Dodaj do ulubionych

Moja historia

04.02.09, 11:37
Witajcie,
od kilku dni wchodzę sobie na waszę forum w poszukiwaniu jakiegos ukojenia, słów pociechy... i muszę przyznać, że dostałam je, ironia losu że człowiekowi jest lepiej kiedy czyta, dowiaduje się, że innym też jest źle, że nie jest sam, tak jakby tego chciał... a może to jest silniejsze od nas...czasem wydaje mi się, że jestem tak bardzo egoistyczna, bez uczuć... chybe nie potrafię się cieszyć, ze szcześcia innych zawsze się pytam... dlaczego im się udaje, a mnie i mojemu Krzysowi... mój Krzyś miał 21 lat kiedy zginął w wypadku, tak nagle, ja sama mam teraz 21 lat i tak bardzo mnie bolą słowa innych "masz jeszcze całe życie przed sobą", miałam całe życie rok temu, kiedy Krzysio żył, mieliśmy tyle wspólnych planów... życie na nas czekało... nie wiem czy powinnam pisać na tym forum, w przeciwnieństwie do was nie mieliśmy dzieci, nie planowaliśmy jeszcze... pierwsze studia:(... tego wam mamay-wdowy zazdroszczę, możecie spojrzeć na swoje pociechy i zobaczycie w nich cześć waszego ukochanego... mnie pozostały zdjęcia, których tak oglądać jeszcze nie potrafie... nie wiem czy kiedykolwiek się to zmieni... nie wiem czy kiedykolwiek się coś pozytywnego przytrafi... chyba wykorzystałam swój limit szcześcia... buziaki:*
Obserwuj wątek
    • kasik2222 Re: Moja historia 05.02.09, 09:17
      Witam, to dobre miejsce dla Ciebie, przytulamy Cię wszyscy mocno,
      dobrze że tu trafiłaś
      • samela_0 Re: Moja historia 07.02.09, 19:02
        Ja dolanczam sie do wspolczuc. Wiem co czujesz. Musisz napewno
        wiedziec,ze tak szybko nie pozbedziesz sie braku i smutku po
        odejsciu bliskiej Ci osoby.Witamy w naszym gronie. My tez chociaz
        niektore starsze slyszalysmy ze jeszcze mamy czas na ulozenie sobie
        po raz kolejny zycia. Moze to i swiete slowa ale wypowiedziane w
        zlym czasie. pozdrawiam.
        • dakam751 Re: Moja historia 08.02.09, 20:40

        • stella1112 Re: Moja historia 16.02.09, 17:32
          Moja historia ,pewnie nie rozni sie za bardzo od waszych,majac 33 lata zostalam
          wdowa z dwojka dzieci i mieszkajaca za granica.Wszystko bylo we mnie
          bol,zal,zlosc,cierpienie i bezgraniczny smutek..Bolalo mnie ze juz nigdy nie
          bede mogla jemu nic powiedziec,przytulic sie;(a do tego doszly inne
          problemy,szwagierki skorzystaly z okazji i zabraly wszystko co mogly, po
          pogrzebie tego samego dnia dowiedzialam sie o jeszcze jednym zobowiazaniu mojego
          meza :mila syna jak mial 17 lat z ktorym nie utrzymywal kontaktow,nic nikt mi
          nie powiedzial bo podbno bylam za mloda jak sie poznalismy.Finansowo wykonczyly
          mnie(mialy ku temu sposobnosc z powodu pewnych zapisownotarialnych) bo
          stwierdzily ze ,,on zrobil z ciebie ksiezniczke my ci pokazemy jak sie
          naprawde zyje"Musialam zaczac wszystko od nowa,sama z dziecmi,jedna corka trudny
          charakter,duzo bojow,lez,godzenia sie ale to jest tak jak moj adwokat mowi ze
          czasem trzeba sie pochylic zeby sie podniesc .i podnosze sie codziennie......i
          nie jestem juz z tym wszystkim sama;)pozdrawiam wszystkie.....
    • samela_0 Re: Moja historia 10.02.09, 21:45
      ostatnio chcialam pojechac w miejce gdzie zmarl moj maz z bliska
      znajoma. Uslyszalam tylko po co?! zostawie to bez komentarza i
      pojade tam sama.
