Dodaj do ulubionych

Nie poddawać się

26.02.07, 04:53
Życie pisze różne scenariusze , na które nie mamy wpływu ,na to co
wokół nas się dzieje ,co nas spotyka..
Jedni mawiają co nas nie pokona to nas wzmocni .
I im bardziej z tym sobie umiemy poradzić, tym wychodzimy z tego
silniejsi...ale dziura w sercu zawsze pozostaje... niczym chyba nie
da się jej zalepić..I taki jest fakt.
Czasem ludzie mawiają ,że czas leczy rany ale czy leczy czy tylko
wymazuje obrazy i to co się czuło, kiedy o tym pomyślimy ..
Najważniejsze chyba , wypięlegnować sobie, w sobie dobre ,wspaniałe
wspomnienia, zachować je w specjalnej skrytce i mieć dostęp do niej
kiedy poczujemy tęsknotę .Ta skrytka jest tylko dla Ciebie i tylko
Ty masz do niej dostęp.Czas ten na budowanie tej skrytki jest
czasem długim i wyczerpującym zadaniem. Wszystko zależy od nas samych ,
co chcemy tam wstawić, ale jest to czas owej
tęskonoty ,żalu ..żałoby i trzeba tą drogę odbyć .. bez tego nigdy
nie da nam sie uporządkować własnego życia . Im szybciej to zrobimy
tym szybciej będziemy mogli spojrzeć na to z innej perspektywy .Przy
układaniu swojej skrytki ważne jest też aby nie zapominać o
tym ,że nadal żyjemy , oddychamy , jemy i czujemy . Mamy swoje
pragnienia , potrzeby . Wykorzystać czas na to , co chcemy osiągać w
życiu by było one "dobrze" przeżyte .Mamy bagaż przeżyć ale to
nikogo nie zwalnia od tego, by przestać marzyć i rozpocząć własne
realizacje własnego życia ...powtarzam własnego... żeby można samu
rozliczyć z tego co dokonaliśmy sami, walcząc z własnymi słabościami i
ułomościami...
Im bardziej żyliśmy życiem tych, których kochaliśmy , tym bardziej
jest nam trudniej pogodzić się z ich stratą...Jest to straszliwy ból
nie do opisania ... ból każdej minuty i każdej myśli powracającej w
czas który był ... I jest to , ten etap w życiu , który albo
pielęgnujemy wzmacniając go w sobie, pogrążając się w tym co już za
tobą albo spojrzeć jasno przed siebie i zobaczyć swoje możliwości
przed sobą ...Pozdrawiam Was wszystkich ~inseg
Obserwuj wątek
    • zeng Re: Nie poddawać się 26.02.07, 07:15
      Psycholog ?

      Jakoś do mnie to nie trafia, wolę żyć w bólu i rozterce niż szukać nowego sensu
      życia po stracie tego, któremu poświęciłem 12 z 29 lat dotychczasowego życia.

      I jeszcze jedno. My nie żyliśmy ich życiem. Oni byli naszym życiem. Odeszli
      zabierając nasze życie, pozostała nam tylko egzystencja mająca na celu
      spełnienie obowiązku wychowania dzieci. To nie życie, to egzystencja.
      Egzystancja nie ma sensu (jak życie), egzystancja ma tylko cel.
    • hafal Re: Nie poddawać się 26.02.07, 21:49
      No i bardzo dobrze,ze tak to zostało napisane:) O to chyba w tym naszym życiu
      chodzi. Żeby, nawet po tak ciężkim wydarzeniu, jak strata ukochanego (-nej),
      podnieść się i żyć dalej WŁASNYM ŻYCIEM. A już myślałam, ze tylko ja wypisuję
      tu takie rzeczy:)
      BÓL jest. Niezaprzeczalny. Przytłaczający. Pozostawiający tę cholerną dziurę w
      sercu. I co z tego? Przecież to dalej moje życie. Na końcu którego nie chcę
      stwierdzić, że przeżyłam je, pielęgnując ból.
      Jest też żałoba, którą trzeba przeżyć...nie wiem, jak długo. Sama nie wiem, czy
      ja już ją przeżyłam. I chciałabym znaleźć w sobie miejsce na taką "skrytkę",
      ale jeszcze zbyt wiele żalu mam do losu...i to przesłania mi wspominanie.

      I stoję sobie oto: z jednej strony to co kochałam i straciłam. Człowiek mi
      najbliższy na świecie... i moja do niego miłość.... Z drugiej....kto to wie, co
      z drugiej. Marzenia..fajna rzecz:) Pewnie w dużej mierze zależą ode mnie.
      Wystarczy tylko w miarę szybko zdać sobie sprawę, jak chcesz, zeby wyglądała
      przyszłość....A potem żyjesz znowu
      • zeng Re: Nie poddawać się 26.02.07, 22:24
        To dla mnie za proste...

        Stracenie jedynej słusznej drogi w życiu jaką wypracowałem z trudem nie jest
        równoznaczne z poczekaniem aż minie smutek i żal żeby poszukać sobie nowej
        drogi.

        Stracenie jedynego w życiu marzenia, które było w trakcie realizacji nie jest
        równoznaczne z koniecznością wymyślenia nowego marzenia.

        Stracenie obranego raz na całe zycie celu nie oznacza dla mnie konieczności
        ustanowienia sobie nowego celu.

        W ten sposób to ja podchodzę do rzeczy, które posiadam. Jak coś mi się zepsuje
        to naprawiam albo kupuję nowe. Jak coś zgubię, to kupuję nowe (jak mnie stać).
        Jak w lodówce mi się coś popsuło bo nie zdążyłem zjeść to chwilę się powkurzam
        i pomartwię potem zastanawiam się co by tu kupić sobie wzamian (wyznaczam nowy
        cel).

