja Ci wierzę. Wierzę, że facet, który ma problemy ze znalezieniem miejsca na rynku pracy wkurzy się, że Ty nie masz i że jeśli miał popieprzoną rodzinę to siłą rzeczy będzie przenosił popieprzone wzorce na swoją/nieswoją rodzinę. Nie wierzę natomiast w zapracowanie na zaufanie i szacunek - wierzę w zaufanie i szacunek jako podstawy relacji, bez których w ogóle nie ma jak iść dalej.

        Skoro wiesz, że facet jest z deficytami, to sama zastanów się co dalej. Ja z takim byłam, zostałam sama, dla mnie lepiej. Jeśli chcesz być z nim dalej to czeka Cię sporo pracy nad Wami obojgiem - i to jedynie pod warunkiem, że Twój partner będzie tą pracą zainteresowany - mój, dodam, nie był (to ja byłam ta zła/nienormalna, z nim jest wszystko ok!). W przeciwnym razie szkoda czasu i atłasu.
        • molly_wither Re: Hurra! udało się... 26.11.13, 19:54
          Ale facetowi "z deficytami", podobnie,jak kobiecie "z deficytami" nalezy sie jakas pomoc, czy chocby wyrozumialosc? Czy raczej powinni sobie szukac partnerow z deficytami i tworzyc w ten sposob patologie? Mnie sie tak wydaje,ze ludzie na takiej zasadzie sie lacza, ze pomagaja sobie i uzupelniaja deficyty. Ale moze Sorvina sie wypowie:)

          A\danaide napisała:

          > Wiesz, ja Ci wierzę. Wierzę, że facet, który ma problemy ze znalezieniem miejsc
          > a na rynku pracy wkurzy się, że Ty nie masz i że jeśli miał popieprzoną rodzinę
          > to siłą rzeczy będzie przenosił popieprzone wzorce na swoją/nieswoją rodzinę.
          > Nie wierzę natomiast w zapracowanie na zaufanie i szacunek - wierzę w zaufanie
          > i szacunek jako podstawy relacji, bez których w ogóle nie ma jak iść dalej.
          >
          > Skoro wiesz, że facet jest z deficytami, to sama zastanów się co dalej. Ja z ta
          > kim byłam, zostałam sama, dla mnie lepiej. Jeśli chcesz być z nim dalej to czek
          > a Cię sporo pracy nad Wami obojgiem - i to jedynie pod warunkiem, że Twój partn
          > er będzie tą pracą zainteresowany - mój, dodam, nie był (to ja byłam ta zła/nie
          > normalna, z nim jest wszystko ok!). W przeciwnym razie szkoda czasu i atłasu.
          >
          • danaide Re: Hurra! udało się... 26.11.13, 22:19
            Jak deficyt znajduje deficyt to na początek tworzy te Wasze koluzje, nie patologie=)
            No tak, ale gdy jeden deficyt wytyka drugiemu deficyt własnego nie widząc - co wtedy? Zęby w ścianę? Ja optuję za pracą nad sobą, ale do tanga trzeba dwojga.
      • rurek00 Re: Hurra! udało się... 26.11.13, 15:42
        >> Najgorsze jest to, że pracując nie będę miała pełnego spokoju, że w domu wszystko dobrze. Nie wiem, co mam zrobić. Rezygnować z tej pracy na pewno nie mogę. <<

        No, faktycznie ciężki wybór. Taki wspaniały facet, ideał chodzący. Taki harmonijny związek. Pewnie, zrezygnuj z pracy. Jednak ani niech przez myśl ci nie przejdzie rozstanie z tym cudownym mężczyzną. Koniecznie zajdź w ciążę i weź z nim ślub.
      • molly_wither Re: Hurra! udało się... 26.11.13, 19:41
        No dobra, to teraz mozesz sie rozwiesc,nie?


        >
      • zuzi.1 Re: Hurra! udało się... 26.11.13, 23:45
        as.a6 napisała:"Reakcja W: zły, wcale na mnie nie spojrzał, nie odrzekł ani słowa. Nic miłego, nawet "fajnie, gratuluję" nie było. :( Mam tego dosyć już. Najgorsze piekło rozpętało się wczoraj, gdy po południu pojechałam podpisać umowę. Zastałam wkurzonego W i płaczącą młodą. On zachowuje się wobec młodej po prostu wrednie. Słowa "bo cię strzelę w pysk" nie powinny mieć miejsca do tak małego dziecka. Znam córkę i wiem że nigdy, w żaden sposób bezczelnie nie odniosłaby się do nikogo dorosłego. Nie wiem co w niego wstąpiło. Najgorsze jest to, że pracując nie będę miała pełnego spokoju, że w domu wszystko dobrze. Nie wiem, co mam zrobić. Rezygnować z tej pracy na pewno nie mogę. Zbyt mocno mi na niej zależy, zbyt długo jej szukałam, od kilku lat chciałam wrócić do szkoły."

        Dobrze, że znalazłaś tą pracę, to Ci da większe poczucie bezpieczeństwa. Odnośnie zachowan tego Pana W., moim zdaniem ten człowiek pochodzi z przemocowego domu, to jak się zachowuje o tym po prostu świadczy. Jego zachowania nie są normalne. Akcja pod tytułem "bo Cię strzelę w pysk" do dziecka powinna zakończyc definitywnie ten Twój niby związek Ada z tym panem. To jest osoba, z którą NIE MOŻNA zostawiac dziecka samego, zaburzony TYP, który może stanowic dla Twojej córki zagrożenie. Nie zostawiaj córki z nim samej, niech idzie/jedzie do babci po szkole !!!! Bo zmarnujesz sobie dziecko, kto wie, na co tego człowieka jeszcze stac...on jest jak bulterier w ludzkiej skórze, zaburzony bulterier...no i oczywiscie zazdrosci Ci twoich sukcesów zawodowych, żenada....
      • fakat Re: Hurra! udało się... 28.11.13, 12:22
        ad.a6 napisał(a):

        > Podjęłam pracę w szkole językowej, jako lektor dwóch języków, dostałam kilka gr
        > up i umowę o pracę, już nie będę musiała martwić się o ZUS. Do tego zarobię dod
        > atkowe pieniądze. ALE - w domu rozpętało się piekło. Już w momencie gdy szłam n
        > a rozmowę o tę pracę (piątek ok 18.00) mój W był bardzo niezadowolony. Mojej sz
        > efowej najwyraźniej się spieszyło z decyzją o zatrudnieniu, bo zadzwoniła już w
        > sobotę w południe. Reakcja córci: mama jak super! Reakcja W: zły, wcale na mni
        > e nie spojrzał, nie odrzekł ani słowa. Nic miłego, nawet "fajnie, gratuluję" ni
        > e było. :( Mam tego dosyć już. Najgorsze piekło rozpętało się wczoraj, gdy po p
        > ołudniu pojechałam podpisać umowę. Zastałam wkurzonego W i płaczącą młodą. On z
        > achowuje się wobec młodej po prostu wrednie. Słowa "bo cię strzelę w pysk" nie
        > powinny mieć miejsca do tak małego dziecka. Znam córkę i wiem że nigdy, w żaden
        > sposób bezczelnie nie odniosłaby się do nikogo dorosłego. Nie wiem co w niego
        > wstąpiło. Najgorsze jest to, że pracując nie będę miała pełnego spokoju, że w d
        > omu wszystko dobrze. Nie wiem, co mam zrobić. Rezygnować z tej pracy na pewno n
        > ie mogę. Zbyt mocno mi na niej zależy, zbyt długo jej szukałam, od kilku lat ch
        > ciałam wrócić do szkoły.


        Jeśli to prawda, to jestes masochistką nadal będąc z partnerem. Może lubisz tak?
    • ad.a6 Re: Żyjemy obok siebie.... :( 26.11.13, 09:53
      Poza tym coraz bardziej czuję, że moja mama miała rację. Że skoro W pracuje i zarabia mniej to powinien więcej zająć się domem i dzieckiem. On sądzi natomiast że dziecko ma słuchać dorosłego bezwzględnie i już. Ja natomiast sądzę i próbuję to wytłumaczyć W, że na szacunek i zachowanie dziecka trzeba sobie zapracować. Że on tu jest dorosły i przy odpowiednim wyczuciu mógłby się z dzieckiem normalnie zaprzyjaźnić. On uważa że dyscyplina i posłuszeństwo ponad wszystko. Przykład w niedzielę w KFC: ona do niego żartem: "Co ci jest? jesz jakbyś chciał a nie mógł" na co on zareagował wprost furią i wrzaskiem "jak ty się do mnie odnosisz?" - ja natomiast potrafię żartować i mam na moje dziecko sposób, żartem i spokojem, bo to uparciuch jest i wiem że krzykiem nic nie zwojuję.
      • ad.a6 Re: Żyjemy obok siebie.... :( 26.11.13, 09:54
        Ja natomiast sądzę i próbuję to wytłumaczyć W, że na szacunek i zachowanie dziecka trzeba sobie zapracować.

        ups... zaufanie miało być :)
        • sebalda Re: Żyjemy obok siebie.... :( 26.11.13, 10:27
          Ada, ale tutaj naprawdę coś nie gra. Chcesz powiedzieć, że jego zachowania wobec Twojej córki dopiero teraz weszły na ten etap? Od kilku dni??? Wcześniej było dobrze? Jeśli ma zasadę, że posłuszeństwo ponad wszystko, to wcześniej między nimi nie zgrzytało??? Przecież to niemożliwe.
          Dlaczego ja mam wrażenie, że teraz wszystko, co on robi, jest straszne. Przecież człowiek nie zmienia się tak z dnia na dzień.
          Jeśli to wszystko prawda, musisz mu powiedzieć bardzo dobitnie, że nie zgadzasz się z jego podejściem wychowawczym i albo dostosuje się do Twojego, albo się pożegnacie. Dla mnie takie zachowania partnera, który nawet narzeczonym nie jest, jest nie do przyjęcia. Jeśli macie tworzyć prawdziwy związek, on musi zrozumieć, że ma Cię wspierać w staraniach, a nie je sabotować. Zazdrość o Twoje powodzenie jest ewidentna w Twoim opisie, ale nie na tym polega związek.
          A w ogóle, czy Ty nie wyolbrzymiasz teraz nagle wszystkich jego złych cech? Dziwne to wszystko dla mnie.
          • ad.a6 Re: Żyjemy obok siebie.... :( 26.11.13, 11:01
            Były takie zachowania, tylko że zawsze wkraczałam ja, on wychodził do drugiego pokoju i twierdził że nie będzie się wtrącał. Ich relacje były raczej kumpelsko- obojętne. Nie było nic groźnego być może tylko dlatego, że zawsze byłam (i za wszelką cenę starałam się być) obok. Nie wiem co tu jest wyolbrzymionego, on się po prostu w krytycznych sytuacjach źle do niej odnosi, widzi, że musiałby zrobić coś, czego np nie lubi, bo mnie nie ma, i wymaga tego od córki.
            • sebalda Re: Żyjemy obok siebie.... :( 26.11.13, 11:20
              Ada, ale to jest bardzo ważny rys jego charakteru, o którym wcześniej nie pisałaś, wręcz przeciwnie, pisałaś, że jest wobec młodej ok, a teraz, nagle i niespodziewanie, serwujesz nam taką historię! To dyskwalifikuje jako partnera, od tego trzeba było zacząć, a nie od tego, że mało zarabia, że oddaje całą pensję, że od nieudaczników go wyzywasz, a on się boi przyznać do czegokolwiek, żebyś na niego nie naskoczyła. Jak tak go (i siebie) przedstawiłaś, to zupełnie inaczej wyglądało. A teraz on wychodzi na prawdziwego gnoja. Zamiast napisać o jego zachowaniach i nastawieniu wobec córki, Ty pisałaś o tym, że na przyjęciach za dużo je.
              Czy Ty masz w głowie poustawiane jakoś priorytety? Ja znowu widzę jakiś straszny bałagan.
              Dla mnie to wszystko kosmos. Może Ty jednak go sobie odpuść, pogódź się z mamusią, zajmij się robieniem pieniędzy, bo w tym chyba jesteś niezła mimo wszystko i przestań się uzależniać od gnoja, któremu już na Tobie nie zależy, bo masz krótsze włosy i nie stać Cię na seksowną bieliznę, a to tego gnoi Ci dziecko. Litości!!!
              • krokodil123 Re: Żyjemy obok siebie.... :( 26.11.13, 11:24
                aaa......kto jej marudzenia będzie słuchał???
                a kogo będzie winić za to że dzisiaj pada i ona ma włosy poskręcane i nie czuję się atrakcyjna?
                • paris-texas-warsaw Re: Żyjemy obok siebie.... :( 26.11.13, 11:35
                  Jeśli jakiś rodzic nie chce odwiedzać dziecka/wnuka w jego domu, to wg mnie jest albo bardzo zaburzony, albo są raczej poważne przesłanki ku temu (chce Cię obudzić? cos pokazać?). Chyba raczej w tym przypadku to drugie.
                  A jak w takim razie z mamą Święta, urodziny, imieniny spędzacie?
                  Co matka mówi? Czemu nie chce przychodzić? Zresztą pisałaś, że mieszkacie od siebie 200 m, więc córka i bez opiekunki może u niej siedzieć. Lepiej nawet ogłupiający program oglądać w telewizji niż z takim facetem mają się użerać.
                  Jeśli to prawda, co piszesz, to przecież Ty swoją osoba ten cały układ jakoś "łatasz", a tak to te wszystkie interakcje są zaburzone, w facecie jest destrukcja i wiele nieumiejetności, których siłą Twojej woli nie zmienisz. Ale serio zaczynam myśleć, że to zmyślasz, choć umiejętnie....

