Dodaj do ulubionych

lager laband

29.01.04, 19:27
kto z wos mo jakes wiadomosci zwionzane ze lagrym we Laband?

idzie mi o kozdy z nich i we kozdym okresie czasu
Obserwuj wątek
    • laband Re: lager laband 29.01.04, 19:42
      Oboz we Laband

      ""znany z uwolnienia z nich przez staroste w Strzelcach Opolskich Zygmunta
      Nowaka 13 sierpnia 1945 r. 1,2 tas. Slazakow. Wiezniowie demontowali
      nowoczesna hute "Hermann Göring", wywozona do ZSRR. Ofiary smiertelne
      powodowane byly przez wypadki przy pracy, a takze choroby. Czesc osob
      zwolniono 1 czerwca 1945 r. Zwolnienie 13 sierpnia bylo o tyle istotne, ze
      oboz znajdowal sie w likwidacji, a wiezniowie mieli byc po 13 listopada
      wywiezieni do Rosji."
    • laband Re: lager laband 29.01.04, 19:53
      "Wedlug jakich podzialow terytorialnych i kompetencyjnych kierowano do obozow?
      Do malych obozow trafiala miejscowa ludnosc. Osoby podejzane o przeszlosc
      nazistowska przechodzily przez lokalne izby przesluchan, trafiajac nastepnie
      do wiezien powiatowych, a dalej do obozow centralnych. Nie zawsze reguly sa
      tak jasne. Z powiatu raciborskiego, gminy Rogow wiele osob wyslano do obozu w
      Rybniku i Oswiecimiu. Z powiatu gliwickiego - do Glubczyc i Oswiecimia. Osoba
      aresztowana w Chorzowie wyslana zostala, po przesluchaniach, do wiezienia w
      Katowicach, gdzie badali ja Rosjanie, a po 2 miesiacach do obozu w Bytomiu,
      gdzie wiezniow podzielono na 2 grupy, kierujac ich do obozow w Labedach i
      Toszku"
    • laband Re: lager laband 29.01.04, 19:55
      "Labedy (Laband)

      W obozie gromadzono w nim do wywozu mezczyzn z Chorzowa. Ogolem przejsc mialo
      przez niego okolo 50 tys. ludzi.Nie jest jasne przejecie przez wladze polskie
      i dalsze funkcjonowanie."
    • laband Re: lager laband 29.01.04, 20:36
      A sam jeszcze jedyn cytat, tym razym po niymiecku, kery zahaczo o oboz we
      Laband:

      "Kaum daß die Front über die Städte und Dörfer hinweg gerollt war, wurde an
      den letzten beiden Januartagen im Westteil des Reviers Bekanntmachungen der
      Sowjetarmee ausgehangen. Alle Männer zwischen 18 und 50 Jahren wurden
      aufgefordert, sich bei ihren Arbeitsplätzen in den Gruben und
      Handwerksbetrieben einzufinden. Wer dem nicht nachkommen werde, war zu lesen,
      dem drohe die Todesstrafe. Viele Jugendliche und Männer wurden daraufhin
      festgenommen oder aus ihren Wohnungen herausgeholt und zu Sammelplätzen
      gebracht, wie es für Beuthen beispielsweise die Karsten-Centrum-Grube im
      Westen der Stadt war, von wo aus die Internierten nach Laband marschierten und
      dort in Viehwaggons steigen mußten. Was die Mütter, Ehefrauen und Kinder nicht
      wußten - alle dort Internierten waren Kandidaten für die Zwangsarbeit in den
      Gruben des Donbass’ oder Sibiriens. 25.000 bis 35.000 Oberschlesier, schätzen
      polnische Historiker, wurden von den Sowjets in den ersten Wochen nach der
      Eroberung des Reviers zusammengetrieben und zwangsverschleppt. Aus Miechowitz
      gingen mehr als 900 Männer den ungewissen Weg in den Osten, aus Gleiwitz waren
      es über 600, Rokittnitz 456, Stollarzowitz und Trockenberg 328 - die Liste
      ließe sich fortführen."
    • laband modlitwa za "internowanych" Slanzokow 29.01.04, 20:43
      "GLIWICE ŁABĘDY
      6 marca w parafii św. Jerzego w Gliwicach Łabędach bp ordynariusz Jan
      Wieczorek przewodniczył Mszy św. w intencji osób internowanych z obozu
      przejściowego w Łabędach w 1945 roku.

      Po 58 latach od wywózki Ślązaków na Wschód, o tamtych tragicznych wydarzeniach
      można już mówić otwarcie. Czas leczy rany, ale niestety zaciera także pamięć.
      Wiele faktów trudno już dzisiaj odtworzyć. Stąd różne inicjatywy, by
      kształtować świadomość przeszłości i nie zamazywać historii.

      - Naszą modlitwą chcemy objąć wszystkich zmarłych internowanych, zaginionych
      pod koniec II wojny, szczególnie w roku 1945 - mówił we wstępie do Mszy św.
      ks. proboszcz Antoni Pleśniak - Większość naszych starszych parafian pamięta,
      że na terenie Łabęd był obóz, do których przywożono ludzi z całego Śląska,
      później deportowano ich na Wschód. Wielu z nich już nie wróciło. Chcemy o nich
      pamiętać, chcemy ich polecać Bogu, by otworzył dla nich bramy życia wiecznego,
      by przyjął ofiarę ich życia.

      Modlitwą w Łabędach objęli zostali ci, których pochłonęła ziemia na Wschodzie,
      ale także ci, którym dane było powrócić. Różne podawane są liczby
      wywiezionych, liczone w dziesiątkach tysięcy, z których z powrotem - zupełnie
      wycieńczona i wygłodniała wróciła zaledwie garstka. - W tym kontekście
      przywołujemy na pamięć te straszne wydarzenia II wojny i wydarzenia pofrontowe
      związane są z ofiarami i cierpieniami, które dotknęły tyle rodzin na tej ziemi
      śląskiej - mówił bp ordynariusz Jan Wieczorek. Podczas homilii Ksiądz Biskup
      podzielił się własnymi wspomnieniami z tamtego okresu: "Gdy wrócił mój ojciec,
      a miał szczęście, że wrócił, matki nie było w domu. Baliśmy się go wpuścić,
      bośmy go nie poznali, choć żegnałem go jako jedenastoletni chłopak. Zawsze,
      gdy czytam Ewangelię i werset: "Przyszedł do swoich, a swoi go nie przyjęli",
      widzę tę scenę".

