cydrowa
01.05.15, 22:14
Nie wiem co robić, jak się zachować.
Czuję mieszankę złości, krzywdy, lęku, smutku i jakiegoś p.winy.
Moja mama...
Chwiejna, niestabilna, kłótliwa, egocentryczna.
Prawdopodobnie borderline, choć nigdy nie zgodziła się na wizytę u specjalisty.
Za każdym razem, gdy nie wejdziemy w jej świat, nie podporządkujemy się - są akcje typu branie leków, popijanie alkoholem, nieodzywanie się kilka tygodni, wywalanie z mieszkania itd.
Zazwyczaj, nie wiemy czemu, najgorsze ataki są na wiosnę, możemy prowadzić statystyki.
W tym roku z niepokojem czekaliśmy na wybuch.
I tak, znowu wpadła na "genialny" pomysł, który miał uszcześliwić wszystkich, ale był dla nas kompletnie odrealniony, więc delikatnie odmówiliśmy.
Telefony kikanaście razy dziennie, obrażanie się na zmianę z obiecankami jak będzie super.
Ostateczna odmowa i zadziwiający spokój, ok, rozumiem.
Następnego dnia telefon od pani sprzątającej, że weszła(ma klucze), ale mama ciągle śpi nie można jej dobudzić.
Od razu wezwałam pogotowie, pierwszy raz, choć myślę, że o kilka lat z późno, bo to przedłużone spanie (po np. 5 tabletkach) to dla nas smutna norma.
Zabrali ją na toksykologię, po 2 dniach wypuścili, odmówiła rozmowy z psychiatrą.
Teraz jest obrażona, zawstydzona, nie chce nas widzieć, bo jak mogliśmy jej coś takiego zrobić.
Za kilka dni otrzepie się i zadzwoni jak gdyby nigdy nic, np.pytając co zrobić w niedzielę na obiad.
Mam dość dostosowywania się do jej zmian, humorów, boję się jej toksycznego wpływu na moje dzieci.
Jednocześnie wiem, że ogranczenie kontaktów to jest to czego boi się najbardziej i co może ją popychac do eskalacji tych autodestrukcyjnych zachowań.
Z jakiejś strony - strasznie jej współczuję, domyślam się w jakim piekle swojej głowy żyje, z drugiej wiem, że albo jej życie albo moje i nie do końca mam gotowość poświęcić jej życie swoje,, moich dzieci, moje małżeństwo.
W naszej historii jest mnóstwo przykładów na zawłaszczanie, odgradzanie od reszty świata, zazdrość o jakiekolwiek własne życie.
Nie chcę już tak żyć, ale chyba nie umiem jeszcze uznać "chcesz się zabić to się zabij".
Tymm bardziej, że reszta, mniej świadoma część rodziny w takich sytuacjach obwinia mnie.
Mam poczucie, że to matnia, pułapka, która nigdy się nie skończy