                  Ojciec uciekł w alkohol, matka w dewocję, brat w ogóle się wypisał z rodziny, ten facet w sumie też. To sa lata na wyprostowanie siebie, a co dopiero zabierać się za wychowywanie/opiekę nad czyimś dzieckiem. On soba nie jest w stanie się porządnie zająć.
                  • ad.a6 Re: Żyjemy obok siebie.... :( 26.11.13, 12:16
                    Niby po co miałabym zmyślać? Jak spędzamy urodziny? Święta? Mama przychodzi czasem do mnie na kawę ale tylko wtedy gdy W nie ma. Na urodziny do mamy chodzę sama albo z córką. Mama ze mną i z małą utrzymuje normalny kontakt tylko OMIJA W, twierdzi że go nie toleruje i tolerować nie będzie. W niektórych, nie we wszystkich kwestiach ma niestety rację. Młoda mogłaby i sama w domu pobyć - do pracy będę miała 10 minut samochodem. Ona bardzo lubi siedzieć w domu, jest bardzo grzecznym, zorganizowanym dzieckiem, najpierw lekcje, potem wszystko inne, uczy się wspaniale, my obie mamy wyśmienity kontakt, poza tym ja uczę jeszcze też dzieci z jej klasy, ogólnie mówiąc, dzieciaki mnie lubią. Więc młoda posiedzi w domu sama lub z babcią. To nie jest problem. Ja się boje po prostu ich samych zostawiać. On wobec małej nigdy nie był jakiś super, może czasem się starał, ale ewidentnie mu to nie wychodziło. Taki typ. Obojętny raczej. Woli wziąć pilota i usiąść przed TV. Czasem naprawdę próbował, ale w momentach nerwów, pośpiechu, problemów stawał się kolokwialnie mówiąc wredny. Taki typ, który twierdzi, że to dorosły rządzi i ustanawia wszystkie reguły a dziecko jest tylko dzieckiem i musi się dostosować. Mama tak się zachowuje od momentu, gdy zamieszkałam z W. Od samego początku nigdy go nie lubiła.
                    • paris-texas-warsaw Re: Żyjemy obok siebie.... :( 26.11.13, 17:05
                      Jakoś takie podprogowe impusly mi mówią, że ta historia jednak jest jakoś zmyslona. Nie wiem, tak zaczynam sądzić. Myslę, że to nie może być Grudziądz, bo w tak małym mieście nie podawałabyś tylu szczegółów z życia, że w 5 minut mieszkancy tego miasteczka mogliby Ciebie zidentyfikować. Jakiś taki szczególny sposób szczegółów uwiarygodniających historię i kilka szczegółów (metal, 100 zł za 7 h nauki, powiedzonko taty, ucieczka o 5 rano od obcych rodziców faceta, z którym dopiero zaczyna się być, nazwa niemieckiego biznesowego...). No nie wiem...
                      Ale jesli to prawda:), to tak drogą dedukcji.... Jesli ten facet jest taki beznadziejny dla Ciebie, to nie mogę zrozumieć po co z nim jesteś??? Albo inną drogą - skoro on jest tak beznadziejny, to też musza być w Tobie niezłe mielizny. No bo zwyczajnie, jak bys była taka "super", to pewnie kogoś bardziej "super" miałabyś na partnera.
                      Kilka osób pisało Ci, o tym, że jesteś narcystyczna. Tu pojawił się wątek histroników. Może bardziej o nich poczytaj? Może to Ciebie dotyczy? W sumie wykształcona, dość operatywna, a jednak bardzo naiwna, żeby właśnie nie napisać infantylna, wyobrażająca sobie jaka to przyjkaźń łączyła ją z przełożonym, miłość z jakimś ledwo poznanym chłopakiem z internetu, do tego te opisy seksu, fantazje o wyglądzie, depresje, ten psycholog. Może ten wątek sprawdź?
                      To co dla mnie jest dziwne, to to, że mając dziecko weszłaś w związek z tak beznadziejnym facetem. Wydaje mi się, że jednak dziecko trochę powoduje, że kandydaci na wspólne życie przechodzą trudniejsze testy.
                      • paris-texas-warsaw Re: Żyjemy obok siebie.... :( 26.11.13, 17:28
                        A może Twój wątek mnie tak przykuł, bo masz uczuciowość nastolatki i jak piszesz poważną córkę. Może jesteś dla mnie jakimś obrazem mojej mamy? O tym wątku córki jakoś nie myślałam, ale faktycznie przy takim Twoim podejściu do facetów to musi być jej trudno. Może stąd jest taka nad wyraz dorosła, poukładana etc....

                        Pisz, będę śledzić, może coś doradzę, choć Ty chyba faktycznie nie piszesz w celu otrzymywania rad:)
                        • paris-texas-warsaw Re: Żyjemy obok siebie.... :( 26.11.13, 18:32
                          www.kcp.krakow.pl/materialy/histeria
                          Chciałam coś przeczytać o histrionii, ale ten tekst zupełnie mnie przerósł;) Chciałabym wiedzieć, czy psychoanalitycy faktycznie w to wszystko wierzą, widzą takie zależności, czy sami rozumieją o czym mówią. Podziwiam, jakby nie było, bo wygłosić taki wykład to jest coś w moim rozumieniu:))))
                          • zuzi.1 Re: Żyjemy obok siebie.... :( 26.11.13, 23:23
                            B. ciekawa strona Paris, chętnie poczytam w wolnej chwili.
                            Np. takie info. o osobowosci antyspołecznej:

                            " Jak rozumiemy osobowość antyspołeczną?

                            Z psychodynamicznego punktu widzenia nie mamy jednoznacznej odpowiedzi dlaczego taka osobowość kształtuje się. Można przyjąć, że różne drogi prowadzą do podobnego typu zachowań.

                            Niewątpliwie bardzo są istotne ustalenia biologiczne. Czynniki biologiczne tak jak klasycznie, będziemy skłonni widzieć jako predysponujące do trudności psychologicznych, mogą one na przykład utrudniać dzieciom uzyskiwanie możliwośći wyciszenia i uspokojenia w kontakcie z matką. Chodzi o to, aby nie przeciwstawiać tutaj biologii i psychologii tylko zauważać, że czynniki biologiczne niewątpliwie utrudniają rozwój. Dziecko krzyczące, z głębokimi zaburzeniami snu jest zupełnie inaczej przeżywane przez matkę niż dziecko, które śpi spokojnie.

                            Chodzi o dostrzeżenie, że czynniki biologiczne mogą w dużej mierze modyfikować więź.

                            Z psychoanalitycznego, psychodynamicznego punktu widzenia ta koincydencja czynników biologicznych i czynników innego rodzaju może doprowadzić do tego, że nie występuje u tych osób wewnętrzny obiekt macierzyński. Nie ma przejściowego obiektu i dziecko nie jest w stanie samouspokajać się. Samouspakajać się, czyli mieć kontakt z macierzyńskim obiektem uspokajającym.

                            To jest jedna z przyczyn, która prowadzi u tych osób do powstawania różnego rodzaju reakcji patologicznych oraz mechanizmów tworzenia się, podobnie jak u pacjentów narcystycznych wielkościowego self.

                            Wielkościowe self u pacjentów antyspołecznych będzie w jakimś sensie różnić się od wielkościowego self pacjentów narcystycznych. Wielkościowe self narcystyczne składa się z trzech elementów: z realnego „ja“, idealnego „ja“ czyli realnego i idealnego self, oraz idealnego wewnętrznego obiektu. Idealny wewnętrzny obiekt nie jest obiektem uspokajającym, nie jest obiektem dającym poczucie bezpieczeństwa, u osobowości antyspołecznej jest przede wszystkim introjektem agresywnym, często przeżywanym jako coś obcego.

                            W opozycji do pojęcia selfobiektu kohutowskiego w tej wersji doświadczenia rodzica, jaka występuje u osobowości antyspołecznej, doświadczenie rodzica jest doświadczeniem kogoś obcego, który nie tylko nie daje nadziei i nie podtrzymuje dziecka, ale jest figurą zagrażającą, okrutną i obcą. To jest bardzo specyficzny idealny obiekt wchodzący w skład self.

                            To oczywiście utrudnia jakąkolwiek łączność z obiektem. To prowadzi do czegoś, co można nazwać martwym punktem w momencie zakończenia procesu separacji-indywiduacji.

                            Tak więc w odróżnieniu od wszelkiego rodzaju innych deficytów ten obiekt wewnętrzny, obiekt macierzyński ma charakterystykę okrutną, drapieżną, a to nie jest to samo jak z innymi obiektami, które są niekorzystne, które są nieobecne. Wielokrotnie mówiłem, że patologia tych obiektów polega na tym, że matka jest nieobecna, matki nie ma.

                            Tutaj ona jest, tylko jej charakterystyka jest bardzo specyficzna, zawierająca elementy okrucieństwa, drapieżności i obcości. Taka jest matka. Nie nieobecna i nie frustrująca dziecko swoim brakiem opiekuńczości.

                            Nie chcę temu poświęcać więcej uwagi ale jest to bardzo ciekawy moment rozważań.

                            Ponieważ przyjdzie taki czas gdy będę państwu mówił o nadużyciach.

                            Będę mówił jak to się dzieje, że dzieci, które doświadczały traumy, głównie nadużyć, realnej traumy od swoich rodziców, wcale tych rodziców nie nienawidzą.

