wezyronly
02.08.10, 11:55
Ładny artykuł. Tylko - obraz pani od przyrody nie do końca jest prawdziwy. Mam
takie wrażenie, że media kreują czyjś obraz zgodnie z zapotrzebowaniami - nam
samym brakuje pasji na co dzień, nasze życie ogranicza się tylko do walki z
codziennością, praca jest przekleństwem, chętnie więc poczytamy o kimś, komu
tego wszystkiego udało się uniknąć. I kto dzięki takiemu życiu stał się
postacią niemal kryształową stać go na odwagę walki z hipokryzją... Otóż nie
do końca tak jest. Lata całe prowadziłam w zaprzyjaźnionym biurze podróży
niemieckie i polskie grupy kajakowe i rowerowe - głównie na terenach
północno-wschodniej Polski, także Litwy. I oto któregoś razu jeździłam sobie
na rowerze z liczną grupą młodzieży niemieckiej wraz z opiekunami. W planie
była także wycieczka na bagna biebrzańskie, na których zdarzyło mi się być
kilkakrotnie. Dla grupy miała to być sensacja, rzecz niezwykła, a moje
opowieści nadawały sprawie wręcz atmosfery wyjątkowości... Przyjechaliśmy na
rowerach do Grzęd, zakupiliśmy bilety wstępu do parku, wysłuchaliśmy wykładu o
tym, czego nie wolno robić (niemal wszystkiego...), moja grupa w przekonaniu,
że nie narusza żadnych zasad na rowerkach powoli jechała w upalny dzień
parkowym szlakiem, po którym, jak nas uprzedzono, poruszać się mogą tylko
piesi i rowerzyści. Przysiedliśmy na chwilę koło ścieżki. I tu nagle upalną
ciszą zakłócił dźwięk niezwykły - moi uczestnicy, pomni wszelkich parkowych
przestróg, popatrzyli na mnie ze zdumieniem, ja także nie wierzyłam własnym
uszom... Uwierzyłam oczom. Bo oto zza zakrętu wynurzył się ogromny, ryczący
autobus. Nawet nie zwalniając na widok rowerzystów, przemknął obok nas,
wzniecając tumany kurzu - z tyłu znajdowała się ogromna przyczepa pełna
rowerów. Jedyne, co zdołałam wyjąkać, to to, że nic nie rozumiem... Kiedy kurz
opadł, ruszyliśmy powoli dalej. Nie ujechaliśmy daleko - autobus zatrzymał się
w cieniu, wysiadali z niego uczestnicy - także Niemcy, kierowca właśnie
wypakowywał rowery, panował gwar i rozgardiasz. Na mój widok zażartował: -nie
dokuczają wam muchy? - Odparłam, że muchy nie są straszne, ale bardziej
szokuje nas taki pojazd w tym miejscu. I wówczas zza autobusu wyskoczyła jakaś
panienka - jak się później okazało, pani Ramotowska. I zaczęło się: -jak pani
śmie wjeżdżać tutaj na rowerach z grupą, zadeptała mi pani ślady wilka, a
grupa hałasuje! - Przyznam się, że mnie zamurowało. Odparłam, że jeśli moja
grupa hałasuje, to na pewno nie tak, jak pędzący autobus, który zapewne dużo
skuteczniej zatarł ślady wilka już choćby z tego względu, że jechał pierwszy.
Panią Ramotowską dotknęło to do żywego - zapowiedziała, że złoży na mnie
skargę w dyrekcji parku - nie chciała jednak wyjaśnić, co będzie powodem owej
skargi. Moi uczestnicy byli przerażeni, zdumieni - nie podejmowałam się
tłumaczenia, o co chodzi. Przecież byliśmy na terenie rezerwatu ścisłego.. I
tan autobus? Jakże to... Ruszyłam dalej z moją grupą, nie chcąc przeciągać
niemiłej sceny, bo było mi po prostu wstyd. Pani w leśniczówce w Grzędach
skomentowała tę sytuację jednoznacznie: - to niesympatyczna kobieta i nikt jej
nie lubi.- Nic dziwnego...
Ja nie będę komentować tego, co oczywiste. Ale podobno pani Ramotowska z
hipokryzją walczy... Ale jak ma się jej miłość do przyrody do faktu, iż
wjeżdża ogromnym autobusem z grupą na teren ścisłego parku? I pomstuje na
rowerzystów, którzy jej ślady wilka zadeptują jadąc za owym autobusem... Nie
pierwszy raz odniosłam wrażenie, że ten park - to tylko dla niektórych...