dun.kierka
31.01.09, 16:24
Witam, mam cichą nadzieję, że odpowie na moje pytanie Pani Psycholog.
Jestem dojrzałą kobietą, mam prawie 40 lat. Mam dwie córeczki -
starsza ma 8 lat, młodsza 2. Długo staralismy się o pierwsze
dziecko, potem równie długo o drugie. Z tym, że ja nie byłam do
końca przekonana, czy chcę drugie dziecko - bardzo chciał mąż,
jeszcze bardziej córeczka. Nie rozpaczałam, kiedy było podejrzenie,
że więcej dzieci nie będziemy mieli.
Ale...kiedy już przyjęliśmy to do wiadomości i poukładaliśmy sobie
doskonale zycie we trójkę - zaszłam w ciążę.Cieszyłam się radością
moich bliskich.
Ciaża była trudna, podtrzymywana, zresztą jak poprzednia (i dwie
poronione wczesniej), musiałam zrezygnować z poukładanego zycia i z
wielu lubianych zajęć, z hobby, jakim był sport i podróże.Później
również z pracy, w której realizowałam się wspaniale. Jeszcze w
ciązy miałam często spadki nastroju, przepłakane dni. Często
wyładowywałam frustracje na męzu, na córce. Czułam sie ograniczona i
pokrzywdzona.
Tłumaczyłam sobie, że jak tylko urodzi sie dziecko wszystko wróci do
normy.
Nie wróciło. Pewnie mogłoby, ale ja czułam się coraz bardziej
osaczona, ubezwłasnowolniona. Czułam się jak w kieracie codziennych,
rutynowych obowiązków. Wstawałam rano z płaczem, kładłam się z
płaczem. Zaniedbywałam starszą córcię, potem miałam wyrzuty
sumienia, złościłam się i przepraszałam. Miałam żal do całego
świata, a najbardziej do męża, że "mi to zrobił".
Nie chciałam tego dziecka, zabrało mi wnętrze, nie było we mnie
miejsca na nic poza nim. Obiecana niania jakoś odwlekała rozpoczęcie
pracy, czekałam i czekałam na wyzwolenie, uwolnienie.
Malutka miała niedowagę i alergię, karmiłam na żądanie, wazyłam,
dokarmiałam, wstawałam na każde zakwilenie w dzień i w nocy.
Wspólnie z mężem zdecydwaliśmy, że przestanę karmić piersią.
Poczułam ogromną ulgę. Powoli zaczęłam mysleć o pracy, nadganiać
stracony czas. Mała miała 3 miesiące.
Jednak każda chwila spedzona sama na sam z maleństwem była dla mnie
pełna lęku, zagrożeń, miałam wrażenie, że bez pomocy męża , czy
niani nie poradzę sobie. Na samą mysl, że on idzie do pracy miałam
łzy w oczach. Nie radziłam sobie z prostymi czynnościami, jak
ugotowanie obiadu, wyjście do sklepu z dzieckiem. To urastało do
ogromnego problemu - wszedzie były trudności i zagrożenia.
W końcu nic nie robiłam, nigdzie nie wychodziłam.
Nie chciałam też nikogo widzieć, udawałam, że nie ma mnie w domu,
jesli kogoś spotkałam, byłam albo sztucznie pełna euforii, albo
szczerze opryskliwa, niemiła. Szczerze miałam wstręt do tych
wszystkim dziewczyn, które nie miały tej pętli na szyi, albo umiały
sobie z nią poradzić.
Kiedy wracał mąż - ja, zapłakana uciekałam z domu z wrażeniem
duszenia się, zaczerpywałam powietrza, jak podduszone zwierzątko.
Biegłam i płakałam, że nie chcę tak dłużej,chcę, żeby ktoś cofnął
czas, żeby zabrał ją ode mnie.\Wracałam, i czasem były wyrzuty
sumienia. Czasem.
Chciałam zyć normalnie, bez wyrzeczeń, pomysleć o swoich potrzebach,
o zwykłych, codziennych przyjemnościach, o pojechaniu gdzieś
samochodem bez tych wszystkich tobołków, bez zabawiania całą drogę,
bez krzyku, bez wymiotów, bez odparzonej pupy...
Juz raz to przechodziłam, dlaczego znowu mnie to spotyka?
Powolutku, wspólnymi siłami jakoś poukładalismy nasz mały swiat:
żłobek, niania, wróciłam do pracy...ufff
Minęło 1,5 roku.
Zaczęło wracać tamto uczucie. Jestem w klatce, na szyi pętla.
Wszystko, każda czynność związana z Małą kojarzy się z nieprzyjemnym
obowiązkiem, czynieniem powinności. Licze minuty do powrotu męża,
kiedy bedę mogła wyjść, uciec na swoje zajęcia. i najlepiej w ogóle
nie wracać.
Nie umiem bawić się z Małą ( co z pierwszym dzieckiem było całkiem
miłym zajęciem) denerwuje mnie wszystko - jej płacz, mokry pampers,
brak apetytu, katar !
Często myslę sobie, jak byłoby dobrze, gdybyśmy byli tylko we
trójkę...
Nie umiem spokojnie spędzić z nią popołudnia, uspokajam się po
wypiciu drinka, dwóch. Wtedy rzeczywistość okazuje się znośna.
Ale to nie jest przecież wyjście! Zauważyłam, że kiedy mam spędzić z
Małą więcej czasu odrazu idę do sklepu po "polepszacz nastroju".
To jest straszne, ale to prawda. Nie chcę tego, ale nie znalazłam
innej formy przezycia kilku godzin z Małą.Deprim nie działa.
Na pomoc rodziny nie mogę liczyc, bo nie mam nikogo na miejsu,
niania też ma swoje zycie i nie może być u mnie non-stop.
Maż załatwia mi co jakiś czas wyjazd na 4-5 dni, żebym miała
odskocznię, odpoczęła. To pomaga...na 1 dzień. Potem wszystko wraca.
Gdzie mam szukać pomocy? Czy to nie leczona depresja, czy moje
lenistwo?
Bardzo proszę o kilka słów Panią Psycholog.
Pozdrawiam serdecznie.