Dodaj do ulubionych

czerwone maki

27.05.04, 10:32
Dziwia sie ize tyn wrog na Monte Cassino sie krou "jak szczur" i te polske
supermeny sie chcieli z nim szczylac(czytej bic). Ta piosynka to je tako
cosik leko przesadzono jak no Rota". Abo?

Kej sie myla to mi moge sam kerys wyklaruje we kerym fragmyncie:

Czerwone Maki na Monte Cassino


Czy widzisz te gruzy na szczycie?
Tam wróg twój sie kryje jak szczur!
Musicie, musicie, musicie
Za kark wziąć i strącić go z chmur!
I poszli szaleni, zażarci,
I poszli zabijać i mścić,
I poszli jak zawsze uparci,
Jak zawsze za honor sie bić.


Refren:

Czerwone maki na Monte Cassino
Zamiast rosy piły polską krew.
Po tych makach szedł żołnierz i ginął,
Lecz od śmierci silniejszy był gniew!
Przejdą lata i wieki przeminą,
Pozostaną ślady dawnych dni
I tylko maki na Monte Cassino
Czerwieńsze będą, bo z polskiej wzrosną krwi.


Runęli przez ogień, straceńcy,
Niejeden z nich dostał i padł.
Jak ci z Samosierry szaleńcy,
Jak ci spod Rokitny, sprzed lat.
Runęli impetem szalonym
I doszli. I udał się szturm.
I sztandar swój biało-czerwony
Zatknęli na gruzach wśród chmur.


Refren:
Czerwone maki...


Czy widzisz ten rząd białych krzyży?
To Polak z honorem brał ślub.
Idź naprzód - im dalej, im wyżej,
Tym więcej ich znajdziesz u stóp.
Ta ziemia do Polski należy,
Choć Polska daleko jest stąd,
Bo wolnoć krzyżami sie mierzy -
Historia ten jeden ma błąd.


Refren:
Czerwone maki..


A co do fridhofow pod Monte Cassino to odwiedzom tam wszyske i niy ino te
polske abo niymiecke, bo czasami niywia eli tyn wojok kery tam lezy to je
Slonzok, abo Niymiec, abo Polok - chocioz niymiecki fridhof tam je i tysz np
polski.

Pyrsk!
Obserwuj wątek
    • laband Re: czerwone maki 27.05.04, 10:51
      Mysla ize trocha o to zahaczo taki tekst:

      Zimą 1940 r. gen. Rowecki powołał przy Wydziale Propagandy Związku Walki
      Zbrojnej referat "N" zajmujący się propagandą w języku niemieckim. Pomysłodawcą
      był płk Jan Rzepecki, zaś kierownictwo powierzono Tadeuszowi Żenczykowskiemu.
      Powstało w ten sposób ciało, które miało odegrać niemałą rolę w dezorganizacji
      działań nieprzyjaciela.

      Pracowano z niezwykłą dbałością. Dział studiów zbierał specjalne wiadomości z
      historii i geografii Niemiec, a szczególnie z zakresu języka niemieckiego,
      dialektów, gwar środowiskowych, zawodowych, zwrotów urzędowych oraz aktualnych
      problemów politycznych, gospodarczych, nastrojów w wojsku, wśród ludności
      cywilnej itp.

      Drukowano na tej podstawie tysiące ulotek, broszur, a nawet całych czasopism o
      różnych orientacjach politycznych-od komunistycznych do monarchistycznych,
      pisma satyryczne czy nawet religijne. Najbardziej znane, takie jak "Der Soldat"
      czy "Der Hammer", do dziś w literaturze zachodniej bywaj ą uważane za
      autentyczne przejawy opozycji antyhitlerowskiej.

      Jako takie znajdują się też na wystawach i w muzeach, np. w Berlinie. Trudno z
      resztą się dziwić Niemcom, że nie spieszą się z poprawkami.

      W ramach akcji "N" rozsyłano do urzędów niemieckich fałszywe rozporządzenia i
      rozkazy, rozwieszano plakaty z obwieszczeniami, np. z apelem władz o oddawanie
      przez Niemców futer dla żołnierzy na froncie wschodnim, co wzbudziło nastroje
      irytacji. 30 kwietnia 1942 r. rozesłano do zakładów pracy rozporządzenie o dniu
      wolnym 1 maja. Informowano o rzekomych spiskach w wojsku.

      • laband Re: czerwone maki 27.05.04, 10:53
        Liczne tego typu akcje dezorganizowały działanie administracji bądź stwarzały
        wrażenie istnienia poważnej opozycji wobec władz III Rzeszy.

        Dział kolportażu rozprowadzał druki po terenie całych Niemiec, a nawet na
        wschodni front. Dzięki temu Niemcy praktycznie do marca 1944 r., gdy wpadła
        drukarnia W-1, a wraz z nią druki "N", nie mieli pewności co do ich
        pochodzenia. Do tego czasu Gestapo i Abwehra tropiły "opozycję" na terenie
        Rzeszy.

        Materiały "N" były chętnie czytane przez Niemców. Tylko nieliczne były
        zgłaszane na policję. Szczególną popularnością cieszyły się wśród żołnierzy,
        którzy płacili za nie na czarnym rynku po 50 marek, traktując je jako źródło
        prawdziwych informacji.

        • laband i tak my prziszli do Sorbow 27.05.04, 10:55
          SPRAWY ŁUŻYCKIE
          Odrębną kartę w dziejach polskiej "dezy" stanowi tzw. Akcja bez Nazwy. Związana
          ona była z próbami niesienia pomocy Łużyczanom - najmniejszemu narodowi
          słowiańskiemu, żyjącemu od setek lat pod panowaniem niemieckim. Mieszka on do
          dziś w okolicach Budziszyna i Chociebuża. Zarówno po pierwszej, jak i po
          drugiej wojnie światowej Łużyczanie próbowali bezskutecznie wywalczyć
          niepodległość, autonomię bądź przyłączenie do Czech lub Polski.

          Jesienią 1942 r. powstał w Warszawie Serbo-Łużycki Komitet Narodowy. Utworzony
          on został z inicjatywy Bohdana Gębarskiego ps. "Belim", żołnierza AK,
          entuzjasty idei reslawizacji wschodnich Niemiec, pracującego najpierw przy
          opracowaniu problematyki polskiej granicy zachodniej, a następnie w dziale
          kolportażu akcji "N". Udało mu się zwerbować, prócz kilku Polaków, także
          oficerów Wehrmachtu i urzędników niemieckich pochodzenia łużyckiego
          rezydujących w Warszawie. Sam Gębarski został sekretarzem generalnym Komitetu i
          redaktorem naczelnym "Spraw Łużyckich".

          Prezesem był pół-Łużyczanin mieszkający w Warszawie Roman Borysz. Nie są znane
          nazwiska "autentycznych Łużyczan", o których zapewnia Gębarski, nie był to w
          każdym razie nikt z dawnych lub późniejszych działaczy łużyckich.
          Prawdopodobnie byli to ludzie wychowani w kulturze niemieckiej , w których
          obudziła się świadomość słowiańskich korzeni.

          W pierwszym numerze "Spraw Łużyckich" z 1 listopada 1942 r. zamieszczono
          memoriał, w którym Komitet zwracał się do Polaków, jako przyszłych zwycięzców,
          i prosił o włączenie całych, historycznych Łużyc w skład Imperium Polskiego.
          Jednocześnie zwrócono się do Rządu RP o uznanie narodów łużyckich za
          sojuszników Polski, a SŁKN za ich uprawomocnione przedstawicielstwo oraz o
          wyjednanie aliantów zwolnienia jeńców narodowości łużyckiej i utworzenie z nich
          oddziału u boku armii polskiej. Ministrowi M. Seydzie udzielono pełnomocnictw
          do reprezentowania interesów Łużyc na forum międzynarodowym.

          W dwa miesiące później, kontynuując akcję, prezes Komitetu powierzył
          sekretarzowi "misję utworzenia Serbo-Łużyckiego Rządu", złożonego po połowie z
          Polaków i Łużyczan. Na wniosek "premiera" powzięto uchwały dotyczące m. in.
          języków urzędowych i godła przyszłego państwa. Po miesiącu Komitet wystosował
          list otwarty do W. Churchilla, w którym informował o swoim istnieniu.

          Akcja ta odniosła duży sukces, rozpowszechniając sprawę w kraju i na arenie
          międzynarodowej. Na "Sprawy łużyckie" powoływano się później wielokrotnie, a co
          najciekawsze, na Łużycach niedawno obchodzono 50 rocznicę powstania owego rządu.

          "Belim" powołał również Związek Niemców Pochodzenia Słowiańskiego, skupiający
          rzekomych Meklemburczyków. Wykorzystał on fakt, że jeszcze do I wojny światowej
          istniało wśród mieszkańców Meklemburgii silne poczucie słowiańskiego
          pochodzenia i wielecko-obodrzyckich tradycji państwowych. W okresie
          nazistowskim władze zwalały ostatnie pomniki słowiańskich wodzów i bohaterów.
          Gębarski pozyskał dla swego Związku kilku niemieckich oficerów z tego kraju.
          Wydawał pismo "Wendischer Bote", które wysyłał do północnych Niemiec wraz z
          materiałami "N" bez wiedzy kierownika przeciwnego tej akcji.

          W dalszej kolejności propagandą niepodległościową mieli być objęci Bawarczycy,
          jednakże wybuch Powstania Warszawskiego przerwał akcję, a jej inicjator znalazł
          się w niewoli. Jeszcze w oflagu ten niestrudzony człowiek zdołał rozbudzić w
          dwóch strażnikach meklemburską, słowiańską świadomość. Po uwolnieniu przez
          Brytyjczyków z obozu koko Hanoweru natychmiast przystąpił do poszukiwania
          przodków tamtejszych Słowian, wynarodowionych w XVIII w. Władze okupacyjne
          zabroniły jednak mu tej działalności i "Belim" wrócił do kraju.

          Dziś jakby mniej w Polsce takich jednostek. Okres sukcesów minął, oby na
          krótko. Nasuwa się jednak nieodparcie refleksja nad metodami akcji prowadzonej
          przez Polaków w kontekście tej, którą toczy się obecnie przeciw Polsce.
          Refleksja etyczna.

          AK drukowała fałszywe rozkazy ewakuacji, urlopów dla żołnierzy, informacje o
          spiskach, jako uczestników podając np. zajadłych nazistów. Jest to postępowanie
          specyficzne dla czasu wojny. W warstwie ideowej Polacy prowadzili raczej
          dedezinformację. Nie ośmieszali dziedzictwa kulturalnego Niemiec, ale się do
          niego odwoływali. Nie buntowali młodzieży przeciwko rodzicom, nie podrywali
          autorytetu Kościoła, ale przypisywali biskupom wypowiedzi wymierzone w reżim.
          Nie wysyłali do Rzeszy materiałów pornograficznych i propagandy rozwiązłości.
          Przeciwnie, informowali żołnierzy niemieckich o zagrożeniach ich rodzin.
          Umacniali tradycję, świadomość historyczną, szacunek dla przodków.

          Polacy zwalczali wroga, jakim byli Niemcy. Bronili zarazem - jak zawsze - nie
          tylko swego narodu, ale cywilizacji łacińskiej, zagrożonej wówczas przez
          teutoński, pogański socjalizm.

          • laband Re: i tak my prziszli do Sorbow 27.05.04, 10:58
            A tera ciekawych je co na to Polki juzas pedzom(?)
            • laband Re: i tak my prziszli do Sorbow 27.05.04, 17:44
              Program umiarkowany, obejmujący tylko Śląsk Opolski, z góry oczywiście
              wykluczał jakiekolwiek plany związania Łużyc z Polską. Również samo poruszanie
              problemu łużyckiego nie wchodziło w grę zgodnie z uchwałą Rady Ministrów z
              7.X.1942 r., w której przestrzegano przed wysuwaniem dalej idących żądań ze
              względu na ryzyko utraty terenów Wschodnich.1 Powtórzył to Marian Seyda,
              kierujący Ministerstwem Prac Kongresowych, w depeszach do Delegatury z lutego
              1944 r.2 Kontynuował tę linię również premier Tomasz Arciszewski.3

              Przede wszystkim umiarkowane stanowisko M. Seydy, który na pewno nie miał
              zamiaru podjąć inicjatywy Serbo-Łużyckiego Komitetu Narodowego zaważyło na nie
              poruszaniu sprawy Łużyc na forum międzynarodowym.. Łużyce w pracach podległego
              mu resortu traktowane były jako terytorium niemieckie, w postulatach Polski na
              przyszłą konferencję pokojową z grudnia 1942 r. określono je jako „lewy brzeg
              Nisy Łużyckiej”, mający podlegać luźniejszej okupacji polskiej i
              czechosłowackiej.4 Na stanowisku Rządu niewątpliwie zaważył fakt, że nawet
              działacze Stronnictwa Narodowego w Londynie (grupa Tadeusza Bieleckiego)
              prezentowali w stosunku do granic zachodnich mało ofensywne poglądy.

