laband 29.01.04, 19:27 kto z wos mo jakes wiadomosci zwionzane ze lagrym we Laband? idzie mi o kozdy z nich i we kozdym okresie czasu Odpowiedz Link Zgłoś Obserwuj wątek Podgląd Opublikuj
laband Re: lager laband 29.01.04, 19:42 Oboz we Laband ""znany z uwolnienia z nich przez staroste w Strzelcach Opolskich Zygmunta Nowaka 13 sierpnia 1945 r. 1,2 tas. Slazakow. Wiezniowie demontowali nowoczesna hute "Hermann Göring", wywozona do ZSRR. Ofiary smiertelne powodowane byly przez wypadki przy pracy, a takze choroby. Czesc osob zwolniono 1 czerwca 1945 r. Zwolnienie 13 sierpnia bylo o tyle istotne, ze oboz znajdowal sie w likwidacji, a wiezniowie mieli byc po 13 listopada wywiezieni do Rosji." Odpowiedz Link Zgłoś
laband Re: lager laband 29.01.04, 19:53 "Wedlug jakich podzialow terytorialnych i kompetencyjnych kierowano do obozow? Do malych obozow trafiala miejscowa ludnosc. Osoby podejzane o przeszlosc nazistowska przechodzily przez lokalne izby przesluchan, trafiajac nastepnie do wiezien powiatowych, a dalej do obozow centralnych. Nie zawsze reguly sa tak jasne. Z powiatu raciborskiego, gminy Rogow wiele osob wyslano do obozu w Rybniku i Oswiecimiu. Z powiatu gliwickiego - do Glubczyc i Oswiecimia. Osoba aresztowana w Chorzowie wyslana zostala, po przesluchaniach, do wiezienia w Katowicach, gdzie badali ja Rosjanie, a po 2 miesiacach do obozu w Bytomiu, gdzie wiezniow podzielono na 2 grupy, kierujac ich do obozow w Labedach i Toszku" Odpowiedz Link Zgłoś
laband Re: lager laband 29.01.04, 19:55 "Labedy (Laband) W obozie gromadzono w nim do wywozu mezczyzn z Chorzowa. Ogolem przejsc mialo przez niego okolo 50 tys. ludzi.Nie jest jasne przejecie przez wladze polskie i dalsze funkcjonowanie." Odpowiedz Link Zgłoś
laband Re: lager laband 29.01.04, 20:36 A sam jeszcze jedyn cytat, tym razym po niymiecku, kery zahaczo o oboz we Laband: "Kaum daß die Front über die Städte und Dörfer hinweg gerollt war, wurde an den letzten beiden Januartagen im Westteil des Reviers Bekanntmachungen der Sowjetarmee ausgehangen. Alle Männer zwischen 18 und 50 Jahren wurden aufgefordert, sich bei ihren Arbeitsplätzen in den Gruben und Handwerksbetrieben einzufinden. Wer dem nicht nachkommen werde, war zu lesen, dem drohe die Todesstrafe. Viele Jugendliche und Männer wurden daraufhin festgenommen oder aus ihren Wohnungen herausgeholt und zu Sammelplätzen gebracht, wie es für Beuthen beispielsweise die Karsten-Centrum-Grube im Westen der Stadt war, von wo aus die Internierten nach Laband marschierten und dort in Viehwaggons steigen mußten. Was die Mütter, Ehefrauen und Kinder nicht wußten - alle dort Internierten waren Kandidaten für die Zwangsarbeit in den Gruben des Donbass’ oder Sibiriens. 25.000 bis 35.000 Oberschlesier, schätzen polnische Historiker, wurden von den Sowjets in den ersten Wochen nach der Eroberung des Reviers zusammengetrieben und zwangsverschleppt. Aus Miechowitz gingen mehr als 900 Männer den ungewissen Weg in den Osten, aus Gleiwitz waren es über 600, Rokittnitz 456, Stollarzowitz und Trockenberg 328 - die Liste ließe sich fortführen." Odpowiedz Link Zgłoś
laband modlitwa za "internowanych" Slanzokow 29.01.04, 20:43 "GLIWICE ŁABĘDY 6 marca w parafii św. Jerzego w Gliwicach Łabędach bp ordynariusz Jan Wieczorek przewodniczył Mszy św. w intencji osób internowanych z obozu przejściowego w Łabędach w 1945 roku. Po 58 latach od wywózki Ślązaków na Wschód, o tamtych tragicznych wydarzeniach można już mówić otwarcie. Czas leczy rany, ale niestety zaciera także pamięć. Wiele faktów trudno już dzisiaj odtworzyć. Stąd różne inicjatywy, by kształtować świadomość przeszłości i nie zamazywać historii. - Naszą modlitwą chcemy objąć wszystkich zmarłych internowanych, zaginionych pod koniec II wojny, szczególnie w roku 1945 - mówił we wstępie do Mszy św. ks. proboszcz Antoni Pleśniak - Większość naszych starszych parafian pamięta, że na terenie Łabęd był obóz, do których przywożono ludzi z całego Śląska, później deportowano ich na Wschód. Wielu z nich już nie wróciło. Chcemy o nich pamiętać, chcemy ich polecać Bogu, by otworzył dla nich bramy życia wiecznego, by przyjął ofiarę ich życia. Modlitwą w Łabędach objęli zostali ci, których pochłonęła ziemia na Wschodzie, ale także ci, którym dane było powrócić. Różne podawane są liczby wywiezionych, liczone w dziesiątkach tysięcy, z których z powrotem - zupełnie wycieńczona i wygłodniała wróciła zaledwie garstka. - W tym kontekście przywołujemy na pamięć te straszne wydarzenia II wojny i wydarzenia pofrontowe związane są z ofiarami i cierpieniami, które dotknęły tyle