sss9
22.08.05, 16:26
Andrzej Stasiuk/Syndykat Autorów, 2005/19.08.2005 17:04
Przekraczając granice
Zajrzałem do swoich paszportów (jeden jest już nieważny, nie ma nim miejsca i
trzymam go jako pamiątkę) i okazało się, że przez ostatnie dziesięć lat
przekraczałem granicę dwieście czterdzieści sześć razy. Były to wprawdzie
granice głównie europejskie, ale gdy sobie pomyślę o smutnych i pustych
paszportach obywateli UE, to ogarnia mnie coś w rodzaju dumy.
Wprawdzie od maja roku 2004 ja też jestem Ueuropejczykiem, ale wcale mnie nie
cieszy ta obojętność i cisza na granicach. Po prostu lubiłem dostawać kolejne
stemple. W końcu przypominały trochę medale za męstwo albo ordery za odwagę i
stanowiły dowód na to, że człowiek był na przykład w Lizbonie. Mieszkać w
Polsce i pojechać do Lizbony to jeszcze parę lat temu był wyczyn. Tak, będzie
mi brakowało granic wewnątrz Unii. Niemiecki strażnik nie weźmie już nigdy
mojego paszportu i nie odszuka w nim dziewiczo czystej strony, i nie postawi
stempla na samym jej środku. Podobnie zresztą robili austriaccy strażnicy.
Musieli mieć czystą. Stempel tam, gdzie były już inne, nie wchodził w grę.
Z kolei gdy pierwszy raz w życiu jechałem parę lat temu do Włoch, to duszę
miałem na ramieniu. To jest piękne uczucie. Tak trzeba zawsze wjeżdżać do
nieznanego kraju. Wjeżdżałem od strony Słowenii, a przejście było właściwie na
przedmieściach Triestu. Bardzo chciałem dostać swój pierwszy włoski stempel,
ale strażnicy na widok mojej wyciągniętej dłoni z paszportem tylko się
roześmiali i pokazali, żebym jechał i nie zawracał im głowy. Albo
przesłuchanie na londyńskim Gatwick: Kobieta w mundurze pytała mnie nawet
jakiego rodzaju książki piszę: fiction or non fiction or poems? Zgodnie z
prawdą odpowiedziałem jej, że i takie, takie, i takie. To była jedna z
dłuższych chwil w moim życiu, gdy zerkała na mnie z powątpiewaniem i
jednocześnie jej dłoń ze stemplem zaczęła się powoli wznosić nad moim paszportem.
To wszystko minęło, a ja odczuwam coś w rodzaju idiotycznego żalu. Teraz żeby
poczuć czym jest prawdziwa granica, muszę pojechać na wschód albo południe
naszego kontynentu. Dwa miesiące temu przekraczałem granicę
słowacko-ukraińską. Słowacja jest już w Unii i myślałem sobie, że to będzie
czcza formalność. W końcu i ja, i Słowacy to obywatele tego samego
politycznego organizmu. No ale kazali mi zjechać na bok i bardzo dokładnie
oglądali mój samochód. Obok bez przeszkód i przy minimum formalności
przejeżdżali Słowacy i Ukraińcy, a ja stałem i stałem. Po godzinie przyszedł
słowacki strażnik i z przepraszającym uśmiechem powiedział: Pana auto jest
niestety ukradzione w Niemczech.
Moje auto nie było ukradzione w Niemczech. Było jak najbardziej legalnie
kupione w Polsce w autoryzowanym salonie. Wyjaśnienie tego za pomocą
kilkunastu telefonów i kilku faksów zajęło cztery i pół godziny. Zapadał już
zmierzch, gdy przyszedł ten sam strażnik i z przepraszającym uśmiechem
powiedział: Pomyliliśmy się o jedną cyfrę w numerze nadwozia. Pomyślałem
sobie, że to dziwne uczucie jeździć autem, które od ukradzionego różni się
tylko jedną zabłoconą cyferką wyrytą gdzieś na podbrzuszu auta.
Gdy żegnany przepraszającymi uśmiechami przejechałem na drugą stronę granicy,
ukraińscy strażnicy powiedzieli: Coś długo pana trzymali. Proszę zjechać na
bok. Tym razem przeszukiwanie auta, wypytywanie, wypełnianie deklaracji i
sprawdzanie numerów trwało tylko dwie godziny.
Tak więc wewnątrzunijna swoboda, komfort podróżowania, zanik barier celnych,
swobodny przepływ ludzi i towarów zakończy się tym, że gdzieś na europejskich
peryferiach będziemy musieli wybudować coś w rodzaju chińskiego muru. Albo coś
w rodzaju nowej żelaznej kurtyny. Diabelska ironia polega na tym, że zbudujemy
ten mur w imię ochrony swobody przemieszczania się, w imię wolności, w imię
obrony demokratycznych swobód przed resztą świata. Będziemy mieli poczucie,
że jesteśmy europejskim narodem wybranym ponieważ wieczorem w telewizorach
będziemy mogli oglądać milionowe rzesze odrzuconych i wykluczonych kołaczących
do bram naszego królestwa obfitości. Po prostu jest tak, że nieszczęsna Europa
osiągnęła zbyt wiele, jest zwyczajnie zbyt bogata i zbyt zadowolona, by mogła
spać spokojnie. Biedaczka nie jest nawet pewna, gdzie przebiegają jej granice.