              Również w przypadku koncepcji granicy na Odrze i Nysie Łużyckiej objęcie
              bezpośrednim zainteresowaniem Łużyc nie było brane pod uwagę. W jednym z
              opracowań Delegatury (prawdopodobnie z 1943 r.) ujęto to najbardziej
              zwięźle: „Granica na Odrze i Nysie Łużyckiej stanowi kres naszych dążeń na
              zachodzie, nie tylko w rozumieniu terytorialnym, ale również ideologicznie. Po
              cóż mielibyśmy tam iść?”5

              Pewne zainteresowanie sprawą Łużyc wykazywał premier Władysław Sikorski,
              zapewne pod wpływem opracowań Ruchu Zachodnio-Słowiańskiego, o którym w dalszej
              części artykułu.6 Wynikało to z bardziej ofensywnych koncepcji premiera
              odnośnie granicy zachodniej. W związku z tym już w 1941 r. zlecił on
              Delegaturze opracowanie memoriału w sprawie łużyckiej.7 W materiale tym
              optymistycznie oceniono możliwości regeneracji życia narodowego na Łużycach i
              przedstawiono krótki szkic dziejów związków polsko - łużyckich. W kwestii
              politycznej jednak stwierdzono tylko, że Łużyczanie zasługują na wolność i
              stanowią najdalej na zachód wysuniętą tamę przeciw ekspansji germańskiej.8

              Również w późniejszym okresie czynniki krajowe – Krajowa Reprezentacja
              Polityczna i Rada Jedności Narodowej, odrzucając koncepcję granicy na Nysie
              Łużyckiej, nie obejmowały też zainteresowaniem politycznym Łużyc.

              Nie oznaczało to wszakże zgody na dalszą przynależność Łużyc do Niemiec. Było
              to raczej uznanie de facto tego terenu za strefę interesów czeskich. W
              oficjalnych dokumentach dotyczących konfederacji nie ma wprawdzie na ten temat
              wzmianki, lecz wynikało to raczej ze stanowiska Benesza, który przede wszystkim
              oficjalnie musiał bronić nienaruszalności granicy z 1937 r. Łużyce już od 1918
              r. były jednak przedmiotem dążeń czechosłowackich, w co aktywnie zaangażowany
              był Benesz (zaraz po zakończeniu działań wojennych w 1945 r. Czesi podjęli
              akcję na rzecz ich przyłączenia). Takie stanowisko prezentował Departament
              Spraw Zagranicznych Delegatury, który w ekspansji czeskiej na Łużyce widział
              ułatwienie dla polskich dążeń na Śląsku.9 Tak też rozumiały to krajowe
              środowiska ofensywne ubolewając, że „układ czesko - polski pomija także
              milczeniem sprawę łużycką, oddając Łużyczan na łup czeskiej zaborczości.”10

              Większe zainteresowanie problematyką łużycką wykazywała Sekcja Zachodnia
              Departamentu Informacji i Prasy Delegatury, gdyż byli zatrudnieni w niej ludzie
              już przed wojną zajmujący się zagadnieniem ziem zachodnich. Nie miało to
              jednakże większego wpływu na politykę rządu. Ich poglądy będą przedstawione
              niżej, przy omawianiu stanowiska środowisk politycznych. W tym miejscu warto
              jedynie zwrócić uwagę, że w materiałach o ziemiach zachodnich przesłanych do
              Londynu pada nazwa „Limes Sorabicus”, jako naturalna granica zachodnia Europy
              Środkowo - Wschodniej.11

              Generalnie stwierdzić należy, że realistyczne stanowisko polskich czynników
              oficjalnych wobec możliwości polskiej ekspansji terytorialnej na zachód oraz
              świadomość niechętnego stosunku Anglosasów do polskich dążeń w ogóle wykluczały
              polityczne zaangażowanie w sprawy Łużyczan, które bardziej odwoływały się do
              sfery emocjonalnej. Na pewno istniało osobiste zainteresowanie tym zagadnieniem
              polityków polskich, którzy poruszać je mogli w różnych okolicznościach, jak np.
              ambasador Stanisław Kot w rozmowie ze Stalinem.12

              Takie stanowisko organów władzy dowodzi, że zasiadający w nich przedstawiciele
              stronnictw politycznych, pomimo wielu różnic, zgodni byli w zachowaniu dystansu
              wobec sprawy łużyckiej. Inne stanowisko prezentowała prasa, zarówno główne
              organy, jak i pisma wydawane przez działaczy niższego szczebla. Podczas analizy
              poglądów poszczególnych ugrupowań na sprawy przyszłych granic Polski oraz jej
              roli w Europie Środkowej, z czym związane było podejście do problematyki
              łużyckiej, rzuca się silnie w oczy, wspomniana wyżej różnica między racjonalnym
              a emocjonalnym podejściem do wymienionych zagadnień. Na przykładzie obozu
              narodowego widać, że im młodszy wiek działaczy, tym większe było poparcie dla
              Łużyczan.

              Spośród czterech głównych stronnictw najsilniej kwestię łużycką poruszało SN,
              zgodnie z deklaracją kwietniową 1939 r. formułując postulat „wyrwania Łużyc
              spod niemieckiego władztwa” i zagwarantowania im „nieskrępowanego rozwoju
              narodowego”.13 Kwestię tę wiązano więc zazwyczaj z postulatem granicy na Odrze
              i Nysie Łużyckiej, której zabezpieczeniem miały być niezależne od Niemiec
              Łużyce. Tę linię prezentował przede wszystkim „Warszawski Dziennik”.14 Kwestia
              łużycka była też elementem idei reslawizacji całych wschodnich Niemiec, w czym
              Łużyczanie odgrywaliby kluczową rolę, jako najbardziej świadomi i jedyni,
              którzy zachowali słowiański język.15 Reslawizacji poddać miano zarówno ziemie
              włączone do Polski (Pomorze Zachodnie i Śląsk), jak i całe Połabie, które
              stopniowo ulegać miało wpływom Polski.16 Przeważnie też same Łużyce miałyby już
              od razu być włączone do Imperium Polskiego.17 Takie koncepcje obecne są już od
              1941 r., przede wszystkim w „Walce”, „Młodej Polsce” i „Warcie”.18

              Kwestię łużycką podejmowało też Stronnictwo Pracy, postulując również włączenie
              Łużyc do Imperium Polskiego, głównie za sprawą działaczy grupy „Unia”, która
              połączyła się z SP. Stronnictwo Ludowe w mniejszym stopniu również poruszało
              kwestię łużycką, zazwyczaj w kontekście granicy na Odrze i Nysie Łużyckiej, już
              w późniejszym okresie wojny. PPS - WRN stała na stanowisku przynależności Łużyc
              do Czechosłowacji na warunkach autonomii.19

              Szczególnie aktywnie w propagowanie sprawy łużyckiej zaangażowane były różne
              nurty ruchu narodowego. Kwestia łużycka w prasie była zazwyczaj elementem w
              programie maksymalnego odepchnięcia Niemiec na zachód, do linii Sala - Kanał
              Kiloński i budowy Imperium Słowiańskiego.20

              W ramach samego SN tę radykalną myśl propagował „Głos”, zaznaczając jednak, że
              będzie to można osiągnąć dopiero za kilkadziesiąt lat, a na razie należy
              zadowolić się odbudową Łużyc (niekoniecznie przyłączeniem ich do Polski).21
              Podobne koncepcje głosiła grupa „Szańca”, wywodząca się z ONR - ABC oraz Miecz
              i Pług. Polski Ruch Zjednoczenia Słowian („Myśl Wyzwolona”). Najbardziej
              aktywna i ofensywna była Konfederacja Narodu powstała z ONR - Falangi
              postulująca ekspansję we wszystkich kierunkach.22 Łużyce, tak jak i całe
              Pomorze (z Rugią), miały być włączone do Polski, zaś dalsze ziemie, łącznie z
              Lubeką i Kilonią, poddane polskiej kontroli. Problematyka ta poruszana była
              głównie w dodatku do „Nowej Polski” „Fakty na t
              • laband Re: i tak my prziszli do Sorbow 27.05.04, 17:45
                W ramach samego SN tę radykalną myśl propagował „Głos”, zaznaczając jednak, że
                będzie to można osiągnąć dopiero za kilkadziesiąt lat, a na razie należy
                zadowolić się odbudową Łużyc (niekoniecznie przyłączeniem ich do Polski).21
                Podobne koncepcje głosiła grupa „Szańca”, wywodząca się z ONR - ABC oraz Miecz
                i Pług. Polski Ruch Zjednoczenia Słowian („Myśl Wyzwolona”). Najbardziej
                aktywna i ofensywna była Konfederacja Narodu powstała z ONR - Falangi
                postulująca ekspansję we wszystkich kierunkach.22 Łużyce, tak jak i całe
                Pomorze (z Rugią), miały być włączone do Polski, zaś dalsze ziemie, łącznie z
                Lubeką i Kilonią, poddane polskiej kontroli. Problematyka ta poruszana była
                głównie w dodatku do „Nowej Polski” „Fakty na tle idei” oraz specjalnym
                piśmie „Biuletyn Słowiański”.23 Podobnie ofensywną politykę, łącznie z budową w
                Meklemburgii państwa słowiańskiego, propagował Obóz Polski Walczącej wywodzący
                się z OZN.24

                Ogólnie rzecz ujmując, w materiałach na temat Łużyc, zamieszczanych w prasie
                podziemnej, dominują wątki historyczne, szczególnie przynależność tego kraju do
                Polski w czasach Bolesława Chrobrego, odwoływanie się do solidarności
                słowiańskiej - potrzeba spieszenia z pomocą najmniejszemu bratniemu narodowi,
                który od tysiąca lat niezłomnie opiera się brutalnej nawale germańskiej oraz
                idei Imperium Polskiego, względnie słowiańskiego. Następnie pisze się o
                wzmocnieniu polskiej granicy zachodniej. Zwraca uwagę fakt, że rzadziej
                pojawiają się sformułowania negatywne, tj. potrzeba maksymalnego osłabienia
                Niemiec, niż pozytywne, tj. reslawizacja wschodniej części tego kraju. Wyraźnie
                była więc akcentowana podmiotowość Łużyczan.

                W tym miejscu należy postawić pytanie, na ile problematyka łużycka pełniła w
                prasie podziemnej funkcję krzepiącego oddziaływania na świadomość społeczeństwa
                polskiego i czy takie były przede wszystkim intencje wydawców. Niewątpliwie,
                podawane w roku 1941, 1942 i na początku 1943 informacje, że żyje jeszcze lud,
                który wytrzymał tysiąc lat niemieckiego panowania, że Polska ma do spełnienia
                misję dziejową na Zachodzie i przez inne narody jest uważana za mocarstwo, w
                którym widzą one swe wybawienie, że jest realna możliwość znacznie dalszego
                przesunięcia granic na zachód, niż jeszcze kilka lat temu można było marzyć,
                dodawały otuchy czytelnikom. Autorzy publikacji mieli tego świadomość.

                Trzeba jednak pamiętać, że prasa podziemna ma stosunkowo wąski i w gruncie
                rzeczy zamknięty krąg odbiorców. W przypadku pism szeroko zajmujących się
                kwestią łużycką, zarówno autorami, jak i w większości czytelnikami byli młodzi,
                radykalni narodowcy. Ich entuzjazm był niewątpliwie szczery, bowiem wynikał on
                z trwającego od dziesięcioleci procesu eskalacji dążeń rewindykacyjnych na
                zachodzie w łonie szeroko rozumianego obozu narodowego. Okres okupacji był tego
                procesu kolejnym etapem. To właśnie ci młodzi z SN, z ONR przed wojną mówili,
                że nie chcą już więcej cudów nad Wisłą, ale pod Wrocławiem, Szczecinem,
                Budziszynem. Dla nich, przed samym wybuchem wojny, sztandarową lekturą
                była „Ziemia gromadzi prochy” Józefa Kisielewskiego opisująca proces
                niemieckiej ekspansji na wschód i niszczenia Słowian.25 Wojna z Niemcami
                stworzyła realną możliwość powrotu na „szlak Chrobrego”. Kulminacyjnym punktem
                tego procesu było powstanie SŁKN. Wiadomość, że odezwali się sami Łużyczanie,
                że oddają się pod opiekę „skrzydeł Białego Orła”, wywołać musiała w tym
                środowisku prawdziwy entuzjazm, a oczy skierowała już nie na Odrę i Nysę
                Łużycką, czy nawet Łabę, ale za Salę i Meklemburgię aż do Wendlandu
                Lüneburskiego.26 Pomimo eksterminacji obozu narodowego idea obrony Łużyc
                przeszła na najmłodsze pokolenie, tworzące po wojnie Prołuż.

                Na wychodźstwie najaktywniej sprawę łużycką propagował Ruch (na początku Klub)
                Zachodnio – Słowiański, utworzony jeszcze w Rumunii przez przedstawicieli
                polskiej myśli zachodniej, takich jak Tadeusz Suliński, czy Tadeusz Halewski, a
                rezydujący od 1940 r. w Edynburgu. Zajmował się on szerzeniem idei federacji
                środkowoeuropejskiej. W jego skład wchodzili też Czesi i Słowacy. Pismo
                RZS „Ruch (później Biuletyn) Zachodnio – Słowiański”, zawierające też materiały
                w języku czeskim, wydawane było również w wersji anglojęzycznej.27

                W komentarzu Sekcji Polskiej do „Tez ideologiczno - politycznych Federacji
                Słowian Zachodnich” wydanych w kwietniu 1940 r. w Bukareszcie włączenie Łużyc
                do Polski określano jako konieczność życiową.28 W „Biuletynie” zamieszczano
                materiały o historii Łużyc, wskazywano na nie jako na fragment przyszłej
                federacji. Na mapach widniały w wąskich granicach, jako część Słowiańszczyzny.
                Dopuszczano też możliwość przyłączenia ich do Czech.29 Jak już wspomniałem,
                pismo to wywierało pewien wpływ na poglądy członków władz polskich w Londynie.30

                Problematyka łużycka pojawiła się też na łamach prasy polskiej i polonijnej w
                Wielkiej Brytanii, USA i Kanadzie.31 Szczególnym echem odbiła się w niej
                działalność SŁKN. Ukazały się też dwie większe publikacje: polskiego jezuity z
                Chicago F. Domańskiego „Łużyce” i J. Kaczmarka „The Lausitz Serbs. Free Europe”
                w Londynie.32

                W przypadku podlegających Moskwie komunistów trudno mówić o miejscu kwestii
                łużyckiej w polityce tego środowiska, warto jednakże zwrócić uwagę, że problem
                ten był przez nich zauważany. Wynikało to ze słowiańskiego i zachodniego, w
                przypadku granic, kierunku propagandy. Poszczególni działacze byli też, jak się
                wydaje, szczerze zainteresowani losem Łużyczan. Już w 1941 r. mówił o nich
                Alfred Lampe w audycjach radiowych.33 Problematyka ta pojawiła się na
                łamach „Nowych Widnokręgów”, gdzie pisano o „Polsce (...) aż po Łabę”.34
                Łużyczanami była zainteresowana Wanda Wasilewska.35 Generalnie jednak, zgodnie
                z linią sowiecką, komuniści skupiali się na zagadnieniu granicy na Odrze i
                Nysie Łużyckiej. Oficjalnie dokumenty ZPP i PKWN nie zawierają więc żadnych
                wzmianek o Łużycach.