      Obóz w Łabędach był jednym z trzech, obok Mysłowic i Oświęcimia, skąd wywożono
      Ślązaków na Wschód. Oprócz tych miejsc stworzono jeszcze liczne podobozy. Stąd
      ludzie trafiali głównie do kopalń Zagłębia Donieckiego na Ukrainie, w
      mniejszej liczbie na Białoruś, Ural, do Kazachstanu i Zachodniej Syberii.
      W "Historia Śląska" wydanej w 2002 roku przez Uniwersytet Wrocławski pod
      redakcją Marka Czaplińskiego tak komentowane są te wydarzenia: "Miedzy
      styczniem a marcem 1945 roku władze radzieckie dokonywały masowych aresztowań
      miejscowych mężczyzn i osadzeń w specjalnych obozach. Formalną podstawą tych
      działań była zgoda konferencji jałtańskiej na wykorzystanie przez Związek
      Radziecki przymusowej pracy ludności jako formy reparacji, a także wydany już
      w trakcie trwania operacji rozkaz z 6 lutego 1945 roku o internowaniu
      wszystkich Niemców od 17 do 50 roku życia. Część tej ludności została
      deportowana do Związku Radzieckiego jako robotnicy przymusowi. W praktyce o
      aresztowaniach decydowało kryterium przydatności jako siły roboczej, z
      większym baczeniem organów radzieckich na wiek i kwalifikacje niż narodowość i
      obywatelstwo. Dlatego zatrzymania (...) dotknęły mieszkańców podbijanej
      Opolszyzny, lecz także przedwojennego polskiego Górnego Śląska i Zagłębia
      Dąbrowskiego".

      Do dziś nie ma wiarygodnych statystyk, nie wiemy ile osób - także młodocianych
      i kobiet, zostało wywiezionych. Przypuszcza się jednak, że z grona
      przymusowych robotników z Górnego Śląska powróciło około 20 proc. Część z nich
      jednak umierała wkrótce po powrocie, na skutek wycieńczenia i nieznajomości
      zasad żywienia po tak długim okresie głodu. Ci, co przeżyli, zwykle nie
      chcieli opowiadać o tym, co przeszli.

      O internowaniu swoich ojców mówią gliwiccy biskupi:
      Bp ordynariusz Jan Wieczorek
      Mój ojciec Piotr Wieczorek został zabrany z Bodzanowic k/Olesna i pieszo
      prowadzony do Pyskowic (około 70 km), a stamtąd do obozu przejściowego w
      Łabędach. Tutaj krótko pracował przy rozbiórce jednej z fabryk, potem przy
      budowie szerokotorowej linii kolejowej. Następnie został wywieziony do
      Szepietowki na Ukrainie, skąd skierowano go do Dniepropietrowska, gdzie jako
      cieśla pracował przy budowie elektrowni. Czasem pracował też na polach, na
      których można było po kryjomu dożywić się jarzynami. Oczywiście skwapliwie
      korzystał z takiej możliwości. Gdy wyruszał ze Śląska na te przymusowe roboty,
      zabrał ze sobą z domu maszynkę do strzyżenia włosów. To również pomogło mu
      przeżyć wygnanie. Opowiadając o swym pobycie na Sybirze podkreślał dobroć
      bardzo ubogich ludzi miejscowych, którzy niejednokrotnie obdarowywali
      żywnością tych z daleka przywiezionych przymusowych pracowników. Gdyby nie
      otrzymywali tej pomocy, to zginęliby z głodu i wycieńczenia. Do domu nie
      powróciłoby o wiele więcej wywiezionych niż to miało miejsce.

      Bp Gerard Kusz
      Mój ojciec, Wiktor, wraz z braćmi posiadał garbarnię "Spółka Bracia Kusz", w
      której m.in. wyrabiano skórzane pasy dla wojska. Po wybuchu II wojny światowej
      wszyscy bracia Kusz zostali powołani do Wehrmachtu oprócz ojca, pozostawionego
      w domu dla dalszego produkowania skórzanych wyrobów, niezbędnych wojsku. Tak
      więc garbarnia działała w Dziergowicach aż do wkroczenia wojsk radzieckich.
      Wszystkie zapasy skóry i gotowych wyrobów zostały zabrane przez Rosjan, a
      garbarnię zamknięto. Podobnie jak w Łabędach, Czechowicach i innych
      miejscowościach Śląska, w lutym 1945 roku wszystkich mężczyzn z Dziergowic
      powołano - rzekomo na 2 tygodnie - do wykonywania jakichś prac. Wśród nich
      znalazł się też mój ojciec. Został on umieszczony w obozie w Łabędach i stąd
      wywieziony na Sybir. Był w Dniepropietrowsku, gdzie jako robotnik pracował w
      fabryce amunicji im. Woroszyłowa. Pewnego dnia na żądanie kierownika dobrze
      wykonał jakieś prace stolarskie. Odtąd już był zatrudniony jako stolarz i
      częściej otrzymywał lepsze, a może i obfitsze jedzenie, nawet warzywa. Tam też
      sporządził sobie - a prawdopodobnie i kolegom - drewnianą łyżkę, by mieć
      własną na swój użytek. W 1948 roku został zwolniony i wraz z innymi Ślązakami
      przetransportowany na teren Niemieckiej Republiki Demokratycznej. Dopiero
      stamtąd powrócił do domu w Dziergowicach. Wyrzeźbioną przez siebie łyżkę
      przywiózł do domu na pamiątkę, gdyż - jak mawiał - łyżka ta uratowała mu
      życie."