rodzin na tej ziemi śląskiej - mówił bp ordynariusz Jan Wieczorek. Podczas homilii Ksiądz Biskup podzielił się własnymi wspomnieniami z tamtego okresu: "Gdy wrócił mój ojciec, a miał szczęście, że wrócił, matki nie było w domu. Baliśmy się go wpuścić, bośmy go nie poznali, choć żegnałem go jako jedenastoletni chłopak. Zawsze, gdy czytam Ewangelię i werset: "Przyszedł do swoich, a swoi go nie przyjęli", widzę tę scenę". Obóz w Łabędach był jednym z trzech, obok Mysłowic i Oświęcimia, skąd wywożono Ślązaków na Wschód. Oprócz tych miejsc stworzono jeszcze liczne podobozy. Stąd ludzie trafiali głównie do kopalń Zagłębia Donieckiego na Ukrainie, w mniejszej liczbie na Białoruś, Ural, do Kazachstanu i Zachodniej Syberii. W "Historia Śląska" wydanej w 2002 roku przez Uniwersytet Wrocławski pod redakcją Marka Czaplińskiego tak komentowane są te wydarzenia: "Miedzy styczniem a marcem 1945 roku władze radzieckie dokonywały masowych aresztowań miejscowych mężczyzn i osadzeń w specjalnych obozach. Formalną podstawą tych działań była zgoda konferencji jałtańskiej na wykorzystanie przez Związek Radziecki przymusowej pracy ludności jako formy reparacji, a także wydany już w trakcie trwania operacji rozkaz z 6 lutego 1945 roku o internowaniu wszystkich Niemców od 17 do 50 roku życia. Część tej ludności została deportowana do Związku Radzieckiego jako robotnicy przymusowi. W praktyce o aresztowaniach decydowało kryterium przydatności jako siły roboczej, z większym baczeniem organów radzieckich na wiek i kwalifikacje niż narodowość i obywatelstwo. Dlatego zatrzymania (...) dotknęły mieszkańców podbijanej Opolszyzny, lecz także przedwojennego polskiego Górnego Śląska i Zagłębia Dąbrowskiego". Do dziś nie ma wiarygodnych statystyk, nie wiemy ile osób - także młodocianych i kobiet, zostało wywiezionych. Przypuszcza się jednak, że z grona przymusowych robotników z Górnego Śląska powróciło około 20 proc. Część z nich jednak umierała wkrótce po powrocie, na skutek wycieńczenia i nieznajomości zasad żywienia po tak długim okresie głodu. Ci, co przeżyli, zwykle nie chcieli opowiadać o tym, co przeszli. O internowaniu swoich ojców mówią gliwiccy biskupi: Bp ordynariusz Jan Wieczorek Mój ojciec Piotr Wieczorek został zabrany z Bodzanowic k/Olesna i pieszo prowadzony do Pyskowic (około 70 km), a stamtąd do obozu przejściowego w Łabędach. Tutaj krótko pracował przy rozbiórce jednej z fabryk, potem przy budowie szerokotorowej linii kolejowej. Następnie został wywieziony do Szepietowki na Ukrainie, skąd skierowano go do Dniepropietrowska, gdzie jako cieśla pracował przy budowie elektrowni. Czasem pracował też na polach, na których można było po kryjomu dożywić się jarzynami. Oczywiście skwapliwie korzystał z takiej możliwości. Gdy wyruszał ze Śląska na te przymusowe roboty, zabrał ze sobą z domu maszynkę do strzyżenia włosów. To również pomogło mu przeżyć wygnanie. Opowiadając o swym pobycie na Sybirze podkreślał dobroć bardzo ubogich ludzi miejscowych, którzy niejednokrotnie obdarowywali żywnością tych z daleka przywiezionych przymusowych pracowników. Gdyby nie otrzymywali tej pomocy, to zginęliby z głodu i wycieńczenia. Do domu nie powróciłoby o wiele więcej wywiezionych niż to miało miejsce. Bp Gerard Kusz Mój ojciec, Wiktor, wraz z braćmi posiadał garbarnię "Spółka Bracia Kusz", w której m.in. wyrabiano skórzane pasy dla wojska. Po wybuchu II wojny światowej wszyscy bracia Kusz zostali powołani do Wehrmachtu oprócz ojca, pozostawionego w domu dla dalszego produkowania skórzanych wyrobów, niezbędnych wojsku. Tak więc garbarnia działała w Dziergowicach aż do wkroczenia wojsk radzieckich. Wszystkie zapasy skóry i gotowych wyrobów zostały zabrane przez Rosjan, a garbarnię zamknięto. Podobnie jak w Łabędach, Czechowicach i innych miejscowościach Śląska, w lutym 1945 roku wszystkich mężczyzn z Dziergowic powołano - rzekomo na 2 tygodnie - do wykonywania jakichś prac. Wśród nich znalazł się też mój ojciec. Został on umieszczony w obozie w Łabędach i stąd wywieziony na Sybir. Był w Dniepropietrowsku, gdzie jako robotnik pracował w fabryce amunicji im. Woroszyłowa. Pewnego dnia na żądanie kierownika dobrze wykonał jakieś prace stolarskie. Odtąd już był zatrudniony jako stolarz i częściej otrzymywał lepsze, a może i obfitsze jedzenie, nawet warzywa. Tam też sporządził sobie - a prawdopodobnie i kolegom - drewnianą łyżkę, by mieć własną na swój użytek. W 1948 roku został zwolniony i wraz z innymi Ślązakami przetransportowany na teren Niemieckiej Republiki Demokratycznej. Dopiero stamtąd powrócił do domu w Dziergowicach. Wyrzeźbioną przez siebie łyżkę przywiózł do domu na pamiątkę, gdyż - jak mawiał - łyżka ta uratowała mu życie." Odpowiedz Link Zgłoś