        I nie sądzę, że powinienem tak też traktować swoją ukochaną i pamięć po niej.
        Tego marzenia na nowo nie wymyslę, celu na nowo nie postawię. To już było. I
        moja żona nie zasługuje na zastąpienie jej innymi marzeniami, dla mnie jest za
        cenna.
        • inseg Re: Nie poddawać się 27.02.07, 01:26
          zeng .. to bardzo piękne co napisałeś ,że: >" > I nie sądzę, że
          powinienem tak też traktować swoją ukochaną i pamięć po niej.
          > Tego marzenia na nowo nie wymyślę, celu na nowo nie postawię. To już było. I
          > moja żona nie zasługuje na zastąpienie jej innymi marzeniami, dla mnie jest
          za
          > cenna."

          zeng ...

          Każda strata osoby ,zwłaszcza kogoś cennego ,wartościowego, kochanego rodzi
          ból.

          Żal .

          Nie sposób tego opisać...

          Żal ten dławi nas i tkwi jak kula w piersi żołnierza.
          Wiem o czym mówię , bo sama posiadam taka kulę we własnej piersi i
          noszę olbrzymią dziurę której nie sposób niczym zastąpić.

          "Pół mojej duszy" przepołowiło się z mojej całości i nie jest to tylko
          serce ale moja całość , część duszy która stanowiła moją każdą cząstkę
          dzięki której barwy tęczy stawały się cieplejszymi kolorami, część tej
          duszy oderwała się tak nagle , w jednej sekundzie niespodziewanie, że nie
          przygotowała mnie do tego wcale...
          Szanuję i kocham nadal tą najwspanialszą "połowę duszy" która wypełniła
          swój czas w mojej tymczasowości.Bo czymże jest czas? Jak nie naszym "
          praźródłem" gdzie życie nasze przychodzi z owego "praźródła" i do
          niego powraca, a tylko nasze ciała chcą pozostawać i bronią się przed
          owym "praźródłem "
          Często słyszymy chcę żyć sto lat, a nasza dusza czy tego chce? Ona chce
          wrócić w swoim czasie do swego "praźródła"
          Dusza chce większej przestrzeni ,która została jej dana.
          Są więc dusze które maja krótszy czas ,niż byśmy sobie tego życzyli ale
          dla "praźródła nie ma to większego znaczenia - czy ktoś żyje sto lat czy tylko
          cieszy się kilkoma oddechami . Jakąż różnice ma to TAM ,gdzie wszelkie różnice
          czasu zostają zniesione.
          Oderwane od nas połowy duszy mają swoje miejsce, a gdy ja sama wyzbędę się
          tej pychy i chęci powstrzymania tego i powiem sobie z "MIŁOŚCIĄ" , że
          moja "połowo duszy" zawsze będziesz miał/ła miejsce w mojej jednej komorze
          serca - kocham Cię i szanuję - dzięki Tobie staję się tym kim jestem i
          szanuję Twoją wolność - idź ku temu światłu , ku swojemu "praźródłu" i bądź
          dla mnie życzliwy/wa jak ja dla Ciebie jestem, bo zawsze będę Cię
          kochać....

          Myślę ,że jeśli zbyt mocno trzymamy ich jako "żywych" ( traktujemy ich
          jakby byli wciąż z nami, siedzieli tuż obok ,zostawiamy ich rzeczy
          nienaruszone, ) wykluczamy ich z owej przestrzeni powrotu skąd przyszli
          i odeszli .Zmarły zostaje wykluczony jako zmarły ,traktowany jak żywy... ale
          zmarli musza być "obecni" jako zmarli ,nie jako żywi wtedy wywierają na nas
          dobry wpływ i jaka siła w tkwi ,kiedy to my wybieramy się do nich
          wtedy oni wybierają się do nas .
          Po pewnym czasie i my do nich przyjdziemy ale tymczasem oni są w naszej
          czasowej przestrzeni . W prosty sposób wyglada taka podróż..
          Zamykam oczy i Ty też zamknij wróć na miejsca gdzie po raz pierwszy
          spotkałeś swoja żonę ...przypomnij sobie teraz tą miłość .. to tyle
          chciałam Ci powiedzieć ...
          • zeng Re: Nie poddawać się 27.02.07, 07:13
            inseg, ja nie zamykam oczu, żeby wrócić do miejsca, gdzie się poznaliśmy.
            Wsiadam w samochod i tam jadę jak czuję potrzebę, mimo, że to kilkaset
            kilometrów. I tam jej jej cząstka. A kiedy za bardzo staje się nieobecna
            wystarczy mi jeden wdech zapachu jej perfum.

            Książkowe definicje przeżywania żałoby nie sa mi plastrem. Cieszę się dla
            Ciebie, że znalazłaś tyle odpowiedzi i ukojeń, ale przykro mi - nie zazdroszczę
            Ci... Nie chcę tych odpowiedzi i tych ukojeń, chcę żyć w naszym małym świecie i
            wcale nie mam zamiaru z niego wychodzić. Ja nie traktuje jej jak żywą. Ja ją
            traktuje jakby mnie nie opuściła. Bo mnie nie opuściła, jest w moim umyśle i
            wcale nie mam zamiaru jej stamtąd eksmitować. To jej miejsce.

            Nie gdzieś daleko u boku złego Boga czy dobrego szatana, ale tu przy mnie, we
            mnie.
        • hafal Re: Nie poddawać się 27.02.07, 15:44
          widzisz, Zeng, ja jestem z tych, co się łatwo nie poddają. Jeśli los daje mi
          takiego kopniaka, to ja mu mówię, ze nie mam zamiaru się dalej nadstawiać i
          chcę walczyć o to, zeby być mimo wszystko szczęśliwym. I wcale to nie oznacza,
          ze staram się zamienić moje wspomnienia na inne. Nie wymyślam też sobie czegoś
          wzamian mojej miłości do Czarka...To zawsze będzie i nic tego nie zmieni.
          Tylko że ja nie chcę być duchem i nie chcę tylko wzdychać, że kiedyś to było
          pięknie. Było. I tego nic mi nie zabierze. Ale może jeszcze być pięknie. Może
          dziewczyny, rosnąc, dostarczą mi tyle radości, może zwyczajnie, wiosną,
          zachwycę się rozkwitającym światem. Nie chcę zamykać na to swojej duszy,
          umysłu. A myślę, ze rozpamiętując ciągle, co było i jak mi było dobrze, zamykam
          się na takie zwykłe, proste, codzienne dozanania szczęścia:). Zapewne nie
          zgodzisz się z tym. Każdy ma prawo do swego zdania i każdy kieruje swoim
          życiem, ale zastanów się, jak chcesz, zeby ono wyglądało za lat kilkadziesiąt.
          • zeng Re: Nie poddawać się 27.02.07, 17:15
            Zastanawiałem się już nad tym Hafal nieraz :)

            Póki co doszedłem do wniosku, że wiem jak będzie wyglądało do ślubu Piotrusia,
            czyli za jakieś 20 lat pi razy oko.