    • laband kerhof sw. Jerzego 29.01.04, 20:47
      "Historia:
      Kościół parafialny, konsekrowany przez kard. Adolfa Bertrama 24 czerwca 1939
      r., wybudowano w latach 1938-39 staraniem ks. prałata Józefa Kubisa z Opola i
      miejscowego proboszcza, ks. Emanuela Maleiki. Data konsekracji kościoła jest
      jednocześnie datą erygowania kuracji św. Jerzego. Teren parafii wydzielono w
      całości z terytorium parafii Wniebowzięcia NMP.
      Z historią parafii ściśle łączy się tragizm wielu mieszkańców Śląska. Pod
      koniec II wojny światowej, w lutym 1945 r., władze sowieckie utworzyły tu dla
      nich obóz zbiorczy. Z tego miejsca wywieziono w głąb ZSRR kilka tysięcy
      Ślązaków, a na skraju lasu, za kościołem, zlokalizowano cmentarz, na którym
      grzebano zmarłych w obozie jeńców."
    • laband Re: lager laband 29.01.04, 21:05
      "Około 1700 ofiar
      Mimo, że od zakończenia II wojny światowej minęło już 54 lata, wciąż ujawniana
      jest prawda o nieludzkich obozach hitlerowskich i radzieckich i ciągle
      odkrywane są nowe ślady okrutnych zbrodni. Na Śląsku mniej lub bardziej znana
      jest prawda o istnieniu obozu NKWD w Toszku, a także obozu obok huty w
      Gliwicach - Łabędach, gdzie internowano Ślązaków, których już po zakończeniu
      działań wojennych w 1945 roku wywieziono do kopalni na terenie ZSRR.

      Raczej nieznana dotychczas była historia obozu NKWD, który znajdował się w
      1945 roku na terenie samej Huty Łabędy. Dzieje tego obozu opisał ostatnio ks.
      Gerold Schneider, jedna z ofiar tego obozu. Książka wydana w 1998 roku przez
      Katolicki Benno - Verlag nosi tytuł: "Vergangenheit, die nicht vergehen will"
      (Przeszłość, która nie chce ulec zapomnieniu).

      Autor wspomnień, mając 17 lat w styczniu 1945 roku przeżywał wkroczenie wojsk
      radzieckich na teren Dolnego Śląska, ściśle do Kożuchowa (ówczesnego
      Freystadt). Wychowany został w rodzinie głęboko religijnej i katolickiej,
      zawsze nastawionej antyhitlerowsko. Ojciec był organistą w tamtejszym
      kościele. Fakt wkroczenia żołnierzy radzieckich uważano za prawdziwe
      wyzwolenie od hitlerowskiego terroru Okazało się jednak, że brunatny terror
      został zastąpiony przez czerwony. Gerold Schneider wraz ze swoim kolegą -
      rówieśnikiem oraz innymi chłopcami i przeważnie starszymi mężczyznami zostali
      uwięzieni przez NKWD, pobici a następnie wraz z innymi - drogą okrężną poprzez
      Łódź (we Wrocławiu trwały jeszcze walki) przewiezieni do Łabęd. Tam
      umieszczono ich w zbudowanych przez hitlerowców barakach dla jeńców.

      Więźniów było około 3 tys., pochodzili z Dolnego Śląska i w większości byli
      albo starszymi rolnikami lub małoletnimi chłopcami. Na terenie huty istniał
      też odrębny obóz dla dziewcząt i kobiet. Zadaniem więźniów było demontowanie
      wszystkich maszyn i urządzeń huty, aby przed przekazaniem zakładu władzom
      polskim wszystko co tylko możliwe zdemontować, załadować na wagony i wywieźć w
      głąb Związku Radzieckiego. Autor wspomnień opisuje szczegółowo jak przy pomocy
      tylko prymitywnych narzędzi zmuszano więźniów, w tym także kobiety, do
      rozkręcania i rozbierania skomplikowanych maszyn i urządzeń przemysłowych do
      rozbierania całych hal, demontowania wielkich dźwigarów, nie zważając na
      powstałe szkody.

      Więźniowie umierali w największym poniżeniu z powodu licznych wypadków przy
      pracy, głodu, chorób (w obozie nie było lekarza), przepracowania. Ksiądz
      Schneider szacuje, że w obozie w ten sposób zginęło około 1,7 tys. osób, które
      były chowane w zbiorowej mogile na terenie huty.

      Jednym z wątków tych wspomnień jest los Polaka, który został przez
      funkcjonariusza NKWD uprowadzony z ulicy i osadzony w obozie tylko dlatego, by
      liczba więźniów się zgadzała. Nie pomogły żadne tłumaczenia ani noszona przez
      niego w klapie marynarki naszywka biało-czerwona, ani posługiwanie się
      językiem polskim i zupełna nieznajomość języka niemieckiego, ani prośba żony
      przychodzącej pod obóz i błagającej o uwolnienie męża. Mężczyzna nie został
      wypuszczony i podzielił los niemieckich cywili. Zmarł w obozie z wycieńczenia
      i choroby. Może jest komuś znana historia zaginięcia tego człowieka?

      Autor książki zaznacza, że zwiedzając w 1998 roku Łabędy, mógł tylko z
      zewnątrz, zza ogrodzenia spoglądać na miejsce gdzie kiedyś znajdował się obóz.
      Dodaje jednak, że miejsce gdzie znajduje się zbiorowa mogiła, mógł rozpoznać,
      gdyż roślinność, zwłaszcza trawa jest tam bardziej soczysta i zielona.