                Poza Polakami nikt w czasie wojny sprawy łużyckiej nawet nie zasygnalizował.
                Prasa anglosaska nie zauważała problemu.36 Podobnie w opracowaniach na temat
                przyszłości Niemiec nie uwzględniono Łużyc. Jedyną znaną mi publikacją
                poruszającą zagadnienie łużyckie jest rzetelna praca szkockiego antropologa G.
                R. Gayre, w której udowadnia on słowiańskie podłoże etniczne wschodnich Niemiec
                i proponuje przyłączenie Łużyc do Czech.37 Działające w Wielkiej Brytanii
                organizacje ponadnarodowe: Komitet Wszechsłowiański i Klub Federalny Środkowo -
                Europejski nie tylko nie poruszały sprawy łużyckiej, ale nawet nie wymieniały
                Łużyczan wyliczając narody słowiańskie.38

                Tym bardziej w poczynaniach politycznych przywódców mocarstw kwestia łużycka
                nie była brana pod uwagę. Stalin nie był - przynajmniej oficjalnie -
                zainteresowany Łużyczanami, choć wiedział o nich zarówno od wspomnianego S.
                Kota, jak i W. S. Gundorowa, przewodniczącego Komitetu Wszechsłowiańskiego w
                Moskwie, w którym byli Łużyczanie przygotowujący audycje w radio moskiewskim. W
                prasowym organie Komitetu „Slaviane” zamieszczono też materiały o Łużycach.39
                W. Churchill mógł wiedzieć o Łużyczanach, jeśli przeczytał list SŁKN doręczony
                mu przez polskie MSZ.40 F. D. Roosevelt zaś twierdził, że zna się na problemach
                Niemiec, a szczególnie Prus, mógł więc również mieć jakieś wiadomości.41 Jeśli
                więc Wielka Trójka wiedziała coś o Łużyczanach, to i tak fakt ten nie znajduje
                odzwierciedlenia w dokumentach. Przy opracowaniu koncepcji przyszłości Niemiec
                nie uwzględniano bowiem problemu łużyckiego.

                W okresie wojny powstały liczne propozycje i plany podziału Niemiec, najwięcej
                w USA. W żadnych jednak nie brano pod uwagę faktycznej lub domniemanej
                słowiańskości wschodn
                • laband Re: i tak my prziszli do Sorbow 27.05.04, 17:46
                  W okresie wojny powstały liczne propozycje i plany podziału Niemiec, najwięcej
                  w USA. W żadnych jednak nie brano pod uwagę faktycznej lub domniemanej
                  słowiańskości wschodnich Niemiec. Przeciwnie, teren ten postrzegano wyłącznie
                  jako Prusy - gniazdo wszelkiego zła. Tak więc mieszkańcy tych ziem mieli być
                  potraktowani szczególnie surowo, jako „najgorsi Niemcy”.42 W szczegółowym
                  opracowaniu Departamentu Stanu na temat problemów graniczno - etnicznych w
                  Europie wśród 34 miejsc nie wymienia się Łużyc.43 Nie było też mowy o
                  poszerzeniu granic Czech, przeciwnie, w pewnym okresie proponowano włączenie do
                  Niemiec Varnsdorfu, Rumburku i Sluknova - miast nad granicą łużycką,44 które po
                  wojnie odegrały wielką rolę w dziejach Łużyczan. O przyłączeniu Łużyc do Polski
                  w ogóle nie mogło być mowy, skoro Anglosasi byli prawie cały czas przeciwni
                  granicy na Nysie Łużyckiej.

                  Kształcące intelektualnie i interesujące z politycznego punktu widzenia mogłoby
                  być rozważanie, co by było z Łużyczanami, gdyby zrealizowano któryś z planów
                  zdruzgotania i podziału Niemiec. Pozostając jednak przy samych faktach,
                  stwierdzić trzeba, że plany te nie miały nawet większych szans realizacji. Są
                  one typowym przykładem wpływu emocji na politykę. Realistyczna ocena sytuacji
                  musiałaby doprowadzić do wniosku, że starcie Zachodu z ZSRS jest nieuchronne i
                  w interesie obu stron leży pozyskanie sobie przyszłych, silnych Niemiec jako
                  sojusznika.45 Dlatego też przyjęcie planu Henry’ego. Morgenthaua na drugiej
                  konferencji w Quebecku już kilka dni później zostało określone jako decyzja
                  podjęta pod wpływem emocji. Swoją drogą, co sądzić o szefach rządów, którzy,
                  jak F. D. Roosevelt mówią „widocznie się nie zastanowiłem, nie miałem pojęcia
                  co podpisuję”, albo jak W. Churchill „bardzo żałuję, że to podpisałem”. Mimo
                  to, aż do samego Poczdamu ci dwaj politycy ponawiali pomysły rozczłonkowania
                  Niemiec, co byłoby korzystne dla Europy, gdyby w parze z tym rozgraniczono
                  również ZSRS, tego jednak wówczas nie planowano.

                  Wydaje się, że już jesienią 1943 r. rozdrobnienie Niemiec przestało być
                  możliwe. W Teheranie dokonano praktycznie podziału Europy. W USA przewagę
                  zaczęła zdobywać grupa przeciwna rozczłonkowaniu, o czym świadczy ustąpienie
                  Summera Wellesa. Po tym fakcie zarysowała się wyraźnie linia podziału między
                  Departamentem Stanu kierowanym przez Cordella Hulla i zdominowanym przez WASP-
                  ów, nastawionych przede wszystkim antykomunistycznie, a Departamentem Skarbu z
                  H. Morgenthauem na czele wyrażającym poglądy Żydów nastawionych wówczas głównie
                  antyniemiecko.46 O ile stanowisko Żydów jest zrozumiałe, to przyczyną
                  postępowania F. D. Roosevelta może być tylko fakt, że (jak stwierdził George
                  Kennan – wówczas jeden z najbardziej trzeźwych polityków amerykańskich47) był
                  to „powierzchowny ignorant i dyletant, człowiek o ograniczonych horyzontach
                  intelektualnych nie znający ani trochę Rosji, a słabo Europę”.48 Trudno
                  przypuszczać, aby ten człowiek, tak jak i W. Churchill, który, jak próbował się
                  tłumaczyć, dopiero w marcu 1945 r. zorientował się w prawdziwych intencjach
                  Stalina, mogli interesować się problemem łużyckim. Na wiosnę 1945 r. zaczęła
                  się już jednak gra o Niemcy. Prace Komisji do Spraw Podziału [Niemiec]
                  powołanej na konferencji w Jałcie praktycznie nie rozwinęły się. Sprawa łużycka
                  zależała tylko od splotu okoliczności w polityce mocarstw.

                  • laband Re: i tak my prziszli do Sorbow 27.05.04, 18:31
                    Upadek III Rzeszy i poddanie Niemiec okupacji mocarstw otworzyło Łużyczanom –
                    najmniejszemu narodowi słowiańskiemu mieszkającemu w okolicach Budziszyna i
                    Chocieboża – zupełnie nowe możliwości uzyskania samodzielnego bytu, a
                    przynajmniej szerokiej autonomii w ramach Polski, Czech lub Niemiec. Pierwszy
                    rok od zakończenia wojny nie przyniósł jednak, poza dramatycznymi i
                    patetycznymi memorandami, listami, deklaracjami Łużyczan i ich słowiańskich
                    sąsiadów, żadnego rozstrzygnięcia.

                    Resorty spraw zagranicznych gromadziły tylko informacje o „stanie sprawy
                    łużyckiej”, czekając na wyjaśnienie kluczowego przecież stanowiska Sowietów. I
                    tak np., na początku maja 1946 roku, warszawski MSZ otrzymał od swojego
                    eksperta, dra Henryka Batowskiego opracowanie pod tytułem „Sprawa łużycka”,
                    sporządzone w połowie kwietnia 1946 r., w którym autor dokonał szerokiego
                    przeglądu wydarzeń pierwszego kwartału tego roku odnośnie Łużyc. Zauważając, że
                    zabiegi czynione przez Łużyczan w Pradze, po części w Polsce, a także na
                    Zachodzie nie posunęły sprawy naprzód, znacznego jej wyjaśnienia spodziewał się
                    po wstawieniu specjalnego punktu o Łużycach do programu obrad zjazdu
                    wszechsłowiańskiego, jaki miał się odbyć w maju 1946 w Belgradzie,
                    lecz „zostało ono odsunięte na termin nieokreślony, wskutek nieokreślonego
                    odroczenia samego zjazdu”. Dodał też, że „patrioci łużyccy i ich opiekunowie
                    czescy, w mniejszej mierze i liczbie zaś także polscy (może także pewni
                    jugosłowiańscy) prowadzą rozpoczęte prace dalej, ale jak się zdaje, nie
                    osiągnęli niczego zasadniczego, prócz drobnych ulg i korzyści”.

                    Opracowanie H. Batowskiego po raz pierwszy postawiło jasno problem zasadniczy:
                    popieranie dążeń Łużyczan, zwłaszcza do pełnej niepodległości może stać, i
                    prawdopodobnie stoi, w sprzeczności z interesami ZSRS. Jakie więc działania
                    mógłby podjąć MSZ i w ogóle władze warszawskie, skoro Moskwa milczy? Ten
                    dylemat stał się zasadniczym problemem hamującym zarówno Warszawę, jak i Pragę,
                    przed podjęciem konkretnych działań na rzecz zachodnich pobratymców
                    słowiańskich w ciągu kolejnych miesięcy 1946 r.

                    Tymczasem Łużyczanie nie zmniejszyli aktywności, licząc na pomoc przede
                    wszystkim swych sąsiadów i kontynuowali działania zmierzające do nawiązania
                    oficjalnych stosunków z władzami w Polsce. W związku z tym, 30 kwietnia 1946 r.
                    Paweł Cyż, brat Jurija Cyża, szefa praskiej ekspozytury Łużyckiego Komitetu
                    Narodowego, pełniącego rolę przedstawicielstwa narodowego Łużyczan,
                    został „Oficjalnym delegatem Łużyc” w Polsce, jako „minister, przedstawiciel
                    Łużyckiej Rady Narodowej”. Rozpoczął on swą działalność od wydania oświadczenia
                    pt. „Serbowie Łużyccy do Narodu Polskiego” 1.

                    Pierwszą jego część stanowiło przypomnienie udziału żołnierzy polskich w
                    walkach na różnych frontach drugiej wojny światowej oraz życzenia szybkiej
                    odbudowy ze zniszczeń przy wydatnej pomocy państw zachodnich. Następnie Czyż
                    potwierdził zasadność polskich granic na Odrze i Nysie Łużyckiej, dodając: „My
                    Łużyccy Serbowie – oświadczam to w imieniu Łużyckoserbskiej Rady Narodowej i w
                    imieniu całego mego narodu - nie mieliśmy, nie mamy i nigdy mieć nie będziemy
                    żadnych roszczeń w stosunku do terytoriów przyznanych Polsce przez Konferencję
                    w Poczdamie. Granicą łużycko–polską jest rzeka Nisa! Jesteśmy radzi, że
                    przynajmniej część historycznego obszaru Łużyc wróciła do narodu słowiańskiego.
                    Gdyby zaś Polska już przy ustalaniu swoich zachodnich granic otrzymała była
                    całe Łużyce, nie istniałoby dziś zagadnienie łużyckie, gdyż byłaby spełniła się
                    wola naszego narodu wyrażona w żądaniu: oderwać się od Niemiec. W naszym drugim
                    memorandum z dnia 7 stycznia 1946 roku rzuciliśmy projekt oddania się pod
                    protektorat polski”2.

                    Dalej Cyż pisze o walce Łużyczan o prawa narodowe dodając: „my, Serbowie
                    Łużyccy, pogrążeni w falach niemieckiego morza, wyciągamy ręce ku stojącej u
                    brzegu tego morza Polsce i wołamy do Niej, a także do innych narodów
                    słowiańskich: Nie dacie nam zginąć!”. Wyraża wreszcie obawy o los działaczy
                    łużyckich po zakończeniu okupacji Niemiec oraz dziękuje za aktywność Prołużu.

                    W tym czasie władze w Polsce zdecydowały się wreszcie konkretnie przyjrzeć
                    sprawie łużyckiej, przede wszystkim od jej wnętrza. W dotychczasowym, rocznym
                    okresie pozostawały bowiem na poziomie haseł wywoławczych i łatwowiernym
                    przyjmowaniu tego, co głosiły przedstawicielstwa łużyckie oraz wciąż
                    tylko „życzliwie się przypatrywały”, jak to zgrabnie ujął Bierut.