laband kerhof sw. Jerzego 29.01.04, 20:47 "Historia: Kościół parafialny, konsekrowany przez kard. Adolfa Bertrama 24 czerwca 1939 r., wybudowano w latach 1938-39 staraniem ks. prałata Józefa Kubisa z Opola i miejscowego proboszcza, ks. Emanuela Maleiki. Data konsekracji kościoła jest jednocześnie datą erygowania kuracji św. Jerzego. Teren parafii wydzielono w całości z terytorium parafii Wniebowzięcia NMP. Z historią parafii ściśle łączy się tragizm wielu mieszkańców Śląska. Pod koniec II wojny światowej, w lutym 1945 r., władze sowieckie utworzyły tu dla nich obóz zbiorczy. Z tego miejsca wywieziono w głąb ZSRR kilka tysięcy Ślązaków, a na skraju lasu, za kościołem, zlokalizowano cmentarz, na którym grzebano zmarłych w obozie jeńców." Odpowiedz Link Zgłoś
laband Re: lager laband 29.01.04, 21:05 "Około 1700 ofiar Mimo, że od zakończenia II wojny światowej minęło już 54 lata, wciąż ujawniana jest prawda o nieludzkich obozach hitlerowskich i radzieckich i ciągle odkrywane są nowe ślady okrutnych zbrodni. Na Śląsku mniej lub bardziej znana jest prawda o istnieniu obozu NKWD w Toszku, a także obozu obok huty w Gliwicach - Łabędach, gdzie internowano Ślązaków, których już po zakończeniu działań wojennych w 1945 roku wywieziono do kopalni na terenie ZSRR. Raczej nieznana dotychczas była historia obozu NKWD, który znajdował się w 1945 roku na terenie samej Huty Łabędy. Dzieje tego obozu opisał ostatnio ks. Gerold Schneider, jedna z ofiar tego obozu. Książka wydana w 1998 roku przez Katolicki Benno - Verlag nosi tytuł: "Vergangenheit, die nicht vergehen will" (Przeszłość, która nie chce ulec zapomnieniu). Autor wspomnień, mając 17 lat w styczniu 1945 roku przeżywał wkroczenie wojsk radzieckich na teren Dolnego Śląska, ściśle do Kożuchowa (ówczesnego Freystadt). Wychowany został w rodzinie głęboko religijnej i katolickiej, zawsze nastawionej antyhitlerowsko. Ojciec był organistą w tamtejszym kościele. Fakt wkroczenia żołnierzy radzieckich uważano za prawdziwe wyzwolenie od hitlerowskiego terroru Okazało się jednak, że brunatny terror został zastąpiony przez czerwony. Gerold Schneider wraz ze swoim kolegą - rówieśnikiem oraz innymi chłopcami i przeważnie starszymi mężczyznami zostali uwięzieni przez NKWD, pobici a następnie wraz z innymi - drogą okrężną poprzez Łódź (we Wrocławiu trwały jeszcze walki) przewiezieni do Łabęd. Tam umieszczono ich w zbudowanych przez hitlerowców barakach dla jeńców. Więźniów było około 3 tys., pochodzili z Dolnego Śląska i w większości byli albo starszymi rolnikami lub małoletnimi chłopcami. Na terenie huty istniał też odrębny obóz dla dziewcząt i kobiet. Zadaniem więźniów było demontowanie wszystkich maszyn i urządzeń huty, aby przed przekazaniem zakładu władzom polskim wszystko co tylko możliwe zdemontować, załadować na wagony i wywieźć w głąb Związku Radzieckiego. Autor wspomnień opisuje szczegółowo jak przy pomocy tylko prymitywnych narzędzi zmuszano więźniów, w tym także kobiety, do rozkręcania i rozbierania skomplikowanych maszyn i urządzeń przemysłowych do rozbierania całych hal, demontowania wielkich dźwigarów, nie zważając na powstałe szkody. Więźniowie umierali w największym poniżeniu z powodu licznych wypadków przy pracy, głodu, chorób (w obozie nie było lekarza), przepracowania. Ksiądz Schneider szacuje, że w obozie w ten sposób zginęło około 1,7 tys. osób, które były chowane w zbiorowej mogile na terenie huty. Jednym z wątków tych wspomnień jest los Polaka, który został przez funkcjonariusza NKWD uprowadzony z ulicy i osadzony w obozie tylko dlatego, by liczba więźniów się zgadzała. Nie pomogły żadne tłumaczenia ani noszona przez niego w klapie marynarki naszywka biało-czerwona, ani posługiwanie się językiem polskim i zupełna nieznajomość języka niemieckiego, ani prośba żony przychodzącej pod obóz i błagającej o uwolnienie męża. Mężczyzna nie został wypuszczony i podzielił los niemieckich cywili. Zmarł w obozie z wycieńczenia i choroby. Może jest komuś znana historia zaginięcia tego człowieka? Autor książki zaznacza, że zwiedzając w 1998 roku Łabędy, mógł tylko z zewnątrz, zza ogrodzenia spoglądać na miejsce gdzie kiedyś znajdował się obóz. Dodaje jednak, że miejsce gdzie znajduje się zbiorowa mogiła, mógł rozpoznać, gdyż roślinność, zwłaszcza trawa jest tam bardziej soczysta i zielona. Ks. Schneider wspomina też, że w październiku 1945 roku pędzono ich jako więźniów głównymi ulicami Gliwic, Zabrza, Katowic i Mysłowic w