            A później nie musi wcale wyglądać. Misja będzie spełniona, komu w drogę temu
            czas itp ;)

            Tak więc nie mam w planach zycia za kilkadziesiąt lat, wtedy będę już u boku
            Ani, jakieś 50 cm od niej, bo bliżej (razem z nią) póki co polskie prawo nie
            pozwala, ale kto wie za 20 lat, może będe z nią :)

            Dotarły do was informacje o wykopalisku archeologicznym nazwanym "Romeo i
            Julia" ? Splecione w miłosnym uścisku, przytulone ze skrzyżowanymi razem rękami
            szkielety kobiety i mężczyzny sprzed 5-6 tys lat. Chcieli je oddzielić dla
            przeprowadzenia badań naukowych ale po głębszym zastanowieniu postanowili im
            tego nie robić i badać je razem, nierozdzielone. Tak będzie wyglądało moje
            życie za lat kilkadziesiąt. Mam nadzieję :) A wy się bawcie i radujcie zgodnie
            ze swoimi celami, każdy coś innego nazywa szczęściem, jeden lato, drugi zimę,
            jeden deszcz, drugi słońce ;) Ważne tylko, żeby każdy to szczęście osiągnął.
            • hania_2006 Re: Nie poddawać się 27.02.07, 20:29
              Lubię czytać Twoje posty, potrafisz napisać jasno to, co prawie wszyscy
              czujemy. Jedno tylko budzi mój sprzeciw, wiele razy sugerujesz że wypełnisz
              misję i odejdziesz. Piszesz tak, jakby to nie miało znaczenia, że opuścisz
              swojego syna i skażesz go na cierpienie podobne do tego, które teraz
              przeżywasz. My też umrzemy, to jest pewne. Jeżeli mamy się spotkać z ludźmi,
              których kochaliśmy to się spotkamy. Po sobie zostawimy naszych bliskich w bólu,
              który teraz jest naszym udziałem. Gdybym mogła spowodować, aby moi najbliżsi
              nie cierpieli po moim odejściu to bym to zrobiła. Ale wtedy musiałabym
              zrezygnować z miłości, którą od nich dostaję i tej, którą im daję. To byłoby
              gorsze od smutku, przez który przejdą po mojej śmierci. Nas tak boli bo
              kochaliśmy. I całe szczęście, że na tę miłość było nas stać! Kochasz swojego
              syna i nie pisz, że teraz pełnisz wobec niego jakąś powinność czy co. Pomyśl
              sobie jakby się czuł gdyby za kilka lat przeczytał to, co teraz wypisujesz. Ja
              wiem, że to emocje i że niekoniecznie za te 20 lat będziesz tak myślał. Ale
              odczuwam wewnętrzny sprzeciw gdy to czytam. Pozdrawiam serdecznie. Towarzysz
              niedoli Hanka.
              • zeng Re: Nie poddawać się 27.02.07, 21:09
                Dziękuję za słowa uznania. W sumie nie zastanawiam się za bardzo nad jakością
                moich wypocin, zazwyczaj po prostu wylewam swoje myśli na elektroniczny papier.

                To jest to co czuję.

                A nie sądzę, że syn będzie mi miał za złe, że jest jedynym powodem dla którego
                żyję. Nie sądzę też, że byłby zawiedziony że wychowanie go jest celem mojego
                życia. Tak się składa, ze wiem conieco w tej kwestii, bo moja mama wychowywała
                mnie sama i poświęciła dla mojego wychowania bardzo dużo z własnego życia ;) A
                ponieważ nigdzie nikt na nią nie czekał to została tutaj i znalazła swoje
                miejsce (druga połowę) dopiero po obżenieniu mnie.

                Oczywiście wiem, że cierpienie po stracie rodzica jest ogromne, jednak jest
                niejako w zgodności z naturalną koleją rzeczy, że traci się rodzica kiedy
                samemu jest się dorosłym. Tak, masz rację, teraz mój plan jest pielęgnowany
                przez niemalejące emocje, mam tylko nadzieję, że emocje te nigdy nie opadną a
                plan się nie zmieni, choć zdaję sobie sprawę, że człowiek jest słaby i plan ten
                może ulec zmianie nawet jutro. W jedną albo w druga stronę... Póki co, żebym
                codziennie pamiętał o tym planie zamierzam już teraz na wiosnę, kiedy będe
                stawiał nagrobek Ani wypisać tam część swoich danych. W końcu trzeba zaklepać
                swoje miejsce ;) I nawet nie próbujcie pisać, że jestem świrem, bo za każdym
                razem, kiedy jestem na naszej/mojej przyszłej kwaterce z radością patrzę w
                przyszłość na dzień, kiedy w końcu zajmę swoje miejsce. Kiedyś.
                • hafal Re: Nie poddawać się 27.02.07, 21:49
                  no to dobra:) Teraz z innej beczki:) Czy kto chce czy nie, ja mam takie małe
                  marzenia:)
                  I właśnie teraz, kiedy ledwo żyję po wieczornym zagonieniu dzieciaków do łóżek
                  i szybkiej lekturze "pozytywnie" nastrajających postów forumowych, właśnie
                  teraz sobie serwuję chwilę takich marzeń.
                  Wiecie, w ub. roku, w maju, byłyśmy z Magdą (magdatysz) na wyprawie z
                  dzieciakami, w Holandii. I było baardzo fajnie:)Pojechałyśmy we dwie, same, z
                  trójką maluchów, z których najmłodzsze miało 3,5 roku:):) 1 000km. I byłyśmy w
                  Amsterdamie i w Hadze i wielu ciekawych miejscach. Dzieciaki się wybawiły,
                  poznły trochę świata. I wiecie co? Gdybym myślała tak jak Zeng, to
                  powiedziałabym: a po co? po co jechać, po co się bawić, po co cieszyć, w końcu
                  najważniejsze jest to, żeby "jakoś" przeżyć te 20 lat.
                  A naprawdę było warto pojechać:) I widzieć, jak dzieciaki odkrywają nowy świat,
                  a nie patrzą na zabeczaną, załamaną mamę.
                  Ja nie staram się na siłę zapomnieć o bólu, nie rzucam się też w wir dzikich
                  uciech. Ja po prostu staram się żyć i doceniać to, co życie mi jeszcze oferuje.
                  I próbuję też nie zapominać, że to ja swoim życiem daję przykład swoim dzieciom.
                  Amen