      • gosiula74 Re: Moja historia 11.02.09, 08:31
        No właśnie- po co? Ostatnio usłyszałam jak ciotka mojego mżą mówi ,ze na pewno
        pojedzie tam gdzie chłopcy zginęli ,ale pytam -po co?
        Po to ,żeby sprawdzić ,ze droga była prosta ,ze mogli jechac dalej. Brat mojego
        męża ,kiedy odbierał jego ciało był na miejscu tragedii ,był tam po trzech
        dniach ,kiedy były jeszcze widoczne ślady ,opowiedział mi wsyztsko ,chociaż też
        nie było mu łatwo( byli blixniakami) .
        Wypadek zdarzył sie ponad 600 km od naszego domu ,wiec ja pewnie nigdy tam nie
        pojadę ,zresztą nie chcę .
        Ale za to poprosiłam prokuratora o przysłanie mi akt sprawy ,chciałam zobaczyc
        zarówno protokół z sekcji (chciałam wiedzieć ,co tak naprawde było przyczyną
        śmierci męża ) ,jak i opinie biegłego , zdjęcia z wypadku ( na których tylne
        siedzenie jest niezmiażdżone- w przeciwieństwie do przednich-mąz siedział z
        tyłu) .Moze kiedyś corka zapyta mnie o to wszystko ,kiedys jak zrozumie ,że
        tatus u bozi -to tylko głupie wytłumaczeni ,ze jego naprawde nie ma
        • magdatysz Re: Moja historia 16.02.09, 18:42
          a ja wyjścia nie miałam - musiałam pojechac bo mnie wezwano na wizję
          lokalną miejsca wypadku. Mierzyłam z policją kryminalną odległości,
          sprawdzałam stan pobocza, brałam udział w całym eksperymencie
          sądowym łacznie z ustawianiem samochodów w położeniu powypadkowym -
          nawet mój chcieli użyć jako nasz poprzedni bo tez czerwony (polcjant
          sobie zażartował). Rozmawiałam z ekipą strażaków którzy przyjechali
          do usuwania plam olejów po tym jak je rozlewano na drodze. Okazało
          się że to ta sama ekipa, która nas ratowała... No cóż... 1 raz
          wystarczy - następnego nie bedzie, a drogę tą omijam szerokim łukiem
          a raz jak jechałam na wiercenia w tamtym kierunku to miłam ciarki na
          plecach - dobrze ze nie musiałam jechac dalej obok miejsca wypadku.
          Uraz pozostał do dziś mimo 4 lat.
          I powiem ci tak - jeśli nie musisz - nie jedź ale jeśli jesteś na
          100% przekonana że tak trzeba, to niech to bedzie pierwszy i ostatni
          raz kiedy tam będziesz.
          M.
          • tede5 Re: Moja historia 16.02.09, 23:46
            ... to tacy delikatni byli ci policjanci !!!... 4 - 10 -20 - chyba
            zawsze jakiś uraż będzie... zakładasz fajną kamizelkę przy
            wierceniach? :)
            • magdatysz Re: Moja historia 17.02.09, 12:40
              na ogół nie zakładam chyba że przy drodze coś robimy to wówczas tak.
              Samochód na awaryjkach i kamizelka na plecy żeby nas z daleka
              widzieli. A i tak najlepiej zeby kierowcy zwolnili to jest motyw na
              niwelator - rozstawiasz taki przy drodze i z daleka wygladasz jak
              policja z radarem :D Zawsze zwalniają :)
              A tak zazwyczaj latam w czerwonej kurtce więc chyba też widoczna
              jestem :)
              M.
              • tede5 Re: Moja historia 17.02.09, 23:50
                wiem wiem, pewnie nie na Ciebie, ale nie jeden raz na Twoich
                kolegów "po fachu" przeklinałem, chociaż cieszyłem się, ze to oni, a
                nie koledzy z suszarkami:)
                • dakota28 Re: Moja historia 19.02.09, 22:00
                  Ja jeżdżę na miejsce wypadku i nie iwdze w tym nic dziwnego.