kierunku Oświęcimia. Wtedy to na głównych ulicach Gliwic i Zabrza kobiety widząc wynędzniałą rzeszę więźniów, litowały się nad nimi i mimo szykan i odtrącania ze strony silnie uzbrojonych żołnierzy radzieckich, przekazywały chleb. Wzorując się na św. Weronice widziały w więźniach przede wszystkim głodnego i cierpiącego człowieka. Jak się później okazało zapędzono ich aż do około 10 kilometrów przed Oświęcimiem, by potem nakazać im przenocowanie na ściernisku, a następnie z niewyjaśnionych powodów - może przepełnienia oświęcimskiego obozu lub jakiejś wybuchłej tam choroby - popędzić ich znowu z powrotem do Łabęd. Potem wywieziono ich pociągiem towarowym w kierunku zachodnim i wtedy - dzięki życzliwości i pomocy jednego z młodych eskortujacych ich żołnierzy - udało się Schneiderowi i koledze uciec z transportu. Gdy po licznych przygodach dotarli do rodzinnych stron w Kożuchowie, po kilku dniach znaleźli się w więzieniu UB, gdzie przebywali aż do następnego 1946 roku. Ks. Schneider stwierdza, że wojna skończyła się dla niego w 1946 roku i wtedy mógł dopiero poczynić starania o zapisanie się do Seminarium Duchownego w byłym NRD, by w Kościele realizować ideę Chrystusowego przykazania miłości, pokoju i braterstwa między ludźmi. Na koniec autor książki wyraża sugestię, by nad masową mogiłą w Łabędach kryjąca około 1,7 tys. niemieckich cywilów, a także jednego nieznanego Polaka postawić krzyż i przynajmniej w ten sposób upamiętnić ofiary terroru." Odpowiedz Link Zgłoś
laband ps 30.01.04, 13:58 Über Irrwege deutsch-polnischer Nachbarschaft Leipzig (jk) - Zu einer Buchlesung mit anschließender Diskussion hatte der St. Benno-Verlag vorige Woche in den Konvent St. Albert eingeladen. Pfarrer Gerold Schneider stellte dort vor rund 110 Gästen sein Buch "Vergangenheit, die nicht vergehen will. Irrwege deutsch-polnischer Nachbarschaft" vor. In diesem Buch erinnert sich Pfarrer Schneider an die Nachkriegszeit in seiner schlesischen Heimat, in der er als 17jähriger nicht nur die Gefangenschaft und Zwangsarbeit in russischen und polnischen Lagern erlebte, sondern auch die Vertreibung der Deutschen am eigenen Leib erfuhr. Detailliert und genau beschreibt er, was er und sein Schulfreund Reinhard Roche in der Nachkriegszeit erlebt haben. Mit 17 Jahren wurden die beiden in einen sowjetischen Gulag verschleppt. Dort arbeiteten sie als Zwangsarbeiter in einem Stahlwerk unter menschenunwürdigen Zuständen. Sie erlebten mit, wie hunderte ihrer Kameraden im Lager durch Hunger und unmenschliche Behandlung ums Leben kamen. Nachdem sie diesem russischen Kriegsgefangenenlager entkamen, flohen sie in ihre schlesische Heimat zurück. Dort waren sie schließlich Gefangene und Arbeiter der polnischen Miliz, bis sie zusammen mit hunderten anderen Schlesiern im Juli 1946 in die amerikanische Zone vertrieben wurden. "Am größten war für mich die Betroffenheit. Ich habe das so konkret noch nie gehört", sagt ein Mann, nachdem Pfarrer Schneider einzelne Passagen aus seinem Buch vorgestellt hatte. Pfarrer Schneider hat lange gezögert, seine Erinnerungen aufzuschreiben. Zwar besaß er schon Notizen und hat auch in seiner Zeit als Pfarrer in Cottbus in den siebziger und achtziger Jahren vor Schülern im Religionsunterricht immer wieder von den Verbrechen, die an der deutschen schlesischen Bevölkerung nach Kriegsende von Russen und Polen begangen wurden, erzählt. Doch er hatte Angst, mißverstanden zu werden, weil in Deutschland das Wort "Erinnern" oft negativ besetzt ist und oftmals kurzschlüssig als "Aufrechnen" verleumdet würde. Diese Angst teilte auch ein Besucher der Buchlesung: "Ich hatte Angst, daß dieses Buch wieder als Munition für propagandistische Zwecke mißbraucht werden könnte." Dem Pfarrer geht es aber nicht um ein Aufrechnen, sondern um Versöhnung zwischen Polen und Deutschen. Er selber habe längst verziehen. "Wir haben den Leuten doch immer gesagt, wir wollen Schlesien doch gar nicht wiederhaben. Oft wird einem aber Mißtrauen entgegen gebracht, ob man das auch wirklich so meint", so Schneider. Gerold Schneider fordert in seinem Buch eine gerechte Aufarbeitung der Verbrechen in dieser Zeit, damit wahre Versöhnung zwischen Polen und Deutschen geschehen kann: "Echte Aussöhnung aber kann nur aus der Vergebung wachsen. Schuld vergeben ist ohne Schuld zugeben ganz unmöglich. Das wiederum setzt wahrhaftiges Erinnern voraus." Der Pfarrer beklagt, daß die zwei Millionen Todesopfer, die die schlesische Vertreibung gefordert hat, selten erwähnt, ganz verschwiegen oder gar verleugnet werden. "Von den zwei Millionen Vertreibungsopfern