laband
13.05.05, 10:25
Mamo, jo już niy wróca z tej wojny
Rozmawiał Bartosz T. Wieliński 12-05-2005 , ostatnia aktualizacja 12-05-2005
19:06
Rozmowa o Ślązakach, którzy we Włoszech walczyli po obydwu stronach frontu
Ślązak służący w armii gen. Andersa podczas walk o klasztor na Monte Cassino
dostrzegł grupę Niemców, którzy wdrapywali się na skałę po to, by założyć tam
stanowisko karabinu maszynowego. Nie zastanawiał się długo i zaczął do nich
strzelać. Gdy trafił jednego z nich, tamten odwrócił się do niego twarzą.
Wtedy rozpoznał w nim syna sąsiadki z familoka, który właśnie trafił do
niemieckiego wojska. O Ślązakach, którzy w 1944 r. we Włoszech walczyli po
obydwu stronach frontu, opowiada Alojzy Lysko
Bartosz T. Wieliński: Ilu Górnoślązaków walczyło we Włoszech?
Alojzy Lysko: Tego jak na razie nikt nie policzył, ale na pewno tysiące. O
skali zjawiska niech świadczy fakt, że o Włoszech, a szczególnie o okolicach
Monte Cassino, mówi się, że to jeden z największych śląskich cmentarzy
wojennych. Ginęli tam zarówno ci, którzy służyli w niemieckim wojsku, jak i
ci, którzy walczyli po polskiej stronie.
Udało się Panu odtworzyć historie poległych żołnierzy?
- W wielu przypadkach tak. Kolejarz z Chełma Śląskiego Józef Balion służył w
niemieckiej artylerii. Zimą 1943 r. podczas walk na linii Gustawa [niemiecka
linia umocnień we Włoszech, której częścią było Monte Cassino - przyp. red.]
ranił go szarpnel. Zmarł 26 lutego z odniesionych ran. Miał 33 lata. Tego
samego dnia zginął Józef Białoń. Obydwoje przed wojną służyli jako rekruci w
polskim wojsku. 23 maja 1944 r. tuż po zdobyciu klasztoru na Monte Cassino,
podczas bitwy o Vellatori, amerykański czołg rozjechał grenadiera Konrada
Jochemczyka. Kapral Paweł Ganobis, spadochroniarz, przeżył wprawdzie walki pod
Monte Cassino, ale zginął 2 lipca 1944 r. pod Sieną. We Wszystkich Świętych w
1944 r. odłamek granatu pod Rawenną zabił pochodzącego z Bogucic Jana Adamusa.
Kilka dni wcześniej w pobliżu jeziora Garda odłamek zabił pochodzącego z
Mikulczyc Stefana Gorzałkę. Józef Lysko z Bojszów jako żołnierz Wehrmachtu
dostał się do niewoli, a potem wstąpił do polskiego wojska. Zginął od
zabłąkanej kuli w grudniu 1944 r. pod włoskim miasteczkiem Forli. Pochowano go
jako Józefa Jaworskiego na polskim cmentarzu na Monte Cassino.
Dlaczego zmieniono mu nazwisko?
- To była standardowa procedura. Nazwisko zmieniano każdemu Ślązakowi czy
Kaszubowi, którzy przeszli z Wehrmachtu do polskiego wojska. W ten sposób jemu
i jego rodzinie zapewniano bezpieczeństwo. W przeciwnym wypadku, gdyby dostał
się do niemieckiej niewoli, czekałby go pluton egzekucyjny, a rodzina
trafiłaby do obozu koncentracyjnego. Niemcy nie wybaczali dezerterom, a gdy
nie mogli ich dopaść, to mścili się na ich bliskich.
Dlaczego Ślązacy wstępowali do Wehrmachtu? Mogli przecież powiedzieć:
"Jesteśmy Polakami, do tej armii służyć nie pójdziemy".
- To nie było takie proste, jak się dzisiaj wydaje. Hitler przyłączył polski
Śląsk do Rzeszy, a większość Ślązaków, dawnych obywateli Polski, uznał za
Niemców. Konsekwencją powyższego był pobór do wojska. To był państwowy
przymus. Wyobraża pan sobie, by nie zapłacić podatku? Za karę państwo może
pana puścić z torbami. W latach 40. na Śląsku działał identyczny mechanizm,
tyle że kary były surowsze. Była wojna. Za odmowę odbycia służby wojskowej
zabijano, i to nie tyle samych rekrutów, ale i ich rodziny. Dlatego właśnie
Ślązacy szli na front w niemieckich mundurach.
Ale przecież nie wszystkich mieszkańców Śląska uznano za Niemców. Wielu
odmówiono wpisania na tzw. volkslistę.