                            Mają skłonność do powtarzania traumy. Otóż jest to tylko pozorny paradoks, że tak się dzieje. Zasygnalizuję tylko, że prawdopodobnie u osób o osobowości antyspołecznej, które noszą w sobie nie nieobecne matki, tylko złe i zagrażające, nie dochodzi do tego, do czego dochodzi u osób, które są nadużywane, co zachodzi u osób o osobowości histerycznej, a mianowicie do wyparcia.

                            To, że taka osoba jest w stanie wchodzić w związki, jest związane głównie z uruchomieniem mechanizmu wyparcia, te doświadczenia są rozszczepione i wyparte.

                            Tutaj niewątpliwie najładniejszą, najskuteczniejszą i najzgrabniejszą jest teoria Kernberga.. On opisuje, w sposób moim zdaniem najtrafniejszy w jaki sposób do takiego paradoksu dochodzi. Ale żeby do takiego paradoksu doszło musi dojść do uruchomienia mechanizmu wyparcia.

                            Można powiedzieć mówiąc naszym językiem terapeutycznym, że osoba, która doznała krzywdy musi zneurotyzować się. Jeżeli się ona nie zneurotyzuje, nie użyje wyparcia, nie usunie do nieświadomości, co nie znaczy, że nie będzie pozostawać w dynamicznym kontakcie nieświadomym z obiektami zagrażającymi, tylko in statu nascendi przechowa bez wyparcia, w swojej świadomości zagrażający, drapieżny obiekt macierzyński, to przypuszczalnie brak mechanizmu wyparcia będzie powodował, że będzie bez przerwy kontaktować się z zagrażającym obiektem i w związku tym będzie wytwarzać specyficzny typ patologii."
                            • paris-texas-warsaw Re: Żyjemy obok siebie.... :( 26.11.13, 23:40
                              Tak, to są bardzo ciekawe sprawy:) Nie rozumiem o tym wyparciu do nieświadomości - to lepiej? Gorzej? Inaczej? Może Sorvina by to rozwikłała:) Lubię ten zimny język psychoanalityków, jak bym miała drugie życie to poszłabym na taką terapię do jakiegoś psychoanalityka:)
                              • zuzi.1 Re: Żyjemy obok siebie.... :( 26.11.13, 23:54
                                Wydaje mi się, że to dla niej gorzej, bo "to przypuszczalnie brak mechanizmu wyparcia będzie powodował, że będzie bez przerwy kontaktować się z zagrażającym obiektem i w związku tym będzie wytwarzać specyficzny typ patologii." Sorvina pewnie by to nam ładnie objaśniła, miejmy nadzieję, że się kiedys ogarnie z robotą ;)
                      • danaide Re: Żyjemy obok siebie.... :( 26.11.13, 22:13
                        > Ale jesli to prawda:), to tak drogą dedukcji.... Jesli ten facet jest taki bezn
                        > adziejny dla Ciebie, to nie mogę zrozumieć po co z nim jesteś??? Albo inną drog
                        > ą - skoro on jest tak beznadziejny, to też musza być w Tobie niezłe mielizny. N
                        > o bo zwyczajnie, jak bys była taka "super", to pewnie kogoś bardziej "super" mi
                        > ałabyś na partnera.
                        Taaa, bo do rozwódek z dzieckiem w miastach pokroju G. w Polsce palonych tęcz kolejki się ustawiają...
                        • paris-texas-warsaw Re: Żyjemy obok siebie.... :( 26.11.13, 22:50
                          "Jak deficyt znajduje deficyt to na początek tworzy te Wasze koluzje, nie patologie=)"

                          Z tego co rozumiem, to trzeba umiejętnie się dobrać deficytami by powstała koluzja:) Wtedy te deficyty się jakby zazębiają lub splatają (w koluzji symetrycznej) i tango trwa:))) A jak deficyty są z różnych bajek, to komuś może się np. odechcieć i koniec:( Zero koluzji:( Ale za to z deficytów z rożnych bajek może właśnie powstać fantastyczna patologia:) Tak jak i zbiór koluzji i zbiór patologii nie są zbiorami rozłącznymi zapewne:)))
                        • ad.a6 Re: Żyjemy obok siebie.... :( 27.11.13, 08:09
                          Tak - właśnie TU jest problem. Będąc rozwódką wcale nie czuję się gorsza, bo niby dlaczego miałabym się czuć. Pytacie, dlaczego właśnie ON - bo nie dał mi odczuć, że bycie rozwódką z dzieckiem to coś gorszego. Już samo podejście kilku osób "że kolejka do rozwódek z dzieckiem...." aha. Czyli samo przez się się rozumie. Rozwódka z dzieckiem to coś gorszego, kobieta drugiej kategorii, tak? Właśnie dlatego ON, bo na TO wcale nie zwracał uwagi i sprawiał wrażenie, że to plus że rozwiodłam się z alkoholikiem (jak stwierdził "wielki plus za odwagę"). Poza tym on jest młodszy ode mnie, ja sobie zdaję sprawę, że gdybym poznała jakiegoś faceta również po przejściach to nie byłby ktoś pierwszej młodości. A "starych dziadów" nie lubię po prostu. Wybaczcie, ale wygląd fizyczny faceta, obok którego się położę do łóżka jest dla mnie bardzo ważny. I jakoś siwy/łysy/ szczerbaty nie będzie mnie pociągał. W duchu cały czas czuję się jeszcze młodą dziewczyną i ubieram się jak młoda dziewczyna. Czasem nawet mama mówi że jak nastolatka wyglądam. Gładka cera, bez zmarszczek, i chciałabym żeby mężczyzna obok mnie również dobrze wyglądał. Z początku mi to imponowało, ale potem zaczęło do mnie docierać, że on chce, i owszem wyglądać interesująco, ale zarobić na to nie ma komu. Poza tym to typ taki który prezentuje postawę trochę jak kobieta "chciałaś żebym ładnie wyglądał to teraz mi kupuj i dbaj o mnie, bo ja chcę ładnie wyglądać "dla ciebie", ewidentnie wystawiając się do innych kobiet, wdzięcząc się "ładny jestem, nie?". Co do córki. Ja córcię kocham nad życie, robię dla niej wszystko, dziecko ma co chce, jej potrzeby są dla mnie na pierwszym miejscu. Jak mówiłam, nie ma w domu, kłótni, bójek, płaczów, pijaństwa. Gdyby facet zarabiał więcej i nie musiałabym "wić się jak w ukropie" to pewnie wszystko byłoby inaczej. On zarabia mało ale wymagania ma spore, relatywnie do osiąganych dochodów. Co do jego zachowania jeszcze. On ma te swoje chwile wybuchów, po czym na drugi dzień jest super czuły i wspaniały jakby się nic nie stało. Może mi coś przykrego powiedzieć np rano przed pójściem do pracy, po powrocie całuje mnie na przywitanie i jak gdyby nigdy nic - siada do obiadu, nie zważając na to, że powinno się mnie czy dziecko przeprosić. Nic sobie nie robi z tego, że ja o sprawach codziennych, typu co tam w pracy, najzwyczajniej nie mam ochoty rozmawiać, bo drażni mnie to, że po nim spływa to że zrobił mi czy małej przykrość. Natomiast w drugą stronę - gdy ja poruszam jakiś problem dotyczący jego czy nas obojga - udaje że nie słyszy albo się obraża, siada, wyłącza tv, trzyma głowę w dłoniach (potrafi tak siedzieć nieruchomo z 2-3 godziny). Potem wstaje, robi sobie kawę i znowu jest jak gdyby nigdy nic. Czyli rozmowy na trudne tematy zero. Ma być jak jest bo jemu tak wygodnie. Dziś rano zakomunikowałam jasno, że mam dość pracy na 2 etaty, korepetycje, dziecko, dom, pies, praca w szkole i wiecznego miotania, się, walki o każdą godzinę lekcyjną, podczas gdy on przynosi najniższą i czuje się rozgrzeszony. Albo do świąt znajduje inną pracę i bierze na siebie część czynności do wykonania w domu - albo się rozstajemy. Ja nie daję rady ogarniać wszystkiego. Jeżeli mam zapier*lać jak dziki pies to ktoś mi musi pomagać w domu.
                          • nastka1979 Re: Żyjemy obok siebie.... :( 27.11.13, 08:31
                            Gratuluję nowej pracy. Mam nadzieję, że wytrwasz przy swoim ultimatum i jak do świąt nic się nie zmieni, to podejmiesz ostateczne kroki. Trzymam kciuki.
                            • ad.a6 Re: Żyjemy obok siebie.... :( 27.11.13, 09:25
                              Dzięki, jednak i tu musi być pod górę. Problem w tym, że żyjąc z korepetycji, miałam z góry rozpisany tygodniowy grafik z każdym uczniem, 1 lub 2 razy w tygodniu. Teraz w nowej szkole mam tak, że szefowa ma mi w piątek/sobotę wysyłać mailem plan na przyszły tydzień i już wiem, że to NIGDY nie będzie tak samo jak w poprzednim tygodniu, że co tydzień mam inne godziny, inne grupy. Czyli korepetycje będę musiała przestawiać, z nikt z ludzi nie chce lekcji angielskiego "z doskoku" tylko mniej więcej regularnie. Nie wiem co mam zrobić, bo nie chcę utracić moich stałych klientów (niektórych mam już po 2-3 lata), a umowę w szkole mam do 30.06 i też nie mam gwarancji że w lato będzie sporo godzin, tyle, żeby wystarczyło. Do bani to wszystko :(
                              • ad.a6 Re: Żyjemy obok siebie.... :( 27.11.13, 09:49
                                Paris, a Ty czytalaś Molestowanie moralne (uff, jak ja nie lubię tej nomenklatury francuskiej)? Lodowaty ton, doprowadzanie ofiary do skraju niepewnosci i bezradności, żeby wywołać atak i dzięki temu wykazać, jaka jest okropna?

                                Sorki, że z innego wątku przeniosłam, ale nie wytrzymałam. Taki właśnie jest mój W. Jeden wieczór jest cudownym misiem, opiekującym się i troskliwym, głęboko zainteresowanym moimi i córki sprawami, ocenami, zebraniem rodziców w szkole. Na drugi dzień wszystko jest mu obojętne - i 2 razy w miesiącu by się rozstawał. Jak zamieszkaliśmy razem, przez pierwszy miesiąc był cud miód i orzeszki, do momentu, kiedy zaczęłam poruszać tzw. poważne sprawy, czyli ile mamy razem kasy, za co wszystkie opłaty zrobimy i może w końcu po MIESIĄCU jedzenia za moje pieniądze dołożyłby się w końcu do rachunków i żywności. Wiecie co stwierdził? "Nie wiem co do Ciebie czuję". I rzeczywiście, wyniósł się na tydzień do mamy, z plecakiem, tak jak przyjechał do mnie. Oczywiście kasa na podróż była bo ją kisił na koncie zamiast się do wydatków dołożyć. Ja natomiast cierpiałam wówczas niesamowicie. Teraz robi to na mnie wrażenie, lecz coraz mniejsze już. Już się nie zadręczam tak jak kiedyś, co ja złego zrobiłam, co powiedziałam nie tak. Bo wydaje mi się, że taki właśnie miał cel.
                                • krokodil123 Re: Żyjemy obok siebie.... :( 27.11.13, 09:54
                                  No i fajne, wyniósł się do mamusi i nie trzeba było go przyjmować z powrotem.
                                  Ten facet cały czas ci mówi że nie chce się dokładać do waszego budżetu i zabawa w "dom rodzinny" go nie interesuję, ale ty cały czas z uporem maniaka twierdzisz że jest inaczej.
                                  • ad.a6 Re: Żyjemy obok siebie.... :( 27.11.13, 10:00
                                    To po co JEST ze mną? Poza tym, gdziekolwiek by był, z kimkolwiek by mieszkał to dokładać się czy zarobić na swoje utrzymanie i tak musi. Nie wiem co o tym myśleć.
                                    • ad.a6 Re: Żyjemy obok siebie.... :( 27.11.13, 10:02
                                      Krokodil: Ty mieszkasz w Niemczech? Tak "brzmisz" jakbyś na co dzień posługiwała się językiem niemieckim :), albo mi się tak wydaje. Jeśli jestem w błędzie to przepraszam.
                                    • krokodil123 Re: Żyjemy obok siebie.... :( 27.11.13, 10:12
                                      Nie jestem polka i dlatego czasami piszę inaczej.
                                      > To po co JEST ze mną? Poza tym, gdziekolwiek by był, z kimkolwiek by mieszkał t
                                      > o dokładać się czy zarobić na swoje utrzymanie i tak musi. Nie wiem co o tym myśleć

                                      Bo tak mu wygodniej-a ty po co jesteś z nim jak on ci robi problemy i jest be.

