kim_lill
15.04.17, 16:43
Witajcie, na początek parę słów wprowadzenia: jestem rozwiedzioną mamą syna 6 lat i córki 10 lat. Od prawie dwudziestu lat jestem wegetarianką, od jakiegoś czasu aspiruję do weganizmu, jestem świadoma, że moje poglądy na świat i jedzenie coraz bardziej się radykalizują. Ojciec dzieci jest mięsożercą. Jedzenie i przygotowywanie wspólnych posiłków zawsze było polem konfliktu, wypracowaliśmy zgniły kompromis polegający na tym, że ja gotowałam dla wszystkich wegetariańsko, on uzupełniał swój talerz jakimś mięsem (zwykle przygotowanym przez mamę). Dzieci wegetarianami nigdy nie były i teraz też nie są - jedzą "normalne" posiłki u taty, dziadków, itp.
Mój problem polega na tym, że nie jestem w stanie nakłonić dzieci do zdrowego odżywiania w domu. Zawsze były "niejadkami", dokarmianymi przez dziadków słodyczami :(, rozbieżność poglądów moich i ich ojca też na pewno dodatkowo namieszała im w głowach. Nie dzieje im się krzywda, są szczupłe, ale nie chude, wyniki badań w normie, pediatra nie ma zastrzeżeń. Boję się jednak, co będzie dalej, jeśli nie zaczną się prawidłowo odżywiać - organizm dziecka zniesie więcej niż nastolatka czy dorosłego.
Oboje odmawiają np. jedzenia ciemnego chleba - najlepsza kanapka do szkoły to biała buła z masłem i niczym więcej. Zedzą kilka wybranych warzyw - ale każde inne; jedno lubi ryż, nie znosi ziemniaków, drugie odwrotnie. Najchętniej jedliby na obiad pierogi (jedno tylko ruskie, drugie tylko z serem na słodko) albo naleśniki, które dla mnie są po prostu smażonym ciastem bez wartości odżywczych. Nie chodzi tylko o aspekt wege, bo kiedy spędzają dzień u taty, następnego dnia przynoszą ze szkoły niezjedzone kanapki z szynką, bo niedobra. Idealne śniadanie: płatki kukurydziane z mlekiem. Oboje chodzili na obiady w szkole / przedszkolu, wypisałam ich po rozmowach z wychowawczyniami, które to zasugerowały, bo dzieci prawie nic nie jadły.
Powiecie - usuń z domu niezdrowe produkty, żadne dziecko nie umrze z głodu w domu pełnym jedzenia. Próbowałam. Był płacz, że w domu nie ma co jeść. Był ciemny chleb, nie było bułek - po prostu nie jedli kanapek. Nie mogę ich "przegłodzić", bo przeczekają, tata nakarmi śmieciowym jedzeniem. Zresztą mają trochę własnych pieniędzy (kieszonkowe, kasa od dziadków), zdarzało mi się znajdować papierki po czekoladzie ukryte w pokoju córki.
Próbowałam namawiać na wspólne gotowanie. Chętnie pomogą, ale nie zjedzą. Kiedyś młody przyniósł z przedszkola przepis na ciasto z dyni i bardzo chciał je upiec. Zrobiliśmy. Nawet nie spróbował, przecież dynia jest ohydna :)
Jestem na skraju wyczerpania... Większość posiłków dla trzech osób muszę przygotowywać w trzech wersjach. Pracuję i sama ogarniam dom, nie mam już siły, nie mam czasu, nie mam ochoty. Jestem totalnie zniechęcona i coraz częściej odpuszczam, robię te durne naleśniki dla świętego spokoju, ze świadomością, że to nic dobrego, ale przynajmniej zjedzą cokolwiek. Przestałam proponować nowe smaki, bo nawet nie chcą spróbować. Coraz bardziej nienawidzę gotowania. Do tego czuję się koszmarnie podając dzieciom jedzenie, które wierzę, że jest niezdrowe (mleko, cukier, rafinowana mąka), czuję, jakbym robiła im krzywdę, do tego wysyłam w ten sposób sprzeczne informacje, bo dzieci znają moje poglądy oraz teorię zdrowego odżywiania. Co robić?