                  Pojechałam ta na drugi dzień po wypadku, znalazłam pare rzeczy męża,
                  zabrałam i mam do dzis w torebce. Postawiłam tam krzyz i zapalam
                  znicze. Nie jestem tam czesto bo mam daleko, ale jestem i nie
                  wyobrazam sobie ze mogłoby mnie tam nie byc. Są ślady na jezdni do
                  dzis mimo ze upłynął ponad rok, są kawałki samochodu mojego męża,
                  kawałki płyt CD z jego auta. Może to masochizm, ale czuje ze musze
                  tam byc. Tam przestało bić Jego serce, serce które tak bardzo
                  kochałam i nadal kocham, serce które kochało mnie i naszego synka
                  wiec jak mogłoby mnie tam nie byc, jak mogłabym nie zapalic lamki,
                  nie zaswiecic mu swiatelka tam gdzie została jego dusza.
                  • b.wicia Re: Moja historia 19.02.09, 22:19
                    A ja unikam tego miejsca jak mogę. Jest po drodze, jak jadę do Jego mamy, 2 km
                    od Jego domu. Jadę troszkę naokoło. Ja wierzę, że On jest tam, gdzie Ja, bo we
                    mnie tkwi miłość do Niego, więc jest ciągle ze mną. Ale muszę przyznać, że
                    najlepiej, "najmocniej" czuję Go, tam, gdzie spędziliśmy pierwsze Nasze wspólne
                    lata...
                    • dakam751 Re: Moja historia 20.02.09, 12:50

                      --Mój Mąż umarł w szpitalu.Ale ja najbardziej Jego obecność czuję w
                      domu.Na cmentarzu jest Jego ciało , ale ON jest z nami.Kiedyś mi we
                      śnie tak powiedział:"Jestem zawsze z wami.Nieobecny ciałem ale
                      duchem.Kiedy wychodzicie z domu , kiedy wracacie ,kiedy
                      jecie ,śpicie , oglądacie telewizję.Zawsze".I ja w to wierzę.
                      Danka
                      • b.wicia Re: Moja historia 20.02.09, 14:20
                        jejciu,czemu mi się tak nie śni:(żaden sen, gdzie mówi do mnie jak dawniej,
                        gdzie mnie pociesza,ech. Same jakieś "koszmary"!
                        • samela_0 Re: Moja historia 20.02.09, 20:36
                          Chciala bym byc w tym mieszkaniu gdzie lezal martwy i odszedl na
                          zawsze.usiasc i powiedziec-spoznilam sie ale jestem. Kiedys mie
                          sie przysnil bo prosilam o jakis znak,ze jest,ze czuwa,ze bedzie
                          dobrze jak obiecywal. Znaku nie bylo i nie ma do dzis ale zaraz po
                          moich probach przysnil mi sie ze dostalam od niego sms-a ...Nie ma
                          mnie wsrod was ale jestem,teraz jest nas wiecej... Zastanawialam sie
                          nie dlugo co to znaczy. dostalam telefon ze wujek zmarl.Przypadek???
                          • dakam751 Re: Moja historia 20.02.09, 21:01

                          • corka.bossa Re: Moja historia 02.03.09, 10:07
                            samela_0 napisała:

                            > Chciala bym byc w tym mieszkaniu gdzie lezal martwy i odszedl na
                            > zawsze.usiasc i powiedziec-spoznilam sie ale jestem.Pięknie to napisałaś..Ja w tym mieszkaniu byłam tylko raz,jak jeszcze On tam był...Potem kilka razy,ale pod drzwiami-palić świeczki..
                            • jucha32 Re: Moja historia 04.03.09, 21:03
                              Przeczytałam każdą jedną historię i serce mi się kraje. Tyle w tym wszystkim
                              bólu, cierpienia i rozpaczy. Wciąż nasuwa mi się pytanie: dlaczego?. Wiem, że
                              nie ma na nie odpowiedzi, ale ono ciągle jest
                              w mojej głowie.
      • martuskad Re: Moja historia 26.03.09, 17:34
        Jeżeli czujesz,że tego potrzebujesz to jedz!Ja bywam w każdą sobote
        na miejscu wypadku mojego męża.Byłam tam rownież wtedy gdy zginął
        Wojtek,widziałam go w tym samochodzie,był taki spokojny jakby
        spał.Nigdy bym nie uwierzyła w jego śmierc gdybym go nie
        widziała.Ale ten obraz będe miała przed oczami do końca życia.
    • justynakm1 Re: Moja historia 06.04.09, 14:59
      na forum trafiłam dzięki Kasik222, dziękuje Kasiu! Poczatkowo
      myslałam,ze nie jest dla mnie bo nie byłam ani żoną, ani mamą - ale
      wiem, ze jest, bos traciłam ukochanego meżczyzne.Oto nasza historia:
      Poznałam Kubusia juz po stuciach, konczyłam pisac pracę mgr.
