sorel.lina
25.04.19, 09:13
Natknęłam się na artykuł Brytyjczyka, Christiana Daviesa. Wywołał u mnie refleksje. Niekoniecznie radosne...
Oto fragmenty:
Jako Brytyjczyk, który miał okazję spojrzeć na swoją ojczyznę oczami Polaków, jestem bardzo ostrożny w idealizowaniu kraju, który polscy imigranci zastali. Na Wyspach usługi publiczne często, ale nie zawsze, funkcjonują lepiej niż w Polsce. Biurokracja jest jednak tak samo uciążliwa. A Brytyjczycy sami w sobie, często uprzednio przez Polaków idealizowani, okazali się dla nich kompletnym szokiem: niejednokrotnie są to nieudolni ignoranci, pijący, tłumiący swoje emocje, bez żadnego poczucia historii, tożsamości czy rodziny.
„Podziwiałem Brytyjczyków, zanim nie zacząłem żyć pomiędzy nimi” – to słowa mojego polskiego przyjaciela po jego krótkim pobycie w Bristolu. Aktualnie pracuje w branży finansowej w Warszawie
Ludzie wyjeżdżali ze względu na edukację, miłość, ambicję, a także w poszukiwaniu nowych wrażeń. Niektórzy zakładali rodzinę, inni biznes. Wielka Brytania z pewnością przyciągnęła
sporą liczbę polskich hydraulików i pracowników fizycznych, ale na emigrację zdecydowali się również artyści, muzycy, przedsiębiorcy, szefowie kuchni i inni. Jeśli ktoś myślał o „alternatywnym stylu życia”, należał do mniejszości LGBT, poszukiwał odpowiedniej dla siebie subkultury, z łatwością mógł znaleźć ją w Wielkiej Brytanii.
Czasami te motywacje miały też wymiar negatywny, ludzie po prostu uciekali. Uciekali z małych miast i wsi, gdzie na wszelkie ambicje patrzono krzywo. Uciekali od polskiego konserwatyzmu, homogenizmu i konformizmu. Odcinali się od sąsiadów, polityków, od uprzedzeń, znudzenia i rozłamów trawiących ich rodziny. Zostawiali za sobą Kościół.
„Uwielbiałam mieszkać w Londynie, podobała mi się różnorodność, pamiętam, że czułam się tam naprawdę wolna” – Renata, lat 42, przeprowadziła się do Wielkiej Brytanii ze Śląska w 1999 roku, a swoimi spostrzeżeniami podzieliła się ze mną na potrzeby artykułu o Polakach w Wielkiej Brytanii, który pisałem dla „The Guardian". „Wszyscy mieli prawo być po prostu sobą, wyglądać wedle własnych upodobań, żaden kolor skóry, żadna religia nie były problemem. Pamiętam, że czułam wtedy, że to jest moje miejsce, to jest to, czego szukam”.
Podczas pobytu w Londynie urodziła syna, jednak po rozstaniu z partnerem w 2013 roku przeniosła się do małego miasta w Northamptonshire, hrabstwa w środkowej części kraju z dużym wskaźnikiem osób, które poparły brexit w referendum w 2016 roku.
„Głosowanie dotyczące brexitu odbyło się, gdy wiodłam spokojne życie jako samotna matka, w małym miasteczku zamieszkanym głównie przez białe osoby. Pamiętam, że obudziłam się w środku nocy, aby sprawdzić wyniki głosowania, i doznałam szoku, widząc, że ludzie poparli brexit. Dostałam mdłości. Nie mogłam uwierzyć, że Brytyjczycy nie chcą dłużej być częścią czegoś, co dla mnie i moich przyjaciół było tak wspaniałe, co wydawało się dobre dla kraju, który stał się moją drugą ojczyzną”.
Renata bardzo dobrze pamięta poranek po głosowaniu w czerwcu 2016 roku, kiedy spotkała się wraz z innymi polskimi rodzicami przed szkołą swojego syna. Angielscy rodzice przemykali wtedy koło nich, unikając kontaktu wzrokowego.
„Ludzie byli w głębokim szoku. Starali się nie patrzeć na grupę obcokrajowców, nie wiedzieli, jak się zachować. Emocje buzowały. Nadszedł wrzesień i zdałam sobie sprawę, że mnóstwo polskich rodzin zdecydowało się na powrót do kraju”.
“Bardzo trudno jest prowadzić szczęśliwe życie, czując, że nie jest się tu mile widzianym. Niepewność nie pomaga. Świadomość, że rasizm, ksenofobia i agresja są dzisiaj powszechnie akceptowane, napawa mnie głębokim smutkiem. Boję się o przyszłość mojego dziecka. Serce mi się kraje”.
cdn.