                    Na początku czerwca szef Polskiej Misji Wojskowej w Berlinie, Jakub Prawin,
                    poruszył głębiej zagadnienie łużyckie w raporcie politycznym PMW dla MSZ pisząc
                    iż „z dalszej obserwacji ruchu Łużyczan, z którymi jesteśmy wciąż w kontakcie,
                    widać że ruch ten i jego kierownicy nie wyrósł jeszcze ponad zasięg
                    partykularyzmu regionalnego. Zarówno zasięg zainteresowań kierownictwa ruchu,
                    jak i jego polityczno-organizacyjne możliwości obracają się w tym kręgu
                    osiągnięć. Ruch ten nie ma jeszcze ani swych teoretyków, ani dostatecznie
                    wyrobionej politycznie kadry ludzi. Poczynania ich poza wyjazdami za granicą
                    rodziny Cyżów, którzy z dr Cyżową na czele mają pewien poziom dążeń i metod,
                    nie ma ani możności, ani woli wyjścia poza obręb komendy wojennej w Budziszynie
                    i zagadnień co najwyżej samorządowych”3.

                    Opinia ta, choć trochę przesadzona, gdyż wielu innych działaczy łużyckich miało
                    szersze spojrzenie i większe ambicje polityczne, wpłynęła na urealnienie
                    stanowiska MSZ. W dalszym ciągu jednak to środowisko związane z Cyżem
                    pozostawało dla Warszawy jedyną oficjalną reprezentacją Łużyczan na arenie
                    międzynarodowej.

                    Wspomniana Marka Cyżowa, żona Jurija Cyża, 29 maja 1946 r. spotkała się z
                    przedstawicielem Czechosłowackiej Misji Wojskowej w Berlinie (ČVM) Bruegelem,
                    prosząc aby misja poparła u władz sowieckich postulat utworzenia – jeśli już
                    nie osobnej partii socjalistycznej – to chociaż sekcji. Do tej pory władze
                    sowieckie i Niemcy odmawiali utworzenia nawet łużyckiej sekcji w ramach SED.
                    Cyżowa poinformowała także o nielegalnym podróżowaniu Łużyczan do Pragi bez
                    sowieckich przepustek. Dwa dni później Bruegel rozmawiał z Iwanowem w sprawie
                    sekcji łużyckiej. Rosjanin stwierdził, iż jest przeświadczony o tym, że SED nie
                    może takiej sekcji utworzyć. Godziłoby to w program tej partii, głoszący
                    jedność Niemiec. Sekcję taką porównał do Bundu, któremu sprzeciwił się Lenin4.

                    7 czerwca misja czeska sondowała u członka Dyrektoriatu Politycznego w
                    Niemczech z ramienia ZSRS, gen. W. S. Iwanowa, możliwość odwiedzenia wystawy
                    łużyckiej kultury w Budziszynie. Do tej pory bowiem sowiecka administracja
                    zabraniała Czechom jeździć na Łużyce. Iwanow stwierdził, iż nic się nie
                    zmieniło i nadal odradza, aby członek ČVM jechał na Łużyce. Po raz kolejny
                    poradził, aby czechosłowackie Ministerstwo Spraw Zagranicznych (MZV) uzgodniło
                    z sowieckim ambasadorem w Pradze, Zorinem, jak daleko może posuwać się
                    aktywność ČSR w sprawie łużyckiej. Dodał, że jeżeli Czesi nie chcą rozmawiać o
                    tym w Pradze, to niech Horak zwróci się do Mołotowa. Iwanow dodał też, iż
                    władzom sowieckim jest wiadome, że jugosłowiańscy dostojnicy zwiedzili wystawę
                    bez przepustek; lecz przemilczały to. Byli to: attaché prasowy i radca prawny
                    misji jugosłowiańskiej Skrabar i Mikacić. Zdaniem Iwanowa odwiedzanie tej
                    wystawy w jakiś sposób mogło godzić w SED i wizerunek sowieckich władz
                    okupacyjnych5.

                    W przededniu referendum zorganizowanym przez Sowietów w swojej strefie
                    okupacyjnej w sprawie tzw. „nacjonalizacji przemysłu i reformy rolnej”, na
                    całym terytorium Łużyc odbyły się manifestacje organizowane przez Domowinę. W
                    przypadku części pruskiej, były to pierwsze legalne zgromadzenia łużyckie od 15
                    lat.
                    • laband Re: i tak my prziszli do Sorbow 27.05.04, 18:32
                      W przededniu referendum zorganizowanym przez Sowietów w swojej strefie
                      okupacyjnej w sprawie tzw. „nacjonalizacji przemysłu i reformy rolnej”, na
                      całym terytorium Łużyc odbyły się manifestacje organizowane przez Domowinę. W
                      przypadku części pruskiej, były to pierwsze legalne zgromadzenia łużyckie od 15
                      lat. W Slěpo odbyła się też akademia ku czci Armii Czerwonej – wyzwolicieli
                      Łużyc. Byli na niej obecni przedstawiciele sowieckiej komendantury w Slěpo,
                      Białej Wodzie, i Berlinie oraz delegaci polskiej i jugosłowiańskiej misji
                      wojskowej. Jugosłowianin stwierdził w przemówieniu, iż jego kraj stara się o
                      wyzwolenie Łużyczan, a bój ten zakończy się zwycięstwem. To samo „uwypuklił”
                      delegat polski mówiąc, iż dzięki Armii Czerwonej Łużyce sąsiadują z Polską i
                      mogą się o nią oprzeć. Misja jugosłowiańska zaproponowała Domowinie samochód, a
                      Polska – gimnazjum z internatem w Zgorzelcu. Pomimo zaproszenia nie przybył
                      przedstawiciel ČVM, co Polacy i Jugosłowianie uznali za bardzo nieżyczliwe,
                      wykorzystując tę okazję do walki o sympatię Łużyczan. Ci ostatni potraktowali
                      to jako brak zaufania Czechów do możliwości wspólnych starań o niezależność
                      Łużyc. Podobna sytuacja powtórzyła się w Radvorju.

                      MZV zwrócił uwagę, iż polska i jugosłowiańska misja mają wyznaczonego urzędnika
                      do kontaktów z Łużyczanami, który śledzi na bieżąco wszystkie wydarzenia z nimi
                      związane. Tymczasem nikt z ČVM na Łużyce nie jeździ, a często są nawet problemy
                      ze spotkaniami w Berlinie, gdyż Łużyczanie nie są nawet dopuszczani do szefa
                      misji, gen. Palačka6.

                      1 lipca Cyżowa oraz działacz i reporter łużycki Wicaz skierowali w Paryżu na
                      ręce czeskiego ministra spraw zagranicznych, Masaryka, pismo przedstawiające
                      opinię ŁKN w związku z toczącą się konferencją. Na wstępie przypomnieli, iż
                      Łużyczanie są mniejszością pozbawioną możliwości prawnego zaistnienia na forum
                      międzynarodowym i mogą liczyć tylko na bratnich Słowian. „Odwołując się do
                      tradycji solidarności słowiańskiej, naród łużycki prosi, aby wszystkie narody
                      słowiańskie, stały się jego oficjalnymi rzecznikami i przedłożyły problem Łużyc
                      ONZ”. Miałby to być również wymóg demokracji, równouprawnienia, wolności i
                      humanizmu. Dalej następuje odwołanie do tradycji współpracy łużycko – czeskiej,
                      w osobach prezydentów T.G. Masaryka, Benesza i wielu innych. W piśmie wyrażona
                      jest też opinia, iż ČSR, Polska, Jugosławia i Bułgaria powinny zająć się sprawą
                      łużycką, gdyż „wynika to z ich walki przeciw faszyzmowi, oraz obecnej polityki
                      zagranicznej”. Ponadto Łużyczanie przyjęli pierwszą falę Drang nach Osten
                      umożliwiając Polsce i Czechom konsolidację państwową. Pisma podobne zostały
                      złożone na ręce F. Kardelja, O. Langego, szefa bułgarskiej delegacji w Paryżu
                      Vasyla Kolarova i bezimiennego sowieckiego sekretarza7. Sekretariat Masaryka
                      odesłał pismo do oddziału II MZV z adnotacją, iż proponują czekać na spis
                      ludności w Niemczech, planowany na 29 października, oraz potwierdził stanowisko
                      resortu wyrażone w omawianym wcześniej dokumencie8.

                      M. Cyżowa przybyła do Paryża 19 czerwca, zaś Wicaz 26 czerwca. Oboje mieli
                      pełnomocnictwa ŁKN, a także zasięgnęli opinię w czeskim ministerstwie
                      informacji i u dr Staśka w Urzędzie Rady Ministrów. 3 lipca w Paryżu, w Palais
                      du Luxembourg, przedłożyli 4 ministrom omawiane memorandum wraz z mapami. W
                      sekretariacie konferencji poinformowano ich, że sprawa łużycka jest na
                      wokandzie, co potwierdza mapa Europy oficjalnie używana na konferencji, z
                      zaznaczonymi kwestiami spornymi (Principales questions examinées a la
                      conférence de la paix). Wśród 20 terytoriów spornych, na pozycji 6 znajduje
                      się: Pays de Lusace (Lausitz).

                      Tego dnia delegaci łużyccy zostali przyjęci przez sowieckiego delegata,
                      Bogomołowa. Rozmowa trwała „aż 20 minut i miała przyjacielski przebieg”.
                      Obiecał on, iż wszystko zreferuje w Moskwie i sowieckiej administracji w
                      Berlinie oraz przedstawi sprawę swojej delegacji.

                      Łużyczanie zostali także życzliwie przyjęci przez O. Langego, który zastanawiał
                      się jakim sposobem wnieść sprawę łużycką na forum międzynarodowe; przede
                      wszystkim ONZ. Wnioskiem z rozmowy było stwierdzenie, iż państwa słowiańskie
                      powinny solidarnie wystąpić w obronie Łużyc, oraz przekonywać władze sowieckie.
                      Z Masarykiem Wicaz rozmawiał jedynie telefonicznie. Osobiście zaś z Hajdu,
                      któremu przekazał omawiane wyżej pismo. Z Łużyczanami rozmawiali także inni
                      delegaci czescy: Klvan, Stejngerhof i Zlatnik, a także reporter Drtina. Kolejną
                      rozmowę delegaci łużyccy odbyli z ministrem jugosłowiańskim Kardeljem. Obiecał
                      on, iż przedłoży sprawę Radzie Ministrów w Belgradzie. Kardelj poradził, aby
                      Łużyczanie nie uchylali się od współpracy z „demokratycznymi organizacjami” w
                      strefie sowieckiej, przede wszystkim z SED. Zwrócił on uwagę, iż między
                      Łużyczanami „jest jeszcze sporo reakcjonistów”.

                      Opinię tę oparł prawdopodobnie na informacjach z Berlina, gdzie komuniści, a
                      zwłaszcza W. Pieck „oskarżali” Łużyczan wobec władz sowieckich o reakcjonizm.
                      Kardelj oświadczył też, iż Jugosławia wypuściła z obozów jenieckich żołnierzy
                      narodowości łużyckiej, niektórzy z nich już wrócili do domów. Delegaci ŁKN
                      zwrócili się z prośbą o poparcie w Moskwie postulatu utworzenia łużyckiej
                      partii socjalistycznej.

                      Bardzo serdeczną rozmowę odbyli Łużyczanie z szefem bułgarskiej delegacji
                      Vasilem Kolarovem, który powoływał się na swoje znajomości w Moskwie z okresu
                      emigracji. Swoje poparcie obiecali też obecni w czasie rozmowy gen. Marinov i
                      Ivan Mariyanov, znajomy Wicaza z jego pobytu w Sofii. Kolarov obiecał
                      wykorzystać wszystkie swoje wpływy, aby podnieść postulaty łużyckie oraz
                      zaprosił delegatów do Sofii.

                      We francuskim MZS Łużyczan przyjęli: szef wydziały wschodnioeuropejskiego Henri
                      Roux (znajomy Wicaza z Ankary) i jego zastępca Laloy, którzy otrzymali obszerny
                      materiał informacyjny. Następnie odbyła się narada u prezesa Francuskiego
                      Towarzystwa Przyjaciół Łużyc, byłego ministra Louisa Marina, na temat ożywienia
                      działalności tej organizacji. Ustalono, iż towarzystwo będzie zbierać podpisy
                      pod petycją do rządu francuskiego, aby wprowadzić sprawę łużycką pod obrady
                      konferencji pokojowej. Zostanie także zorganizowana wystawa w Paryżu na temat
                      Łużyc, ze szczególnym uwzględnieniem obecnej sytuacji politycznej. Na spotkaniu
                      była także obecna „stara przyjaciółka Łużyc” Madame de Phalipau” , która
                      przechowała przedwojenne francuskojęzyczne materiały propagandowe o Łużycach.

                      Materiały informacyjne delegaci ŁKN dostarczyli też delegacjom: duńskiej,
                      holenderskiej, belgijskiej i luksemburskiej. Następnie dzięki finansowej pomocy
                      delegacji jugosłowiańskiej odbyła się konferencja prasowa, która jednak nie
                      spotkała się z większym zainteresowaniem. W tym czasie bowiem trwała
                      konferencja rumuńskiego ministra informacji Jassy. Obecnych było 14
                      dziennikarzy czeskich, francuskich, polskich, amerykańskich i szwedzkich.
                      Informację zamieściły: „Le Monde”, „Le Soir”, „Le Parisien Libéré” i „France
                      Tireur”. Obszerny wywiad z Cyżową przeprowadził redaktor naczelny
                      paryskiej „Gazety Polskiej” – J. Andrzejewski. Notatkę zamieścił organ
                      rosyjskiej emigracji we Francji „Russkije Novosti”. Depesze przesłali
                      korespondenci PAP-u: Bibrowski, sowieckiej agencji TASS, Wisznakow (znajomy
                      Wicaza z Istanbułu) i „New York Times”’a – Sulzberger.