      Poznalismy się przez internet, to ja Go zaczepiłam. Z mojej strony
      to była miłość od 1 wejrzenia, Kuba był wymarzonym mężczynza-5 lat
      starszy, wysoki, blondyn, mezny, niebieskie oczy, lekarz,
      energiczny, radosny. Totalna miłosc, takze z Jrgo strony, wyznał mi
      ją 3 dnia. Po wspaniałym, choć czasem niełatwym roku, Kubus mi się
      oświadczył - wielka radość w obu rodzinach, my zakochani, do dziś
      pamietam walnetynki 2007 gdy w internecie szukaliśmy zespołów na
      wesele. Plany na ślub we wrześniu 2007, sala, kościół, moja cudowna
      suknia śłubna. I zaczyna się koszmar: Kuba coraz gorzej sie czuje,
      nie potrafią Go zdiagnozowac nawet najlepsi profesorowie. Zołtaczka,
      operacja pod koniec lipca- wynik: nowotwór dróg żólciowych 2 stopnia
      (z tego typu raka podpbno się nie wychodzi, ale ja wierzyłam do
      konca). Zaczyna się walka, chemie, bez rezultatu, ale zycie toczy
      sie w miarę normlanie. Kuba jest wspaniały, bohaterski choć też
      trudny od bólu i cierpienia. Jako lekarz wiedział i rozumiał więcej-
      niestety. Nadchodzi wiosna, spotykamy sie ze znajomymi, jest prawie
      normalnie. W sierpniu jestesmy na slubie mojej przyjaciolki, Kuba
      wyglada pieknie - przyszly wyniki badan-nie ma guza!!!!!!!
      wyjezdzamy na najcudoweniejsze wakacje, czas, ktory jest moim
      najwiekszym skarbem- po powrocie, ok miesiaca, Kuba zaczyna chudnac
      i pojawia sie zoltaczka. I zaczyna sie walka. Lekarze wiedza, ze to
      nawrót, nie chcą ponownie operować (nie daruje im tego), Kuba
      chudnie, zólknie, jest coraz gorzej. Nie chce opisywać szczegółow bo
      były to najstraszniejsze miesiące naszego zycia. Ale wlaczymy, ja
      sie nie poddaje dla Niego,a On dla mnie... mamy plany, wierzymy, ze
      kiedyś z Maksiem (naszym synkiem, którego nigdy mieć nie będę)
      zwiedzimy cały świat. Wreszcie choroba przybiera straszny obrót,
      Kuba o mały włos nie umiera, cudem Go uratowano.
      Odchodzi 4 marca, w nocy, byłam z NIm do końca, ja i jego mama
      trzymałysmy Go za rękę... Straciłam miłośc mojego życia, mojego
      przyjaciela, opiekuna, nauczyciela, powiernika, moją połówkę...
      kchałam Go nad życie, był moją iskierką, radościa, całym światem - o
      czym zawsze mu mówiłam! Był moją dumą, chwalą, uczyłam się od Niego
      tej szlachetności, której jest coraz mniej, odwagi do swojego
      zdania. Podarował mi bezwarunkową i cudowną miłość, wiedziałam, ze
      nie widzi świata poza mną... a teraz jest pustka, smutek, żal,
      tęsknota.... i jak żyć, gdy moje seduszko nie ma dla kogo bić?
      • aniawdowa Re: Moja historia 06.04.09, 16:01
        Przeczytałam Twoja historie :-( łączy na tu na forum to ze każdy utracił
        ukochana osobe więc jestes jedną z nas i dobrze ze Kasik222 poleciła ci wejscie
        tutaj..mi forum bardzo pomogło w najtrudniejszym okresie, zawsze znajdzie sie tu
        ktos kto chce porozmawiać.