Co ma wyznaczać ich przebieg? Czy kapryśna, zmienna Historia? Czy może
Geografia, która stanowczo twierdzi, że Europa kończy się dokładnie tam, gdzie
zaczyna Azja, czyli na Uralu? No więc nikt nic nie wie, nikt nie zna
odpowiedzi i dlatego na wszelki wypadek granice wytycza się możliwie najbliżej
od domniemanego środka, którego należałoby szukać gdzieś między powiedzmy
Paryżem, Frankfurtem a Mediolanem.
U schyłku minionego lata wypływałem z portu Dürres. Płynąłem do Włoch. Tak jak
wszyscy inni. W hali odpraw tłoczył się tysięczny tłum. To było upalne duszne
piekło. Ludzie stali tak ściśnięci, że trudno było wykonać jakikolwiek gest,
jakikolwiek ruch. Stali cicho, pokornie, bez słowa skargi, ociekający potem,
tulący w ramionach małe dzieci. Albańscy strażnicy siedzieli w swoich budkach
i mozolnie stukali w klawisze komputerów i od czasu do czasu jakiś szczęściarz
przechodził na drugą stronę, ale w zasadzie panował bezruch. Ci wszyscy,
niemi, udręczeni ludzie mieli w sobie jakąś fatalną siłę, jakąś desperacką
determinację. Chcieli wydostać się ze swojego kraju i gotowi byli przyjąć
każde upokorzenie. Wcale nie wyglądali na łowców przygód ani na amatorów
szybkich i lekkich pieniędzy. To byli zwykli ludzie, normalne rodziny,
spracowani mężczyźni i zmęczone kobiety. I stojąc pięć godzin w tej upiornej
hali wśród tysiąca spokojnych i milczących Albańczyków pojąłem, że w ten
właśnie sposób podróżuje i przekracza granice większość ludzi na świecie.
Porzucają swoje domy i ruszają w poszukiwaniu trochę lepszego życia ponieważ
ich własne stało się nieznośne. Potem czekają cierpliwie, aż ktoś ich wpuści
na statek, do pociągu, podwiezie ciężarówką, czekają cierpliwie na paszport,
potem na upragnioną wizę albo na pośrednika, który trudni się przemytem
"żywego towaru" i w końcu trafiają do jakiegoś kraju, który wydaje się być
ziemią obiecaną, ponieważ nie jest ich krajem. Ten milczący tłum w Dürres stał
w środku Europy - pomiędzy Italią a Grecją, można powiedzieć, że stał w samym
sercu Starego Kontynentu. A jednak wyglądało to tak, jakby tłoczył się u bram
zamkniętej na głucho warowni, jakby błagał, by go wpuszczono za mury
niedostępnego zamku, do wnętrza pilnie strzeżonego pałacu, do cudownej krainy
sytości, bezpieczeństwa i spełnienia wszystkich marzeń. Tak, port Dürres pod
koniec sierpnia o północy to była wielka metafora naszego świata. Było widać
jak na dłoni, że Europa zamyka się przed sobą samą. Granica nie przebiegała na
mitycznym Uralu, ale gdzieś w okolicach "kolebki europejskiej cywilizacji".
I tak to będzie wyglądało: Będziemy się bronić, będziemy otaczać się coraz
wyższym murem, a nasza świadomość będzie widziała coraz więcej różnic między
"nami" a "obcymi", "innymi". Ci "obcy" oraz "inni" niczego nie będą w stanie
nas nauczyć, ani w niczym nam pomóc, ponieważ jako Europejczycy jesteśmy
najlepsi i najmądrzejsi na świecie. Jeśli tamci po coś przyjdą, to tylko po
to, by nam coś zabrać, bo przecież niczego sensownego nie mają. Tak będziemy
myśleć, ogradzając się murem. Tak będziemy myśleć żeby mieć spokojny sen.
Ponieważ jesteśmy jak ten bogacz ze strachu cierpiący na bezsenność.
Niedawno Günter Verheugen w wywiadzie dla "Franfurter Allgemeine
Sonntagszeitung" powiedział następującą rzecz: "Gdyby celem UE było szerzenie
demokracji, praworządności i praw człowieka na świecie, to faktycznie wszędzie
tam, gdzie te wartości nie są dostatecznie przestrzegane, powinniśmy
proponować członkowsko w UE. To wprawdzie logiczna, ale fałszywa idea. Nasz
problem bowiem nie brzmi: Jak szerzyć demokrację i praworządność na świecie?,
tylko: Co leży w interesie europejskim?"