                      W tym czasie Tito obiecał przebywającemu w Jugosławii przedstawicielowi ŁKN, J.
                      Rjencowi, że wysunie postulaty łużyckie na forum międzynarodowym, lecz wyraził
                      obawy, czy przysłuży się to Łużyczanom, gdyż z powodu nieprzejednanego
                      stanowiska wobec Triestu, Jugosłowianie mają u Anglosasów opinię „bolszewików”9.

                      Obszerny raport d
                      • laband Re: i tak my prziszli do Sorbow 27.05.04, 18:33
                        W tym czasie Tito obiecał przebywającemu w Jugosławii przedstawicielowi ŁKN, J.
                        Rjencowi, że wysunie postulaty łużyckie na forum międzynarodowym, lecz wyraził
                        obawy, czy przysłuży się to Łużyczanom, gdyż z powodu nieprzejednanego
                        stanowiska wobec Triestu, Jugosłowianie mają u Anglosasów opinię „bolszewików”9.

                        Obszerny raport delegacji czeskiej MZV przesłało do Urzędu Rady Ministrów,
                        Ministerstwa Spraw Wewnętrznych i Ministerstwa Informacji. Zdaniem ministra -
                        członka Rady Ministrów, dra Staška sprawa łużycka miała pozytywnie załatwiona w
                        ciągu 5 lat. Według niego, „w świetle sukcesów delegacji w Paryżu można
                        przyjąć, iż stoi ona lepiej niż to przypuszczał”10.

                        Na początku lipca Łużycka Rada Narodowa (ŁRN), będąca rodzajem nieoficjalnego
                        rządu łużyckiego, postanowiła zmienić swego przedstawiciela w Polsce na dra
                        Jerzego Jeskija. Zwróciła się więc do Prawina o rekomendację, a ten, opierając
                        się na opinii Rady napisał do Warszawy iż Jeskij cieszy się dużym szacunkiem
                        jako jeden z najdzielniejszych bojowników antyniemieckich o sprawę łużycką. W
                        Warszawie zdaje się, też miał dobrą opinię, ale o to należałoby zapytać ludzi
                        ze sfer uniwersyteckich”. Ewentualną misję delegata Prawin określił
                        jako „oczywiście nieoficjalną” i zwrócił uwagę na dwie trudności: niemieckie
                        obywatelstwo i brak finansów. Jeskij twierdził, iż w 1939 r. starał się o
                        polskie obywatelstwo i miał nawet zgodę MSW, ale wybuch wojny uniemożliwił
                        sfinalizowanie sprawy. Teraz pragnął, aby zostało to dopełnione. Co do drugiej
                        kwestii szef Misji zaproponował przywrócenie mu stanowiska lektora języka
                        łużyckiego, lecz na Uniwersytecie Poznańskim, „gdzie byłoby mu łatwiej utrzymać
                        bliski kontakt i współpracę ze Związkiem Zachodnim”, oraz niewielką dotację11.

                        Wydział Środkowo-Europejski MSZ niezwłocznie zwrócił się do MBP o opinię na
                        temat Jeskija „ponieważ przebywał w okresie okupacji jako Reichsdeutsche,
                        zwłaszcza jego zachowania wobec Polaków i władz niemieckich”12. Dzień
                        wcześniej, 1 sierpnia opinię o nim przesłał Pawłowi Cyżowi wielki przyjaciel
                        Łużyczan Gwido Wrzosiński, lektor języka łużyckiego na Uniwersytecie
                        Wrocławskim i tłumacz literatury polskiej na oba języki łużyckie. Wrzosiński
                        żalił się, iż Jeskij spotkany na ulicy w okupowanej Warszawie niechętnie z nim
                        rozmawiał: „Mój lumpenproletariacki wygląd kompromitował inżyniera”.

                        Ponadto Wrzosiński zastanawiał się, jak Gestapo mogło nie wiedzieć o
                        przedwojennej działalności Jeskija lub dlaczego nie wyciągnięto
                        konsekwencji „Dlaczego inż. J. czuł się w G.G. bezpieczny jak przysłowiowy
                        Daniel w lwiej jamie?” W konkluzji uznał on, iż objęcie stanowiska
                        przedstawiciela dyplomatycznego przez tak niepewną osobę za „faux pas, które w
                        sprawie Narodu, reprezentowanego w chwili obecnej przez obywatela (tj. P. Cyża)
                        i byłego więźnia niemieckich obozów koncentracyjnych, przynieść może więcej
                        szkody niż korzyści”13.

                        Wobec powyższych zastrzeżeń, ŁRN nie czekając już na opinię Warszawy, po
                        dłuższych wahaniach zdecydowała się cofnąć nominację Jeskija i pozostawić Pawła
                        Cyża, prosząc rząd o poparcie go „we wszystkich sprawach, które załatwia w
                        imieniu Ł-SRN (ŁRN), o udzielenie mu wszelkiej potrzebnej pomocy, jak i o
                        uznanie go jedynym przedstawicielem Ł-SRN przy Rządzie R.P.”14. Przez cały ten
                        czas w Polsce delegatem pozostał Czyż, który po odwiedzeniu Łużyc, 24 lipca
                        spotkał się z Sobierajskim. Poinformował on naczelnika, iż rozmawiał z dr
                        Cyżową, która powiedziała, iż postulat wydzielenia Łużyc z Niemiec
                        znalazł „oddźwięk” przede wszystkim u Amerykanów, zaś Wyszyński obiecał
                        poparcie w decydującej chwili. Równocześnie prosi ona delegację warszawską o
                        poparcie i radę15.

                        Poza obserwacją delegacja nie wykazała jednak żadnej aktywności. Sprawa nie
                        widniała nawet na liście „spraw drobniejszych” w „Materiałach do Konferencji
                        Pokojowej w Paryżu” Biura Kongresowego. Poza jedną wzmianką nie ma nic w
                        Dzienniku Delegacji Polskiej i innych dziennikach, ani notatkach, załącznikach,
                        dokumentach i opiniach przesłanych do Warszawy, ani w spisie korespondencji,
                        jak też w materiałach „Różne sprawy graniczne”16. Wspomina się tylko dr Cyżową
                        przesyłającą opisy rewizjonistycznych ulotek niemieckich17.

                        Innym kanałem, a mianowicie przez korespondentów prasowych nawiązano współpracę
                        z redaktorem działu zagranicznego ZTK J. Wicazem. Kontakt z nim, już w stolicy
                        Czech podjął attache prasowy Józef Mayen-Szadniewicz w porozumieniu z
                        Dyrektorem Departamentu Prasy i Informacji MSZ W. Groszem. Wicaz był zaufanym
                        władz czeskich i jechał do Paryża jako specjalny sprawozdawca z
                        poleceniem „nawiązania odpowiednich stosunków i zorganizowania sprawniejszej
                        obsługi informacyjnej”18. To on właśnie miał wykonywać konkretne zadania, gdy
                        oficjalnym korespondentem pozostawał młody i niedoświadczony reporter
                        przesyłający relacje za UP lub AFP, ale który był bratankiem ministra
                        sprawiedliwości Drtiny19.

                        Mayen próbował zwerbować Wicaza jako informatora, sugerując w zamian wsparcie,
                        jednakże ten odmówił. W sierpniu jednak udzielił Mayenowi kilku
                        informacji „bezinteresownie”. Dotyczyły one zjazdu młodych SED z okręgu
                        Wschodniej Saksonii 18 sierpnia, na którym Pieck nazwał Łużyczan reakcjonistami
                        oraz spotkania z sowieckim majorem Liublańskim z Drezna, który „odpowiadając na
                        pytania w kwestii łużyckiej, uchylił się od wyraźnego zajęcia stanowiska w tej
                        sprawie, przy czym wyraził zadowolenie z zacieśniającej się współpracy między
                        postępową młodzieżą łużycką a młodzieżą SED”.

                        Chociaż nie były to żadne rewelacje, to zyskał dzięki nim zaufanie Mayena,
                        który zdecydował się dać mu pismo polecające dla ministra, przedstawiając go
                        jako odpowiedniego człowieka do wspólnej akcji prołużyckiej i antyniemieckiej.
                        Zaufanie to pozostało pomimo, iż jedna informacja okazała się fałszywa. Wicaz
                        sugerował, iż otrzymał ją od min. Kopeckiego, a dotyczyła rzekomo planowanego
                        przez Czechów złożenia niedorzecznej propozycji odstąpienia im przez Polskę
                        Kłodzka i Wałbrzycha w zamian za Łużyce.

                        Mayen-Szadniewicz nadal wierzył w życzliwe nastawienie Łużyczanina „w sprawach,
                        w których nie kolidują nasze interesy z interesami czechosłowackimi w sposób
                        zbyt bezpośredni”. W efekcie skontaktował go z praskim korespondentem
                        PAP, „celem nawiązania jakiejś regularnej służby informacyjnej z Budziszyna”20.

                        Kanał ten nie był jednak efektywny, podobnie jak cała wspomniana już
                        komunikacja Praga-Warszawa. Już po czystce np. bezskutecznie szukano przesyłek
                        od Komitetu Słowiańskiego w Polsce, dla komitetu w Budziszynie za pośrednictwem
                        Pragi, zawierających polską prasę. Wierbłowski mógł jedynie wykrzyknąć na
                        marginesie jednego z pism: „p. Mayen, co się z tym dzieje?” Dopiero po dwóch
                        tygodniach pracownik poselstwa, Dobrowolska odnalazła jedną paczkę przysłaną
                        bez pisma przewodniego, które powinno być, zdaniem attache prasowego, „uzualnie
                        w takich razach”21.

                        • laband Re: i tak my prziszli do Sorbow 27.05.04, 18:35
                          W tym samym czasie ŁKN (Filia w Pradze) zwrócił się do rządu warszawskiego z
                          podaniem o to, aby Niemców usuwanych z terytorium Polski nie osiedlać w pasie
                          50 km na zachód od granicy, tzn. na Łużycach. Pismo to datowane na 20 lipca,
                          Stankiewicz przesłał do MSZ dopiero po 3 tygodniach22.

                          Był to problem bardzo poważny dla Łużyczan, gdyż na ich ziemiach znalazło się
                          już 200 tysięcy przesiedleńców, głównie ze Śląska o oczywistej, szczególnej
                          wrogości wobec Słowian. Od tej pory Niemcy stanowili na Łużycach zdecydowaną
                          większość ludności poza okręgiem Budziszyna. Zdaniem Komitetu przesiedleni
                          często powracali nocą na terytorium Polski by rabować, przeważnie bydło,
                          lub „napadać, niepokoić i terroryzować miejscową ludność”. Miał to być główny
                          powód, dla którego władze w Polsce mogłyby poprzeć postulat usunięcia już
                          przesiedlonych Niemców dalej na zachód lub północ. Jurij Cyż nie ukrywał też,
                          że byłoby to dla Łużyc wielkim zyskiem moralnym i narodowym23.

                          MSZ zrezygnował ze skierowania pisma do Ministerstwa Administracji Publicznej,
                          jak chciała z początku M. Wierna, kierująca Wydziałem Środkowo-Europejskim MSZ,
                          i przesłał je Prawinowi z prośbą wysondowania opinii sowieckich władz
                          okupacyjnych w tekście depeszy z 20 września zaznaczono: „bez podejmowania
                          żadnych oficjalnych kroków”. W projekcie skreślono nawet słowo „na razie”. I
                          rzeczywiście ani wtedy, sprawy oficjalnie nie postawiono24. Prawin polecenia
                          nie wykonał. Do tematu wrócił dopiero po długim czasie przewodniczący Łużyckiej
                          Rady Narodowej, Jan Cyż, w pismach z 20 lutego 1947 r. przy okazji gratulacji
                          składanych komunistycznym władzom za „wygrane wybory”. Odręczne te pisma,
                          przekazane PMW, skomentował Prawin podkreślając, iż uważa interwencję z jego
                          strony u władz sowieckiej wojennej administracji w Niemczech za niewskazaną,
                          gdyż może to skomplikować i utrudnić procedurę wysiedlenia Niemców z Polski,
                          którą uważał za najpilniejsze zadanie. Prosił jednakże o instrukcje, czy i w
                          jaki sposób należy interweniować. MSZ sprawy nie podjął25.

                          Praga w tym czasie próbowała odnaleźć się w tej skomplikowanej sytuacji. 16
                          lipca Stasek, rozmawiał w MZV na temat sprawy łużyckiej. Przedstawił on wiele
                          szczegółowych informacji z Łużyc podsumowując wspomnianymi już, nazbyt, zdaniem
                          MZV, optymistycznymi wnioskami. Raporty Palačka nastrajały raczej
                          pesymistycznie. Jako charakterystyczną resort uznał wypowiedź "jednego ze
                          znacznych sowieckich działaczy w Berlinie", który stwierdził, iż "sprawa
                          łużycka jest najbardziej złożoną w obecnych Niemczech". MZV ujawnił też
                          Staskowi treść poufnej rozmowy Iwanowa z Bruegelem, w której sowiecki dygnitarz
                          oświadczył: "Nieoficjalnie i poufnie między nami mogę wam powiedzieć, jako
                          przedstawicielowi naszego najściślejszego sojusznika, że nie możecie ani
                          oficjalnie ani nieoficjalnie wspierać Łużyczan. Są obywatelami niemieckimi i
                          podlegają administracji sowieckiej. Polityka pomocy Łużycom jest dla was
                          niebezpieczna. Wygląda to tak, jakbyście Wy, dobrzy Czechosłowacy wspierali
                          Łużyczan przeciw złym Rosjanom. (...) Wasza polityka w sprawach łużyckich była
                          po naszej linii, ale sprawy się strasznie skomplikowały. Zmiana państwowo-
                          prawnego położenia tymczasem wzbudziłaby nowe francuskie ambicje, a to by dalej
                          skomplikowało problemy Niemiec." MZV poinformował Staska, iż Iwanow nie zgodził
                          się nawet na łużycką sekcję w SED. Dlatego to, co robi Czechosłowacja na arenie
                          międzynarodowej jest już maksimum.