hört man in ganz Deutschland kaum ein Wort. ... Tatsache aber ist, daß ihre sterblichen Überreste noch immer an Straßenrändern liegen, so wie sie damals in großer Eile verscharrt werden mußten", schreibt Gerold Schneider in seinem Buch. Für ihn ist die These, daß die Vertreibung mit ihren Millionen Todesopfern letztendlich von deutschen Kriegsverbrechen verursacht worden ist, nur eine Halbwahrheit: "Es ist schlicht und einfach falsch, daß auf Terror mit naturgesetzlicher Gewalt Terror folgen muß." Gerold Schneider hofft, daß sein Buch einen kleinen Beitrag zur Versöhnung liefern kann. Gerold Schneider: "Vergangenheit, die nicht vergeht. Irrwege deutsch polnischer Nachbarschaft", St. Benno-Verlag Leipzig, 19.80 Mark kathweb.de/tdh/1999/tdha9910d.htm Odpowiedz Link Zgłoś
laband A wy dalyj cicho?! 29.01.04, 21:10 Czy sumiynia ludzi we Laband i Glywicach sie kedys obudzom i pokozom ize i tym ofiarom cza oddac kedys pamiync, honor i szacunek. to je te minimum na kere sam cza liczyc. Odpowiedz Link Zgłoś
Gość: Ramon Re: A wy dalyj cicho?! IP: *.proxy.aol.com 29.01.04, 21:46 Hallo Laband, Mouz racja, tych ludzi nie wolno zapomniec! Jou znom jeno jednego co przeszou Laband, nazywou sie: Artur Wildner z Miechowice. On powruciou co prouwda ze zuym stanym zdrowia, ale szczensliwie po paru latach do zony i szescioro dzieci. m.s.m Ramon Odpowiedz Link Zgłoś
ballest Re: A wy dalyj cicho?! 29.01.04, 22:04 Moj ujek, tysz bou w uobozie , a jak go wypuscili, to zaroz umar! To ale nie bouy Rusy! Wieczorek jest czynsto w Plawniowicach u Ks. Worbsa ! Odpowiedz Link Zgłoś
Gość: Ramon Re: A wy dalyj cicho?! IP: *.proxy.aol.com 29.01.04, 22:21 Ks. Worbs ist eim netter und gastfreundlicher Mensch. Bei einem unserer Besuche in Plawniowitz hat er sich freundlicherweise die Zeit genommen und uns durch das Schloss geführt. msm Ramon Odpowiedz Link Zgłoś
meg_s Re: A wy dalyj cicho?! 30.01.04, 16:15 Gość portalu: Ramon napisał(a): > Ks. Worbs ist eim netter und gastfreundlicher Mensch. Bei einem unserer Besuche > > in Plawniowitz hat er sich freundlicherweise die Zeit genommen und uns durch > das Schloss geführt. > msm > Ramon nadaremnie się wysilałeś - i tak zrozumiałam Odpowiedz Link Zgłoś
Gość: Ramon Re: A wy dalyj cicho?! IP: *.proxy.aol.com 30.01.04, 16:50 gratuluje! Wysilku nie kosztowauo to zadurzo. Ten wpis byl od mojej, polskiego i slonskiego nieznajacej zony. m.s.m Ramon Odpowiedz Link Zgłoś
meg_s Re: A wy dalyj cicho?! 30.01.04, 17:00 a to przepraszam, ale czemu pod Twoim nickiem? - to zabrzmiało dokładnie tak jak na spotkaniu - kiedy nagle część towarzystwa przechodzi na inny język żeby "oplotkować" pozostałych co do wysiłku - nie wiesz kiedy i ile się uczyłam - dlatego nie doceniasz ;-P Odpowiedz Link Zgłoś
laband i co jeszcze 31.01.04, 09:05 Bp Jan Wieczorek o deportacji Do tej pory deportacja Ślązaków była sprawą zamkniętą i nawet nie chciano o tym mówić, ponieważ groziło to ogromnymi konsekwencjami. Dobrze się dzieje, że zaczyna się wracać do źródeł i wydobywać dokumenty. Myślę, że jeszcze wiele można ich odkryć, bo pokolenie, które było deportowane jeszcze żyje. Sam mam w swoim sąsiedztwie człowieka, który przeżył gehennę wywózki. Dziś ma ponad 78 lat, ale wszystko dobrze pamięta. Dawniej nie chciał ze mną rozmawiać na te tematy. Podobnie było z moim ojcem, który po powrocie ze zsyłki nie chciał nic powiedzieć. W tamtych czasach za to groziła nawet śmierć. O szczegółach opowiedział mi dopiero gdy byłem już księdzem, ale podkreślał, abym zachował to tylko dla siebie. Ojciec pracował najpierw przy rozbiórce Bumaru w Łabędach. Potem kładł szerokie szyny w kierunku od Pyskowic na Kijów. Był też w obozie w Szepietówce, a następnie budował elektrownię w Dnietrpietrowsku, gdzie pracował jako cieśla. Spośród wielu, którzy byli zabrani on jakoś szczęśliwie wrócił, choć był bardzo wycieńczony. Kiedy zapukał do domu nie poznałem go. Siedział na schodach przed domem, aż mama przyszła i powiedziała nam, że to jednak jest nasz ojciec. Najgorsze dla niego było oddzielenie od dzieci i od rodziny. Tym bardziej, że rodzeństwo było bardzo młode. Najmłodsza siostra miała wtedy 9 lat. Bardzo to przeżywaliśmy, kiedy ojciec musiał odejść. To były trudne czasy. Dobrze, że dzisiaj się to dokumentuje. O deportacji Ślązaków powiedzieli Agnieszka Kazior Gliwice 2 marca 1945 roku zabrano nas na dwie godziny do pracy. Wychodząc z domu nic nie zabrałam ze sobą. Okazało się, że wywieziono mnie do Karagandy, a do domu wróciłam w grudniu 1945 roku. Pracowałam w piekarni. W łagrze było nas około 100 kobiet, prawie dwadzieścia