                  ps. a jak znajdę trochę czasu, z czym ostatnio bardzo krucho, to wrzucę kikla
                  zdjęć z tej podróży gdzieś w sieć. Jeśli ktoś będzie miał ochotę pooglądać:)
                  • zeng Re: Nie poddawać się 27.02.07, 21:59
                    Jakto po co takie wypady i inne imprezy ? Dla dziecka ! przecież niedla mnie...
                    no chyba, że liczyć radość z uśmiechu dziecka.

                    Ps. hafal: moje zdjęcie na gazecie, gdzie jestem ja i Piotruś jest właśnie z
                    Amsterdamu i to przed roku z wakacji ;)
                    • hafal Re: Nie poddawać się 27.02.07, 22:11
                      A, no widzisz, to nie jest tak źle:) Tylko dodaj jeszcze z tej radości coś dla
                      siebie, co?;)
                      • zeng Re: Nie poddawać się 27.02.07, 22:29
                        No niestety. Jedyną radością dla mnie jest widok uśmiechniętej buzi Piotrusia.
                        Dla tego widoku robię wszystko a nawet więcej. Wyjazdy, wypady, wyprawy,
                        wycieczki rowerowe - wszystko dla Piotrusia. Nie potrafię się cieszyć z tego co
                        mi te wyjazdy przynoszą, czerpię tylko naparstkiem z radości Piotrusia.
                        • magdatysz Re: Nie poddawać się 27.02.07, 22:34
                          Zobaczysz że z czasem zaczniesz się uczyć tej radości od niego, odkryjesz to z
                          niesamowitym zdziwieniem. Nie będziesz czerpał "naparstkiem z jego radości" ale
                          cieszył się razem z nim. Przyjdzie to samo, zupełnie niepostrzeżenie.
                    • magdatysz Re: Nie poddawać się 27.02.07, 22:26
                      Nie zeng - nie tylko dla dziecka. Dla nas też. Zawsze chciałam zobaczyć
                      Holandię, pojechac tam w okresie gdy kwitnął tulipany. Planowałam taki wypad z
                      Rafałem - nie wyszło. Ale jego śmierć nie oznaczała przekreślenia moich marzeń.
                      Ktoś kiedys powiedział mi coś takiego - "staraj się żyć tak jak ty byś chciała
                      aby żył Rafał, kiedy to ciebie by zabrakło". I to robię - nie poddaję sie,
                      realizuję własne marzenia, znowu jadę z Hanią te 1000 km bo wiem że będzie
                      super - zarówno dla dzieci jak i dla nas. Bół bólem ale żyć trzeba. Ja na pewno
                      nie chciałabym aby mój mąż pogrążył się na stałe w smutku po mnie, całe życie
                      odbierał jako egzystencję. Chciałabym żeby ŻYŁ. A jednocześnie pamiętam o nim i
                      kocham nadal i wiem że kochac będę zawsze.
                      • zeng Re: Nie poddawać się 27.02.07, 22:35
                        Może do tego dojrzeję. Od odejścia Ani minęło nawet nie 4 miesiące. Może to
                        minie, może nie. Nie widzę jutra, nie czekam na jutro i nie myślę o jutrze,
                        dlatego wszystko co pisze jest tylko i wyłącznie z dzisiejszego punktu
                        widzenia. Też może będę w tym roku w Holandii bo połowę wakacji spędzam koło
                        Kolonii, a to niedaleko, a Piotrusiowi bardzo podobały się kanały i statki.
                        Choć bardziej mu się podobają baseny i parki rozrywki. Z "przykrością" będę
                        więc musiał zjeżdżać na zjeżdżalniach na oponach, siedzieć w jacuzzi, pływać
                        rwącymi rzekami, ścigać się gokartami itd... ;)
                        • hafal Re: Nie poddawać się 27.02.07, 22:39
                          hohoho!ale się nam wątek podróżniczy rozwinął:) cześć Magda:)
                          Ale parki rozrywki są fajne;) i dla dzieci i dla starszych też, prawda?:)
                          • magdatysz Re: Nie poddawać się 27.02.07, 22:42
                            oj prawda prawda - polecam i baseny..... a niedługo będzie ich kolejna porcja.
                            I nie tylko dzieci się tam dobrze bawią :)
                • hania_2006 Re: Nie poddawać się 27.02.07, 23:38
                  No cóż, muszę napisać otwartym tekstem. Ponieważ za 20 lat nie będziesz stał
                  nad grobem z powodu podeszłego wieku tzn. że planujesz popełnić samobójstwo.
                  Rozumiem więc, że Twój syn nie jest dla Ciebie wystarczającym powodem aby żyć.
                  O tym pisałam, nie ma nic złego w tym, że wychowanie syna jest celem Twojego
                  życia.
                  Kilka lat temu koleżanka opowiedziała mi o kobiecie, z którą pracowała i która
                  popełniła samobójstwo po nagłej śmierci swojego mężczyzny. Sprawa była trochę
                  skomplikowana ale nie to jest istotą tej opowieści. Kobieta miała niewiele
                  ponad 30 lat i 7-mio letnią córeczkę. Nie mogłam wówczas pojąć jak można
                  zostawić własne dziecko. Niestety, niedawno to pojęłam. Po śmierci męża
                  przyszedł taki dzień, w którym wiedziałam dlaczego ona to zrobiła. I wtedy
                  zapaliło mi się czerwone światełko. Nie zrobię tego swojej córce, nie dlatego
                  że ja chcę żyć tylko dlatego, że ją kocham. O tym był ten post. Pozdrawiam i
                  mimo wszystko życzę dobrej nocy. Hanka
                  • hafal Re: Nie poddawać się 28.02.07, 10:01
                    Haniu, Zeng jest tutaj takim tragicznym bohaterem romantycznym. I nie piszę
                    tego, broń Boże, złośliwie. Często cytowane wiersze też o tym świadczą.

