leziox
01.10.10, 20:26
Jesienny deszcz
Jakiś czas temu zaczęła się jesień.I niech się nikomu nie wydaje, że taka ona piękna i złota,iż tylko marzyć i wzdychać.Bo właśnie
w tej chwili o zapyziałe szyby dudni deszcz i nie chce przestać. Uparł się,żeby padać na okrągło.Nie wiadomo już tak naprawdę,ile dni leje.Na kalendarz mnie nie stać,a liczyć za dobrze nie umiem. Przez okno widzę ciągle śmietniki zapłakane deszczem,jak tam kiedyś nawet ktoś śpiewał.W każdym razie depresyjna pogoda nadal się utrzymuje,ignorując moje krzyki,oraz pod jej adresem kierowane słowa obelżywe.Pewnien typek z telewizji,uśmiechając się obleśnie,obiecuje opady ciągłe,czym już do tego stopnia się sugeruję,że moja narzeczona ze względu na ciągłe opadanie mojego małego przyjaciela grozi zerwaniem znajomości...
Słońce,smacznie chrapiąc pod kołderką z chmur olewa robotę,jak zresztą wszyscy inni wokół.Na ulicy deszcz moczy nos i głowę,zaś rynna bełkocze ironicznie,wydając z siebie odgłosy,jako żywo przypominające wymiotowanie nałogowego alkoholika.
Krople deszczu wybijają obłędne stacatto na kałużach,wzniecając mokry pył.Drewno zaczyna pokrywać obrzydliwa,zielona pleśń, pozostająca w razie dotknięcia jej ubraniem na następne parę miesięcy na tkaninie.Posiadający samochody z zarozumiale dumnymi obliczami mkną poprzez asfaltowe estakady,czyhając tylko na okazję opryskania biednego pieszego brudną wodą od stóp do głów.A potem,głośno rechocząc z udanego kawału,dodają tacy gazu i znikają w deszczowym tumanie.Jeśli chcemy uniknąc zniszczenia ubrania,kupionego na kredyt w najtańszym sklepie
w mieście,należy zamiary samochodowych kawalarzy uprzedzać.
Gdy czujemy,że taki opryszek zaczaił się na nas i jadąc tuż przy krawężniku,zamierza zrobić nam nie chcianą kąpiel, niespodziewanie rzucamy trzymaną za plecami cegłą w szybę auta,wybijając ją,zaś kolega będący z nami natychmiast wlewa do środka samochodu wiadro cuchnącej wody bagiennej zmieszanej ze smrodliwym mułem i sporą ilością ameb,oraz ślimaków.Taka metoda wychowawcza zawsze skutkuje,a nasze ubranie pozostaje czyste,o ile nie wywrócimy się zaraz potem na tonach zgniłych liści,leżących wszędzie.Te zmoczone i rozbite deszczem listeczki do złudzenia przypominają wydaliny dużego psa,co dostał gwałtownej sraczki...
Deszcz,padający dzień i noc bez przewy,doprowadza do szału tak nas,jak i naszych współobywateli.Nierzadko można się natknąć na mniej odpornego psychicznie osobnika,co bez zapowiedzi
i ostrzeżenia rzuca się na nas z zamiarem przegryzienia naszego gardła,do którego w międzyczasie zdążyliśmy się przyzwyczaić.
Tylko zdecydowana postawa obywatelska oraz błyskawiczna reakcja w postaci ciosu wyrwaną z trotuaru płytką chodnikową może ocalić nas i wyleczyć szaleńca,chorego,bądź co bądź człowieka.Ale i bardziej odporni ludzie chodzą ponurzy, z rękami wbitymi w kieszenie,tocząc wokoło spojrzeniem iście wariackim.
W powietrzu unosi się prawie namacalna złość i agresja,wszyscy są spięci i naładowani,jak transformator w zakładzie energetycznym.Wystarczy jedno niepotrzebne słowo,aby coś się wydarzyło.Buty monotonnie chlupią po kałużach,miarowy rytm kroków rozgarnia wodę w rozlewiskach powstałych po zatkaniu szlamem studzienek kanalizacyjnych.Ciągle ktoś klnie,a nierzadko słyszymy głuchy łomot i plusk ciała wpadającego w błoto.Znowu zawiódł kogoś zmysł równowagi,znowu jakiś typek znalazł się
w wodzie.
Deszcz złośliwie ogałaca drzewa z resztek liści,rozbierając je do naga i pozbawiając naturalnej ozdoby złożonej jeszcze do niedawna z zieleni.Drzewa,to niestety nie dziewczyny,bo te ostatnie wraz ze zdjęciem kolejnej szmatki stają się coraz ładniejsze.Suche kikuty gałęzi,poruszane gwałtownym wiatrem zdają się wygrażać każdemu,kto przechodzi obok.W połączeniu
z ciemnością i wyciem huraganu może to wzbudzić nagłą pokusę rozstania się z życiem,zwłaszcza u osób ze skłonnościami do depresji,jakie przejawiają np.kontrolerzy biletów,policjanci, przedszkolanki,oraz sprzedawcy w kioskach Ruchu.A wtedy
o pochopną decyzję już łatwo,zwłaszcza,gdy przed oczami roztacza się powyższy widoczek.Tu następna przestroga,aby nie ubierać się w eleganckie ubranie,wychodząc na jesienny spacer.