      Ks. Schneider wspomina też, że w październiku 1945 roku pędzono ich jako
      więźniów głównymi ulicami Gliwic, Zabrza, Katowic i Mysłowic w kierunku
      Oświęcimia. Wtedy to na głównych ulicach Gliwic i Zabrza kobiety widząc
      wynędzniałą rzeszę więźniów, litowały się nad nimi i mimo szykan i odtrącania
      ze strony silnie uzbrojonych żołnierzy radzieckich, przekazywały chleb.
      Wzorując się na św. Weronice widziały w więźniach przede wszystkim głodnego i
      cierpiącego człowieka. Jak się później okazało zapędzono ich aż do około 10
      kilometrów przed Oświęcimiem, by potem nakazać im przenocowanie na ściernisku,
      a następnie z niewyjaśnionych powodów - może przepełnienia oświęcimskiego
      obozu lub jakiejś wybuchłej tam choroby - popędzić ich znowu z powrotem do
      Łabęd. Potem wywieziono ich pociągiem towarowym w kierunku zachodnim i wtedy -
      dzięki życzliwości i pomocy jednego z młodych eskortujacych ich żołnierzy -
      udało się Schneiderowi i koledze uciec z transportu. Gdy po licznych
      przygodach dotarli do rodzinnych stron w Kożuchowie, po kilku dniach znaleźli
      się w więzieniu UB, gdzie przebywali aż do następnego 1946 roku.

      Ks. Schneider stwierdza, że wojna skończyła się dla niego w 1946 roku i wtedy
      mógł dopiero poczynić starania o zapisanie się do Seminarium Duchownego w
      byłym NRD, by w Kościele realizować ideę Chrystusowego przykazania miłości,
      pokoju i braterstwa między ludźmi.

      Na koniec autor książki wyraża sugestię, by nad masową mogiłą w Łabędach
      kryjąca około 1,7 tys. niemieckich cywilów, a także jednego nieznanego Polaka
      postawić krzyż i przynajmniej w ten sposób upamiętnić ofiary terroru."

      • laband ps 30.01.04, 13:58
        Über Irrwege deutsch-polnischer Nachbarschaft

        Leipzig (jk) - Zu einer Buchlesung mit anschließender Diskussion hatte der St.
        Benno-Verlag vorige Woche in den Konvent St. Albert eingeladen. Pfarrer Gerold
        Schneider stellte dort vor rund 110 Gästen sein Buch "Vergangenheit, die nicht
        vergehen will. Irrwege deutsch-polnischer Nachbarschaft" vor. In diesem Buch
        erinnert sich Pfarrer Schneider an die Nachkriegszeit in seiner schlesischen
        Heimat, in der er als 17jähriger nicht nur die Gefangenschaft und Zwangsarbeit
        in russischen und polnischen Lagern erlebte, sondern auch die Vertreibung der
        Deutschen am eigenen Leib erfuhr.

        Detailliert und genau beschreibt er, was er und sein Schulfreund Reinhard
        Roche in der Nachkriegszeit erlebt haben. Mit 17 Jahren wurden die beiden in
        einen sowjetischen Gulag verschleppt. Dort arbeiteten sie als Zwangsarbeiter
        in einem Stahlwerk unter menschenunwürdigen Zuständen. Sie erlebten mit, wie
        hunderte ihrer Kameraden im Lager durch Hunger und unmenschliche Behandlung
        ums Leben kamen. Nachdem sie diesem russischen Kriegsgefangenenlager entkamen,
        flohen sie in ihre schlesische Heimat zurück. Dort waren sie schließlich
        Gefangene und Arbeiter der polnischen Miliz, bis sie zusammen mit hunderten
        anderen Schlesiern im Juli 1946 in die amerikanische Zone vertrieben
        wurden. "Am größten war für mich die Betroffenheit. Ich habe das so konkret
        noch nie gehört", sagt ein Mann, nachdem Pfarrer Schneider einzelne Passagen
        aus seinem Buch vorgestellt hatte.

        Pfarrer Schneider hat lange gezögert, seine Erinnerungen aufzuschreiben. Zwar
        besaß er schon Notizen und hat auch in seiner Zeit als Pfarrer in Cottbus in
        den siebziger und achtziger Jahren vor Schülern im Religionsunterricht immer
        wieder von den Verbrechen, die an der deutschen schlesischen Bevölkerung nach
        Kriegsende von Russen und Polen begangen wurden, erzählt. Doch er hatte Angst,
        mißverstanden zu werden, weil in Deutschland das Wort "Erinnern" oft negativ
        besetzt ist und oftmals kurzschlüssig als "Aufrechnen" verleumdet würde. Diese
        Angst teilte auch ein Besucher der Buchlesung: "Ich hatte Angst, daß dieses
        Buch wieder als Munition für propagandistische Zwecke mißbraucht werden
        könnte." Dem Pfarrer geht es aber nicht um ein Aufrechnen, sondern um
        Versöhnung zwischen Polen und Deutschen. Er selber habe längst verziehen. "Wir
        haben den Leuten doch immer gesagt, wir wollen Schlesien doch gar nicht
        wiederhaben. Oft wird einem aber Mißtrauen entgegen gebracht, ob man das auch
        wirklich so meint", so Schneider.

        Gerold Schneider fordert in seinem Buch eine gerechte Aufarbeitung der
        Verbrechen in dieser Zeit, damit wahre Versöhnung zwischen Polen und Deutschen
        geschehen kann: "Echte Aussöhnung aber kann nur aus der Vergebung wachsen.
        Schuld vergeben ist ohne Schuld zugeben ganz unmöglich. Das wiederum setzt
        wahrhaftiges Erinnern voraus." Der Pfarrer beklagt, daß die zwei Millionen
        Todesopfer, die die schlesische Vertreibung gefordert hat, selten erwähnt,
        ganz verschwiegen oder gar verleugnet werden. "Von den zwei Millionen
        Vertreibungsopfern hört man in ganz Deutschland kaum ein Wort. ... Tatsache
        aber ist, daß ihre sterblichen Überreste noch immer an Straßenrändern liegen,
        so wie sie damals in großer Eile verscharrt werden mußten", schreibt Gerold
        Schneider in seinem Buch. Für ihn ist die These, daß die Vertreibung mit ihren
        Millionen Todesopfern letztendlich von deutschen Kriegsverbrechen verursacht
        worden ist, nur eine Halbwahrheit: "Es ist schlicht und einfach falsch, daß
        auf Terror mit naturgesetzlicher Gewalt Terror folgen muß." Gerold Schneider
        hofft, daß sein Buch einen kleinen Beitrag zur Versöhnung liefern kann.

