nienadajesie
22.05.15, 23:09
Nie nadaję się to chyba dość dobry początek tego postu.
Zastanawiam się czy to normalne postrzegać życie jako coś męczącego i cholernie trudnego. Czy jednak jest ze mną coś nie tak.
Nie wiem czy komuś się zechce czytać ale...
Mam prawie 40 na karku. Dwoje zdrowych, fajnych dzieciaków. Na męża (oprócz pierdół) nie mam co narzekać...Nie pracuję zbyt ciężko ale jestem ciągle zmęczona. I zła. Martwię się też wieloma rzeczami - często na zapas.
Bieżącym problemem jest moja mama. Nigdy nie potrafiłam się z nią dogadać bo w moim odczuciu dziwny z niej człowiek. Mama ma początki jakiejś choroby otępiennej. Na razie funkcjonuje sama przy niewielkiej mojej pomocy ale wizja, że kiedyś miałaby z nami zamieszkać jest straszna. Nie wiem czy do tego dojdzie i nie wiem czy w ogóle powinnam to rozważać.
Na pewno zaraz podniesie się krzyk ale wstydzę się jej. Drażni mnie tak wiele rzeczy - poczynając od sposobu bycia a kończąc na tym, że myje się np. 2 razy w tygodniu...
Nie pamiętam aby kiedykolwiek była dla mnie autorytetem i mam jej sporo do zarzucenia...Ale żeby nie było dług wdzięczności też mam...Jak opiekować się osobą, której się nie lubi?
Jak w ogóle to zorganizować mając małe jeszcze dzieci i nikogo do pomocy (oprócz męża - ale on dużo pracuje.). Ja też pracuję i muszę pracować bo z pensji męża się nie utrzymamy.
Sama jestem raczej "niestabilna" emocjonalnie. DDA (ojciec). Już będąc w liceum założyłam sobie, że żyję do 30 i potem "żegnam". Jakoś właśnie w tym okresie poznałam mojego męża, wyprowadziłam się od mamy (wtedy już wdowy) i urodziło się nam dziecko. Wraz z narodzinami córki zamknęła mi się furtka "żegnam", która była takim jakimś zaworem bezpieczeństwa i pozwalała żyć bez lęku. Teraz ciąży mi odpowiedzialność za dzieci i lęk, co będzie jeśli...
Jestem mało kobieca, z dużą nadwagą (od zawsze). Nie mam wystarczająco dużo silnej woli aby to zmienić.
Jako matka - staram się...Wychodzi mi różnie...bo jestem wybuchowa i czasem niestety widzę w sobie swoją własną matkę. Mąż też nie jest oazą spokoju więc w domu bywa czasem nerwowo.
Myślę, że popełniłam błąd decydując się na macierzyństwo. Znam teorię i wiem jak powinno być więc mam też świadomość, że czasami tak nie jest. Są dni kiedy wypełnia mnie złość i agresja i z trudnością to kontroluję. Czasem wybucham. Potem jest mi oczywiście głupio.
Nie wiem czy tak w ogóle da się żyć. Tz. da się bo żyję...
Na terapię nie pójdę bo a/nie mam za co; b/nie mam z kim zostawiać dzieci c/raczej nie wierzę w skuteczność.
Jak to zrobić aby żyło się łatwiej, mniej nerwowo? Jak zacząć cieszyć się chwilą i przestać martwić? Macie jakieś pomysły?