zmarło z powodu chorób i głodu. O ile pamiętam, to zmarło tam również ponad 100 mężczyzn. Z powodu choroby wróciłam do Polski. Wiem, że pozostałe kobiety z mojego transportu wróciły do domów po pięciu latach. O ile tam nie zmarły lub nie zostały zamęczone. Antoni Musioł Zabrze Mój ojciec Adam pracował w kopalni "Makoszowy". W 1945 roku został wywieziony do kopalni "JANKO" w Zagłębiu Donieckim. Pod ziemią uległ wypadkowi. Można powiedzieć, że dzięki temu dostał się do obozowego szpitala, a w 1947 roku powrócił do domu. Zmarł w 1979 roku. Na wystawie jest jego zdjęcie i obozowe zaświadczenie o wypadku. Po tylu latach możemy dopiero spokojnie mówić o tym, co nas spotkało. Jan Michalik Katowice 2 lutego 1945 roku aresztowano moją mamę. Została wywieziona do Zagłębia Donieckiego, do miejscowości Auczewsk. Wiem, że dziś ta miejscowość nazywa się inaczej. W obozie mama była do czerwca 1945 roku. Ponieważ znała język rosyjski dlatego miała to szczęście, że została przydzielona do pracy w kuchni. Przynajmniej nie cierpiała głodu. Na wystawie jest pierścionek, na którym wygrawerowano moje inicjały. Dla mamy wykonał go ktoś w obozie, aby zawsze o mnie pamiętała. Zmarła w 1973 roku. Pani Berta Radzionków Z mojej ulicy wywieziono dużo osób. Rano poszli ojcowie do pracy w kopalni "Bytom" i już nie wrócili. Z wielu rodzin kogoś brakowało. Wtedy to byli moi sąsiedzi - Brol, Chynel i inni. Miałam wtedy 16 lat. Pamiętam, jak pewnego dnia ich nie było, a na ulicy mówiło się, że wywieźli ich Rosjanie. Wielu z wywiezionych już nie wróciło. Miałam tu przyjechać dziś z panią Bednorz Jej ojciec nie powrócił z tej wywózki. Niestety zachorowała i wystawę zobaczy później. Odpowiedz Link Zgłoś
laband Re: lager laband 31.01.04, 10:26 Prawie mom przed sobom lezec ta spominano sam wyzyj ksionzka od Gerolda Schneidera, jak jom przeczytom to dom na glywice.de.tf pora z niyj fragmyntow. Sprawa tego lagru jeszcze niyroz przidzie nazod (tysz we Polsce). Tyn lager je kompletnie niyznany a porownywalny do tych najgorszych, kere sie juz poleku starajom o pokazynie prowdy o nich wszyskim bez wzglyndu na narodowosc. Odpowiedz Link Zgłoś
laband Re: lager laband 31.01.04, 16:48 www.forumromanum.de/member/forum/forum.cgi?USER=user_239103&ACTION=view&ENTRY=1075557361&mainid=1075557361 Odpowiedz Link Zgłoś
laband ps 31.01.04, 21:50 "Gerold Schneider bricht mit seinem Buch das Schweigen und wendet sich gegen staatlich verordnete Einseitigkeit. Seine Erinnerungen sind ein wichtiges mahnendes Zeitzeugnis und ein engagierter Appell zur Versöhnung der Völker. Das tragende Fundament für den Völkerfrieden in Europa ist und bleibt für den Autor das christliche Menschenbild: der freie Mensch, der alle seine Handlungen vor seinem Gewissen abwägt und verantwortet, nur der kann Unrecht und Terror verhindern." Odpowiedz Link Zgłoś
laband Re: lager laband 01.02.04, 18:14 Coby tragika tego obozu boua jeszcze wiyncyj zrozumiauo, cza dodac ize we tym obozie niy ino Slonzoki(chopy i kobiyty) siedzieli we cztyrdziestym piontym, niy - tam siedziauy tysz ruske(ukrainske) kobiyty kere bouy na robotach we Niymcach a kere przez som fakt, ize bouy w niywoli, uwazane bouy za zdrajcow. One np musiauy z narazyniym zycie sciepywac ciynzke zelbetonowe puyty ze dachu hali na dou - a na dole robiyli Slonzoki. Jak widac maszyneria zaguady dziauaua wyrafinowanie. Te kobiyty, tak jak i nasze powywoziyli potym(te kere przezouy oczywiscie) na Syberia. Sam mocie link na ostatnie (narazie) fragmynty tyj ksionzki, kerech dou na "Glywicke Slonzoki": www.forumromanum.de/member/forum/forum.cgi?USER=user_239103&ACTION=view&ENTRY=1075557361&mainid=1075557361 Odpowiedz Link Zgłoś
ballest Re: lager laband 01.02.04, 21:30 "Ta wielka akcja odwetowa rozpoczela sie od razu po wkroczeniu Armii Czerwonej na Slask. Wladze komunistyczne, Urzad Bezpieczenstwa z pomoca NKWD i zolnierzy sowieckich rozpoczely aresztowania Slazakow. Zabierano ludzi z mieszkan, miejsc pracy, nawet z ulicy. Do obozu trafialy matki z malymi dziecmi, zdarzalo sie tez, ze dzieci zostawaly same bez rodzicow. Waltraud Porombka zostala sama z siostra. "Jak my byli w domu - wspomina po latach - my nie mieli grosza. Ludzi zamykali, ludzi z mieszkan wyrzucali. [...] W tym czasie my tylko sluchali - kiedy przyjda. Jak kolo naszych drzwi przeszli - to chwala Bogu, jak gdzies staneli - to siostra zaraz dostawala rozwolnienia ze strachu. Raz na strych my uciekali, raz do piwnicy my sie chcieli schowac, bo ojca juz nam zabrali". Procz folksdojczow w obozie w Swietochlowicach znalezli sie takze czlonkowie AK i cudzoziemcy: Czesi, Ukraincy, Austriacy, Rumuni, Jugoslowianie, pojedynczy Francuzi, Belg, Holender, a nawet Niemiec- komunista. W ostatnich dniach lutego 1945 roku spedzono do srodmiescia Katowic ludzi wyciaganych przedtem z mieszkan i poprowadzono w kolumnach do Hali Targowej w Swietochlowicach. Na czele szedl czlowiek owiniety we flage hitlerowska. Jozef Wiesiolek przypomina sobie masakre w Hali: "widzialem dokladnie, jak milicjanci palkami, kijami oraz pejczami, zwanymi bykowcami, bili wiezniow. Bicie odbywalo sie w ten sposob, ze owi milicjanci, przechodzac przez srodek sali, upatrywali swoje ofiary, a nastepnie po wyciagnieciu ich z tlumu - bili. Po tej masakrze kilka osob zmarlo, a niektorzy odbierali sobie zycie. Najbardziej skatowany byl, jak sobie przypominam, Franciszek Kielc, ktorego owinieto ta flaga". Pozniej popedzono wiezniow do obozu w Swietochlowicach. Byl to poniemiecki oddzial obozu w Auschwitz: kilkanascie barakow ogrodzonych drutem kolczastym pod pradem. Niemcy przetrzymywali tu wiezniow wykorzystywanych do pracy w slaskich hutach i kopalniach. W obozie panowal glod, racje zywnosciowe byly mniejsze niz w Oswiecimiu. Dorota Boreczek, ktora przezyla w Swietochlowicach epidemie tyfusu, wspomina, ze na osiem kobiet przypadalo 700 g chleba. Niektorzy wiezniowie jedli trawe. W kazdym baraku tloczylo sie w nieludzkich warunkach od 30 do 100 osob. Wiezniowie spali na trzypietrowych pryczach bez zadnego przykrycia, takze na podlodze. Barakow nie wolno bylo opuszczac, do latryny wychodzono grupowo. Salomon Morel dotrzymal slowa. Wraz z podwladnymi stworzyl system represji obejmujacych rozne sposoby znecania sie nad wiezniami. Najczestszym bylo regularne bicie drewnianymi palkami, gumowym wezem, noga od taboretu, a nawet lomem. Przyklad dawal sam Morel. Edmund Kaminski stracil sluch od jednego uderzenia Morela, ktory czesto do bicia wiezniow uzywal metalowego przedmiotu ukrytego w rekawiczce. Gerhard Gruschka pisal o Morelu w swych wspomnieniach, opublikowanych w Niemczech: "Gdy upatrzyl sobie jakiegos wieznia, w zasadzie oznaczalo to dla niego wyrok smierci. Zawsze po takich ?nalotach? wspolwiezniowie lezeli ciezko ranni i musiano ich przenosic do ambulatorium. Niektorzy z rozbitymi glowami ladowali w baraku-?trupiarni?". Gruschka byl wiezniem baraku numer 7, tak zwanego brunatnego, w ktorym przebywali podejrzani o przynaleznosc do NSDAP, SA, SS, HJ, szczegolnie okrutnie traktowani: "W bloku nr 7 musielismy doswiadczyc pierwszego ?pozdrowienia?. Polegalo ono na tym, ze trzeba bylo polozyc sie na taborecie i zostac ?przepytanym?, ile chce sie razow gumowa palka. A liczba razow byla sprawa dowolna, zalezna od bijacych. Gdy sie odpowiedzialo ?dwadziescia?, to mozna bylo tyle dostac, ale tez moglo to byc 10 lub 30 razy. Dla bijacych wazne byly glosno odliczane razy oraz okrzyki bolu, ktore mialy wymuszac posluszenstwo i wprowadzac przygnebienie". W tym baraku gorliwoscia odznaczali sie przyboczni Morela: Walter Skutela, zwany Bluthund - Krwawy Pies i kapo Marek. "Naloty" najczesciej urzadzali noca. Pastwili sie nad kolejnymi grupami wiezniow, wsrod ktorych byli takze chlopcy 15-17-letni i dziewczeta z organizacji BDM (Zwiazek Niemieckich Dziewczat). Rzucali wiezniow na ziemie, a straznicy deptali po nich, lub tez ukladali ich warstwami tak, ze ci na dole byli po prostu miazdzeni. Specjalne akcje urzadzano na urodziny Hitlera czy dzien kapitulacji Niemiec. Wiezniow spedzano pod prysznic, a nastepnie na plac obozowy. Tam lezacych pokotem grupy straznikow doslownie tratowaly. Kazano im spiewac piesni hitlerowskie, a kto udawal lub nie znal tekstu, byl dodatkowo bity. Osobna metoda znecania sie bylo przymusowe bicie sie nawzajem wiezniow. Nikodem Osmanczyk, ktory przebywal w obozie z ojcem, wspominal: "Salomon Morel przyszedl do baraku. Polecil wszystkim stanac w dwuszeregu twarzami do siebie i kazal bic sie wzajemnie po twarzy. Poniewaz ja i ojciec zamarkowalismy uderzenie, Morel podszedl do nas i ze slowami ?co skur..., tak to sie bije swinie?, reka, w ktorej mial pistolet, uderzyl mnie w twarz tak, ze upadlem pod prycze. Tak samo postapil z moim ojcem. Potem kazal sie znowu bic". Ten sam wiezien wspominal tez o torturze "golenia", ktora polegala na przypalaniu zarostu az do golej skory. Karol Pieczka przypomina sobie, ze ktorejs nocy do baraku wpadlo kilku straznikow. Ustawili wiezniow w szeregach i kazali wystapic tym, ktorzy czuli sie niewinni. Ci, ktorzy nie wystapili, zostali dotkliwie pobici. Wiezien, ktory pomylil sie przy odliczaniu, zostal tak pobity, ze zmarl po kilku dniach. Wielu