        Gerold Schneider: "Vergangenheit, die nicht vergeht. Irrwege deutsch
        polnischer Nachbarschaft", St. Benno-Verlag Leipzig, 19.80 Mark


        kathweb.de/tdh/1999/tdha9910d.htm
    • laband A wy dalyj cicho?! 29.01.04, 21:10
      Czy sumiynia ludzi we Laband i Glywicach sie kedys obudzom i pokozom ize i tym
      ofiarom cza oddac kedys pamiync, honor i szacunek. to je te minimum na kere
      sam cza liczyc.
      • Gość: Ramon Re: A wy dalyj cicho?! IP: *.proxy.aol.com 29.01.04, 21:46
        Hallo Laband,

        Mouz racja, tych ludzi nie wolno zapomniec!
        Jou znom jeno jednego co przeszou Laband, nazywou sie:
        Artur Wildner z Miechowice.
        On powruciou co prouwda ze zuym stanym zdrowia, ale szczensliwie po paru latach
        do zony i szescioro dzieci.

        m.s.m
        Ramon
        • ballest Re: A wy dalyj cicho?! 29.01.04, 22:04
          Moj ujek, tysz bou w uobozie , a jak go wypuscili, to zaroz umar!
          To ale nie bouy Rusy!
          Wieczorek jest czynsto w Plawniowicach u Ks. Worbsa !
          • Gość: Ramon Re: A wy dalyj cicho?! IP: *.proxy.aol.com 29.01.04, 22:21
            Ks. Worbs ist eim netter und gastfreundlicher Mensch. Bei einem unserer Besuche
            in Plawniowitz hat er sich freundlicherweise die Zeit genommen und uns durch
            das Schloss geführt.
            msm
            Ramon
            • meg_s Re: A wy dalyj cicho?! 30.01.04, 16:15
              Gość portalu: Ramon napisał(a):

              > Ks. Worbs ist eim netter und gastfreundlicher Mensch. Bei einem unserer
              Besuche
              >
              > in Plawniowitz hat er sich freundlicherweise die Zeit genommen und uns durch
              > das Schloss geführt.
              > msm
              > Ramon

              nadaremnie się wysilałeś - i tak zrozumiałam
              • Gość: Ramon Re: A wy dalyj cicho?! IP: *.proxy.aol.com 30.01.04, 16:50
                gratuluje!
                Wysilku nie kosztowauo to zadurzo.
                Ten wpis byl od mojej, polskiego i slonskiego nieznajacej zony.

                m.s.m

                Ramon
                • meg_s Re: A wy dalyj cicho?! 30.01.04, 17:00
                  a to przepraszam, ale czemu pod Twoim nickiem?
                  - to zabrzmiało dokładnie tak jak na spotkaniu - kiedy nagle część towarzystwa
                  przechodzi na inny język żeby "oplotkować" pozostałych

                  co do wysiłku - nie wiesz kiedy i ile się uczyłam - dlatego nie doceniasz ;-P
    • laband i co jeszcze 31.01.04, 09:05
      Bp Jan Wieczorek o deportacji
      Do tej pory deportacja Ślązaków była sprawą zamkniętą i nawet nie chciano o
      tym mówić, ponieważ groziło to ogromnymi konsekwencjami. Dobrze się dzieje, że
      zaczyna się wracać do źródeł i wydobywać dokumenty. Myślę, że jeszcze wiele
      można ich odkryć, bo pokolenie, które było deportowane jeszcze żyje. Sam mam w
      swoim sąsiedztwie człowieka, który przeżył gehennę wywózki. Dziś ma ponad 78
      lat, ale wszystko dobrze pamięta. Dawniej nie chciał ze mną rozmawiać na te
      tematy.

      Podobnie było z moim ojcem, który po powrocie ze zsyłki nie chciał nic
      powiedzieć. W tamtych czasach za to groziła nawet śmierć. O szczegółach
      opowiedział mi dopiero gdy byłem już księdzem, ale podkreślał, abym zachował
      to tylko dla siebie.

      Ojciec pracował najpierw przy rozbiórce Bumaru w Łabędach. Potem kładł
      szerokie szyny w kierunku od Pyskowic na Kijów. Był też w obozie w
      Szepietówce, a następnie budował elektrownię w Dnietrpietrowsku, gdzie
      pracował jako cieśla. Spośród wielu, którzy byli zabrani on jakoś szczęśliwie
      wrócił, choć był bardzo wycieńczony. Kiedy zapukał do domu nie poznałem go.
      Siedział na schodach przed domem, aż mama przyszła i powiedziała nam, że to
      jednak jest nasz ojciec. Najgorsze dla niego było oddzielenie od dzieci i od
      rodziny. Tym bardziej, że rodzeństwo było bardzo młode. Najmłodsza siostra
      miała wtedy 9 lat. Bardzo to przeżywaliśmy, kiedy ojciec musiał odejść. To
      były trudne czasy. Dobrze, że dzisiaj się to dokumentuje.

      O deportacji Ślązaków powiedzieli
      Agnieszka Kazior
      Gliwice
      2 marca 1945 roku zabrano nas na dwie godziny do pracy. Wychodząc z domu nic
      nie zabrałam ze sobą. Okazało się, że wywieziono mnie do Karagandy, a do domu
      wróciłam w grudniu 1945 roku. Pracowałam w piekarni. W łagrze było nas około
      100 kobiet, prawie dwadzieścia zmarło z powodu chorób i głodu. O ile pamiętam,
      to zmarło tam również ponad 100 mężczyzn. Z powodu choroby wróciłam do Polski.
      Wiem, że pozostałe kobiety z mojego transportu wróciły do domów po pięciu
      latach. O ile tam nie zmarły lub nie zostały zamęczone.