                    Zeng napisał: "Póki co doszedłem do wniosku, że wiem jak będzie wyglądało
                    (życie) do ślubu Piotrusia, czyli za jakieś 20 lat pi razy oko. A później nie
                    musi wcale wyglądać. Misja będzie spełniona, komu w drogę temu czas itp".

                    Właśnie. Życie składa się z samych niespodzianek, więc założyć możemy co
                    najwyżej, ze czegoś chcemy lub nie, ale napewno nie to,ze wiemy, co będzie.
                    Kiedyś myślałam, ze moje życie jest ułożone i wiem, co będzie za 20 lat:
                    szczęśliwa rodzinka, która - jeśli pojawią się trudności- wszystko pokona
                    wspólnymi siłami. Okazało się, ze wszystko to prysło bezpowrotnie.
                    Strasznie skomplikowane potrafią być ludzkie historie. Sama znam takie. Znam
                    ludzi, którzy stali wobec tragedii często większej (choć to może niewyobrażalne)
                    od naszej, a mimo to nie poddali się i żyją i potrafią jeszcze czerpać z tego
                    życia radość.
                    Mam też takiego znajomego, z którym rozmawiałam jakieś cztery miesiące po
                    śmierci mojego męża. On kilka lat temu stracił narzeczoną, miłość jego życia.
                    Dzieczyna zmarła na raka w wieku 27 lat. On przez kilka miesięcy patrzył na jej
                    walkę i umieranie. I on wybrał tak, jak Zeng. Życie wspomnieniami oraz
                    nadzieją, ze się kiedyś spotkają w innym wymiarze. To piękne,
                    romantyczne....Ale z drugiej strony, on wybrał też życie bez marzeń, pragnień,
                    życie szare i codzień takie samo. Czy to nie strata kolejnego młodego życia? A
                    u niego minęło już kilka lat, nie wiem, może 6,7...
                    I ja wtedy postanowiłam pójść inną drogą. I tak jak głosi tytuł tego wątku :
                    NIE PODDAĆ SIĘ. Walczyć o to, zeby kiedyś coś jeszcze mi się chciało. I to nie
                    tylko dla dzieci.
                    Zeng, 4 miesiące to jeszcze bardzo mało. Wszystko jest jeszcze świeże. I ból i
                    żal i poczucie straty. Ale wydaje mi się, ze NADZIEJĘ TRZEBA MIEĆ OD POCZĄTKU.
                    Od teraz. Wiem, ze to trudne....
                    • inseg Re: Nie poddawać się 28.02.07, 12:32
                      Tak , trwanie w tym, pozbywanie się własnych marzeń ,pragnień jest braniem
                      cudzego losu na siebie,odstawiając swoj los na bok ...Każdy otrzymał dla
                      siebie pewien " dar życia"
                      Zycie jest darem .. a czy za dary należy płacić ?
                      Nie dając sobie prawa do życia jest pewnego rodzaju ślepą forma
                      wyrównania , za to co sie stało ..Czy dla wyrównania ,ze ktoś odszedł -
                      musi odchodzic ktos inny zastygając we własnym losie żyjąc a jednocześnie
                      jakbyśmy byli " martwi"?
                      Taka postawa budzi brak szacunku względem daru jaki otrzymaliśmy
                      wykluczając się z systemu...to może rodzić złe relacje ,obarczać innych
                      naszym cierpieniem i presją winny za to ,że my żyjemy i otrzymalismy coś
                      wiecej niz innni...
                      Jeśli natomiast wezmiemy życie za cenę jaką ktoś musiał zapłacić, to ja mogę
                      uczynić z moim życiem coś dobrego w imię pamięci i w imię miłości do tej
                      osoby ,która zapłaciła za to własnym losem.
                      Miłość do dziecka będzie wtedy inaczej ukierunkowana ,a presja winny
                      zostanie dobrze wykorzystana i może stać sie pozytywną siłą , prowadzić do
                      czynów ,którzy inni nie mogli dokonać .Takie rozwiązanie może przynieść
                      nam spokój i pojednanie a poniesiona ofiara tylko dobre następstwa

                      "Pokuta za czyjś los obraca szacunek w niwecz ,a szacunek czyni pokute
                      zbędną."
                      To ,że niosę swój los i to co dobrego przypadło mi od niego, mogę
                      przekazać innym i staje sie źródłem siły...
                      • hafal Re: Nie poddawać się 28.02.07, 14:18
                        hmmm, czy to przepisane skądś?:)

                        dużo tu róznych prób definicji, ale może jest coś w tym rzeczywiście:

                        " Nie dając sobie prawa do życia jest pewnego rodzaju ślepą forma
                        > wyrównania , za to co sie stało ..Czy dla wyrównania ,ze ktoś odszedł -
                        > musi odchodzic ktos inny zastygając we własnym losie żyjąc a jednocześnie
                        > jakbyśmy byli " martwi"?