        • dario5555 Re: Moja historia 07.04.09, 01:04
          Droga Justyno przez osiem miesięcy opiekowałem się nowotworowa żoną
          i walczyłem o jej życie. Zaczęło się to mniej więcej tak w połowie
          lutego ur. zaczął Anie bolec brzuch wiec wysłałem ja do lekarza bo
          Ania zazwyczaj wolała się położyć i pospać niż brać jakąś tabletkę
          np od bólu głowy. Lekarz rodzinny zrobili badania podwyższone
          nieznacznie OB jednak brzuch dalej boli skierowanie na oddział
          wewnętrzny, tu seria badan i dowiadujemy sie najgorszego nowotwór
          złośliwy z przerzutami. Dostajemy skierowanie do Warszawy do
          Centrum Onkologii tego samego dnia wsiadam z Ania do nocnego
          autobusu i prawie osiem godzin tłuczemy się do stolicy jedziemy z
          nadzieja ze nas przyjmą zrobią jakąś operacje może chemie i znów
          szczęście zawita w naszym domu jednak po odczekaniu na poczekalni
          kilku godzin dowiadujemy sie ze nic z tego w Warszawie leczyć nas
          nie będą sa bliżej placówki oni całej Polski leczyć nie mogą
          (pomimo wcześniejszych rozmów z ordynatorem oddziału wewnętrznego)
          jedynie co mogą zrobić to przeanalizować i za tydzień mamy
          przyjechać na konsultacje. Ok nie tracę nadziei telefon w dłoń
          szukam dalej w piątki sa konsultacje w Szczecinie jest bliżej bo
          tylko albo az 120km tłuczemy sie do domu przeszło 7 godzin
          pociągiem padamy ze zmęczenia nazajutrz rano jedziemy na
          konsultacje do Szczecina tu traktują nas w miarę normalnie ustalamy
          termin operacji i przyjęcia na chirurgie. W międzyczasie jedziemy
          do W-wy na konsultacje nie mówią nam nic więcej poza to co
          potrafimy wyczytać z wypisu. Zawiedzeni wracamy do domu. Po
          operacji w Szczecinie mamy nadzieje ze teraz tylko chemia i będzie
          coraz lepiej. Ustalamy termin przyjęcia na Chemie Ania znosi ja
          dzielnie 1,2,3 chemia badana kontrolne i złośliwiec zamiast sie
          zmniejszać on sie powiększa (lekarze myślą nad zmiana chemii)
          zaniepokojony szukam dalej nawiązuje kontakt w Poznaniu sam jeżdżę
          i dzwonie do onkologów jak również jedziemy na konsultacje do
          Bydgoszczy (tu polecają leki nierefundowane) jedziemy również do
          Ojców Bonifratrów po zioła. Myślałem szukałem wałczyłem
          dowiadywałem się o badania kliniczne w jednych brała udział.
          Walczyłem o Avastin - lek nierefundowany przez NFZ i go wywalczyłem
          nie było to łatwe ani proste lek kosztuje na zachodzie 1500 ojro u
          nas przeszło 8,5 tys. zł. Pod koniec września zawiozłem Anie na
          kolejna chemie do Szczecina mieli podać tez już chyba po raz 3
          avastin podczas badan miała gorsze wyniki jednak nie był to
          pierwszy raz wiec myślimy podadzą krew potas i później chemie i
          będzie wszystko ok. w sobotę kilka godzin siedziałem z Ania w
          szpitalu w niedziele również zona słabiutka lekarze myślą nad jakąś
          pomocą może znów operacja ale o tym mieli zadecydować w
          poniedziałek. W poniedziałek rano przyjeżdża teściowa i wspólnie
          jedziemy do Szczecina na rogatkach Szczecina odbieram telefon
          dzwoni lekarz ze szpitala mówiąc że ma dla mnie najgorszą wiadomość
          pańska żona nie żyje zatrzymujemy auto dzwonie do rodziców sms-y do
          rodziny rozmowa telefoniczna z kolegą księdzem wsiadamy do auta
          jedziemy do szpitala pozałatwiać formalności wchodzimy na sale Ania
          już na wózku w czarnym worku proszę pana by dal nam czas na
          pożegnanie się Czy czegoś jeszcze nie zrobiłem a mogłem zrobić?