                                      I się mylisz że zawsze by się dokładał-co ty wróżka jesteś? U mamusi by się nie dokładał, u kobiety zarabiającej 10 000 miesięcznie też by się nie dokładał jeżeli ona zechce go otrzymywać. Nie wszyscy mają jednakowo bo ty lub ja tak chcemy.

                                      • ad.a6 Re: Żyjemy obok siebie.... :( 27.11.13, 10:18
                                        Jak był u mamusi to się MUSIAŁ dokładać i już. Od mamusi to wiem właśnie. Właśnie jego mama mi się skarżyła jak to on codziennie myje długie włosy, a i do pracy się podobno nie garnął zanim się poznaliśmy. Co do drugiej wersji: musiałaby go jakaś panna chcieć utrzymywać.
                                        • krokodil123 Re: Żyjemy obok siebie.... :( 27.11.13, 10:21
                                          ad.a6 napisał(a):

                                          > Jak był u mamusi to się MUSIAŁ dokładać i już. Od mamusi to wiem właśnie. Właśn
                                          > ie jego mama mi się skarżyła jak to on codziennie myje długie włosy, a i do pra
                                          > cy się podobno nie garnął zanim się poznaliśmy. Co do drugiej wersji: musiałaby
                                          > go jakaś panna chcieć utrzymywać.

                                          Zgadzam się-musiałaby i on tak chce-czy tego nie rozumiesz?
                                    • t1ffany Re: Żyjemy obok siebie.... :( 27.11.13, 12:23
                                      > To po co JEST ze mną? Poza tym, gdziekolwiek by był, z kimkolwiek by mieszkał t
                                      > o dokładać się czy zarobić na swoje utrzymanie i tak musi. Nie wiem co o tym my
                                      > śleć.


                                      Dlaczego on jest ze mną? Czy jestem w jego oczach piękna? A może brzydka? Jak mu się podoba to, że wypadają mi włosy? Moja matka od początku miała racje.

                                      I wciąż zbyt mało go drogie panie krytykujecie. Samo hasło "zostaw go" jest takie lajtowe. Ada oczekuje mocnych epitetów, nie staracie się :P Jeśli się nie poprawicie obstawiam że gdzieś koło 6-7 setki wyjdzie że próbował molestować seksualnie córkę.
                                      • nastka1979 Re: Żyjemy obok siebie.... :( 27.11.13, 12:33
                                        Po co ta ironia? Wg mnie facet jest nieudacznikiem i pasożytem. Ja bym go pogoniła. Ale czasem jest ciężko zostać znów samej...
                                        • t1ffany Re: Żyjemy obok siebie.... :( 27.11.13, 12:44
                                          Zdobyłaś się na trud przeczytania całego wątku?
                                          • nastka1979 Re: Żyjemy obok siebie.... :( 27.11.13, 12:49
                                            Czytam od początku. Tylko się nie udzielałam.
                                            • nastka1979 Re: Żyjemy obok siebie.... :( 27.11.13, 12:52
                                              Ale zaczęłam się udzielać, bo denerwuje mnie, że wszyscy upatrują winy w autorce, a wg mnie cała wina leży po jego stronie.
                                              • krokodil123 Re: Żyjemy obok siebie.... :( 27.11.13, 13:03
                                                Ale co ja autorce tłumaczę????
                                                Cała wina leży po jego stronie-wyrzucić go i będzie miała spokój!!!
                                            • t1ffany Re: Żyjemy obok siebie.... :( 27.11.13, 13:05
                                              A drugi wątek też czytałaś? Cała wina w pracodawcach?
                                              • paris-texas-warsaw Re: Żyjemy obok siebie.... :( 27.11.13, 13:11
                                                No, tak, fake:) Tak jak Tiffany pomyslałam o molestowaniu. To specyficzne "poszerzanie" historii w określonych ramach, przejscie ze stanu stabilnej sytuacji do szybko zmieniających się szczegółów. Ta historia z długimi włosami (teraz? pracuje w banku/ubezpieczeniach? matka tez na nie narzekała?). No, czyli elementy tzw. realizmu magicznego, cos jak u Marqueza;)
                                                Ada, mogłabym Cię spytać, kto jest odpowiednikiem Reja w literaturze niemieckiej, to może bym troche w tę germanistykę uwierzyła, ale zaraz napiszesz, że zaocznie nie uczą takich szczegółów;)
                                                Tak, i specyficzne nieodnoszenie się do pewnych treści;)

                                                Ada, pora na kolejny watek. Ten i tak jest boski, tekst Sorviny o miłości, potrzebach i wzorach i tak wejdzie do kanonu forum, musze go przenieść do wątku koluzji;)
                                                • t1ffany Re: Żyjemy obok siebie.... :( 27.11.13, 13:47
                                                  Nie wiem czy to jest całościowo fake. Wątpię. Komu by się chciało taką telenowelę wyssać z palca? Raczej konfabulacja polegająca na dołożeniu do swojego realnego życia elementów biografii otoczenia czy swoich własnych niespełnionych marzeń.
                                                  Jest pewnie jakaś realna Ada i jest jakiś realny W, może nawet w Grudziądzu ale opis sytuacji jest wg mnie w większości koloryzowany, nastawiony na uzyskanie konkretnej reakcji forumek - współczucia oraz biadolenia na W (lub pracodawców w tym drugim wątku).

                                                  Chociaż... jakiś czas temu słyszałam o dziewczynie która zmyśliła sobie białaczkę. Cała misterna konstrukcja, od golenia głowy na łyso po przerabianie w photoshopie wyników badań ze szpitala. Im człowiek starszy tym mniej tych ludzi rozumie :P

                                                  PS
                                                  wątek istotnie jeszcze nie umarł, a już jest kultowy. Aż dziwne że go na stronę główną gazety nie wrzucili.
                                                  • ad.a6 Re: Żyjemy obok siebie.... :( 28.11.13, 08:57
                                                    Śmiej sie dalej, widzę, że się dobrze bawisz czyimś nieszczęściem. Ktoś tu pisał o mieliźnie. Może i trochę racji ma. Mimo wielu szans w firmach, szans w pracy, szans odnośnie ilości godzin nauczania które mam obecnie, ja się nadal motam i wściekam. Jestem z tych bardzo poukładanych, nie lubiących zalatania i ciągłego pośpiechu, jak pisałam wcześniej, rano długo się rozkręcam i naprawdę nie lubię tego całego ogarniania wszystkiego dopóki nie zacznę normalnego dnia pracy. Ja mogę jedno lub drugie. Nie potrafiłam nigdy godzić. Dlatego wcześniej - u mamy- było dobrze. O obiady i rzeczy których robić nienawidzę nie musiałam się martwić, byłam tylko "maszynką do trzaskania kasy" a w weekendy "nadrabiałam" z córką. W nie ma nic do tego, poza faktem, że gdyby zarabiał więcej, mogłabym czasem odpocząć, wyluzować. Czasem czuję że jestem padnięta, a jest dopiero połowa listy "to do". :(
                                                  • fakat Re: Żyjemy obok siebie.... :( 28.11.13, 12:19

                                                    t1ffany napisała:

                                                    > Nie wiem czy to jest całościowo fake. Wątpię. Komu by się chciało taką telenowe
                                                    > lę wyssać z palca? Raczej konfabulacja polegająca na dołożeniu do swojego realn
                                                    > ego życia elementów biografii otoczenia czy swoich własnych niespełnionych marz
                                                    > eń.
                                                    > Jest pewnie jakaś realna Ada i jest jakiś realny W, może nawet w Grudziądzu ale
                                                    > opis sytuacji jest wg mnie w większości koloryzowany, nastawiony na uzyskanie
                                                    > konkretnej reakcji forumek - współczucia oraz biadolenia na W (lub pracodawców
                                                    > w tym drugim wątku).
                                                    >


                                                    Ja nie wierzę w to co ta ada pisze.
                                                  • ad.a6 Re: Żyjemy obok siebie.... :( 28.11.13, 12:28
                                                    fakat napisała:

                                                    >
                                                    >
                                                    >
                                                    > Ja nie wierzę w to co ta ada pisze.

                                                    To po co komentujesz? wnosisz coś do wątku?
                                                    Chciałam się po prostu wygadać, ale widzę, że niektórzy mają ubaw.
                                                  • nastka1979 Re: Żyjemy obok siebie.... :( 28.11.13, 12:34
                                                    No ale nie dziw się, bo trochę sama to powodujesz. Najpierw piszesz, że jest fajna atmosfera w domu, wszystko ok, dziecko dobrze traktowane, a później piszesz, że jes facet zazdrosny, oziębły i jeszcze córeczkę źle traktuje. Stąd takie reakcje.
                                                  • ad.a6 Re: Żyjemy obok siebie.... :( 28.11.13, 13:31
                                                    To nie jest tak, że on ją ciągle traktuje źle. Może nie byłam tego świadoma, ale bardzo wiele takich sytuacji "ratowałam" i ratuję będąc w domu, pracując w domu. W nie zrzuca obowiązków na młodą a ona nie wymaga od niego podstawiania pod nos. Oboje mają od tego mnie, więc nie mają się o co sprzeczać, np o to kto wyniesie śmieci czy wyjdzie z psem.
                                                  • fakat Re: Żyjemy obok siebie.... :( 28.11.13, 14:21
                                                    ad.a6 napisał(a):

                                                    > To nie jest tak, że on ją ciągle traktuje źle.