                        ..dar życia. No tak,to są inne historie, czy możemy czy nie świadomie pozbawiać
                        się prawa do życia albo w tym przypadku do czerpania radości z życia. Kwestie
                        wiary, kwestie moralne itp.

                        "Jeśli natomiast wezmiemy życie za cenę jaką ktoś musiał zapłacić, to ja mogę
                        > uczynić z moim życiem coś dobrego w imię pamięci i w imię miłości do tej
                        > osoby ,która zapłaciła za to własnym losem."

                        no, to chyba zbytni patos, co? Robienie czegoś w imię miłości do kogoś, to też
                        pewien sposób ograniczania siebie,a tym samym może robienie sobie nieświadomie
                        krzywdy. Być może.

                        Ja bym nie doszukiwała się tu jakichś filozoficznych podpowiedzi. Moze po
                        prostu podejśc do życia trochę bardziej hedonistycznie (jeszcze raz powtarzam,
                        że nie chodzi mi tu o jakieś ekstra uciechy, rozrywki, szukanie jakiś wrażen
                        itp) i pozwolić, by los, który czasem rozdaje nierówno, dał nam coś - tym
                        razem - do szczęścia, do uśmiechu, do radości. Mówiąc, że to koniec mojego
                        życia, że mi nie zależy i że wszstko, co robię, to tylko dla dziecka, a wogóle
                        poza tym, to nic mnie nie obchodzi - to zamykanie się na cokolwiek pozytywnego,
                        co może mnie spotkać. Tak myślę, nie wiem, co na to filozofowie,
                        psychologoewie, słaba jestem z tej dzidziny:). Więc: jesli chodzi o nie
                        poddawanie się, to pierwszą rzeczą jaką wg. mnie musimy (my, w naszej trudnej
                        sytuacji) zrobić, to przede wszystkim nie zakładać, że nie, i nie zamykać się
                        definitywnie na to, co przyniesie jutro:)
                        Pozdrawiam wszystkich, u nas słonecznie i ciepło:):)




                        • inseg Re: Nie poddawać się 28.02.07, 23:27
                          Otóż nie ... wena przyszła wraz z tym co w głowie sie natworzyło ..
                          ale ciesze się .. że w odpowiedzi swojej napisałaś właśnie to co
                          chciałam powiedziec .. Ty przerbiłaś to na swoj sposób, ja na
                          swój :) ... Również pozdrawiam ...
                    • hania_2006 Re: Nie poddawać się 28.02.07, 20:49
                      Rzecz w tym, że ja czuję to bardzo podobnie jak Zeng. Mój mąż umarł niecałe
                      trzy miesiące temu. W tej chwili jestem na etapie trwania, no i nie znam
                      jeszcze odpowiedzi na pytanie "co ja tu właściwie robię?". Doskonale rozumiem
                      co On pisze i dlaczego. Uważam tylko, że nasze życie nie jest tylko naszą
                      sprawą i nie powinniśmy ranić bliskich nam osób, nawet jak bardzo cierpimy. A
                      poza tym wierzę Tobie i innym piszącym tutaj, którzy nauczyli się z czasem
                      cieszyć życiem od nowa. Mam nadzieję, że do mnie, do Zenga i wszystkich
                      zrozpaczonych ludzi przyjdzie ta radość. Myślę, że będzie inna niż kiedyś ale
                      niech będzie. Pozdrawiam serdecznie. Hanka
                      • hafal Re: Nie poddawać się 28.02.07, 22:00
                        życzę Ci tego, bo 3 miesiące to rzeczywiście mało...ale dasz radę i napewno
                        nadejdzie dzień, kiedy nie będziesz się zmuszać do uśmiechu. Pamiętam, jak moje
                        dziewczyny przybiegały do mnie, a miały wtedy malutko latek (2 i 3,5) i
                        rozciągały mi usta, mówiąc: mamo, tak się musisz śmiać. Minęły dwa lata i nie
                        muszą mi teraz tego uśmiechu przyklejać rączkami. Choć nieraz jest bardzo
                        ciężko. Więc nie poddawaj się, bo ten dzień nadejdzie. Tego Ci życżę, moja
                        imienniczko:)
                      • magdatysz Re: Nie poddawać się 28.02.07, 22:33
                        Jeden z cytatów, które kiedyś dostałam od Hani - jakieś 3 - 4 miesiące po
                        śmierci Rafała - wówczas wydawało mi się to nierealne:

                        "Do przodu idzie się zwykle bardzo wolno. Dni i miesiące mogą upłynąć, włóczyć
                        się ospale i ciągnąć. Niektórzy opisują ten etap jako " egzystowanie" lub "
                        przetrwanie", robiąc tylko to, co konieczne. Czasem błysk nadziei przemknie
                        przez nasze serce jak świetlik w ciszy letniej nocy. Na krótko czujemy się
                        lepiej; czujemy się odrobinę we własnym domu, następnie wszystko to znika.
                        Spokojnie zaczynamy powstawać z martwych. W końcu zrodzi się w nas potrzeba, by
                        ruszyć z miejsca. Życie nigdy nie będzie już takie jak ongiś, ponieważ my nie
                        jesteśmy tacy sami. Pierwszy zielony kiełek wybił się z ciemnej gleby"

