Dodaj do ulubionych

Rozważania nad naszą "żałobą" ciąg dalszy, czyli..

13.04.10, 17:50
... pan Mościcki:

www.krytykapolityczna.pl/Serwis-teatralny/Moscicki-Melancholia-narodowa/menu-id-305.html
Melancholia narodowa
Paweł Mościcki

Czas narodowej żałoby daje gorzką satysfakcję, że są jeszcze – bardzo rzadkie
wprawdzie – momenty, w których na falach ogólnopolskich rozgłośni radiowych
można usłyszeć muzykę poważną a rozrywkowe kanały telewizji (czyli prawie
wszystkie) nagle zaczynają nadawać programy społeczne. Chciałbym zapytać
retorycznie: czy oznacza to, że codzienna ramówka nie jest w stanie unieść
ciężaru tego doświadczenia? Czy przyznajecie się tym samym, drodzy
inżynierowie dusz, że wbrew swoim nieustannym deklaracjom nie tworzycie na co
dzień żadnych istotnych więzi z odbiorcami?

Niestety instytucje kultury zostały ryczałtem potraktowane tak samo – a nawet
gorzej – niż stacje transmitujące kolorowe jarmarki. O ile w przypadku radio
wystarczy niewielka zmiana ramówki, aby zmieścić się w formule żałoby, o tyle
muzea, galerie i teatry trzeba zamknąć na cztery spusty. Albo – jak proponuje
Joanna Szczepkowska, na co dzień zwolenniczka tezy, że teatry są przede
wszystkim od grania spektakli – zamienić w świątynie skupienia. Innymi słowy
władze państwowe, które odpowiadają za sposób organizowania żałoby narodowej
przekazały ludziom kultury komunikat, że ich praca warta jest mniej więcej
tyle, co Kabaret Jedynki.

Antropolodzy zwykle traktują kulturę jako zespół praktyk pozwalających wyrażać
i kształtować zbiorowe emocje, poddawać refleksji różne znaczenia naszego
życia. Niestety po katastrofie samolotu prezydenckiego i śmierci wielu ważnych
urzędników państwowych zablokowano ten kanał odbywania żałoby.

Nie jest jednak prawdą, że w tym szczególnym czasie wszyscy wstrzymują oddech
i zawieszają swoją normalną działalność. Dwa obszary pozostały nietknięte
przez żałobne zakazy: kościoły i telewizyjne kanały informacyjne.
Społeczeństwo ma możliwość przeżywania bólu tylko i wyłącznie na dwa sposoby.
Można modlić się w kościele za dusze zmarłych i można w telewizji oglądać
odrobinę bardziej ludzkie odruchy polityków. Wykład w galerii, spektakl
teatralny czy koncert muzyki poważnej stanowią obrazę dla pamięci zmarłych.
Płakanie posłów przed kamerą czy kazanie abp Michalika, który ani na chwilę
nie zapomniał, czym jest uprawianie polityki, już nie. Nie jest prawdą, że w
obliczu wstrząsu jakim była tragedia w Smoleńsku znikają stosunki siły. Wręcz
przeciwnie – tym bardziej wyraźnie widać jej główne ośrodki. One nie muszą
poddawać się żadnym obostrzeniom. Albo więc zamknijmy na tydzień wszystkie
instytucje albo pozwólmy wszystkim decydować na własną rękę jak wyglądać
będzie ich żałoba. Czy mają ochotę przeżyć ją w kościele, w teatrze, na
koncercie czy w parku.

Nie chcę nikogo o nic oskarżać, nie próbuję też podważać konieczności odbycia
żałoby narodowej. Moja teza jest natomiast inna: żadnej żałoby nie ma. Praca
żałoby polega na wysiłku łączenia doświadczenia utraty z toczącym się dalej
życiem, przepracowywaniem bólu i żalu poprzez dzielenie się z innymi swoimi
emocjami, przeżyciami, refleksjami. Polskie społeczeństwo okradziono z wielu
przestrzeni takiej wymiany każąc słuchać tylko tych, którzy mają najwięcej
wpływów i podporządkować się ich wizji tego wydarzenia. Kto nie wierzy w Boga,
a telewizję i jej familiarność z klasą polityczną traktuje podejrzliwie, jest
skazany na milczenie albo na jałową kontestację. Może pogrążyć się w
samotności albo obrażać resztę swoim nieprzystosowaniem.