      Antoni Musioł
      Zabrze
      Mój ojciec Adam pracował w kopalni "Makoszowy". W 1945 roku został wywieziony
      do kopalni "JANKO" w Zagłębiu Donieckim. Pod ziemią uległ wypadkowi. Można
      powiedzieć, że dzięki temu dostał się do obozowego szpitala, a w 1947 roku
      powrócił do domu. Zmarł w 1979 roku. Na wystawie jest jego zdjęcie i obozowe
      zaświadczenie o wypadku. Po tylu latach możemy dopiero spokojnie mówić o tym,
      co nas spotkało.

      Jan Michalik
      Katowice
      2 lutego 1945 roku aresztowano moją mamę. Została wywieziona do Zagłębia
      Donieckiego, do miejscowości Auczewsk. Wiem, że dziś ta miejscowość nazywa się
      inaczej. W obozie mama była do czerwca 1945 roku. Ponieważ znała język
      rosyjski dlatego miała to szczęście, że została przydzielona do pracy w
      kuchni. Przynajmniej nie cierpiała głodu. Na wystawie jest pierścionek, na
      którym wygrawerowano moje inicjały. Dla mamy wykonał go ktoś w obozie, aby
      zawsze o mnie pamiętała. Zmarła w 1973 roku.

      Pani Berta
      Radzionków
      Z mojej ulicy wywieziono dużo osób. Rano poszli ojcowie do pracy w
      kopalni "Bytom" i już nie wrócili. Z wielu rodzin kogoś brakowało. Wtedy to
      byli moi sąsiedzi - Brol, Chynel i inni. Miałam wtedy 16 lat. Pamiętam, jak
      pewnego dnia ich nie było, a na ulicy mówiło się, że wywieźli ich Rosjanie.
      Wielu z wywiezionych już nie wróciło. Miałam tu przyjechać dziś z panią
      Bednorz Jej ojciec nie powrócił z tej wywózki. Niestety zachorowała i wystawę
      zobaczy później.

    • laband Re: lager laband 31.01.04, 10:26
      Prawie mom przed sobom lezec ta spominano sam wyzyj ksionzka od Gerolda
      Schneidera, jak jom przeczytom to dom na glywice.de.tf pora z niyj
      fragmyntow. Sprawa tego lagru jeszcze niyroz przidzie nazod (tysz we Polsce).
      Tyn lager je kompletnie niyznany a porownywalny do tych najgorszych, kere sie
      juz poleku starajom o pokazynie prowdy o nich wszyskim bez wzglyndu na
      narodowosc.
    • laband Re: lager laband 31.01.04, 16:48
      www.forumromanum.de/member/forum/forum.cgi?USER=user_239103&ACTION=view&ENTRY=1075557361&mainid=1075557361
      • laband ps 31.01.04, 21:50
        "Gerold Schneider bricht mit seinem Buch das Schweigen und wendet sich gegen
        staatlich verordnete Einseitigkeit. Seine Erinnerungen sind ein wichtiges
        mahnendes Zeitzeugnis und ein engagierter Appell zur Versöhnung der Völker.
        Das tragende Fundament für den Völkerfrieden in Europa ist und bleibt für den
        Autor das christliche Menschenbild: der freie Mensch, der alle seine
        Handlungen vor seinem Gewissen abwägt und verantwortet, nur der kann Unrecht
        und Terror verhindern."
    • laband Re: lager laband 01.02.04, 18:14
      Coby tragika tego obozu boua jeszcze wiyncyj zrozumiauo, cza dodac ize we tym
      obozie niy ino Slonzoki(chopy i kobiyty) siedzieli we cztyrdziestym piontym,
      niy - tam siedziauy tysz ruske(ukrainske) kobiyty kere bouy na robotach we
      Niymcach a kere przez som fakt, ize bouy w niywoli, uwazane bouy za zdrajcow.
      One np musiauy z narazyniym zycie sciepywac ciynzke zelbetonowe puyty ze dachu
      hali na dou - a na dole robiyli Slonzoki. Jak widac maszyneria zaguady
      dziauaua wyrafinowanie. Te kobiyty, tak jak i nasze powywoziyli potym(te kere
      przezouy oczywiscie) na Syberia.

      Sam mocie link na ostatnie (narazie) fragmynty tyj ksionzki, kerech dou
      na "Glywicke Slonzoki":


      www.forumromanum.de/member/forum/forum.cgi?USER=user_239103&ACTION=view&ENTRY=1075557361&mainid=1075557361
      • ballest Re: lager laband 01.02.04, 21:30
        "Ta wielka akcja odwetowa rozpoczela sie od razu po wkroczeniu Armii
        Czerwonej na Slask. Wladze komunistyczne, Urzad Bezpieczenstwa z pomoca
        NKWD i zolnierzy sowieckich rozpoczely aresztowania Slazakow. Zabierano
        ludzi z mieszkan, miejsc pracy, nawet z ulicy. Do obozu trafialy matki z
        malymi dziecmi, zdarzalo sie tez, ze dzieci zostawaly same bez rodzicow.
        Waltraud Porombka zostala sama z siostra. "Jak my byli w domu - wspomina
        po latach - my nie mieli grosza. Ludzi zamykali, ludzi z mieszkan
        wyrzucali. [...] W tym czasie my tylko sluchali - kiedy przyjda. Jak
        kolo naszych drzwi przeszli - to chwala Bogu, jak gdzies staneli - to
        siostra zaraz dostawala rozwolnienia ze strachu. Raz na strych my
        uciekali, raz do piwnicy my sie chcieli schowac, bo ojca juz nam zabrali".

        Procz folksdojczow w obozie w Swietochlowicach znalezli sie takze
        czlonkowie AK i cudzoziemcy: Czesi, Ukraincy, Austriacy, Rumuni,
        Jugoslowianie, pojedynczy Francuzi, Belg, Holender, a nawet Niemiec-
        komunista.