                        Teraz, po 2 latach już wiem że to wszystko przychodzi z czasem, że w pewnym
                        momencie "zaczynamy ruszać z miejsca". Życze Wam tego z całego serca
                        Magda
                        • hania_2006 Re: Nie poddawać się 28.02.07, 23:07
                          Moja koleżanka, też Hanka, zastanawiała się kiedyś czemu służy takie
                          cierpienie. Jej brat zginął tragicznie w wieku 20 lat. Doszła do wniosku, że to
                          jest po to aby móc, chcieć i umieć pomagać innym. I chyba coś w tym jest.
                          Dziękuję, dziewczyny. Dobranoc. Hanka
                      • agama30 Re: Nie poddawać się 28.02.07, 22:53
                        Zeng, Haniu, piszecie to co czujecie w tej chwili, gdy strata bliskiej osoby
                        nastąpiła niedawno. Ja gdybym znalazła się na tym forum 2 lata temu, pisałabym
                        podobnie. Teraz piszę z perspektywy 2 lat i 8 miesięcy. Mój punkt widzenia w
                        pewnych sprawach zmienił się. Żyję nie tylko dla mojej córki ale także dla
                        siebie. To właśnie dzięki Oli. Nie da się długo udawać radości przy dziecku,
                        czy czerpać z niej naparstkiem. Dzieci to szybko zauważają,biorą z nas
                        przykład, zaczynają udawać, żeby nie zrobić nam przykrości. Żyjąc ciągle
                        przeszłością i nie mając marzeń, uczymy nasze dzieci, że nie warto się stsrać,
                        bo nie ma żadnej przyszłości. Czerpię radość życia takiego jakie mam i marzę.
                        Nie są to wielkie marzenia, dotyczące przyszłości mojego dziecka, zobaczenia
                        pięknych miejsc, samorealizacji. Chcę pokazać i nauczyć moje dziecko, że można
                        mimo przeciwności losu, strasznych przeżyć, żyć dalej. Jedyne co się nie
                        zmieniło, to to że nadal mimo upływu czasu nie potrafię ułożyć sobie życia
                        osobistego. Kocham bardzo męża. Oswoiłam się z myślą że go nie ma (fizycznie).
                        Ale ta miłość jest we mnie, mimo, że nie jest podsycana, to nadal jest. Nie
                        widzę możliwości w tej chwili związania się z innym człowiekiem. Ale nie wiem
                        co będzie kiedyś. Wiem z doświadczenia, że zrzekanie się i układanie
                        precyzyjnych planów na przyszłość jest bezsensowne. Zresztą chyba wszyscy to
                        już wiemy. Nie oswoiłam jeszcze tęsknoty i żalu. Nie potrafię tego kontrolować,
                        wybaucha to w najmniej oczekiwanym momencie. Z tym sobie niestety jeszcze nie
                        radzę i myślę że nie prędko to nastąpi. Tak czuję w tej chwili. Pozdrawiam Aga
                • mariola008 Re: Nie poddawać się 05.07.08, 11:46
                  Mija drugi miesiąc bez niego. Zastanawiam się jak długo będę trwać
                  i czekać aż coś się zmieni. Boże dlaczego nie ma już żadnej możliwości
                  zmiany.Cokolwiek bym zrobiła nie ma odwrotu. Życie jest brutalne. Jak mam dawać
                  siłę dzieciom skoro sama jej nie mam. Jak pokazać im, że życie może być
                  szczęśliwe skoro wiem, że jest piekłem.Jeżeli los da odrobinę to trzeba mu to
                  zwrócić wielokrotnie.
    • inseg Re: Nie poddawać się 22.10.07, 13:27
      Wyciągnęłam ten wątek bo jakoś się zrobiło ponuro na tym forum, a to tak być
      nie może,że mamy widzieć świat w czarnych barwach bo przecież będzie tak jak
      spoglądamy i w którym kierunku...
      • inseg Życie zaczyna się i kończy 17.04.08, 00:54
        Patrzę na ten wątek napisany tyle miesięcy temu ... dziś dodam jeszcze(z pewnej
        perspektywy czasu):
        Nie ma dnia żebym nie pomyślała o tym co mnie spotkało, co spotkało naszą
        rodzinę - bliskich i dalekich,przyjaciół którzy odczuli stratę. Wyrwaną cząstkę
        ze swego losu, życia. Cząstkę, która mogła trwać i dostarczać nam jeszcze
        wspomnień, radości, przeżyć na dobre i złe.
        Za czym tak tęsknimy ?
        Za tym co było?
        Ubolewamy nad tym co wydarzyć jeszcze się mogło?
        Przywiązani do osób, ciała, wzroku, rzeczy, słów.

        Zatrzymuje wzrok na liściach drzew, na rzece płynącej w jednym kierunku, na
        chmurach, zegarze odmierzająceym czas. Patrzę wysoko i myślę...

        Życie zaczyna się i kończy. Nikt nie myśli o tym jak. Nikt nas nie przygotował
        na spotkania ze śmiercią, nikt nie uczy jak żegnać się i pogodzić z utratą tego,
        kogo kochamy, przywiązujemy się ,wtapiamy swój w jego los i naodwrót. Kiedy się
        rodzimy czas przybliża się w nas krok po kroku z uwolnienia od życia i kieruje
        do tego co przyjdzie potem. Jeśli się poddamy temu ruchowi..każdy
        związek...będzie czymś w rodzaju " sposobem na roztanie"
        Życie ma przemijać.
        Trzeba sie na to zgodzić,bo tylko wtedy każda bliskość, miłość nabiera
        szczególnej głębi i większej jeszcze siły.Wyzbycie się tego lęku przed
        przemijaniem,odchodzeniem chroni nas przed wieloma złudzeniami,że związek ma się
        spełniać i szczytować w swej sile do końca.
        Do końca czyjego?
        Wypełnienie "tego" w czasie nie ma znaczenia, bo owo spełnienie związku
        następuje w jego ostatnim rostaniu...
        Tu się wypełniliśmy...Tu wypełnił się związek.Czas jest tylko złudzeniem w
        jakiej chwili to miało nastąpić.
    • inseg dojrzałość? 22.06.08, 19:59
      Lubię Was czytać ... napisaliście wątki pełne swoich emocji ..są piękne - o
      tym godzeniu się i nie godzeniu z rozstaniem ...

      Na ile potrafimy pogodzić się z odejściem innych ..?
      Czy to wiąże się z dojrzałością ?

      Czy związek ma nam z każdym dniem uświadamiać ,że przyjdzie taki czas kiedy
      się rozpłyniemy we mgle... przygotowani bardziej lub mniej będziemy potrafili
      pożeganać się.. ?Na tym polega to dopełnienie ,dojrzałość. Zgoda na pożegnanie?

