O, Boże! Nigdy - ku rozpaczy mojej mamy, babć i dziadków, którzy twierdzili, że należy znać język "wroga" - nie chciałam uczyć się niemieckiego. Nie z powodu jakichś uprzedzeń, ale z powodów estetycznych. Dziś tego żałuję, ale cóż poradzę, że język Goethego był mi jak... szczekanie psa
Być może to piętno, stygmat, pozostałość po ukończonej szkole muzycznej?
Trochę się tego wstydzę...boć przecie Mozart, Haydn, Beethoven, Mahler, Wagner, itd...
Nie przeczę, życie często zmusza do czynienia tego, co nam niemiłe, obce...
Dziś potrafię porozumieć się po niemiecku na poziomie podstawowym. Na więcej - nie mam ambicji. Wystarczy mi angielski, francuski, włoski, hiszpański, rosyjski...
Lubię, czy nie lubię Niemców? Durne pytanie! Równie dobrze mogłabym zapytać: lubię czy nie lubię Polaków?
Są rzeczy, które u Niemców szanuję, podziwiam, cenię, Są i takie, których nie cierpię, którymi pogardzam, których normalnie, po ludzku - nie lubię. Z tym, że to dotyczy także każdej innej nacji, nie wyłączając własnej.
Jedno wiem: nie toleruję fanatyzmu! Nie toleruję głupiej, zajadłej obrony wszystkiego, co "moje". Nie toleruję gnojenia wszystkiego, co niezgodne z "moim", tak po prostu, tak dla zasady. Tak dla udowodnienia (głównie sobie), że moje wybory były najlepsze.
Wiem, rozumiem: przyznać się do popełnienia choćby drobnego błędu, dla niektórych jest bolesne, ale... wbijanie sobie do głowy własnej nieomylności... to już nie tylko głupota. To... harakiri!