laband
30.11.04, 18:47
Przekonywanie przekonanych
Michał Smolorz 25-11-2004 , ostatnia aktualizacja 25-11-2004 22:25
czytaj dalej »
r e k l a m a
Z pozoru coś się ruszyło na drogach do poznania pełnego wymiaru górnośląskiej
historii. Coraz częściej zdarzają się poważne debaty, w których można
sensownie podyskutować o dziedzictwie wszystkich narodów i kultur, które na
przestrzeni tysiąca lat tworzyły to wielkie dzieło. Na Uniwersytecie Śląskim
(tak, tak !) odbyło się tydzień temu niezwykłe sympozjum poświęcone
niemieckiemu dziedzictwu kulturowemu w naszej części Europy - pod auspicjami
Domu Współpracy Polsko-Niemieckiej. Podobnych spotkań mieliśmy ostatnio
więcej, co powinno napawać nas optymizmem.
A jednak mam nieodparte wrażenie, że cały ten wielki wysiłek nakierowany jest
głównie na przekonywanie ludzi przekonanych. W kolejnych konferencjach i
debatach uczestniczy wciąż ta sama grupa ludzi, znikoma mniejszość
górnośląskich elit. Tak zwana wielokulturowość Górnego Śląska wciąż jest
terminem z kategorii "poprawności politycznej". To znaczy, że trzeba je
wypowiadać przy wszystkich możliwych okazjach i odmieniać przez wszystkie
możliwe przypadki, tylko że nic z tego zaklinania nie wynika. Zupełnie jak w
słynnej anegdocie o Henrym Fordzie, który oferował swój model T "w dowolnym
kolorze, pod warunkiem, że jest to kolor czarny". Na tej samej zasadzie
uznajemy wielokulturowość, pod warunkiem, że jest to kultura nasza.
Na Śląsku wciąż jeszcze rej wodzi krzykliwa grupa ksenofobów, aspirująca do
roli samozwańczych "działaczy kultury" albo "historyków". To wprawdzie
nieliczna, ale dokuczliwa koteryjka, która gdzie tylko może i jak tylko zdoła
- tam toczy pianę o patriotyzmie i racji stanu, choć nic z tego piania nie
wynika. Owe towarzystwo wzajemnej adoracji jest wygodnym alibi dla miejscowych
władz samorządowych, które chętnie korzystają z tych pseudopatriotycznych
lamentów, by torpedować każde poważniejsze przedsięwzięcie dla odkrywania
całego wielonarodowego dorobku śląskiej cywilizacji.
Wszystko przypomina mi rok 1981, kiedy to w kraju szalała odnowa i również w
rządzącej partii komunistycznej pojawiły się siły reformatorskie. Dla ich
zrównoważenia powstało osławione Katowickie Forum Partyjne pod wodzą równie
osławionego docenta Wsiewołoda Wołczewa - ostoja ultrakomunistycznych
doktrynerów, jak to się wtedy mówiło: "partyjnego betonu". Ówczesne władze
niby były za odnową w partii i w państwie, ale jak tylko trzeba było głośniej
tupnąć nogą przeciw opozycji, natychmiast wołały na pomoc Wołczewowców. A ci
karnie stawali z ideologiczną pałką u nogi i dawali odpór każdemu, kto
naruszał "ideowe podstawy ustroju".
Szyderstwem historii jest to, że jednym z głównych ideologów krzykliwej grupy,
która dziś równie chętnie i gorliwie daje odpór wszelkim "rewizjonistom" w
obronie rzekomo "zagrożonej polskości", jest były współpracownik
nieodżałowanej pamięci tow. Wołczewa. Dobra, stara szkoła partyjnych
hunwejbinów: zorganizuje akcję zbierania podpisów protestacyjnych, pojedzie do
Warszawy by nabrudzić komuś w papierach, chętnie przyprawi gębę
"Volksdeutscha" albo "wroga Kościoła" niewygodnemu adwersarzowi. Kiedyś
zaprawiony w historii partii, dziś z różańcem w ręku i Ewangelią na ustach.
Polecam "Świętoszka" Moliere'a w sosnowieckim Teatrze Zagłębia. Wykapany Tartuffe.
Skutki już mamy. Z zamiarów uczczenia ojców-założycieli Katowic pozostanie
karykaturalna proteza: tabliczka na murze nieco większa od pocztówki i kawałek
ulicy, przy której na nie ma ani jednego domu. Wielokulturowość odfajkowano w
statystykach, przekonani znów się spotkają na kolejnym sympozjum, pani
dyrektor marszałkowskiego wydziału kultury powie kilka krzepiących słów I tak
dalej do nowego roku sprawozdawczego.