uli
18.02.08, 23:19
Witam,
Nie będę pisała o moich problemach, są typowe dla tego forum - powiem tylko,
że i teściowa i moja mama poniżają mnie w obecności męża, ale nie dajemy się,
ani ja, ani mąż. Posłużę się tylko naszym przykładem, bo znam go najlepiej.
Mąż jest superfajnym mężczyzną który robi właśnie międzynarodową karierę. I
przyszła mi do głowy taka refleksja (będzie to generalizowanie, ale od czegoś
pewnie warto wyjść): czy nie jest tak, że o ile mężczyźni walczą o pieniądze,
posady, stanowiska, osiągnięcia naukowe, sportowe, o lepsze samochody i domy,
czego konsekwencją jest zdobycie odpowiedniej partnerki, to kobiety walczą ze
sobą głównie o mężczyzn (oczywiście używają do tego swoich narzędzi, ale
często też skaczą sobie do oczu :)?
Pewnie to stara prawda - ale zastanawia mnie, jak bardzo jest to silne uczucie
- czy na tyle silne że dwie stare kobiety zachowują się przy nim jak
nastolatki (zwłaszcza gdy osiągnie jakiś sukces), nie wspominając już nawet o
inwektywach pod moim adresem (rekord teściowej to 3 godziny przygadywania i
złośliwości, dodam, że przepędziła już jedną synową; mama też potrafi pokazać
że ona w swoim domu jest samicą nr 1 a ja jestem przy niej mała i żałosna :D
co jest dla mnie o tyle przykre co zabawne). Gdy jestem bez męża obie
zachowują się wobec mnie normalnie, są miłe, rozmowne, do rany przyłóż.
Problem występuje tylko w naszych domach rodzinnych. Obie moje mamy uważają,
że potrafią lepiej zająć się wnuczkiem.
Pora na moje konkluzje.
Wydaje mi się, że skoro moja mama potrafi tak dac się ponieść fantazjom, że
zachowuje się jak partnerka mojego męża to znaczy że instynkt macierzyński nie
jest jednak największą biologiczną siłą (u kobiet). Druga moja konkluzja
dotyczy mamy mojego męża - trudno mi uwierzyć jako matce, że naprawdę można
chcieć mieć dziecko całe zycie tylko dla siebie - to już raczej nie jest
miłość macierzyńska!
Wydaje mi się, że to właśnie żądza władzy, (popęd sprawowania władzy nad
rodziną, a może i popęd seksualny??) popycha te kobiety do takich czynów :)
Brzmi to bardzo zabawnie, prawda? A jednak.
Czy utrata młodości, płodności i urody musi być końcem szczęscia? Obie moje
mamy są spełnione życiowo. Mają zaiteresowania. Czemu nie umieją usunąc się w
cień? Co to za szaleństwo skłania je do dawania mi takich komunikatów "syn
(zięć) jest mój i wnuczek również! Znikaj gó..aro z mojego terenu!". Czemu
ten problem dotyczy kobiet? Wiem, kobiety są tradycyjnie są bardziej związane
z domem - ale np moja mama nie, po 3 mies po moim przyjsciu na świat wróciła
do pracy, praca była naprawdę jej pasją, chociaż nie zaniedbywała mnie.
Czy dla przekwitających kobiet młodość jest aż taką wartością, dla której
warto pogrążyć szczęśliwe życie rodzinne??
Czy jakikolwiek inny gatunek tak ma? Czy ma to związek z geriatrokracją :) ?
Dużo pytań, mało odpowiedzi, choć temat jest stary jak świat, przekazywany z
pokolenia na pokolenie.
Co o tym myślicie?