        W ostatnich dniach lutego 1945 roku spedzono do srodmiescia Katowic
        ludzi wyciaganych przedtem z mieszkan i poprowadzono w kolumnach do Hali
        Targowej w Swietochlowicach. Na czele szedl czlowiek owiniety we flage
        hitlerowska. Jozef Wiesiolek przypomina sobie masakre w Hali: "widzialem
        dokladnie, jak milicjanci palkami, kijami oraz pejczami, zwanymi
        bykowcami, bili wiezniow. Bicie odbywalo sie w ten sposob, ze owi
        milicjanci, przechodzac przez srodek sali, upatrywali swoje ofiary, a
        nastepnie po wyciagnieciu ich z tlumu - bili. Po tej masakrze kilka osob
        zmarlo, a niektorzy odbierali sobie zycie. Najbardziej skatowany byl,
        jak sobie przypominam, Franciszek Kielc, ktorego owinieto ta flaga".

        Pozniej popedzono wiezniow do obozu w Swietochlowicach. Byl to
        poniemiecki oddzial obozu w Auschwitz: kilkanascie barakow ogrodzonych
        drutem kolczastym pod pradem. Niemcy przetrzymywali tu wiezniow
        wykorzystywanych do pracy w slaskich hutach i kopalniach. W obozie
        panowal glod, racje zywnosciowe byly mniejsze niz w Oswiecimiu. Dorota
        Boreczek, ktora przezyla w Swietochlowicach epidemie tyfusu, wspomina,
        ze na osiem kobiet przypadalo 700 g chleba. Niektorzy wiezniowie jedli
        trawe. W kazdym baraku tloczylo sie w nieludzkich warunkach od 30 do 100
        osob. Wiezniowie spali na trzypietrowych pryczach bez zadnego
        przykrycia, takze na podlodze. Barakow nie wolno bylo opuszczac, do
        latryny wychodzono grupowo.

        Salomon Morel dotrzymal slowa. Wraz z podwladnymi stworzyl system
        represji obejmujacych rozne sposoby znecania sie nad wiezniami.
        Najczestszym bylo regularne bicie drewnianymi palkami, gumowym wezem,
        noga od taboretu, a nawet lomem. Przyklad dawal sam Morel. Edmund
        Kaminski stracil sluch od jednego uderzenia Morela, ktory czesto do
        bicia wiezniow uzywal metalowego przedmiotu ukrytego w rekawiczce.
        Gerhard Gruschka pisal o Morelu w swych wspomnieniach, opublikowanych w
        Niemczech: "Gdy upatrzyl sobie jakiegos wieznia, w zasadzie oznaczalo to
        dla niego wyrok smierci. Zawsze po takich ?nalotach? wspolwiezniowie
        lezeli ciezko ranni i musiano ich przenosic do ambulatorium. Niektorzy z
        rozbitymi glowami ladowali w baraku-?trupiarni?".

        Gruschka byl wiezniem baraku numer 7, tak zwanego brunatnego, w ktorym
        przebywali podejrzani o przynaleznosc do NSDAP, SA, SS, HJ, szczegolnie
        okrutnie traktowani: "W bloku nr 7 musielismy doswiadczyc pierwszego
        ?pozdrowienia?. Polegalo ono na tym, ze trzeba bylo polozyc sie na
        taborecie i zostac ?przepytanym?, ile chce sie razow gumowa palka. A
        liczba razow byla sprawa dowolna, zalezna od bijacych. Gdy sie
        odpowiedzialo ?dwadziescia?, to mozna bylo tyle dostac, ale tez moglo to
        byc 10 lub 30 razy. Dla bijacych wazne byly glosno odliczane razy oraz
        okrzyki bolu, ktore mialy wymuszac posluszenstwo i wprowadzac przygnebienie".

        W tym baraku gorliwoscia odznaczali sie przyboczni Morela: Walter
        Skutela, zwany Bluthund - Krwawy Pies i kapo Marek. "Naloty" najczesciej
        urzadzali noca. Pastwili sie nad kolejnymi grupami wiezniow, wsrod
        ktorych byli takze chlopcy 15-17-letni i dziewczeta z organizacji BDM
        (Zwiazek Niemieckich Dziewczat). Rzucali wiezniow na ziemie, a straznicy
        deptali po nich, lub tez ukladali ich warstwami tak, ze ci na dole byli
        po prostu miazdzeni.

        Specjalne akcje urzadzano na urodziny Hitlera czy dzien kapitulacji
        Niemiec. Wiezniow spedzano pod prysznic, a nastepnie na plac obozowy.
        Tam lezacych pokotem grupy straznikow doslownie tratowaly. Kazano im
        spiewac piesni hitlerowskie, a kto udawal lub nie znal tekstu, byl
        dodatkowo bity. Osobna metoda znecania sie bylo przymusowe bicie sie
        nawzajem wiezniow. Nikodem Osmanczyk, ktory przebywal w obozie z ojcem,
        wspominal: "Salomon Morel przyszedl do baraku. Polecil wszystkim stanac
        w dwuszeregu twarzami do siebie i kazal bic sie wzajemnie po twarzy.
        Poniewaz ja i ojciec zamarkowalismy uderzenie, Morel podszedl do nas i
        ze slowami ?co skur..., tak to sie bije swinie?, reka, w ktorej mial
        pistolet, uderzyl mnie w twarz tak, ze upadlem pod prycze. Tak samo
        postapil z moim ojcem. Potem kazal sie znowu bic". Ten sam wiezien
        wspominal tez o torturze "golenia", ktora polegala na przypalaniu
        zarostu az do golej skory.