                          Resort przypomniał też ustalenia, iż właściwym dla notyfikacji Cyża miał być
                          MV, a w żadnym razie nie MZV". Faktem jest, że ciężar prowadzenia spraw
                          łużyckich spoczywał na resorcie spraw zagranicznych, lecz rząd uznał, iż
                          oficjalne przyznanie mu takich kompetencji byłoby uznaniem Łużyc za przedmiot
                          polityki międzynarodowej, a to stałoby w sprzeczności ze stanowiskiem
                          sowieckim. Właściwe uregulowanie tej sprawy powierzono wiceprzewodniczącemu
                          Fierlingerowi26.

                          24 lipca Ministerstwo Informacji ČSR opracowało raport o stanie sprawy
                          łużyckiej w oparciu o sprawozdanie delegacji na konferencję paryską. Dołączyło
                          do tego własne opinie oparte na niewiadomych przesłankach, np. iż delegacja ŁKN
                          została zaproszona do Paryża przez delegację sowiecką za pośrednictwem
                          jugosłowiańskiej, a najgoręcej została przyjęta przez delegację polską, od
                          której otrzymała też pomoc materialną (polskie źródła nie potwierdzają tego).
                          Również francuskie TPŁ miałoby finansować delegację. Największa rozbieżność
                          między raportem MZV, a MI dotyczyła postawy Bogomołowa. Zdaniem delegatów MZV
                          mówił on ogólnie i obiecywał zreferować sprawę, zaś według MI zapewniał, iż
                          Łużyczanie przyjadą na konferencję pokojową, gdzie będzie rozważana sprawa ich
                          oswobodzenia, o czym delegaci będą prędko zawiadomieni (dotyczyć to miałoby
                          konferencji październikowej)27.

                          MZV niezwłocznie poprosiło delegację w Paryżu o wyjaśnienie tych
                          rozbieżności28. Odpowiedź nadeszła po dwóch tygodniach. Odnośnie kwestii
                          zaproszenia przez Sowietów delegacja zaprzeczyła argumentując, iż sowiecka
                          ambasada w Paryżu ich właśnie poprosiła o informacje na temat przybyłych
                          Łużyczan i szczegółów samej sprawy. Trudno natomiast osądzić, która delegacja
                          przyjęła ich najgoręcej. Na pewno zaś „nejchladněji se vůči ním chovali
                          Rusové”. Jak natomiast rozmawiał z Łużyczanami sam Bogomołow, nie można
                          stwierdzić29.

                          Wobec tych rozbieżności Rada Ministrów uznała, iż bardziej wiarygodne
                          informacje MZV i ten resort powinien je w dalszym ciągu pozyskiwać. Poleciła
                          też zająć się obywatelami czeskimi na Łużycach, sugerując otworzenie konsulatu.
                          Domagała się zarazem wyjaśnienia nieobecności przedstawicieli czeskiej misji na
                          omawianych wyżej manifestacjach m. in. w Šlepo oraz wyprzedzania w wyrazach
                          sympatii wobec Łużyczan przez misję jugosłowiańską30.

                          MZV tłumaczył się, iż absencje miały ważne przyczyny, o których resort wie.
                          Niestety, czeska misja nie może się Łużyczanom usprawiedliwiać ani oficjalnie,
                          ani półoficjalnie, gdyż „ryzykowałby nieprzyjemności” - stwierdził MZV,
                          powołując się już na kłopoty Palačka u władz sowieckich. Żalił się też, że
                          widoczne wyrazy sympatii wobec Łużyc ze strony Polaków i Jugosłowian „nie są
                          nam zaiste przyjemne”. Odnośnie jugosłowiańskiego samochodu dla ŁKN,
                          ministerstwo przypomniało, iż pozwoliło pożyczyć komitetowi dwa samochody
                          osobowe, jeden ciężarowy oraz dać bon na 5 motocykli.

                          MZV uznał też, iż nie jest możliwe utworzenie konsulatu na Łużycach, gdyż
                          przebywa tam zbyt mało obywateli czeskich, aby mogło to być usprawiedliwione
                          wobec władz sowieckich. Natomiast jeśli wyrażą one zgodę, utworzony zostanie
                          dla Łużyczan konsulat lub odpowiedni urząd w Dreźnie. Masaryk miał jednak
                          podjąć temat konsulatu w Budziszynie podczas pobytu w Moskwie. Tam jednak
                          poniósł klęskę na całej linii31.

                          Pod koniec lipca Palaček rozmawiał po raz kolejny z Iwanowem. Rosjanin
                          powtórzył to, co mówił w poprzedniej rozmowie oraz dodał, iż polityka
                          powściągliwości i wyczekiwania w sprawie łużyckiej jest poprawna. Stwierdził,
                          że Łużyczanie przez swoją propagandę zwłaszcza w Polsce, działają przeciw
                          sobie. Jest ona bowiem (dla Zachodu) argumentem w akcji przeciw Polsce (tj.
                          zachodnim granicom – „polski imperializm”), a nawet przeciw Związkowi
                          Sowieckiemu, o którym się twierdzi, że jest przeciw jedności, a za
                          rozczłonkowaniem Niemiec.

                          Dalej Iwanow podkreślił, iż nie ma żadnej przyczyny, dla której sowiecka
                          polityka w tej sprawie miałaby się zmienić. „Nie mówiłem z Mołotowem –
                          stwierdził – ale mogę wam rzec, iż Łużyce nie będą częścią Polski”. Następnie
                          przypomniał, że Wyszyński przedstawił już sowieckie stanowisko czeskiemu
                          ambasadorowi w Moskwie i ponownie poradził, aby cały łużycki problem
                          przedyskutować i rozwiązać właśnie tam.

                          Odnośnie kontrowe
                          • laband Re: i tak my prziszli do Sorbow 27.05.04, 18:36
                            Odnośnie kontrowersji na temat rozmów paryskich zaprzeczył, jakoby Łużyczanie
                            byli zaproszeni przez Rosjan, zaś o Bogomołowie rzekł, iż mógł obiecywać
                            najróżniejsze rzeczy, ale będzie tak, jak on (Iwanow) mówi. Na zakończenie
                            podkreślił, iż nie można dyskutować o sprawie łużyckiej w Berlinie, ale tylko w
                            Moskwie, oraz że „wszelkie ultralewicowe i ultranacjonalistyczne hasła mogą w
                            Niemczech tylko zaszkodzić”32.

                            MZV z zadowoleniem przyjął potwierdzenie ich wersji rozmowy delegatów ŁKN z
                            Bogomołowem, a zwłaszcza oświadczenie Iwanowa, że Łużyce nie będą polskie. Do
                            propozycji ograniczenia się do rozmów z sowieckim Ministerstwem Spraw
                            Zagranicznych nie odniósł się33. Iwanow zaś konsekwentnie utrudniał
                            bezpośrednie kontakty misji słowiańskich z Łużycami, nie wydając przepustek na
                            wyjazdy tam, nawet na zjazd studencki w Budziszynie34.

                            Pod koniec sierpnia Ministerstwo Informacji opracowało kolejny materiał na
                            temat stanu sprawy łużyckiej autorstwa F. Sebora. Zdaniem MI władze sowieckie
                            po wyborach zaczęły bardziej przychylnie patrzeć na ruch łużycki, który chciał
                            swobód narodowych i społecznych. Jednym z najważniejszych problemów, było w
                            świetle raportów szkolnictwo. Nie było szkół łużyckich, a w szkołach dla
                            Łużyczan było tylko kilka godzin zajęć z języka łużyckiego. Niemiecka
                            administracja szykanowała nauczycieli łużyckich, często ich zwalniając. Na
                            konsolidacji tego środowiska szef Domowiny, głównej organizacji łużyckiej, P.
                            Nedo zorganizował w Radworju tygodniowy kurs dla 150 nauczycieli. Wykłady
                            obejmowały historię Łużyc, historię literatury, kulturę ludową i marksizm –
                            leninizm.

                            W tym czasie do Budziszyna przybyła delegacja KS z Moskwy, przywożąc odezwę
                            Gundorowa i „pozdrowienie od narodu rosyjskiego”. Przewodniczący łużyckiego
                            Komitetu Słowiańskiego, M. Nawka otrzymał wybór książek rosyjskich klasyków.
                            Redaktor „Prawdy” Filipczuk, prosił o książki łużyckie, lecz powiedziano mu, iż
                            Niemcy wszystkie zniszczyli, pozostawiając egzemplarze jedynie w Deutsche
                            Bücherei w Lipsku.

                            Sowiecka komendantura obiecała, iż przekaże Domowinie drukarnię w Biskopicach,
                            głównie na potrzeby oświatowe. Zdaniem Ministerstwa Informacji będzie ona
                            potrzebna także w zaplanowanych na 1 października wyborach do rad gmin.
                            Ministerstwo wyraźnie popierało koncepcję porozumienia Domowiny z SED. Tę
                            bowiem partię jednoznacznie faworyzowali Rosjanie. Koalicja z CDU, partią
                            ideowo bliższą i w ogólnym zakresie popieraną przez konserwatywnych Łużyczan,
                            nie rokowała żadnych szans na uzyskanie czegokolwiek od tych, którzy dzierżyli
                            realną władzę, czyli sowietów. Władze Domowiny tłumaczyły się, że trudno będzie
                            mówić z ludem o socjalizmie, a jedynie co może ich przekonać to reforma rolna z
                            korzyścią dla Łużyczan, których gro stanowili drobni chłopi. Wzmocniłoby to
                            łużycki stan posiadania, o ile reforma nie faworyzowałaby Niemców, zwłaszcza
                            zza Odry i Sudetów. „Drobnomieszczańska część społeczności łużyckiej nie
                            znajdowała w socjalizmie żadnych bliskich sobie haseł.”

                            Materiał sygnalizuje też problem Niemców sudeckich, którzy będąc najbardziej
                            aktywni zajęli większość stanowisk urzędniczych, nawet w okolicach czysto
                            łużyckich. Jedynie pomoc państw słowiańskich umożliwiłaby usunięcie „tego
                            nieproszonego, napływowego balastu”.

                            Niejasne pozostało stanowisko sowieckich władz okupacyjnych. Oficjalnie nie
                            zainteresowane, uważnie obserwowały każdy ruch łużycki i wysyłały swoich ludzi
                            na wszystkie ważniejsze manifestacje. Publicznie wypowiedział się jedynie
                            komendant okręgu w Dreźnie, który ganił niemieckich landratów za pozbawienie
                            Łużyczan swobód, gdyż rodzi to „niebezpieczeństwo, iż będą woleć CDU”. Władze
                            sowieckie prosiły też Domowinę o wszystkie informacje na temat szykan ze strony
                            Niemców.

                            Pod koniec sierpnia odsłonięto w Rakecy pomnik żołnierzy słowiańskich. Na
                            uroczystości zabrakło ponownie przedstawiciela ČVM, także bez
                            usprawiedliwienia. Obecni natomiast przedstawiciele Polski i Jugosławii poparli
                            postulat oderwania Łużyc od Niemiec.

                            Osobno została omówiona sytuacja na Łużycach Dolnych. Podkreślono o wiele
                            silniejszy ucisk germanizacyjny, „który trwa dotąd”. W komendanturze w
                            Chociebużu, J. Rjenc rozmawiał z kpt. Stronginem o legalizacji Domowiny. Ten
                            ostatni stwierdził, iż sowieckie władze były celowo błędnie informowane, iż
                            Łużyczanie to „reakcjoniści, a znaczny ich procent wstąpił do CDU”.

                            Sytuację gospodarczą Ministerstwo Informacji określiło jako bardzo złą,
                            wskazując na brak podstawowych artykułów jak: sól, cukier, zapałki. Dzienną
                            rację żywnościową stanowiło 10 dag ziemniaków, 5 dag chleba. Brakowało też
                            pieniędzy, gdyż wszelkie wkłady bankowe zostały przez władze sowieckie po
                            prostu „anulowane”. Powrócił handel wymienny (wojna zabrała też 90% zwierząt
                            gospodarskich). Wielkim problemem byli wysiedleńcy z Polski i Czechosłowacji,
                            którzy „kradną co popadnie, nic przed nimi nie jest bezpieczne”, a pomoc
                            żywieniowa z Czech była trudna ze względu na zwykłe wysokie cło”. Jeszcze
                            bardziej dokuczliwe były niezwykle wysokie podatki, a ludność obawiała się
                            dalszych, które spowodowały już tylko opuszczenie Łużyc i emigrację do
                            Czechosłowacji35.

                            Materiał ten MZV przesłało do ČVM, wraz z informacją, iż przedstawiciele
                            polskiej i jugosłowiańskiej misji wyjeżdżają bez zgody sowieckich władz
                            okupacyjnych. Równocześnie Ministerstwo wyraziło wątpliwość, czy istotnie
                            Sowieci zabraniali Czechom uczestnictwa w kulturalnych imprezach łużyckich i
                            sugerowało misji, by swoją nieobecność usprawiedliwiło względami technicznymi36.

                            W połowie września jugosłowiańska misja zaproponowała, aby Czesi pojechali z
                            nimi na zlot Domowiny w Chróścicach bez sowieckich przepustek, zwracając uwagę,
                            iż Polacy uczynią tak samo. Ponadto dr Mikacic prosił przy okazji, aby ČVM
                            podjęła bardziej aktywną politykę w sprawie łużyckiej. Tymczasem Iwanow dalej
                            instruował misję, aby czeskie poczynania zostały uzgodnione z Zorinem lub w
                            Moskwie. W tej sytuacji ČVM przyjęła postawę pasywną, ponownie domagając się od
                            MZV szczegółowych instrukcji37.