                                                    Nie, nie. W pierwszym poście było pieknie, w połowie wątku juz gorzej a teraz jest strasznie. Zmyślasz i tyle, albo jestes chora. Marzysz o dobrze płatnej pracy a jednocześnie chcesz mieć wolne gdy córka ma wakacje. Zmieniasz prace co chwilę bo jestes osobą, która powoduje konflikty. Uważasz że powinnas dużo zarabiać bo masz 34 lata i doświadczenie. W życiu tak po prostu nie ma.
                                                  • fakat Re: Żyjemy obok siebie.... :( 28.11.13, 14:28
                                                    ad.a6 napisał(a):

                                                    > To po co komentujesz? wnosisz coś do wątku?
                                                    > Chciałam się po prostu wygadać, ale widzę, że niektórzy mają ubaw


                                                    Myślałam że chcesz porady
                                              • krokodil123 Re: Żyjemy obok siebie.... :( 27.11.13, 13:11
                                                Też :))),
                                                nie musi czytać innego-tutaj też jest napisane:

                                                ad.a6 27.11.13, 09:25 Odpowiedz
                                                Dzięki, jednak i tu musi być pod górę. Problem w tym, że żyjąc z korepetycji, miałam z góry rozpisany tygodniowy grafik z każdym uczniem, 1 lub 2 razy w tygodniu. Teraz w nowej szkole mam tak, że szefowa ma mi w piątek/sobotę wysyłać mailem plan na przyszły tydzień i już wiem, że to NIGDY nie będzie tak samo jak w poprzednim tygodniu, że co tydzień mam inne godziny, inne grupy. Czyli korepetycje będę musiała przestawiać, z nikt z ludzi nie chce lekcji angielskiego "z doskoku" tylko mniej więcej regularnie. Nie wiem co mam zrobić, bo nie chcę utracić moich stałych klientów (niektórych mam już po 2-3 lata), a umowę w szkole mam do 30.06 i też nie mam gwarancji że w lato będzie sporo godzin, tyle, żeby wystarczyło. Do bani to wszystko :(
                                              • nastka1979 Re: Żyjemy obok siebie.... :( 27.11.13, 14:22
                                                Ja też czytałam drugi wątek. Nie miała w większości szczęścia do pracodawców, ale jedna praca jej ewidentnie pasowała. I tu wg mnie straciła ją na własną prośbę, ale tego chyba jest świadoma.
                                                • ad.a6 Re: Żyjemy obok siebie.... :( 28.11.13, 08:51
                                                  Właśnie nie, nie byłam świadoma. Myślałam, że przyjaciel, który nazywa mnie "członkiem zespołu" a wieczorami na gg jest "u nas to jak w rodzinie a ze mną jak z dzieckiem", po prostu wesprze mnie chwilowo niczego nie komentując, bez uwag, podtekstów. Że zna mnie na tyle że tę chwilę słabości po prostu przeczekamy a potem znowu wrócę do dawnej formy i będzie ok. Z perspektywy czasu widzę, że jak temu D. relacjonowałam postępowanie W, że kłamie, kombinuje, kasę chowa, kręci na prawo i lewo, myślę że po prostu straciłam w oczach D. wiarygodność jako kierownik ("skoro zadaje się z kimś takim to musi być taka sama"). Normalny człowiek nie uzna za normę, że kogoś może połączyć fascynacja fizyczna i wspólne zamiłowania do muzyki.
                            • zuzi.1 Re: Żyjemy obok siebie.... :( 27.11.13, 18:02
                              Brawo Ada, już myślałam, ze się na takie ultimatum nie zdobędziesz ;-) chyba zaczynasz powoli przeglądac na oczy, taką mam nadzieję.
                          • danaide Re: Żyjemy obok siebie.... :( 27.11.13, 10:37
                            Podejście z doświadczenia - dziecko często czyni Cię przeźroczystą=) Więc bez uraz. Choć z tego co piszesz trąca jednak brakiem opcji - on docenił, rozumiał, nie przeszkadzało mu, a do tego jak młody bóg, a inni, którzy może by i docenili, zrozumieli - pomarszczeni i szczerbaci.
                            • algavre.live Re: Żyjemy obok siebie.... :( 27.11.13, 14:28
                              Zrobiłam sobie na raty lekturę i chcę wtrącić swoje "trzy grosze". Autorka wg. mnie nie oczekuje pomocy, tylko wygadania się poprostu. Wykazałyście forumki tyle cierpliwości, poświęciłyście tyle czasu i uwagi, że jestem pod wrażeniem :) Dużo mądrych rzeczy się dowiedziałam /zresztą całe forum jest godne uwagi!/ a i tak suma sumarum kręcicie się w kółko wokół tego samego. Autorka jest chyba mocno emocjonalnie zaangażowana w ten związek i byc może chciałaby znależć panaceum na dolegliwości, tyle, że ciągle jest w miejscu. A Wy razem z Nią. Na tym etapie jest szansa, że to jeszcze dłuuugo nie koniec :) Pozdrawiam!
                              • molly_wither Re: Żyjemy obok siebie.... :( 27.11.13, 18:29
                                Zgadzam sie. Takie zwiazki potrafia dlugo sie wlec. I to jest smutne. Choc, mozna by bylo na taki zwiazek spojrzec z innej strony. Oboje sobie wyrownuje deficyty uczuciowe, co tez jest bardzo wazne (o ile nie najwazniejsze) w tych zmaterializowanych czasach.
                                algavre.live napisała:

                                > Zrobiłam sobie na raty lekturę i chcę wtrącić swoje "trzy grosze". Autorka wg.
                                > mnie nie oczekuje pomocy, tylko wygadania się poprostu. Wykazałyście forumki ty
                                > le cierpliwości, poświęciłyście tyle czasu i uwagi, że jestem pod wrażeniem :)
                                > Dużo mądrych rzeczy się dowiedziałam /zresztą całe forum jest godne uwagi!/ a i
                                > tak suma sumarum kręcicie się w kółko wokół tego samego. Autorka jest chyba m
                                > ocno emocjonalnie zaangażowana w ten związek i byc może chciałaby znależć panac
                                > eum na dolegliwości, tyle, że ciągle jest w miejscu. A Wy razem z Nią. Na tym e
                                > tapie jest szansa, że to jeszcze dłuuugo nie koniec :) Pozdrawiam!
                                • ad.a6 Re: Żyjemy obok siebie.... :( 28.11.13, 09:00
                                  Dobra - W. ma swoje wady, ja swoje. I co - zostanę sama, mama nie wiadomo ile pożyje i obiadki będzie podstawiać, i potem będę jeszcze bardziej gonić i narzekać? Ultimatum było po to, żeby sobie coś uświadomił. Tylko po to. Co - mam ogłoszenie gdzieś zamieścić, że "szukam bogatego faceta bo chcę WRESZCIE wyluzować?". Czuję że tak dalej nie pociągnę. Mam ochotę się położyć i przespać cały dzień.
                                  • ad.a6 Re: Żyjemy obok siebie.... :( 28.11.13, 09:07
                                    Nie, nie jestem materialistką. Chciałabym po prostu pozwolić sobie na odpoczynek. Nie wiem jak długi. Na wakacje z córeczką. Na beztroską zabawę. Mam dość pilnowania wszystkiego, stania na straży budżetu i bycia cholerną encyklopedią. Uważam że to oczywiste, że to JA idę z dzieckiem do lekarza, że to ja odbieram dziecko z imprezy szkolnej. No nie nie mogę, bo KTO za mnie zrobi to i tamto. A jak zostanę sama to tym bardziej.:(
                                    • ad.a6 Re: Żyjemy obok siebie.... :( 28.11.13, 09:10
                                      Normalny człowiek, jak coś mu dolega, bierze zwolnienie lub idzie na urlop, ja nie mogę. Bo to będzie wielka strata której W nie nadrobi. Gdybym była sama to tym bardziej zawiązałabym sobie pętlę na szyję. Tym bardziej miałabym jeszcze więcej latania. Pół nocy dziś nie spałam z powodu jakiejś dziwnej jelitówki. Ale musiałam się podnieść, bo zaraz zaczynam lekcje. Wyglądam już jak cień. Sorry, musiałam się wygadać.
                                      • nastka1979 Re: Żyjemy obok siebie.... :( 28.11.13, 09:12
                                        A w czym on tak ci pomaga - ja widzę, że gdyby nie on, to miałabyś dużą pomoc ze strony mamy, a tak nie masz pomocy ani z jednej ani z drugiej strony.
                                        • ad.a6 Re: Żyjemy obok siebie.... :( 28.11.13, 10:29
                                          Ja się boję po prostu samotności gdy mama umrze. No i jeszcze tego, że nie będzie komu pomóc mi przy mamie gdy np będzie ciężko chora. Ja jestem po operacji serca i mam dźwiganie dozwolone tylko do 5 kg. Poza tym obawiam się że bez drugiej osoby logistycznie nie udźwignę tego wszystkiego. Tylko tyle. Poza tym wieczorami też jest źle samej siedzieć, nawet muzyki posłuchać czy film obejrzeć.
                                          • mantis_after_dinner No nie moge!!! 28.11.13, 10:54
                                            ad.a6 napisał(a):

                                            > Ja się boję po prostu samotności gdy mama umrze. No i jeszcze tego, że nie będz
                                            > ie komu pomóc mi przy mamie gdy np będzie ciężko chora. Ja jestem po operacji s
                                            > erca i mam dźwiganie dozwolone tylko do 5 kg. Poza tym obawiam się że bez drugi
                                            > ej osoby logistycznie nie udźwignę tego wszystkiego. Tylko tyle. Poza tym wiecz
                                            > orami też jest źle samej siedzieć, nawet muzyki posłuchać czy film obejrzeć.


                                            I dlatego dokooptowalas sobie zaburzonego goscia, ktory Twojemu dziecku chce dawac w pysk, urzadza dzikie emocjonalne jazdy typu wprowadzki/wyprowadzki, obrazanie, trzymanie sie za glowe przez 3 godziny po czym udawanie ze nic sie nie stalo, szantaze emocjonalne etc.?

                                            Po co? Bo lepiej taki niz zaden??? Wez mnie sprowadz na ziemie, bpo przestaje wierzyc w to, co czytam!

                                            I jaka on ma byc recepta na Twoje potencjalne problemy w przyszlosci? Ze niby on Ci pomoz sie matka zajac? Wolne zarty! On poki co sobie palta na zimie kupic nie byl w stanie!
                                          • algavre.live Re: Żyjemy obok siebie.... :( 28.11.13, 11:41
                                            Ada, ja to rozmiem. Jesteś jedynaczką, masz tylko mamę i córkę i zdrowie też nie najmocniejsze i do tego cały ciężar wychowywania dziecka spada na Ciebie. To nie dokładaj sobie jeszcze dodatkowego balastu w postaci faceta, który nie jest w porządku, nie rokuje a przez problemy z nim możesz się rozchorować. Jesteś zaradną, fajną babką, do tego atrakcyjną i młodą. Daj sobie szansę na znalezienie kogoś wartościowego, kto poważnie będzie podchodził do życia i związku kobiety z dzieckiem.Kto sprawi, że poczujesz się wewnętrznie spokojna, bezpieczna /także finansowo,bo to dla kobiety jest ważne, nie da się ukryć/ Patrz na serce faceta, na jego charakter. Oczywiśćie nikt nie mówi, że masz sobie wziąć Quasimodo ;), ale też przedkładanie fascynacji fizycznej nad wszystko inne, to nie ta droga. Zmień swoje podejście, zmień siebie-jeśli na faceta to nie wpłynie-zostaw go i daj sobie szansę na inną, satysfakcjonującą relację.
                                            • fakat Re: Żyjemy obok siebie.... :( 28.11.13, 12:16
                                              Czytam i czytam. Dodajesz ado jakieś nowe informacje. Nie zmyślasz przypadkiem? Ja po prostu jestem w szoku jeśli to wszystko prawda, musisz być bardzo zaburzoną osobą, przepraszam, jeśli cię uraziłam.
                                              • ad.a6 Re: Żyjemy obok siebie.... :( 28.11.13, 12:29
                                                fakat napisała:

                                                > Czytam i czytam. Dodajesz ado jakieś nowe informacje. Nie zmyślasz przypadkiem?
                                                > Ja po prostu jestem w szoku jeśli to wszystko prawda, musisz być bardzo zaburz
                                                > oną osobą, przepraszam, jeśli cię uraziłam.

                                                Zaburzoną..... bo?