          Wyłem do Boga wiele razy dziennie by Anie uzdrowił. Obecnie
          wychowuje 3 letniego synka. Próbuje poukładać puzzle mego życia nie
          jest to ani proste ani łatwe fakt mam wsparcie Boga i zapewne
          Anioła Stróża jak i Ani. Z jakim skutkiem mi to wychodzi ja bym
          napisał mizernym chociaż niektórzy znajomi twierdza ze mnie
          podziwiają wiec zdania sa podzielone
      • smutniutka21 Re: Moja historia 08.04.09, 14:19
        Justyna, doskonale wiem co czujesz… czas nie goi ran jak mawiają niektórzy, on tylko pozwala się do nich przyzwyczaić… a one ciągle bola, jakby na nowo rozdrapywane… raz wydaje ci się, że wszystko będzie dobrze, ze dam sobie jakoś radę, ze pokonam ból i ze będę potrafiła stawić czoła okrutnemu losowi, że spojrzę mu w oczy kiedy znów za chwil kilka wszystko powraca… po śmierci Krzysia rzuciłam studia, nie mogłam zostać w mieście, które mi go na zawsze odebralo, nie mogłam przechodzić kolo kamienicy w której mieszkał i w której zginął… bardzo pomogli mi moi rodzice, siostra i jego rodzice z którym na bieżąco utrzymuje kontakt, z którymi ciągle czasem wylewam łzy tęsknoty i smutku… chodzę do psychiatry, zmieniłam otoczenie, wyjechałam na studia… teraz prowadzę anonimowe życie, nikt nie zna tu „mojej historii”, czasem ktoś zapyta „Basia coś ty znowu taka ponura?” wówczas uśmiecham się tylko smutno i wzruszam ramionami, by w mieszkaniu znów móc sobie popłakać w poduszkę – bo to pomaga. Justyś przytula cię mocno bo wiem jak tego bardzo potrzebujesz… nie słów pocieszenia, bo takich nie ma… zwykłego przytulenia, wysłuchania i wypłakania się komuś w ramię… <przytul>
    • justynakm1 Re: Moja historia 08.04.09, 12:51
      Wszytskie historie łamią serce... ja ciągle analizuję operację, ze
      prof nie był zbyt radykalny choc wiedział;, ze przy tego rodzaju
      nowotworze chemia nie pomaga. Ze przy nawrocie zupełnie nie chciał
      pomóc, podjąc ryzyka. Ze trzymali Kubusia w szpitalu troszkę bez
      sensu, lecząc Go kroplówkami! Ciągle jest co by było, gdyby.... i
      ten żal, że się nie uadło, choć zrobiliśmy wszystko i
      skonsultowaliśmy się z każdym możliwym profesorem..
    • martuskad Re: Moja historia 16.04.09, 18:22
      Moja historia nie rozni sie pewnie zbyt bardzo od waszych.Ta noc
      sylwestrowa była dla mnie taka jak kazda inna dlatego ze złapałam
      grype prawie dwa tygodnie wcześniej i leżałam w łóżku na lekach wiec
      zabawa sylwestrowa odpadała.O godz 21.30 leżelismy juz w łozku,ale
      moj mąż nastawił budzik na 23.50 abysmy złożyli sobie życzenia(do
      dzis mam wyrzuty sumienia ze go wtedy obudziłam).Po północy Wojtus
      posiedział na kompie a ja najzwyczajniej w świecie połozyłam sie
      spac.Ok.3 usłyszalam tylko jak mowi,ze wychodze pod blok,za 20min
      wroce.A ja dalej spałam.Dlaczego go nie zatrzymywałam???DLACZEGO?O
      godz 4.30 zadzwonił do mnie moj tesc i najzwyczjniej w swiecie
      powiedział mi "Wojtek nie zyje"i sie rozłączył.Caly czas mam zal za
      to do niego.Wiec nie wiele myslac zadzwoniłam na policje i
      zbluzgałam ich za to ze mnie nie powiadomili,a po drugie chciałam
      wiedziec gdzie?co i jak?
      po paru minutach przyjechał do mnie moj szwagier i pojechalismy na
      miejsce wypadku.On nadal tam był,siedział za kierownica.A
      ja....zreszta same wiecie....nic dodawac nie musze.Jeszcze dwie
      godziny przy nim tam siedziałam.
      Cały swiat mi sie zawalił!Zostały mi tylko dzieci i rodzice.Bo
      reszta to tylko myslała co zrobic z rzeczami "po Wojtku",nikt nie
      pomyslał ze to moje,aj szkoda gadac.
      Nawet pomnik i kwiaty na cmentarzu im nie odpowiadaja.A ja zrobiłam
      sie teraz tak strasznie wrazliwa ze az mnie to przeraza.

Nie masz jeszcze konta? Zarejestruj się


Nakarm Pajacyka