                            Pod koniec miesiąca miał się bowiem odbyć zjazd młodzieży łużyckiej w
                            Budziszynie, a M. Cyżowa nalegała, aby pojawił się wreszcie delegat czeski38.
                            Misja zdecydowała się zrobić „postęp” i przesłała Domowinie pisemne
                            usprawiedliwienie nieobecności 15 września w Chróścicach, zaś 29 września,
                            przedstawiciele czescy mieli przybyć na zjazd, lecz zachować milczenie39.

                            MZV stanęło wobec dylematu. Dalsze oczekiwanie na sowieckie przepustki groziło
                            całkowitą utratą sympatii ze strony Łużyczan i oddanie ich Polakom i
                            Jugosłowianom. Przychylność Moskwy można było jednak zdobyć podporządkowując
                            się zaleceniom Iwanowa, tj. poddać czechosłowacką politykę zagraniczną pod
                            dyktat Stalina. Tego Masaryk jednak nie zdecydował się jeszcze zrobić. Doraźne
                            podtrzymywanie sympatii Łużyczan poprzez bezpośrednie kontakty bez oficjalnego
                            sowieckiego przyzwolenia, niosłoby za sobą zbyt wielkie ryzyko zaognienia
                            stosunków ze wschodnim sąsiadem, niewspółmierne z nienajważniejszą dla Czechów
                            sprawą łużycką.

                            Przed samym zjazdem w Budziszynie Iwanow ostrzegł Palačka, że nie zgadza się,
                            aby słowiańskie delegacje wzięły w nim udział, a „każdy kto by mimo to
                            przyjechał do Budziszyna, zostanie uprzejmie, ale energicznie zawrócony do
                            Berlina”40. Tłumaczył się jednak, iż spowodowane jest to zbliżającymi się
                            wyborami, a "sowiecka administracja musi określić politykę w Niemczech". Gdyby
                            zjazd młodzieży odbywał się po 20 października, nie miałby nic przeciwko.

                            Tymczasem delegacje polska, jugosłowiańska a także amerykańska i francuska i
                            tak uczestniczyły w imprezie (ku późniejszemu zdumieniu Czechów). W zamian
                            Iwanow "wyraził serdeczne uznanie za to, że czech
                            • laband Re: i tak my prziszli do Sorbow 27.05.04, 18:37
                              Tymczasem delegacje polska, jugosłowiańska a także amerykańska i francuska i
                              tak uczestniczyły w imprezie (ku późniejszemu zdumieniu Czechów). W zamian
                              Iwanow "wyraził serdeczne uznanie za to, że czechosłowacka misja w Niemczech
                              zawsze dba o sowieckie życzenia i nie jeździła po partyzancku"41. Jeden z
                              sowieckich komendantów wyjaśnił natomiast, iż Iwanow przykazał mu, aby
                              pozostawił w spokoju obce delegacje w Berlinie. Masaryk przesłał do poselstwa w
                              Moskwie omówienie tej sprawy, oczekując na jakieś wyjaśnienia42.

                              Ministerstwo, zwracając uwagę na polską i jugosłowiańską samodzielność w
                              kontaktach z organizacjami łużyckimi, nie uwzględniło faktu, iż władze w Polsce
                              były całkowicie podporządkowane Moskwie i bez jej zgody nie podjęły żadnych
                              istotnych kroków. Jugosławia zaś, przez swe oddalenie nie grała poważniejszej
                              roli w kwestii niemieckiej, ani nie była w stanie bezpośrednio pomagać
                              Łużyczanom. Można też przypuszczać, iż tolerowanie przez Iwanowa pewnej swobody
                              PMW i JMW, a blokowanie działań ČVM miało na celu rozgrywanie karty czeskiej i
                              pacyfikowanie Łużyc. Zniechęcenie Łużyczan do Czechosłowacji, państwa dość
                              samodzielnego i poważnie zainteresowanego rozluźnieniem ich więzów z Niemcami,
                              a skierowanie ich nadziei ku podległej Sowietom Polsce, która te nadzieje
                              musiała zawieść, miało sprawić, iż ruch łużycki pogodzi się wreszcie z
                              koniecznością zaakceptowania sowieckich warunków. Czeski resort spraw
                              zagranicznych doszedł jednak tylko do spóźnionego wniosku, że cały kompleks
                              spraw łużyckich należy ocenić łącznie z władzą polską i jugosłowiańską, a
                              następnie wspólnie negocjować z władzą sowiecką43.

                              Do tego typu poważnych negocjacji nigdy nie doszło. Sprawę łużycką poruszano
                              tylko nieoficjalnie przy okazji rozmów między poszczególnymi politykami.
                              Ostatecznie Łużyczanie uzyskali w 1948/49 r. jedynie autonomię kulturalną
                              (szkoły, publikacje, folklor, ograniczona działalność Domowiny i dwujęzyczne
                              nazwy ulic i miejscowości) w ramach sowieckiej części Niemiec.
                              • laband Re: i tak my prziszli do Sorbow 27.05.04, 18:41
                                I do tych kerych to jeszcze interesuje:

                                SERBOWIE ŁUŻYCCY DO NARODU POLSKIEGO
                                (OŚWIADCZENIE OFICJALNEGO DELEGATA ŁUŻYC W POLSCE, MINISTRA DR. PAWŁA CYŻA Z
                                DNIA 30 IV 1946 R.)


                                W imieniu Łużyckiej Rady Narodowej, w imieniu narodu łużycko-serbskiego, który
                                mam zaszczyt reprezentować wobec Polski, naszego słowiańskiego sławą okrytego
                                brata i sąsiada – pragnę przede wszystkim wyrazić jak najbardziej
                                przyjacielskie pozdrowienia bratniemu narodowi polskiemu, jego prezydentowi i
                                rządowi.

                                My, Łużyczanie, jako słowianie dumni jesteśmy, że właśnie słowiańska Polska
                                pierwsza przeciwstawiła się agresji niemieckiej, pierwsza powiedziała
                                Niemcom ”ani kroku dalej” i na swym sztandarze wypisała hasło „Honor” i honoru
                                tego umiała bronić mężnie, niekiedy z gołymi rękoma idąc na niemieckie czołgi.
                                Polska sama musiała przetrwać niemiecką nawałę, która przyprawiła ją o
                                najcięższe ofiary w ludziach, największe straty materialne.

                                Polska walczyła nie tylko o swą własną wolność, ale także o wolność całego
                                świata. Żołnierz polski przelewał swą krew nie tylko na polskiej ziemi, nie
                                tylko w krainach Rosji, na pustyni afrykańskiej, w górach Norwegii, na ziemi
                                włoskiej, na polach Francji, Belgii i Holandii, nie tylko bronił przestworzy
                                nad Londynem i bohatersko walczył na wszystkich morzach, - lecz krew jego, krew
                                poległych Polaków, wsiąkła także w naszą ziemię, ziemię ” Pięknej Łużycy”, jak
                                ojczyznę naszą nazywa łużycki hymn narodowy. Chowamy w sercach niezapomnianą
                                nigdy wdzięczność za te ofiary złożone na ołtarzu wolności, daj Boże także i
                                naszej!

                                Z głębi serca życzymy narodowi polskiemu, krwawiącemu z tysięcy ran zadanych
                                przez wojny, aby te rany jak najszybciej się zagoiły, aby Polska znów stanęła
                                mocna, silna i by zajęła w świecie poczesne miejsce, należne Jej po poniesieniu
                                tylu ciężkich ofiar. Polsce należy się najcenniejsza zapłata. Cały świat
                                cywilizowany winien wśród ruin polskiej stolicy, Warszawy, wznieść
                                najpiękniejszy pomnik i wyryć na nim złotymi głoskami: ” Z wdzięczności dla
                                rycerskiego Narodu Polskiego”. Przynajmniej zaś powinien świat, a w
                                szczególności kraje zachodnie i zamorskie, wyciągnąć rękę pomocną i bez żadnych
                                zastrzeżeń udzielić pomocy materialnej na odbudowę zniszczonych miast i wsi,
                                nieść powinien pełne zrozumienie dla minimalnych żądań Polski w sprawie
                                zachodniej granicy na linii Odra – Nysa. Ta granic nie stanowi dla Polski ani
                                odszkodowania, ani wyrównania strat zadanych przez Niemcy, ale jest jedynie
                                aktem historycznej sprawiedliwości. Niemiec bowiem przemocą i orężem, zgodnie
                                ze swymi ”Drang nach Osten” w ciągu stuleci te ziemie sobie przywłaszczył, a
                                ich słowiańską ludność po większej części systematycznie wymordował. Ziemie,
                                które wróciły do Polski, a które w przeszłości wchodziły w skład królestwa
                                polskiego, zostały przez Niemców zdobyte nie inaczej, jak Alzacja i Lotaryngia
                                w 1870/1871 roku, tzn. – mieczem.

                                My Łużyccy Serbowie – oświadczam to w imieniu Łużyckoserbskiej Rady Narodowej i
                                w imieniu całego mego narodu, nie mięliśmy, nie mamy i nigdy mieć nie będziemy
                                żadnych roszczeń w stosunku do terytoriów przyznanych Polsce przez Konferencję
                                w Poczdamie. Granicą łużycko – polską jest rzeka Nisa !

                                Jesteśmy radzi, że przynajmniej część historycznego obszaru Łużyc wróciła do
                                Narodu słowiańskiego. Gdyby zaś Polska już przy ustalaniu swoich zachodnich
                                granic otrzymała była całe Łużyce, nie istniałoby dziś zagadnienie łużyckie,
                                gdyż byłaby spełniła się wola naszego narodu wyrażona w żądaniu ”oderwać się od
                                Niemiec”. W naszym drugim memorandum z dnia 7 stycznia 1946 roku rzuciliśmy
                                projekt oddania się pod protektorat polski.

                                Tymczasem zaś toczy się dziś dalej walka półmilionowego narodu o nasze święte
                                prawa, o prawa określone na nowo w Karcie Atlantyckiej, w uchwałach Konferencji
                                Krymskiej ( rozdz. V ) i w Karcie Organizacji Narodów Zjednoczonych ( rozdz.
                                II. Par. 37 a, b rozdz. XII § 77 b ) – a które muszą być przyznane także temu
                                najmniejszemu narodowi.

                                Rozwiązanie kwestii łużyckiej jest niejako zadaniem wszystkich narodów
                                słowiańskich, a wśród nich przede wszystkim tych, które są nam kulturalnie i
                                geograficznie najbliższe. Naszą drugą na przeszło 150 km granicą z Polską
                                otwiera drogę dla jak najlepszych stosunków kulturalnych, gospodarczych i
                                politycznych. Jest naszym gorącym zamiarem i życzeniem te kontakty łużycko –
                                polskie w ciągu długich wieków nigdy w całości niewygasłe, dzisiaj ożywić i
                                przepoić duchem wielkiej przyjaźni.

                                Ponieważ zaś nie jesteśmy jeszcze panami na swojej ziemi, lecz nadal walczymy
                                wciąż o podstawowe prawa ludzkie, należne każdemu narodowi, o prawo do
                                całkowitej wolności, - my, Serbowie Łużyccy, pogrążeni w falach niemieckiego
                                morza, wyciągamy ręce ku stojącej u brzegu tego morza Polsce i wołam do Niej, a
                                także do innych narodów słowiańskich: ”Nie dacie nam zginąć”.

                                Zapewne dziś stoimy pod osłoną Czerwonej Armii Związku Radzieckiego, która od
                                najcięższego zła nas uwolniła, która gwarantuje nam swobodę kulturalnego
                                rozwoju. Jeśli jednak już teraz nie rozstrzygnie się nasza dalsza przyszłość,
                                znowu staniemy przed pytaniem ”Co dalej?”, co stanie się gdy Armia Czerwona
                                opuści naszą ziemię?! Znowu będziemy wydani na łup niemieckiego odwetu, tak jak
                                w roku 1919 po pierwszej wojnie światowej, kiedy Niemcy uwięzili ”za zdradę
                                stanu” łużyckich działaczy narodowych, występujących w naszej sprawie na
                                konferencjach w Paryżu i Genewie.

                                Nadeszła dziś ostatnia chwila, jaka mogła się zdarzyć w naszej historii. Dobrze
                                wiemy, że Polska w każdej dziedzinie ciężko dotknięta minioną wojną, musi się
                                trudzić nad swymi wewnętrznymi sprawami, że stoi Ona wobec heroicznych wprost
                                zadań, że jej miasta i wsie leżą w granicach.

                                Wiemy jednak, że jak najbiedniejszy jednak człowiek dla swego bliźniego, tak i
                                biedny naród dla innego biedniejszego jeszcze narodu rękę najszerzej otwartą.

                                Z wielkim wzruszeniem obserwuję akcję Polski na rzecz Łużyc. Miałem sposobność
                                przyjrzeć się bliżej pracy wielu ośrodków prołużyckich w Polsce. Musze
                                stwierdzić bezstronnie, że w akcji tej przoduje bez wątpienia Wielkopolska.
                                Poznańska młodzież akademicka, wypełniająca z pełną odpowiedzialnością misję
                                ambasadorów Łużyc w Polsce, stworzyła już w konspiracji Polski Ruch Obrony
                                Łużyc ”Prołuż” i dziś przy żywym współudziale ogółu młodzieży i co raz
                                wydatniejszej pomocy społeczeństwa oraz poparciu czynników rządowych, prowadzi
                                z rozmachem z Centrali w Poznaniu – zorganizowaną na skalę ogólnopolską
                                działalność w obronie praw wolnościowych narodu łużyckiego. Wierzę, żę ta
                                wspaniała akcja „Prołużu” wpłynie decydująco na urzeczywistnienie naszych dążeń
                                wartościowych !