Boję się, że polskie społeczeństwo zamiast bolesnego procesu reparacji funduje
sobie kolejny melancholijny wstrząs. Pozbawiając się różnych dostępnych
sposobów przeżywania żałoby, skazujemy się właśnie na kolejne wcielenia
melancholii. Głosy kojarzące wypadek samolotowy z masakrą w Katyniu zdają się
to potwierdzać. Podobnie jak szybka gloryfikacja polityka, który miał
największy elektorat negatywny w tym kraju od lat. Zamiast godzić się powoli z
rzeczywistością mamy chwilowy stan wyjątkowy, po którym wszystko wróci do
normy. Sama katastrofa stanie się kolejną niezagojoną raną, której będzie
można używać, grając zbiorowymi emocjami. Ale jeśli nie mamy w sobie teraz
gotowości, by pozwolić obywatelom decydować jak chcą przeżywać żałobę, trudno
oczekiwać, że doprowadzi ona do jakiegokolwiek odrodzenia.
Obserwuj wątek
    • uffo Re: Rozważania nad naszą "żałobą" ciąg dalszy, cz 13.04.10, 19:16
      to nie zaloba, a raczej pokuta.
    • diabollo O-bi, o-ba, czyli... 15.04.10, 08:22

      O-bi, o-ba
      Wojtek Zrałek-Kossakowski
      14.04.2010

      Minister Kultury i Dziedzictwa Narodowego Bogdan Zdrojewski zwraca się z apelem
      do wszystkich polskich instytucji kultury o odwołanie wszelkich imprez
      kulturalnych zaplanowanych na najbliższy czas.
      Apel Ministerstwa Kultury i Dziedzictwa Narodowego


      Spory są nieważne, kłótnie są nieważne, trzeba się modlić.
      Stefan Niesiołowski w TVN24


      To nieszczęście drugie po Katyniu.
      Lech Wałęsa w TVN24


      Wiadomo, Ruscy!
      Głos z ulicy w Warszawie


      W poszukiwaniu Biblii, Soft trafił do miejsca, które kiedyś było biblioteką.
      Książki nie znalazł, w bibliotece zostały tylko pozycje poświęcone Burom, wojnie
      z nimi i katastrofie, jaką wojna wywołała. Co stało się z pozostałymi książkami?
      Oficjalnie – słyszymy – „zostały zabrane”. Ale nie jest to cała prawda. Po
      jakimś czasie widzimy Softa stojącego przy ogromnym piecu, do którego książki są
      wrzucane, mielone i przerabiane na bochenki wyrzucane przez wielki dystrybutor,
      pod którym kłębią się głodne tłumy. Te tłumy, to społeczeństwo po wojennej
      katastrofie atomowej. A raczej to, co ze społeczeństwa pozostało. „Czereda
      niedobitków”, którą władze zgromadziły w jednym schronie przeciwatomowym i
      zorganizowały wokół jednej zmyślonej idei: arki, która pewnego dnia miała
      przybyć i zabrać wszystkich do lepszego świata.


      O-bi, o-ba. Koniec cywilizacji Piotra Szulkina to bardzo ciekawy i
      zastanawiająco aktualny film. Powstały w 1984 roku obraz przypomniał mi się
      teraz, w czasie żałoby narodowej po śmierci w katastrofie lotniczej urzędników
      państwowych, polityków i prezydenta RP. Wydarzenie to jest niezwykle
      dramatyczne, co do tego nie mam żadnych wątpliwości. Sama żałoba jest
      oczywiście jak najbardziej uzasadniona. Jednak forma, jaką przybrała budzi mój
      niepokój. I przypomina mi omawiany film.

      1.

      - To wszystko jest o Burach?
      - Oczywiście.
      - A reszta książek?
      - Było polecenie, żeby zostawić tylko o Burach

      Odwołanie, zgodnie z apelem ministra kultury, wszystkich imprez kulturalnych,
      nie tylko tych o charakterze jawnie rozrywkowym, zdaje się sugerować, że kultura
      w każdej formie nie jest niczym więcej, jak tylko miłym dodatkiem, cukierkiem, z
      którego w chwilach powagi należy zrezygnować. Taka, płynąca od władzy
      państwowej, sugestia w momentach kryzysowych – a w takim niewątpliwie się
      znaleźliśmy – jest szczególnie niebezpieczna, bo może prowadzić do
      upowszechnienia i utrwalenia tego rodzaju myślenia. Absolutna wyjątkowość
      sytuacji, jej niezaprzeczalna powaga oraz to, że państwo znalazło się w kryzysie
      sprawiają, że decyzje władz są wyczekiwane i dostrzegalne bardziej niż
      zazwyczaj. Stają się czymś w rodzaju wskazówek organizujących zbiorową
      świadomość a samo ich oddziaływanie jest głębsze i silniejsze niż ma to miejsce
      na co dzień. Oczywiście żałoba nie zakazuje „korzystania” z kultury prywatnie, w
      domach (jakby było to coś wstydliwego). Jednak apel ministra Bogdana
      Zdrojewskiego odziera uczestnictwo w kulturze z ważnego w sztuce wymiaru
      wspólnotowego. Zdaje się odmawiać jej właściwości terapeutycznych,
      katartycznych, związanych z grupowym przeżywaniem i przepracowywaniem emocji.
      Kultura zostaje sprowadzona do tego, na co mogę mieć ochotę sam dla siebie,
      przestaje więc być czymś, co mogę przeżyć z innymi. Sytuacja stała się
      paradoksalna: przy powszechnym nawoływaniu do budowania wspólnoty, jednocześnie
      ogranicza się to, co mogłoby być tej wspólnoty fundamentalnym budulcem.