- Zgadza się. Tyle że tych wysiedlono do Generalnej Guberni, albo tak obcięto
im przydziały żywności, że żyli na skraju śmierci głodowej. Podpisanie
volkslisty gwarantowało Ślązakom przeżycie. Nie od razu też oznaczało wysłanie
na front. Na początku wojny do Wehrmachtu trafiali tylko ludzie najbardziej
zaufani, ci, którym niemieckie władze przyznały pierwszą lub drugą kategorię
volkslisty. Ale po klęsce pod Stalingradem Niemcy zaczęli potrzebować więcej
rekrutów, bez względu na ich czystość narodową czy polityczną lojalność. Do
wojska trafili Ślązacy z "trójką" i "czwórką". Dochodziło do sytuacji, że
rodzinę, której wcześniej odmawiano wpisu na volkslistę, nagle na nią
wpisywano, tylko po to, by powołać mężczyzn do wojska. Znam przypadki, że do
Wehrmachtu trafiali nawet bracia osób aresztowanych za działalność w polskim
podziemiu.
Ślązacy nie opierali się?
- Na początku wojny młode synki patrzyły na Wehrmacht z podziwem. W pierwszych
dniach września widzieli polskich żołnierzy: rozbitych, źle wyposażonych w
podartych mundurach. Zaraz za nimi nadeszli Niemcy. Mundury mieli jak spod
igły, a sprzęt i morale doskonałe. Nie ma się czemu dziwić, że chłopakom to
imponowało. Czar szybko prysł. Kartki na żywność, plombowanie żaren (by ludzie
nie zmełli więcej mąki niż było wolno), przymusowy pobór do wojska, terror -
to wszystko zniechęciło Ślązaków do Niemców. Poza tym na Śląsku ludzie
wiedzieli, co dzieje się w obozie w Auschwitz. Moje rodzinne Bojszowy od
obozowych baraków w Brzezince dzieliły jedynie 3 km. Ale ludzie szli do
niemieckiego wojska szczególnie wtedy, gdy prosiły o to matki.
Matki?
- Tak. Podam przykład z mojej własnej rodziny. Ojciec przyjechał do domu na
pierwszy urlop. Po powrocie do jednostki miał jechać na front wschodni.
Stwierdził jednak, że do wojska nie wróci i że będzie się ukrywać. Matka padła
przed nim na kolana i zaczęła go błagać, by zmienił zdanie. "Weź wzgląd na to
małe dziecko" - pokazała na mnie, a byłem wtedy niemowlakiem. Ojciec posłuchał
i wrócił do jednostki. Zginął na froncie wschodnim. Gdyby poszedł do lasu,
najprawdopodobniej byśmy dzisiaj nie rozmawiali, bo cała rodzina Lysków
trafiłaby do Auschwitz.
Wróćmy na front do Włoch. Mówi się, że Niemcy nie ufali Ślązakom i traktowali
ich jak mięso armatnie. Posyłali na najgorsze odcinki.
- Jest w tym sporo prawdy. O tym, że Ślązakom nie ufano, świadczy fakt, że nie
powstała ani jedna dywizja sformowana na dawnym polskim Śląsku. Bezpieczniej
było Ślązaków rozproszyć. Niewielu awansowało. Spośród mieszkańców ziemi
pszczyńskiej, których wcielono do niemieckiej armii, tylko jeden dosłużył się
oficerskiej szarży. Faktem jest, że zarówno Niemcy, jak i później Polacy
zauważyli, że Ślązacy są mocni duchem i wykorzystywali to. Pod naporem
przeciwnika wycofywali się zwykle ostatni i strzelali do ostatniego naboju.
Poza tym Ślązacy słynęli z najlepiej skrojonych mundurów. We włoskich
miasteczkach budzili wręcz sensację. Zarówno niemieckie, jak i alianckie
mundury zawsze leżały na nich jak ulał. Pod tym względem byli
bezkonkurencyjni. A powód był prozaiczny. Wielu Ślązaków po prostu znało się
na krawiectwie i poprawiało mundury swoje i kolegów.
Jak Ślązacy opisywali walki o Monte Cassino?
- Jak piekło. Odnalazłem list mojego krajana Wojciecha Czarnynogi do matki.
Pisał tak: "Z pociągu, który odjechał z Hannoweru, zostało nas już tylko
sześciu. Wszyscy zabici. Amerykany biją dzień i noc. Ziemia się trzęsie,
wszystko się pali, nawet kamienie. Powietrze wypełnia nieprzerwany huk.
Kryjemy się w wykutych w skale dołach i płynie na nas jak woda krew zabitych i
rannych. Wszędzie jęki i wołania, ale głowy nie idzie z okopu wyrazić. Mamo jo
już niy wróca z tej wojny. To tu jest niy do wytrzymanio. Ja się cały trzęsa".
Czarnynoga padł 24 listopada 1943 r. na górze Capriati. Walki były szczególnie
ciężkie. Toczyły się na skalistym terenie, a alianci mimo nawały
artyleryjskiego ognia i bombardowań długi czas nie potrafili przełamać
niemieckiej obrony. Między oddziałami dochodziło nawet do walki wręcz.
Słyszałem o przypadkach, że Niemcy i Polacy obrzucali się nawet kamieniami.
Dochodziło do bratobójczych walk?
- Na pewno. Podczas polskiego szturmu na klasztor zdarzało się, brat ginął z
ręki brata albo strzelali do siebie kuzyni. O tym jednak ludzie nie ch