                                Z życzeniem, aby krwi bohatersko poległych żołnierzy, z ruin miast i wsi
                                powstało nowe życie, wyrosła silna demokratyczna Polska, godna swojej wielkiej
                                przeszłości, - wołamy raz jeszcze : „ Nie zapomnij, Polsko, o Twym najmniejszym
                                słowiańskim bracie, którego hasłem jest –
                                „Bratr k bratej, krew k krewi, zemja k zemi.”
                                (Brat z bratem, krew z krwią, ziemia z ziemią!)


                                Te kere wiedzom jak Poloki postompiyli ze sorbami , kere miyszkali na
                                dzisiejszym teryterium Polski(to ino pora wsiow) te teksty na zicher bydom
                                czyms co skuonio do przemyslyn.

    • aqua Re: czerwone maki 27.05.04, 11:02
      Spłaszczasz zagadnienie laband, ta piosenka (dzięki za jej przytoczenie) jest o
      bohaterstwie, o honorze, o tym że warto jest oddać życie za wolność, za
      ojczyznę, o tym że potomni nie zapomną o daninie krwi jaką dali ci co leżą tam
      pod białymi krzyżami. I z tego tylko względu ta piosenka jest ponadczasowa,
      ponieważ ciągle przypomina że każdy kto nastaje na Ojczyznę jest wrogiem.
      Pewno Niemcy też mają podobne piosenki, ale na pewno nie z okresu 2 wojny
      światowej.
      • laband Re: czerwone maki 27.05.04, 11:05
        tyn kto mo honor niy bydzie nigdy godou o swoim przeciwniku na
        froncie "szczur" - o to mi szou
        • aqua Re: czerwone maki 27.05.04, 11:56
          Tyś mie tera setnie ubawiou, laband, zaglondnij tam:

          forum.gazeta.pl/forum/72,2.html?f=94&w=12961002
          i pogodomy o honorze:
          • laband Re: czerwone maki 27.05.04, 17:42
            Jak na zicher wiysz gupkow i inkszych idioutow znonsc idzie we kozdym narodzie.
            A kej sie rozuazi o poczontek tyj wojny to polecom mauo ciekawostka:

            • fogg Re: czerwone maki 27.05.04, 17:54
              Laband, daj sobie luzu i nie zabieraj się za tematy, o których nie masz zielonego pojęcia.
              • laband Re: czerwone maki 27.05.04, 18:22
                przepraszom, alech niy merknou ize niy douech tekstu - juz sie poprawiom:

                Większość Polaków uważa, że IV rozbiór nastapił formalnie w końcu sierpnia, a
                faktycznie 17 IX 1939. Tymczasem pierwsza część Polski oderwano do II RP już
                23 I 1919, a Rada Ambasadorów postanowiła przepołowić Slask Cieszyński 28
                VII 1920 r. (proszę zwrócić uwagę na istotny dla Polski czas tej
                niesprawiedliwej decyzji!). Wybuch II wojny swiatowej też był zwiazany z tym
                Slaskiem.

                Falstart II wojny wiatowej

                Nieścisły jest poglad, że wojna zaczęła się 1 IX 1939 r. W rzeczywistoci
                poczatek agresji hitlerowskiej nastapił o tydzień wcześniej. Tego dnia miał
                ruszyć cały front, a odwołanie rozkazu nie dotarło na czas do jednego z
                oddziałów, dowodzonego przez porucznika wrocławskiej Abwehry (Oddz. VIII),
                Alberta Herznera. Jak w tych okolicach 20 lat wczesniej dowódca czeskich sił
                inwazyjnych ppłk Sznejdarek wybrał oszustwo (odegranie rzekomej "misji
                alianckiej"), tak teraz Herzner również nie stanał z podniesiona przyłbica na
                czele regularnej jednostki Wehrmachtu. Dowodził oddziałem dywersantów,
                oznaczonych jedynie opaskami ze swastyką. W dodatku - w odróżnieniu do
                pózniejszej prowokacji gliwickiej - wyruszono nie z terytorium III Rzeszy,
                lecz "niepodległej" Słowacji.

                Odłożenie rozpoczęcia działań wojennych, planowanego w "Fall Weiss" na 26 VIII
                1939 o godz. 4.45, Mečislav Borák (Atak na tunel, Kalendarz Sląski '94, Czeski
                Cieszyn 1993) przypisuje: meldunkowi generalicji niemieckiej o nieukończeniu
                przygotowań, odmowie przyłączenia się do wojny Włoch i zawarciu przez Polskę
                umowy o wzajemnej pomocy z Wlk. Brytanią. 25 sierpnia o 20.00 wydano zatem
                rozkaz wstrzymujący uderzenie. Por. Herzner wyruszył jednak z Czacy w stronę
                granicy już o 16.00. Fieseler Storch nie zdołał odszukać jego oddziału w
                pogranicznych lasach Beskidu Sląskiego. Celem ataku oddziału były: dworzec
                kolejowy i tunel w Mostach k. Jabłonkowa (po wojnie znowu RCS, obecnie RC),
                czyli południowy kraniec Zaolzia.

                Łakomy kasek strategiczny

                Ten 2-sztolniowy, 500-metrowy tunel na Przełęczy Jabłonkowskiej zawsze był
                łakomym kąskiem strategicznym. Podczas poprzedniej, czeskiej inwazji oba
                obiekty opanowała w roku 1919 Sotnia Karłowicka, sformowana w listopadzie 1918
                r. w Karłowicach Wielkich. Atakujacym plutonem najezdzców dowodził oficer o
                nazwisku również niemieckim (i również wywodzącym się ze słowa Herz - serce):
                por. Wiechherz. W tamtych czasach, jak i po 20 latach, Polacy również chcieli w
                razie potrzeby wysadzić tunel w powietrze. Aresztowano za to... kierowników 2
                polskich szkół w Mostach. Jednego z nich, Władysława Rykalskiego stracono w
                Jabłonkowie jesienią 1920 r,(znowu wykorzystując zaangażowanie Polski na
                froncie bolszewickim).

                19 lat pózniej tunel znowu był w granicach II RP i znowu trzeba go było
                zaminować (maj 1939 r.). Jak wynika z meldunku z 18 VIII 1939, utworzona po obu
                stronach granicy Kampforganisation miała skorzystać z pomocy saperów
                wyszkolonych w armii... czechosłowackiej, by unieszkodliwić lonty i opróżnić
                komory tunelu z materiałów wybuchowych. Prof. Andrzej Szefer z Katowic znalazł
                w Federalnym Archiwum wojskowym we Fryburgu (Freiburg) nazwiska większości
                dywersantów hitlerowskich ze Slaska Cieszyńskiego, częsciowo o nazwiskach i
                imionach polskich.

                Z ponad 1000 bojówkarzy z Jabłonkowa i okolic 30 najzdolniejszych por. Herzner
                wybrał na kurs szkoleniowy w Czacy (Słowacja). Oprócz takich "Polaków", byli to
                Niemcy i Czesi, toteż nieco paradoksalnie brzmiało zaprzysiężenie ich
                na "służbę narodowi" (jakiemu?). Na jednym z zachowanych zdjęć dywersantów
                siedzących wokół Herznera rozpoznano - ku wiecznej hańbie - następujących
                naszych "rodaków" (na Slasku Cieszyńskim oprócz Polaków żyli i żyją
                polskojęzyczni tzw. "lšzakowcy/kożdoniowcy, czyli autochtoni opowiadający się
                dawniej i dzis za przynależnocią tamtych stron do Niemiec; warto o tym wiedzieć
                i pamiętać w obliczu zakusów, by na Sląsku powstała oficjalna
                mniejszość "narodowości śląskiej"!): Jana Sikorę - "Janiultę" (po wojnie włos
                mu z głowy nie spadł w ponownie czeskim Jabłonkowie), Antoniego i Józefa
                Szotkowskich, Franciszka Kadłubca, Alojzego Jeżowicza, antoniego Kulika,
                Leopolda Marszałka oraz Łyska i Turka (brak imion).

                Są to niechlubne wyjątki od reguły, gdyż większość Polaków nadolziańskich
                dochowała wierności Macierzy, zarówno pod zaborem 1919-1938, jak po 1939 r., a
                w czasie wojny Zaolzie przodowało w działaniach wywiadowczo-dywersyjno-
                partyzanckich na Slasku, a nawet górowało nad niejedną częścią Polski.

                Dywersanci zadania nie wykonali, napotykajac opór obrońców tunelu, choć na
                krótko opanowali dworzec. Por. Herzner nakazał wycofanie się po otrzymaniu
                rozkazu telefonicznego od jakiego niemieckiego majora z Czacy. Niemiecki
                parlamentariusz uznał kłamliwie w Œwierczynowcu (jeden z granicznych
                przystanków linii kolejowej Zwardoń-Czaca, obecnie za granica) w obliczu gen.
                Kustronia nocny atak za nieodpowiedzialny czyn niepoczytalnego indywiduum.

                Wyłaczona linia kolejowa

                Tydzień pózniej mjr Streil już nie usiłował powtórzyć próby zdobycia tunelu,
                nacierając wzdłuż szosy Czaca-Mosty (ironia losu sprawiła, że obroną tunelu
                dowodził Polak o niemieckim nazwisku, ppor. Lichtner, a 20 t trotylu w obu
                korytarzach tunelu detonował polski saper o nazwisku takiegoż pochodzenia,
                ppor. Pirszel...). Jeszcze raz się okazało, że nie nazwisko decyduje o
                narodowosci. Jak pisze Borák: linia kolejowa na Słowację została na wiele
                miesięcy wyłączona z ruchu. Czeski historyk ocenia polskie pimiennictwo sprawy
                tego tunelu jako obiektywne, czego nie może powiedzieć o zródłach niemieckich,
                zawierających liczne kłamstwa i gloryfikujących również ten epizod
                zdradzieckiego napadu na Polskę. Niemiecki kalendarz cieszyński (Sląsk
                Cieszyński włączono do Reichu, choć początkowo robiono nadzieję Słowacji) na
                rok 1941 wydrukował pień marszową, sławiącą ów akt dywersji, pióra nauczyciela
                Knoppka i ww. Streila. Por. Herzner dostał jeden z pierwszych Żelaznych Krzyży
                tej wojny, a po awansie służył w osławionym oddziale "Nachtigall".

                Zbrodnie zapomniane przez Czechosłowację

                Powojenna Czechosłowacja za przyjęcie narodowości czeskiej lub słowackiej
                wybaczała wszystkie zbrodnie okupacyjne popełnione nad Olzą. Nie ukarano nie
                tylko ww. J. Sikory, ale też m.in. agenta gestapo Edwarda Gałuszki, majacego na
                sumieniu tortury i śmierć wielu zaolziańskich akowców (O. Guziur, M.
                Starczewski. Lido i Stragan. Slazacy w wywiadzie AK. Czeski Cieszyn 1992).

                Swiadkowie tamtych wydarzeń do dziś nie chcą podawać swych nazwisk ani
                występować przed kamerą, bo mogą tu Niemcy wrócić... mogliby się... mścić na
                wnukach. Jeden z czeskich mieszkańców Mostów napisał ANONIMOWO do Boráka, że w
                telewizyjnym filmie "Wojna o tunel" (mój apel do TVP o sprowadzenie tego filmu
                pozostał bez odpowiedzi i bez skutku) wykorzystano jedynie swiadectwa Polaków-
                karierowiczów(?!).

                Zaolzie przemilczane

                Na wnukach mieszkańców Mostów nie mszczą się wprawdzie Niemcy, lecz ponowne
                znalezienie się Zaolzia poza granicami Polski po II wojnie swiatowej oprócz
                odgórnie sterowanej depolonizacji przyniosło zupełnie niespodziewany, nowy
                czynnik destrukcyjny.

                Mianowicie: najpierw przez 44 lata programowo przemilczano lub zakłamywano w
                kraju i za granica dzieje Zaolzia w interesie Moskwy i Pragi, a ostatnio (w PRL-
                bis) nadal lansuje się fałszywa, proczeska wersję tej historii. Np.
                denuncjatorski Tajny front E. Długajczyka (Katowice 1955, "ksiażka
                dofinansowana przez MEN"!) wręcz właśnie naraża nie tylko mieszkańców Mostów,
                lecz dzieci i wnuków wszystkich zaolziańskich patriotów, bojowników o powrót
                tej części Polski do Macierzy, na bardziej lub mniej zamaskowane prześladowania
                ze strony dzisiejszego zaborcy.

                Włodzimierz Chełstowski



                • fogg Re: czerwone maki 27.05.04, 21:08
                  Laband,
                  wklejać fragmenty książek na zasadzie "wytnij - kopiuj - wklej" każdy potrafi. Zajmij się lepiej opracowywaniem przepisów na kluski. Więcej będzie z tego pożytku.
    • fogg Re: czerwone maki 27.05.04, 21:12
      A pod tym linkiem prawdziwa gratka dla Ballesta i jego parteigenose - pośmiertna maska duchowego antenata bredni wypisywanych na tym forum

      www.whitbyhs.cheshire.sch.uk/curric/history/trips/london/visit2002/himmler.jpg
      • ballest Re: czerwone maki 28.05.04, 20:23
        Daj spokoj , a nie baw nas, jak nie masz wyjscia to obrazasz osobiscie,
        przeciez my za to nie potrafimy, ze turysci nazywaja bohaterow szczurami,
        ciekawe dlaczego to zrobili !

Nie masz jeszcze konta? Zarejestruj się


Nakarm Pajacyka