      2.

      - Arko chwalebna i błogosławiona

      Jeśli uczestnictwu w kulturze odbiera się charakter wspólnotowy, integrujący i
      terapeutyczny, to czy coś innego może spełniać te funkcje? Tak. Religia. Język
      religijny, zachęcanie do modlitwy przez przedstawicieli państwa pojawiły się po
      katastrofie niemal natychmiast. W przeciwieństwie do teatrów i sal koncertowych,
      kościoły podczas żałoby pozostają otwarte. Oczywiście w samej dostępności
      świątyń w chwilach takich jak ta nie ma nic złego – jest to rzecz jak
      najbardziej zrozumiała. Ale już fakt, że religia – w przeciwieństwie do kultury 
      – stała się, mniej lub bardziej oficjalnie, legitymizowanym przez państwo
      kanałem zbiorowego przepracowywania traumy jest niepokojący. I nie chodzi tu
      tylko o to, że po raz kolejny pod znakiem zapytania staje neutralność
      światopoglądowa RP. Mające miejsce oficjalne namaszczenie religii na
      „pocieszycielkę naszą” i wyrugowanie z tej roli kultury pozwala zadać pytanie,
      czy państwo w jakimś stopniu nie wyklucza ze wspólnoty żałobników osób
      niewierzących?

      3.

      - Po co komu te bzdury?
      - Tylko nie bzdury! To są cenne, dowiedzione prawdy! I mają zostać dla
      przyszłych pokoleń, żeby pamiętały, kto to wszystko rozpętał. Tę atomową pożogę!
      Żeby przed naszymi wnukami odsłonić prawdziwe oblicze burowskiej prowokacji!

      Zwróćmy uwagę na pojawiające się podczas żałoby manifestacje polskiej polityki i
      pamięci historycznej. Na niesmaczne porównania katastrofy w Smoleńsku do zbrodni
      katyńskiej nie trzeba było długo czekać. Te dwa dramatyczne wydarzenia łączyli w
      swoich wypowiedziach politycy tak różni jak Lech Wałęsa i Aleksander
      Kwaśniewski, redakcje tak odległe jak „Niezależna Gazeta Polska” i „Polityka”…
      „Przekrój” z 13 kwietnia zdobiła czarna okładka z napisem „Katyń 1940 – Smoleńsk
      2010”… W programie Telewizji Polskiej (TVP 1, TVP 2, TVP Polonia, TVP Kultura,
      TVP Info, TVP Historia, bez programów regionalnych) od 10 kwietnia, a więc od
      dnia wypadku samolotu, do 17 kwietnia, a więc do dnia zakończenia żałoby
      narodowej, możemy znaleźć aż 45 (czyli ok. 6 dziennie) pozycji odnoszących się
      bezpośrednio do wydarzeń z 1940 roku. Oczywiście emisja części z nich była
      zaplanowana jeszcze przed katastrofą, tym niemniej liczba ta wyraźnie wskazuje
      na to, jakie wydarzenia rządzą polską pamięcią zbiorową. Samo sugerowanie
      analogii między Katyniem wtedy a Smoleńskiem dziś, oprócz tego, że zwyczajnie
      niesmaczne, jest też smutnym wyrazem tego, jak bardzo Polacy potrzebują widzieć
      w sobie ofiary. Bo co wspólnego mają ze sobą wypadek samolotu przewożącego
      polskich wysokich urzędników państwowych z rozstrzelaniem polskich oficerów
      przez NKWD? Poza geograficzno-czasowym zbiegiem okoliczności, nic. Jakiekolwiek
      doszukiwanie się tu podobieństw, z fatalnego przypadku, jakim była katastrofa
      prezydenckiego samolotu, czyni kolejny koralik na różańcu cierpień zadanych
      Polsce na przestrzeni wieków. Jest to stawianie się w pozycji pokrzywdzonego, a
      nie „po prostu” ciężko doświadczonego przez ślepy los. Konsekwencją takiej
      postawy jest oczywiście potrzeba znalezienia konkretnego wroga, który za nasze
      cierpienia i krzywdy byłby odpowiedzialny. W tym przypadku nie jest to
      szczególnie trudne.

      CDN...
      • diabollo Re: O-bi, o-ba, czyli... 15.04.10, 08:22
        4.