                                                Jestem idealistką... i tyle. Takim ludziom bardzo trudno się żyje. Poza tym ja z tych co myślą (mysleli) że świat naprawią. Zostałam niestety sprowadzona na Ziemię.
                                                • t1ffany Re: Żyjemy obok siebie.... :( 28.11.13, 12:58
                                                  > Jestem idealistką... i tyle. Takim ludziom bardzo trudno się żyje.

                                                  Jesteś po prostu zbyt dobra na ten zrąbany świat i stąd wszystkie Twoje nieszczęścia. Musisz tylko dopilnować żeby córka wyrosła na równie cudowną osobę :P
                                                  • ad.a6 Re: Żyjemy obok siebie.... :( 28.11.13, 13:28
                                                    T1ffany: czy Ty się znów nabijasz? Serio trudno odróżnić sarkazm od powagi w Twoich postach. Może i jestem zbyt dobra. Tak jestem wychowana, być dobra dla ludzi i zwierząt, i że dobro zawsze wraca. Znów mój idealizm. Staram się wobec ludzi być fair. Jeśli się cieszę to to widać, jeśli płaczę - chciałabym by świat płakał razem ze mną. Chciałabym komuś za zawsze zaufać i odwrotnie, być czyjąś podporą, być niezastąpiona (także w pracy). Tego mi brakuje. Brakuje mi przyjaznego klepnięcia po ramieniu od czasu do czasu.
                                                  • t1ffany Re: Żyjemy obok siebie.... :( 28.11.13, 14:23
                                                    Nie, nie sądzę aby było aż tak kosmicznie trudno wyłapać mój sarkazm.

                                                    I mam podobny dysonans; nie wiem czy po drugiej stronie siedzi po prostu głęboko zaburzona dziewczyna która wierzy w swój wewnętrzny świat czy jesteś trollem level pro który ma tu po prostu ucztę.

                                                    Przez wzgląd na argument załóżmy że prawdziwy jest pierwszy wariant. Przy tym założeniu najbardziej bije po oczach to co piszesz o wpływie na córkę. Dziewczynka ma 10 lat i jeśli nie jest upośledzona umysłowo to (sorry za wyrażenie) srasz jej obecnie do życiorysu. Nadrabianiem miną nie da się przykryć wielopoziomowego konfliktu partner-matka-Ty ani jazd na tle nerwowym.
                                                    Obecnie młoda wchodzi na etap chłonięcia wzorców relacji. Jej podstawowym wzorcem komunikacji będzie to jak Ty odzywasz się do W oraz to jak on odzywa się do Ciebie. Jej pierwszym sposobem rozwiązywania problemów z partnerem będą kalki sposobów które Ty stosujesz (jak tam hasło na bios?). Jeżeli uważasz że Twoje życie rodzinne nie odciśnie na niej negatywnego piętna to jesteś zwyczajnie głupia.

                                                    Na tego swojego W też rzygasz pogardą Tu i pewnie w realu, ale oczywiście go nie zostawisz, potrujesz jeszcze parę lat siebie, jego i córkę bo lepszy bankomat kiepski niż żaden. Bez żadnego bankomata byś musiała zasuwać jeszcze ciężej i pewnie mniej przebywać z córką, co byłoby straszne. Tak, zaiste, wychowano Cie na krynice dobra, ziejesz nim na każdym kroku.

                                                  • ad.a6 Re: Żyjemy obok siebie.... :( 28.11.13, 14:30
                                                    Ja mam nadzieję że moja córka lepiej się w życiu ustawi niż ja. Wszczepiam jej powoli shit-detector, którego mi nikt nie wszczepił. Bo za dobrze mnie wychowano. Po prostu. Nie wiem co Ty sobie wyobraziłaś, ale żadnej patologii w naszym związku nie ma. Pełna kulturka. Pisałam już że nie ma płaczu, kłótni i wyzwisk. Ja po prostu nie chcę i nie lubię być sama. I masz rację - taki bankomat lepszy niż żaden. A przy okazji - BANKOMATU nie BANKOMATA. :)
                                                  • t1ffany Re: Żyjemy obok siebie.... :( 28.11.13, 14:38
                                                    BankomatA dla odróżnienia człowieka od urządzenia. To też było tak trudno załapać jak sarkazm?

                                                    Czyli cały ten syf jest przykryty fasadą "pełnej kulturki" i to wystarczy aby córka nie chłonęła waszych patologicznych wzorców? A patologia Twoim zdaniem "płacz, kłótnie i wyzwiska"?

                                                    Odynie, Zeusie! Widzicie, nie grzmicie?
                                                  • ad.a6 Re: Żyjemy obok siebie.... :( 28.11.13, 15:32
                                                    Jak mówiłam wcześniej, mam nadzieję że córka lepiej się ustawi niż ja. Nie mam ochoty już poznawać, szukać, kleić się, stroić, udawać. A znowu takiej zalatanej, nie mającej nawet odrobiny czasu dla faceta nikt nie weźmie, choćby była złotem owieszona. Czyli moja mama według niektórych też patologiczna, bo z tego co pamiętam wiecznie było "gdyby nie ja, to on by...." i tu litania co by złego mój tata nie zrobił. I tak nawiasem mówiąc, każdy facet, którego poznałam, choćby zwykły kolega był dla mojej mamy "beeee". Albo za brzydki, albo za biedny, albo za mało wykształcony. A z kolei przed pięknym, bogatym i wykształconym, płaszczyć się nie miałam zamiaru. Tyle.
                                                  • t1ffany Re: Żyjemy obok siebie.... :( 28.11.13, 16:30
                                                    Czyli moja mama według niektórych też patologiczna, bo z tego co pamiętam wiecznie było "gdyby nie ja, to on by...." i tu litania co by złego mój tata nie zrobił. I tak nawiasem mówiąc, każdy facet, którego poznałam, choćby zwykły kolega był dla mojej mamy "beeee".

                                                    Piękny cytat, archetypiczny wręcz. Nawet komentować nie trzeba.
                                                    Zuzi, gdzie jesteś? :P Napisz jej jeszcze raz, że to wszystko wina W.
                                                  • zuzi.1 Re: Żyjemy obok siebie.... :( 28.11.13, 22:14
                                                    Tiffany, jestem jestem, doczytuję posty ;) z tego co Ada napisała wynika, że kopiuje zachowania własnej matki a W. robi za jej ojca...Piękna kopia schematu z domu;) Tylko z tego co pisze, to W. jest mało zaradny i nie dziwię się, że na niego psioczy, pytanie czy tata też był mało zaradny, czy też dostawało mu się od toksycznej małżonki za nic, bo pani matka lubiła się nad kims popastwic, bo z tego co Ada napisała, wynika, że mama jest toksyczną osobą, co oznacza, że jest BARDZO prawdopodobne, ze jest osobą zaburzoną osobowosciowo. A poniewaz zaburzenia osobowosci równiez moga przechodzic w genach, istnieje ryzyko, że Ada mogła odziedziczyc to po własnej mamie... Jak to napisała Paris "zbyt normalni, by uznac ich za nienormalnych, a zbyt nienormalni, by uznac za normalnych", tacy są właśnie ludzie z zaburzeniami osobowosci. I zaburzenia osobowosci to nie jest choroba psychiczna. Tak jak napisała pade Ada jest nieprzemakalna, gada sobie i dalej tkwi w tym, co sobie sama zafundowała, widocznie tak juz musi zostac... ;)
                                                  • danaide Re: Żyjemy obok siebie.... :( 29.11.13, 20:01
                                                    > Jak mówiłam wcześniej, mam nadzieję że córka lepiej się ustawi niż ja. Nie mam
                                                    > ochoty już poznawać, szukać, kleić się, stroić,

                                                    No żeż, jak nie masz ochoty się stroić to strój (stroj?) chłopa, dziecko i biegaj do lumpa po jedną czy drugą szmatkę dla siebie - tylko czy przypadkiem od tego nie zaczęła się ta cała zabawa? Że nie masz na nową kiecką czy torebkę i że czujesz się niepociągająca?

                                                    Wóz albo przewóz, skarbie.
                                                  • ad.a6 Re: Żyjemy obok siebie.... :( 28.11.13, 15:53
                                                    A czy we wzorcowych rodzinach są wszyscy dla siebie mili i cudowni? To chyba naturalne że czasem ktoś wybuchnie, ludzie kłócą się i godzą. U nas jest spokój przynajmniej. Każdy robi swoje. Opłaty zrobione, jedzenie na stole, córką zajmuję się ja, W ma być tylko kolegą. Tak było zakładane od początku.
                                                    Poza tym, dlaczego Ty jesteś tak bardzo zgryźliwa? Ja piszę szczerze, jak jest. Jaki bankomat? Facet chce być, mieszkać, jeść, to musi zarobić na swoje utrzymanie. Dziwne to?
                                                  • mad_die ale ja nie rozumiem po co ta gadanina cała.... 28.11.13, 16:18
                                                    tak czytam i czytam i się dziwię, że TY się dziwisz...

                                                    przecież sama piszesz:
                                                    U nas jest spokój p
                                                    > rzynajmniej. Każdy robi swoje. Opłaty zrobione, jedzenie na stole, córką zajmuj
                                                    > ę się ja, W ma być tylko kolegą. Tak było zakładane od początku.


                                                    to się właśnie nazywa ŻYCIE OBOK SIEBIE

                                                    masz czegoś chciała, skończ już ten wątek, proszę...
                                                  • pade Re: Żyjemy obok siebie.... :( 28.11.13, 16:24
                                                    Czyli moja mama według niektórych też patologiczna, bo z tego co pamiętam wiecznie było "gdyby nie ja, to on by...." i tu litania co by złego mój tata nie zrobił
                                                    Robisz to samo co Twoja mama.

                                                    Na dodatek zero wyciągnięcia wniosków z odpowiedzi forumek, zero. Idziesz w zaparte, że hej. Nic dziwnego, że podejrzewają Cię o trolling, bo tak nieprzemakalnej osoby to chyba na tym forum nie było.
                                                  • t1ffany Re: Żyjemy obok siebie.... :( 28.11.13, 16:25
                                                    Opłaty zrobione, jedzenie na stole,

                                                    Jeżeli to jest dla Ciebie definicja normalnych stosunków rodzinnych?
                                                    Patologia to nie tylko melina z zarzyganą pościelą i bicie kablem od żelazka. Patologia to również chore relacje międzyludzkie, na przykład takie jak opisujesz.

                                                    Jaki bankomat? Facet chce być, mieszkać, jeść, to musi zarobić na swoje utrzym
                                                    > anie. Dziwne to?


                                                    To zupełnie nie o to chodzi. Kilka postów poniżej napisałaś że nie pogonisz W bo musiałabyś przez to więcej pracować i mniej zajmować się córką. Innymi słowy: nie wyrzucisz bankomata z domu, ale tylko dlatego że Ci się nie opłaca.
                                                    Szczerze: Ty na serio uważasz że jesteś normalna? Że wszystkie klepki są na miejscu, priorytety są właściwie a córka ma dobre warunki do rozwoju? Pytam czysto poglądowo.
                                                  • algavre.live Re: Żyjemy obok siebie.... :( 28.11.13, 16:47
                                                    "W ma być tylko kolegą. Tak było zakładane od początku."

                                                    Chciałam zwrócić jeszcze uwagę, że w I poście napisałaś, że chcecie się pobrać?
                                                    Albo bardzo skomplikowana osobowość, trudności w kontaktach z ludźmi,a także brak umijętności stworzenia związku i pracy w zespole, co powinno skłonić do terapii, albo faktycznie żarty. Innej możliwości chyba nie widzę. To zmierza do nikąd...
                                                  • t1ffany Re: Żyjemy obok siebie.... :( 28.11.13, 17:21
                                                    "W ma być tylko kolegą. Tak było zakładane od początku."
                                                    >
                                                    > Chciałam zwrócić jeszcze uwagę, że w I poście napisałaś, że chcecie się pobr
                                                    > ać
                                                    ?