      Przyznam ,przed samą sobą ,że było nam dane w życiu przeżyć wspaniałe chwile
      ,miłość i za to podziekować.To pielegnuje,czczę jak relikfię - jak skarb.
      Było nam dane posmakować taką wyjątkowość,piekna rolę jaka odegrał ten związek
      w naszym życiu.

      Na czym ta owa dojrzałość miałaby polegać?
      Na umiejętności domykania spraw przeszłych?

      Jedno mi tylko przychodzi na myśl, dlaczego to wciąż w nas jest takie
      żywe...Bo zabrakło dopełnienia - spełnienia tego czego oczekiwaliśmy jeszcze
      od życia.
      To jest moje ograniczenie, te pragnienia, chęci delektowania się takim
      uczuciem, mój żal po stracie i moja nieumiejętność przeżycia tej straty.
      Teraz w realnym świecie "tu i teraz", to jest jak stawanie na przeciw drzwi, po
      lewej i prawej stronie.Zostałam sama i stoje na przeciw mojej przeszłośi i
      mojej przyszłośi.
      Teraz dokonać muszę takiego wyboru, takiego trudnego ,poważnego,
      najważniejszego. Prawe lub lewe drzwi...czyli tkwić w tym co mnie będzie
      ograniczać ..mój cenzor( wspomnienia) -przeszłość,który nie pozwolił mi się
      dopełnić. Bo albo nie chcę, nie umiem, coś mi nie pozwala lub właśnie chcę w tym
      tkwić - tak jest dobrze... i trwać.
      Bądź, wybór "odwiązania" się z tego. Zamknięcie drzwi, zachowania pewnego etapu
      w życiu - bardzo doświadczalnego.. bolesnego i jednocześnie wspaniałego, z
      uwagi na wartość (skarb),który trzeba schować jak w sejfie, ponieważ jest tylko
      mój i tylko mój.
      Stanąć przed drzwiami z napisem przyszłość i poczuć suwerenność ,moją
      niezależność w realnym życiu. Jaki wybór staje się w tym momencie bardziej
      dojrzały ?
      Bo czy jest to możliwe by żyć "normalnie" z jednoczesnym idealizowaniem tego co
      nas spotkało...?
      A przecież ten związek był taki ziemski, zwykły..realny, ze swoimi wadami,
      słabościami i deficytami..To ,że akceptowaliśmy to, było właśnie wyjątkowe i
      wspaniałe. Zastanawiam się czy upiększanie tego, ubarwianie w mojej głowie, nie
      jest polewaniem wody na młyn, do pięlegnowania czegoś co stało się
      niespełnione,urwane,niedokończone.Czy właśnie dopełniło się, poprzez
      zaryglowanie mojego sejfu?

      Hemingway: "Jeden dzień może być perłą, a wiek może nic nie znaczyć. ..."-
      jeśli nie zaznało się miłości.
    • inseg 2007 03.06.09, 00:33
      Wciaż tak samo... wracam do tych wątków ... sądzac,że coś się we mnie zmieniło
      ale nic takiego nie nastąpiło ....
    • wiolawarszawa Re: Nie poddawać się 03.06.09, 21:21
      inseg Strasznie się popłakałam czytając to co napisałaś. To
      bardzo dojrzałe przemyślenia. Bardzo prawdziwe i takie dające do
      myślenia.
      Bardzo Ci dziękuję.
      Pozdrawiam serdecznie.
      • justynakm1 Re: Nie poddawać się 04.06.09, 11:41
        Ja w pracy a tez mi lezki leca.
        Godzenie sie jest trudne chyba kiedys przyjdzie samo. ja sie nie
        godze, nie umiem, nie modle sie, nie chodze do kosciola. Nie chce
        wychodzic do ludzi bo te szczeliwe pary lamia mi serce. Nie chce
        szczescia ionnych,m niech komus tez stanie sie krzywda. Wiem, ze to
        okrutne, ale nie godze sie na piekne zycie innych i g.. moje.
        Nie godze sie, ze Kubus umarl, ze cierpial, ze widzial i czul jak
        odchodzi,a ja z klampkami na oczach, wierzylam, ze to nie rak, ze
        bedzie kiedys Maksio, pies boxeri ten domek. i nigdy nie pogodze
        sie, ze tego NIGDY nie bedzie.
    • wdowa120309 Re: Nie poddawać się 04.06.09, 21:31
      Nie poddawać się....hmmmm.........tak myślałam jak walczyliśmy o dziecko....a
      potem z rakiem, W walce o dziecko ja przegrałam dwa razy ( dwa poronienia w 12
      i 13 tygodniu..((( to było straszne....no ale w końcu jeden jedyny raz udało mi
      sie wygrac tę bitwę i mam teraz nasz skarb Magdusię. W walce z nowotworem tez
      sie nie poddawaliśmy...tez myslałam ....Jarek wyzdrowieje.....ale nie
      stety.....tą walke przegrał moj kochany a ja sostałam sama z dzieckiem. Czuje
      sie okropnie ....czuje sie tak jak bym to ja poraz kolejny przegrała. Teraz
      codziennie walcze z problemami i szara żeczywistoćia....będe walczyc dalej (
      chociaz juz bez niego) i nie poddam się....nie mogę....dla niego dla Madzi i dla
      mojej rodziny..... nie poddam się...NIE....!!!!!!!!!
      • tilia7 Re: Nie poddawać się 04.06.09, 22:27
        wdowa120309 też staram się nie poddawać,zostać tu i dać radę.Dla bliskich, dla
        Niego, żeby Go nie obciążać moją śmiercią, moim załamaniem.Ale to tak strasznie
        trudno, tak ciężko:(Czasami tracę siłę.I to cholerne NIGDY,NIGDY,NIGDY:(((

Nie masz jeszcze konta? Zarejestruj się


Nakarm Pajacyka