Bo zdarzyć się może,iż podczas przechadzki nieoczekiwanie zawadzimy ciałem o czyjeś nogi dyndające na wichurze... Konsekwencje takiego spotkania są przeważnie opłakane. Ponieważ desperatom jest już wszystko jedno,zapominają oni
przed wykonaniem wyroku na sobie o podstawowych wymogach kultury.I nawet nie potrudzą się przed wejściem na stołek
o wyczyszczenie swoich uświnionych w błocie butów,a potem jeszcze na dodatek zabrudzą komuś głowę i upaskudzą ubranie.
Jesienią ludzie zbyt często zapominają o podstawowych wymogach czystości.
A na razie ciągle słychać ten przeklęty odgłos padającego deszczu. Za oknem nic nie widać,stuknięty sąsiad z góry biega po mieszkaniu obijając się o ściany,wrzeszczy i klnie.Jego ta pogoda również nie cieszy.W słoneczne dni albowiem cały dzień śpiewa on i krzyczy z radości,że świat jest taki piękny.
Ale o Słońcu i ciepełku musimy na parę tygodni zapomnieć. Skonfiskowała nam to przeklęta,zgniła jesień,w tym roku szczególnie mokra i ohydna,wstrętna i ponura.Dzikie koty przeniosły się z podwórek do piwnic,gdzie jest cieplej,roznosząc setki tysięcy pcheł,które wkrótce pojawią się w naszych mieszkaniach,bo przecież musimy do piwnic schodzić po ziemniaki,albo wypędzony pokątnie bimber.
W sąsiednim województwie powódź,gdzieś tam rolnik znajdujący
się w depresji psychicznej spalił sąsiadowi stodołę,a jajka i mięso
podrożały znowu.Dozorcy bliscy szaleństwa sprzątają wciąż spadające z drzew miliardy liści,paląc je potem w miejscach najbardziej dziwnych.Małe dzieci z lubością delektują się ciężkim, gryzącym dymem,marząc o czasach,gdy będą mogły wraz z tatą
i mamą zaciągać się przy obiedzie marihuanką.
Autobusy miejskie jak zwykle,gdy pada,jeżdżą z częstotliwością równą pojawianiu się na niebie komety Halleya i prędzej można by złapać na przystanku kiłę,niż upragniony pojazd komunikacji miejskiej.Z braku środka lokomocji trzeba chodzić na piechotę, zgrzytając ze złości zębami tak mocno,że wkoło pachnie startą na proszek kością,gdy czujemy,jak za nasz kołnierz wlewa się deszczówka,ściekająca po plecach w kierunku odbytnicy i innych wrażliwych na zimno i wilgoć miejsc na ciele.A gdy szczęśliwym zbiegiem okoliczności siedzicie sobie teraz,jak ja,w domu
i wyglądacie rozchmurzenia,to nie bądźcie naiwni.Bo za oknem nie pojawi się tak szybko Słońce,nie,nie.Właśnie zaczęło grzmieć
i błyskać na dodatek,aby nikomu nie zrobiło się kapinkę weselej.
I gdy tak sobie na to wszystko patrzę,czuję że idiocieję,a moje zęby zatopiłbym z rozkoszą w dowolnym miejscu czyjegoś ciała,wyrywając spory kawałek mięsa wraz ze skórą i wyjąc, wyjąc,wyjąc jak stado wilków popędziłbym przez miasto na przestrzał.Ot,tak po prostu.Na marginesie zastanawiam się deko, do jakiego też stanu psychicznego musiał doprowadzić padający ileś tam tygodni bez przerwy deszcz potopu niejakiego Noe, kapitana staku Arka,skoro zamiast jak wszyscy inni,zaparkować łajbę w porcie,przycumował ją do Araratu,jakby nie patrzeć,dość wysokiej góry na Kaukazie,niepodobnej zresztą w żadnym calu do przystani portowej.I jeśli ktoś taki,jak Noe,człowiek obdarzony łaską bożą do takiego stopnia sfiksował przez deszcz,to jak mają się czuć zwykli ludzie?
Tak,czy siak,zejdę zaraz do piwnicy,wyciągnę zza kartofli siekierę
i ładnie ją naostrzę,a potem wyjdę na mały spacerek po osiedlu, aby się dotlenić.I gdybyście moją skromną osobę przypadkiem spotkali,nie zagadujcie mnie pod żadnym pozorem,tylko spokojnie i cicho wracajcie do waszego przytulnego i ciepłego domu.Dzisiaj chcę być sam.
THE END
Copyright by Leziox