                                                    Oj tam oj tam, czepiasz się szczegółów. Skoro najlepszy przyjaciel może 100 postów dalej zostać mobbingującym tyranem to tym bardziej przyszły mąż może ulec transformacji i zostać seks-kolegą.
                                                  • algavre.live Re: Żyjemy obok siebie.... :( 28.11.13, 18:51
                                                    Dobre! No i wydało się, że nie byłam zbyt pilną uczennicą, nie zmęczyłam dokładnie "post po poście" Aż się boję co może jeszcze wyjść po drodze :)
                                                  • fakat Re: Żyjemy obok siebie.... :( 28.11.13, 14:38


                                                    > I mam podobny dysonans; nie wiem czy po drugiej stronie siedzi po prostu głębok
                                                    > o zaburzona dziewczyna która wierzy w swój wewnętrzny świat czy jesteś trollem
                                                    > level pro który ma tu po prostu ucztę.


                                                    Też się zastanawiam czy to troll czy chora osoba
                                                  • ad.a6 Re: Żyjemy obok siebie.... :( 28.11.13, 15:34
                                                    fakat napisała:

                                                    >
                                                    >
                                                    >
                                                    >
                                                    >
                                                    > Też się zastanawiam czy to troll czy chora osoba

                                                    Sprecyzujesz się jakoś czy nadal będziesz drwić nic nie wnosząc do wątku? Ciekawa jestem, czy osoby które drwią z innych są zdrowe. Bo to one powinny zostać wysłane na terapię.
                                          • rurek00 Re: Żyjemy obok siebie.... :( 28.11.13, 14:04
                                            <... nie będz
                                            > ie komu pomóc mi przy mamie gdy np będzie ciężko chora. Ja jestem po operacji s
                                            > erca i mam dźwiganie dozwolone tylko do 5 kg. Poza tym obawiam się że bez drugi
                                            > ej osoby logistycznie nie udźwignę tego wszystkiego. Tylko tyle. Poza tym wiecz
                                            > orami też jest źle samej siedzieć, nawet muzyki posłuchać czy film obejrzeć.

                                            I wg ciebie W pomoże ci przy mamie? Logistycznie cokolwiek ci pomaga? Spędzacie razem wieczory słuchając muzyki i oglądając filmy? I co, nagle myślisz, że to się zmieni? Najbardziej mi szkoda twojej córki. Z W nie czujesz się samotna? Na prawdę nie rozumiem co masz z tego związku, wciąż liczysz na coś, co nigdy nie nadejdzie. I zamiast tracić energię na ten chory związek, powinnaś raczej zająć się sobą (samorozwój, poczytać trochę o związkach, relacjach międzyludzkich, pójść na terapię), i jak sobie wszystko pookładasz w głowie, to wtedy dopiero próbować szukać sobie faceta. I to myśląc raczej głową.
                                            • ad.a6 Re: Żyjemy obok siebie.... :( 28.11.13, 14:16
                                              Logistycznie mi pomaga -np przywiezie i wniesie ciężkie zakupy do domu w sobotę, gdy ja mam lekcje (z reguły uczę też w soboty 8-13). Poza tym lubi jeździć samochodem, więc wykorzystuje każdą okazję by coś przywieźć, zawieźć. Tak, wieczorami siadamy, oglądamy filmy gdy młoda już śpi lub słuchamy muzyki. Tak jak napisałam - jest nawet fajnie gdy ja nie wspominam o trudnościach i problemach. Dlatego zatytułowałam ten wątek "Żyjemy obok siebie" bo faktycznie tak jest. Robię obiady, kolacje, oglądamy wiadomości, filmy, słuchamy muzyki, ale nasz kontakt jest jak dla mnie zbyt powierzchowny. Albo inaczej - on wpada ze skrajności w skrajność. Raz potrafi w sobie rozkochać, zaimponować mi czymś - za chwilę jest "nie wiem co do ciebie czuję". Ale mimo tego "nie wiem co do ciebie czuję" usiądzie, obiad zje, pozmywa po sobie. Jest "politycznie poprawny", to ja jestem ta zła, bo we mnie po takim czymś w środku wszystko wyje.
                                              • nastka1979 Re: Żyjemy obok siebie.... :( 28.11.13, 14:25
                                                Na początku zdawało mi się, że rozumiem o czym piszesz, bo mój mąż zarabia też mniej niż ja (ale stanowczo nie mówimy tu o najniższej krajowej) i nie ma ambicji, żeby to zmienić, żeby się rozwijać. To ja jestem ta ambitna. Ale: w domu dużo obowiązków ciąży na nim. Sprzątamy zawsze razem, często on gotuje, on wynosi śmieci i generalnie dużo rzeczy wokół domu (ogród, palenie w kominku). Dużo też zajmuje się córką. Więc teraz zupełnie nie rozumiem czemu z nim jesteś...
                                              • algavre.live Re: Żyjemy obok siebie.... :( 28.11.13, 15:40
                                                I to ma być dla Ciebie oprócz pieniędzy argument za..., że przywiezie i wniesie ciężkie zakupy, zje podany obiad /może nawet nie marudzi, że tylko jedno danie:)?/ I nie sarkastycznie te pytania padły... tyle dobrze, że zwracasz uwagę chociaż na to, że ta relacja jest płytka. Dodam też, że wychodzi na to,bezwartościowa, opierająca się li i jedynie na tym, aby było fajne ciało. Politycznie poprawny, owszem, nieżle sobie gniazdko umościł :) Przepraszam, ale chyba spasuję, bo wydaje mi się, że Ty Ada, masz kłopoty ze zrozumieniem podstawowych spraw.
                                                • ad.a6 Re: Żyjemy obok siebie.... :( 28.11.13, 15:47
                                                  Bo jak napiszę, że nas dużo łączy, to przecież nastolatką jestem w oczach niektórych. Tak, zgasła namiętność po tych wszystkich jego kłamstewkach i przekrętach. Nie mogę się zdobyć na to, by być wobec niego taka jak dawniej, bo nie umiem nie być jedyna w związku. Nie wiem co robi, z kim rozmawia, czy nie flirtuje z jakąś panną w pracy czy w ogóle pod moją nieobecność. Zauważyłam też, że w ogóle łatwo mu przychodzi rozmowa z obcymi kobietami pod byle pretekstem. Nawet wiem, że on myśli sobie o takiej "brzydka, stara blerwa", ale chce by kobiety myślały o nim "przystojny misiaczek, a w dodatku jaki miły". Tak, nasze relacje są poprawne, jak między dobrymi znajomymi. Zrobiłam w weekend kilka fajnych zakupów ciuchowych dla siebie i córci. Dobrze mi to zrobiło.
                                  • nastka1979 Re: Żyjemy obok siebie.... :( 28.11.13, 09:08
                                    Fascynację fizyczną i podobne gusty muzyczne jako podstawa związku - to mi trąci nastolatką. W wieku prawie 35 lat na tym nie buduje się trwałego związku. Owszem, może to się zdarzyć jako przelotny romans, ale związek na całe życie?
                                    • ad.a6 Re: Żyjemy obok siebie.... :( 28.11.13, 09:12
                                      COŚ musi ludzi łączyć. COKOLWIEK. Poza tym dlaczego uważasz, że pracę agencji reklamowej straciłam na własne życzenie? Każdy ma upadki i wzloty. Miałam miesiąc upadku, ale przedtem było kilkanaście miesiecy zapier*olu, nocami nawet. Szkoda że nie można było tego docenić.
                                      • nastka1979 Re: Żyjemy obok siebie.... :( 28.11.13, 09:19
                                        Przez miesiąc można zaprzepaścić całe lata pracy...
                                      • algavre.live Re: Żyjemy obok siebie.... :( 28.11.13, 09:32
                                        COKOLWIEK to zdecydowanie za mało na życie. Namiętność się wypala szybko /rozumiem, że ta fizyczność jest tak bardzo dla Ciebie ważna/. Jesli nie można mieć wszystkiego, lepszy jest charakter człowieka, niż to, jaki masz z nim sex. Ale jesteś za młoda, żeby w ten sposób patrzeć. Jeśli będziesz myślała tą drugą częścią ciała nadal będdziesz stwarzać problemy nie tylko sobie ale głównie dziecku. Co z tego, że córka może dostać kolejną grę lub bluzkę, jeśli nie ma poukładanej matki i spokojnego domu? Jaki ma przykład ze strony Twojego faceta? Jesli masz dziecko to o nim powinnaś myśleć przede wszystkim i nie tylko w sferze materialnej, wręcz przeciwnie. I wogóle zatrzymaj się w tym pędzie, bo zapętliłaś się w ciągłej gonitwie za kasą i w ten sposób nie znajdujesz czasu na wyciszenie, spokojną refleksję i zastanowienie się co tak naprawdę w życiu jest ważne. Ja Ci podpowiem: nie namiętność i nie pieniadze!
                                        • ad.a6 Re: Żyjemy obok siebie.... :( 28.11.13, 10:33
                                          Tak, ale ZA COŚ żyć trzeba. A córka dom ma spokojny. Nawet jeśli ja jestem nieszczęśliwa staram się tego nie pokazywać. Poza tym to nie jest tak, że jej coś kupię i znikam na cały dzień. Problem jest w tym, że chciałabym więcej czasu spędzać z córką, a nie mogę, bo kto nas utrzyma? Nie wiem gdzie i za ile powinnam pracować by mieć SPOKÓJ, bez chaosu, zalatania i poczucia permanentnego braku czasu.
                                          • igge Re: Żyjemy obok siebie.... :( 28.11.13, 13:02
                                            nudne ado jest to twoje ciągłe narzekanie na faceta, a szczególnie na jego małą zaradność finansową. Kto twierdzi, że akurat facet musi dużo zarabiac??! W którym stuleciu ty żyjesz. Ciesz się, że masz pracę, stać Cię na fanaberie. Albo kochasz gościa (plus błyskawicznie ustawiasz go w kwestii odpowiedniego z szacunkiem i troskliwościa traktowania Twojego dziecka) i wtedy akceptujesz, nawet w bólach :)) że zarabia mało i wprowadzasz w domu stoicką zasadę "nie potrzebuję nic potrzebować" bo naprawdę dach nad głową, ubranie na grzbiecie i trochę jedzenia, ciepło w domu to jakieś podstawowe i zadowalające minimum, którego wam chyba nie brakuje? :) Zmieniasz swoje podejście do życia, uczysz się cieszyć tym co masz i być szczęśliwa zamiast wiecznego mazgajenia się i narzekań i fochów pretensji.
                                            Aha i dodatkowo ustawiasz mamusię swoją tak, żeby była łaskawa zająć się córką jak jesteś w pracy, to dla babci przecież czysta przyjemność.
                                            Alternatywą dla Twojej koniecznej wewnętrznej przemiany w zadowolonego z życia człowieka jest szczęśliwe pozbycie się fizycznie atrakcyjnego (doceniam wagę tego faktu dla Ciebie, mnie też małżonek fizycznie pociąga na maksa i jest to mega frajda nawet po 24 latach) i nie mającego wg ciebie innych zalet partnera z domu i z życia Twojej małęj rodziny i życie bez związku z mężczyzną. Pocieszające jest, że możesz przecież kogoś poznać, kogoś fajniejszego i o lepszym charakterze od obecnego swojego faceta. Cyba, że opcją pierwsza przeważy i ośmielisz się być szczęśliwa i zakochana z obecnym nieudacznikiem życiowym kochając go szczerze bezgranicznie i bez marudzenia, twój wybór. Przestać myśleć ciągle o kasie, zminimalizować pragnienia i ochoty i finansowe marzenia można zawsze :) Odwagi! Miauczysz i mamrudzisz i marudzisz tylko.
                                      • danaide Re: Żyjemy obok siebie.... :( 29.11.13, 20:04
                                        O, ja to rozumiem, mnie też łączyła muzyka! Facet słuchał moich płyt i się zachwycał. Faceta od paru lat nie ma, a ja od tej pory nie słucham moich pięknych płyt=)
    • ad.a6 Re: Żyjemy obok siebie.... :( 29.11.13, 09:00
      Poza tym pozdrawiam jeszcze wszystkie strażniczki męskiej prywatności. Tak, zrobiłam hasło na bios, bo skoro nie dociera któraś z kolei prośba to co mam zrobić? Poza tym ja mam zapie*dalać a facet popołudniami ma rozrywkę przy MOIM kompie? Ale przecież zarobione pieniądze są NASZE, bo jeść dać muszę.
      • zuzi.1 Re: Żyjemy obok siebie.... :( 29.11.13, 09:19
        Ada zdecyduj się, czy tworzysz z tym panem W. związek, czy też nie..., bo jeśli tak, to nie ma MÓJ komp, czy MOJA kasa, tylko NASZA, a jeśli nie tworzysz z nim związku, to przestań na niego narzekac i podziękuj mu za współpracę. Nie może byc tak, że jestes z nim, narzekasz na niego ciagle, NIC Z TYM NIE ROBISZ, dzielisz rzeczy w domu na TWOJE I MOJE, plus dzielisz kasę na TWOJĄ i JEGO. Takie postępowanie świadczy o TWOIM rozdwojeniu jaźni... Jeżeli trzymasz pana W. w domu, tylko po to, aby było Ci łatwiej w życiu przetrwac i spłacac WŁASNY kredyt, aby miec z nim seks i możliwosc posiedzenia sobie wieczorem razem i obejrzenia filmu itp. TO ZAAKCEPTUJ W KOŃCU SWOJE WŁASNE WYBORY I PONOŚ ICH KONSEKWENCJE, ALE NIE NARZEKAJ NA PANA W., BO W KOŃCU WYBRAŁAS GO SOBIE SAMA I SAMA NA WŁASNE ŻYCZENIE TRWASZ Z NIM DALEJ...mimo, że wiele z nas radziło Ci zakończenie tej relacji. Ada DOROŚNIJ w końcu, czas najwyższy... jeśli dalej zamierzasz z nim byc, to nie masz innego wyjscia jak tylko ZAAKCEPTOWAC jego wady i próbowac POMIMO WSZYSTKO cieszyc się życiem...
        • zuzi.1 Re: Żyjemy obok siebie.... :( 29.11.13, 09:22
          Jeżeli dalej pasuje Ci odgrywanie roli matki dla Pana W., to nam nic do tego, Twoje życie, Twoja sprawa ;)
      • pogodoodporna Re: Żyjemy obok siebie.... :( 29.11.13, 09:33
        ad.a6 napisał(a):