nie wytrzymywalo psychicznie zagrozenia torturami. A stosowano coraz to wymyslniejsze. Gerhard Gruschka wspomina, ze zmuszano wiezniow do wynoszenia w zebach pojemnikow z nieczystosciami. Kto wypuscil pojemnik, byl bity. Jego ojcu w takich okolicznosciach wybito zeby kolba pistoletu. Wielu wiezniow usilowalo popelnic lub popelnialo samobojstwa. Najczesciej rzucali sie na druty ogrodzenia pod napieciem. Nikodem Osmanczyk opisuje wieznia, ktory probowal sie zabic, podrzynajac sobie gardlo metalowa puszka znaleziona w ubikacji. Zostal odratowany i zakatowany przez straznikow na smierc. W obozie byl karcer, w ktorym wiezniowie odbywali kary, stojac po pas w wodzie. Zanotowano wiele utoniec, Egon Janski widzia l tam takze utopionego noworodka. W lecie 1945 roku w obozie wybuchla epidemia tyfusu, dyfterytu, czerwonki. Fatalne warunki, brak higieny, glod, plaga wszy, pluskiew i szczurow sprawily, ze epidemia rozwijala sie bez przeszkod, nie powstrzymywana przez kierownictwo obozu. Komendant Morel calkowicie ja zlekcewazyl i dopuscil do jej rozprzestrzenienia. Franz Brachman wspomina, ze wladze obozu zupelnie obojetnie przyjmowaly pierwsze przypadki smierci wiezniow. Dopiero gdy wszyscy w baraku numer 7 byli chorzy, podano im wegiel. W najtragiczniejszym okresie - w lipcu i sierpniu - umieralo okolo 30 wiezniow dziennie. W ciagu najgorszych osmiu dni zmarlo 259 osob, w sierpniu 632, podczas calej epidemii okolo 1600. Zmarlych ladowano na woz konny i codziennie, najpierw noca, pozniej takze za dnia wywozono zwloki na cmentarze w Swietochlowicach, a nawet na dziedziniec huty Pokoj. Gdy na cmentarzach nie bylo juz wolnych miejsc, zrzucano zwloki do plytkich dolow wykopywanych na obrzezach miasta, posypywano wapnem, a mogily rownano z ziemia, by nie bylo zadnych sladow. Dopiero pod koniec epidemii przyjechala sluzbowa komisja lekarska z Warszawy. Uznano Morela winnym niedopatrzenia i ukarano trzydniowym aresztem domowym oraz potraceniem z pensji. Po stopniowym wygasnieciu epidemii zaczeto zwalniac wiezniow, kilkuset pozostalych przeniesiono pozna jesienia 1945 roku do obozu pracy w Jaworznie. Z zachowania Morela podczas epidemii mozna slusznie wnosic, ze nie zalezalo mu wcale na jej opanowaniu. Wprost przeciwnie, okazala sie ona wygodnym, bo naturalnym, sposobem eliminacji wiezniow. Z Odpowiedz Link Zgłoś
laband Re: lager laband 01.02.04, 21:33 we obozie we Toszku tysz bouo mocka AKowcow Odpowiedz Link Zgłoś
laband pora moich uwag 02.02.04, 09:15 Co wyczytouech, to to ize Rusy zanim oddali Hermina polokom to wysadziyli we luft piece hutnicze. Niyporadza sie powstrzimac coby powiedziec to co tera powia: Jak kozdy z wos wiy przez Glywice pod koniec wojny ssmaany prowadziyli wiynzniow ze Oswiyncimia - o tym cza godac i bydymy zawsze godac i pamiyntac. Ale jasny pieron mie szczyla ze zodyn ze Polokow, kere tam miyszkajom niy godo i niy pamiynto Slonzokow, kere byli pora miesiyncy potym prowadzone z obozu we Laband do Oswiyncimia . Jedna czecia ino ich sie zostoua zywych po obozie we Laband a byli tak samo wyniszczone jak te wiynznie ze Oswiyncimia. Dyc w tym czasdie juz miyszkauo we Glywicach tysione Polokow - wszyske majom skleroza?!!! Odpowiedz Link Zgłoś
laband moje pytanie 02.02.04, 09:34 czym sie te lagry rozniouy? home.t-online.de/home/re_mail.ede/kz0.htm Odpowiedz Link Zgłoś
laband Re: lager laband 02.02.04, 23:56 "Ich schrieb meine Beobachtungen den Bischof von Oppeln mit der Bitte, daß man nach gründlicheren Untersuchungen an dieser Stelle wenigstens ein Kreuz oder einen Gedenkstein aufstellen könnte. Er antwortete mir umgehend handschriftlich, was mich sehr beeindruckte. Meine Hinweise hat er dem Bischof von Gleiwitz weitergeleitet, in dessen Bistum der Ort Laband liegt." A jo wom wszyskim sam piyknie dziynkuja za niyspotykano reakcja. Czesc! Odpowiedz Link Zgłoś
Gość: Luzifer Slascy nacjonalisci albo wyzerka nad mogila? IP: *.mcbone.net / *.mcbone.net 04.02.04, 00:37 I co to ma byc? Chcesz by cie zalowano? Przypominasz rozgoraczkowanego polskiego nacjonaliste, tylko ze ten nie o uciesnonych Polakach tylko Slazakach wajasz. Polskiemu kosciolowi sie przypomnialo? Ciekawe gdzie byli w 1945? Tym ludziom co zgineli z glodu wyczerpania czy tez przez znecanie jest obojetne czy pop 59 latach jakis tam dopasowany pururowy poswieci krzyzyk albo jakis zablakany nacjonalistyczny pajac ich glorifikuje, oczywiscie wykorzystujac do wlasnych celow. Odpowiedz Link Zgłoś
laband Re: Slascy nacjonalisci albo wyzerka nad mogila? 06.02.04, 12:59 takyj odpowiedzi sie po tobie spodziywouech Odpowiedz Link Zgłoś