        Karol Pieczka przypomina sobie, ze ktorejs nocy do baraku wpadlo kilku
        straznikow. Ustawili wiezniow w szeregach i kazali wystapic tym, ktorzy
        czuli sie niewinni. Ci, ktorzy nie wystapili, zostali dotkliwie pobici.
        Wiezien, ktory pomylil sie przy odliczaniu, zostal tak pobity, ze zmarl
        po kilku dniach. Wielu nie wytrzymywalo psychicznie zagrozenia
        torturami. A stosowano coraz to wymyslniejsze. Gerhard Gruschka
        wspomina, ze zmuszano wiezniow do wynoszenia w zebach pojemnikow z
        nieczystosciami. Kto wypuscil pojemnik, byl bity. Jego ojcu w takich
        okolicznosciach wybito zeby kolba pistoletu. Wielu wiezniow usilowalo
        popelnic lub popelnialo samobojstwa. Najczesciej rzucali sie na druty
        ogrodzenia pod napieciem. Nikodem Osmanczyk opisuje wieznia, ktory
        probowal sie zabic, podrzynajac sobie gardlo metalowa puszka znaleziona
        w ubikacji. Zostal odratowany i zakatowany przez straznikow na smierc. W
        obozie byl karcer, w ktorym wiezniowie odbywali kary, stojac po pas w
        wodzie. Zanotowano wiele utoniec, Egon Janski widzia l tam takze
        utopionego noworodka.

        W lecie 1945 roku w obozie wybuchla epidemia tyfusu, dyfterytu,
        czerwonki. Fatalne warunki, brak higieny, glod, plaga wszy, pluskiew i
        szczurow sprawily, ze epidemia rozwijala sie bez przeszkod, nie
        powstrzymywana przez kierownictwo obozu. Komendant Morel calkowicie ja
        zlekcewazyl i dopuscil do jej rozprzestrzenienia. Franz Brachman
        wspomina, ze wladze obozu zupelnie obojetnie przyjmowaly pierwsze
        przypadki smierci wiezniow. Dopiero gdy wszyscy w baraku numer 7 byli
        chorzy, podano im wegiel.

        W najtragiczniejszym okresie - w lipcu i sierpniu - umieralo okolo 30
        wiezniow dziennie. W ciagu najgorszych osmiu dni zmarlo 259 osob, w
        sierpniu 632, podczas calej epidemii okolo 1600. Zmarlych ladowano na
        woz konny i codziennie, najpierw noca, pozniej takze za dnia wywozono
        zwloki na cmentarze w Swietochlowicach, a nawet na dziedziniec huty
        Pokoj. Gdy na cmentarzach nie bylo juz wolnych miejsc, zrzucano zwloki
        do plytkich dolow wykopywanych na obrzezach miasta, posypywano wapnem, a
        mogily rownano z ziemia, by nie bylo zadnych sladow.

        Dopiero pod koniec epidemii przyjechala sluzbowa komisja lekarska z
        Warszawy. Uznano Morela winnym niedopatrzenia i ukarano trzydniowym
        aresztem domowym oraz potraceniem z pensji. Po stopniowym wygasnieciu
        epidemii zaczeto zwalniac wiezniow, kilkuset pozostalych przeniesiono
        pozna jesienia 1945 roku do obozu pracy w Jaworznie.

        Z zachowania Morela podczas epidemii mozna slusznie wnosic, ze nie
        zalezalo mu wcale na jej opanowaniu. Wprost przeciwnie, okazala sie ona
        wygodnym, bo naturalnym, sposobem eliminacji wiezniow. Z
        • laband Re: lager laband 01.02.04, 21:33
          we obozie we Toszku tysz bouo mocka AKowcow
    • laband pora moich uwag 02.02.04, 09:15
      Co wyczytouech, to to ize Rusy zanim oddali Hermina polokom to wysadziyli we
      luft piece hutnicze.

      Niyporadza sie powstrzimac coby powiedziec to co tera powia:

      Jak kozdy z wos wiy przez Glywice pod koniec wojny ssmaany prowadziyli
      wiynzniow ze Oswiyncimia - o tym cza godac i bydymy zawsze godac i pamiyntac.

      Ale jasny pieron mie szczyla ze zodyn ze Polokow, kere tam miyszkajom niy godo
      i niy pamiynto Slonzokow, kere byli pora miesiyncy potym prowadzone z obozu we
      Laband do Oswiyncimia . Jedna czecia ino ich sie zostoua zywych po obozie we
      Laband a byli tak samo wyniszczone jak te wiynznie ze Oswiyncimia. Dyc w tym
      czasdie juz miyszkauo we Glywicach tysione Polokow - wszyske majom skleroza?!!!
      • laband moje pytanie 02.02.04, 09:34
        czym sie te lagry rozniouy?

        home.t-online.de/home/re_mail.ede/kz0.htm
    • laband Re: lager laband 02.02.04, 23:56
      "Ich schrieb meine Beobachtungen den Bischof von Oppeln mit der Bitte, daß man
      nach gründlicheren Untersuchungen an dieser Stelle wenigstens ein Kreuz oder
      einen Gedenkstein aufstellen könnte. Er antwortete mir umgehend
      handschriftlich, was mich sehr beeindruckte. Meine Hinweise hat er dem Bischof
      von Gleiwitz weitergeleitet, in dessen Bistum der Ort Laband liegt."

      A jo wom wszyskim sam piyknie dziynkuja za niyspotykano reakcja.

      Czesc!
      • Gość: Luzifer Slascy nacjonalisci albo wyzerka nad mogila? IP: *.mcbone.net / *.mcbone.net 04.02.04, 00:37
        I co to ma byc? Chcesz by cie zalowano?
        Przypominasz rozgoraczkowanego polskiego nacjonaliste, tylko ze ten nie o
        uciesnonych Polakach tylko Slazakach wajasz. Polskiemu kosciolowi sie
        przypomnialo? Ciekawe gdzie byli w 1945?
        Tym ludziom co zgineli z glodu wyczerpania czy tez przez znecanie jest obojetne
        czy pop 59 latach jakis tam dopasowany pururowy poswieci krzyzyk albo jakis
        zablakany nacjonalistyczny pajac ich glorifikuje, oczywiscie wykorzystujac do
        wlasnych celow.
        • laband Re: Slascy nacjonalisci albo wyzerka nad mogila? 06.02.04, 12:59
          takyj odpowiedzi sie po tobie spodziywouech
Inne wątki na temat:

Nie masz jeszcze konta? Zarejestruj się


Nakarm Pajacyka