        > Poza tym pozdrawiam jeszcze wszystkie strażniczki męskiej prywatności.

        A o tajemnicy korespondencji slyszalas ? To prawo nalezy sie kazemu jak psu kosc, bez wzgledu na plec. Zaden dorosly czlowiek nie ma prawa grzebac w prywatnych mailach, wiadomosciach drugiego czlowieka, ani mu nic zabraniac. Zapamietaj to sobe.

        >Zrobiłam hasło na bios, bo skoro nie dociera któraś z kolei prośba to co mam zrobi
        > ć?

        Nic nie zrobisz, zabezpieczac haslem mozesz przed dzieckiem, a i tak powinnas najpierw porozmawiac i wytlumaczyc dlaczego tak robisz.

        > Poza tym ja mam zapie*dalać a facet popołudniami ma rozrywkę przy MOIM kompi
        > e? Ale przecież zarobione pieniądze są NASZE, bo jeść dać muszę.

        A gdyby mial rozrywke na swoim, to juz by mu bylo wolno ? Pytam serio, bo rownie dobrze on moglby swoj komputer zabezpieczyc haslem. Ale pewnie zmylabys mu glowe tak czy tak.
        • ad.a6 Re: Żyjemy obok siebie.... :( 29.11.13, 09:41
          Niech najpierw ten swój komputer przywiezie bo mamusi zostawił (biedna bez kompa zostanie). Aha, czyli uważacie że to jest ok, tak? Tajemnica korespondencji??? A gdzie lojalność?
          • zuzi.1 Re: Żyjemy obok siebie.... :( 29.11.13, 09:47
            Uważamy, że masz Ada spory problem SAMA ZE SOBĄ, i przydałby Ci się dobry psycholog, a może nawet psychiatra, temat Pana W. jest w takiej sytuacji JEDYNIE tematem zastępczym, wręcz trzeciorzędnej ważnosci. Najważniejsza jestes TY i Twoje problemy, od tego należałoby zacząc.
            • t1ffany Re: Żyjemy obok siebie.... :( 29.11.13, 10:30
              > Uważamy, że masz Ada spory problem SAMA ZE SOBĄ, i przydałby Ci się dobry psych
              > olog, a może nawet psychiatra, temat Pana W. jest w takiej sytuacji JEDYNIE tem
              > atem zastępczym, wręcz trzeciorzędnej ważnosci. Najważniejsza jestes TY i Twoje
              > problemy, od tego należałoby zacząc.


              10/10
              Aczkolwiek trochę długo Ci zajęło dojście do tego wniosku :P

              Jeśli ona jest prawdziwa to najbardziej tej córki szkoda. Z takimi wzorcami (+biologiczny ojciec alkoholik) na normalnego faceta i zdrowy związek ma bardzo znikome szanse.
              • algavre.live Re: Żyjemy obok siebie.... :( 29.11.13, 10:48
                Znam osobę o podobnej osobowości. Jest to córka nieżyjącego już znanego piosenkarza. Swoim skomplikowanym, zakręconym charakterem sprawia, że ludzie nie traktują jej poważnie, komunikowanie się z nią polega głównie na monologu z jej strony, krytyką się wogóle nie przejmuje. Jest to typ kolorowego ptaka, który barwnie się ubiera i podobnie ma w głowie. Oczywiście życie osobiste leży w gruzach, córki przedwcześnie zaszły w ciążę /obydwie/, są bez wykształcenia. Utrzymuje się z tantiem po ojcu. Nic do niej nie dociera, a Pani jest dobrze po 40-tce.
          • pogodoodporna Re: Żyjemy obok siebie.... :( 29.11.13, 10:20
            ad.a6 napisał(a):

            > Niech najpierw ten swój komputer przywiezie bo mamusi zostawił (biedna bez komp
            > a zostanie).

            Jezeli zostawil swoj komputer mamie, to byl jego wybor, a konsekwencja jest taka, ze teraz sam nie ma wlasnego sprzetu. Ty mozesz mu swoj pozyczyc, ale nie musisz. Reglamentowanie go jednak, niby zostawianie, ale zabezpieczanie haslem, jest na poziomie nastolatka. Albo masz do niego zaufanie i nie sprawdzasz na jakie strony wchodzi, albo zastrzez, ze komputer jest tylko Twoj i on ma go nie dotykac. Nie baw sie jednak w kontrolera.

            > Aha, czyli uważacie że to jest ok, tak? Tajemnica korespondencji??
            > ? A gdzie lojalność?

            Oczywiscie, ze nie jest w porzadku szukanie poklasku wsrod obcych kobiet, jak sie jest w stalym zwiazku. Ale wygrzebywanie dowodow nielojalnosci i podtykanie mu pod nos nie spowoduje, ze on nagle lojalny sie stanie. Im szybciej to zrozumiesz tym lepiej.
    • tamara90 Kształtowanie się tożsamości DDA 29.11.13, 11:48
      Witam ; ) Jestem studentką V roku psychologii, w ramach swojej pracy magisterskiej zajmuje się kształtowaniem się tożsamości u DDA. Proszę Was w związku z tym o wypełnienie dla mnie ankiety, której link podaje www.ebadania.pl/74bbca295baae2a9. Ankieta oczywiście jest anonimowa. Bardzo zachęcam do jej wypełnienia, a jednocześnie refleksji nad sobą. Mam nadzieję na pozytywny oddźwięk i dziękuję za każdą wypełnioną ankietę. Pozdrawiam ; )
      • sorvina Re: Kształtowanie się tożsamości DDA 29.11.13, 12:03
        Studentko, chyba przydał by się w tej ankiecie punkt pytający o to czy jest się po terapii.
        Bo w pierwszej części ankiety praktycznie na wszystkie pytania zgodnie z prawdą odpowiedziałam NIE - bo moja rodzina pochodzenia to toksyczne bagno. Jednak po terapii w drugiej części ankiety były znacznie lepiej niż kiedyś. Takie osoby jak ja mogą Ci zaburzyć wyniki i koncepcję jaką miałaś.
      • molly_wither Re: Kształtowanie się tożsamości DDA 29.11.13, 19:04
        Przy 34 zasnelam. Przepraszam.ale pytan jest zdecydowani za duzo.
        Ps. I po co imie i nazwisko?
        tamara90 napisał(a):

        > Witam ; ) Jestem studentką V roku psychologii, w ramach swojej pracy magisterskiej zajmuje się kształtowaniem się tożsamości u DDA. Proszę Was w związku z tym o wypełnienie dla mnie ankiety, której link podaje www.ebadania.pl/74bbca295baae2a9. Ankieta oczywiście jest anonimowa. Bardzo zachęcam do jej wypełnienia, a jednocześnie refleksji nad sobą. Mam nadzieję na pozytywny oddźwięk i dziękuję za każdą wypełnioną ankietę. Pozdrawiam ; )
    • wendd Re: Żyjemy obok siebie.... :( 07.12.13, 22:34
      A ja po przeczytaniu tych kilkuset postów powiem tak - trzydziestoparoletnia ambitna dziewczyna, która chciałaby sobie wreszcie ułożyć życie i wyszukała sobie jakiegoś odpowiadającego jej wyglądem "W" i "W", który wreszcie gdzieś się zaczepił.
      Desperacja.
      Ona na początku przyjęła faceta z całym dobrodziejstwem inwentarza, a później zaczęła pracę nad tym aby urobić go stosownie do swych oczekiwań i wizji życia.
      W marzenie o rodzinie, kolorowym życiu i wzajemnym wsparciu zainwestowała już tak dużo, że nie chce się z tego wycofać.
      A "W" próbuje u Ady jakoś wytrzymać - choć nie bardzo wie co ze sobą zrobić i puszczają mu nerwy.
      Tak się będą razem kisić dopóki nie pojawi się dla któregoś z nich jakaś inna alternatywa.

      I jeszcze odpowiedź dlaczego "W" pojawił się tylko z reklamówką i nie przywiózł swojego komputera i innych rzeczy:
      - bo zaczepił się u Ady tylko na chwilę i na próbę,
      - nie likwiduje i nie przewozi do Ady swoich rzeczy, bo chce mieć do czego wracać jak mu u Ady nie wyjdzie,
      - a jak mu nie wyjdzie to zabierze reklamówkę i wróci do siebie.

Nie masz jeszcze konta? Zarejestruj się


Nakarm Pajacyka