        - Imperialistyczne knowania Burów… Prawdziwe oblicze Buro-demokracji…

        Łatwo wskazać na to, kim w polskiej rzeczywistości są filmowi Burowie. To
        oczywiście Rosjanie. Spacer ulicami Warszawy zaraz po katastrofie, to, co dało
        się usłyszeć w sklepach, na placach i w autobusach, był na to najlepszym
        dowodem. „Wiadomo, że to Ruscy”, „Rosjanie zamordowali nam prezydenta, będzie
        wojna”, „Sowieci dopięli swego” - to tylko niektóre z opinii, jakie słyszałem na
        ulicach. Fakt, że władze rosyjskie w obliczu katastrofy zachowały się bardzo
        taktownie, w sposób mogący budzić jedynie szacunek, nie zmienił nic, bo przecież
        „to tylko dyplomacja”… Postawa władz rosyjskich nie przekonała też posła Artura
        Górskiego, który w wywiadzie udzielonym „Naszemu Dziennikowi” stwierdził, że
        „Rosja jest w jakimś sensie odpowiedzialna za tę katastrofę, za ten nowy Katyń”
        i „niewątpliwie Moskwa ponosi także moralną [za nią] odpowiedzialność”. Takie
        głosy, nawet jeśli stanowią margines, uświadamiają nam nie tylko to, jak głęboko
        zakorzenioną mamy niechęć do Rosjan, ale również – a może przede wszystkim – jak
        trudno jest nam w pierwszym odruchu uwierzyć, ogarnąć to, co się stało. Dużo
        łatwiej jest przyjąć, że jesteśmy ofiarami i że - co złego, to Burowie…

        10 kwietnia 2010 Polska znalazła się w sytuacji wyjątkowej. Takie sytuacje mają
        do siebie to, że sprzyjają wyostrzeniu się tego, co zazwyczaj pozostaje tylko
        zarysowane. Spojrzenie na rzeczywistość Polski po katastrofie przez pryzmat
        rzeczywistości O-bi, O-ba pozwala dostrzec pewne głęboko tkwiące w świadomości
        społecznej mechanizmy myślenia o tym, czym jest kultura, co w tejże świadomości
        odróżnia ją od religii oraz nauczyć się czegoś o polskiej polityce i pamięci
        historycznej. Świat po katastrofie, bez zagwarantowanego dostępu do kultury,
        silnie zorganizowany wokół religii… Czy nie tak właśnie wygląda Polska w czasie
        żałoby?

        www.krytykapolityczna.pl/Serwis-teatralny/Zralek-Kossakowski-O-bi-o-ba/menu-id-305.html
        • gaika Re: O-bi, o-ba, czyli... 15.04.10, 19:10
          Do tego dodałabym jeden ważny motyw, o którym wspomniała gdzieś
          Środa.

          Państwo (władze oraz hierarchowie kościelni), a ja dodam, że
          i "zwykli" ludzie, zapomnieli, iż na pokładzie samolotu nie
          znajdowali się wyłącznie katolicy. Podporządkowanie całej żałoby,
          oraz oddawania czci zmarłym, obrzędom katolicko-religijnym jest
          wyrazem braku wyczucia, braku szacunku dla różnorodnych
          światopoglądów konkretnych przecież ludzi.
          • uffo Re: O-bi, o-ba, czyli... 15.04.10, 19:39

            w imie jednosci widac postepujacy paraliz ujednolicenia. Ale moze
            tak bywa zazwyczaj w takich sytuacjach. Wszystkich wrzuca sie do
            jednego worka. Tak samo bylo po ataku na WTC. Wyzwolenie sie
            patriotyzmu, konserwatyzmu, nacjonalizmu, i religijnych uczuc. Widac
            zagrozenie laicyzacja bylo zbyt duze do zniesienia i niemozliwe do
            zatrzymania innymi pokojowymi metodami. Ale nawet taka sytuacja nie
            powstrzyma tego procesu indywidualizacji. Co najwyzej wytworzy pewna
            zwloke, tymczasowe uwstecznienie, az emocje ostygna i objawi sie
            jalowosc i obluda konserwy. Ale moze to kosztowac utracona kadencje
            albo i dwie. Zalezy od poziomu uswiadomienia spoleczenstwa.
            • gaika Re: O-bi, o-ba, czyli... 16.04.10, 21:36
              uffo napisał:

              >
              > w imie jednosci widac postepujacy paraliz ujednolicenia. Ale moze
              > tak bywa zazwyczaj w takich sytuacjach. Wszystkich wrzuca sie do
              > jednego worka. Tak samo bylo po ataku na WTC. Wyzwolenie sie
              > patriotyzmu, konserwatyzmu, nacjonalizmu, i religijnych uczuc.
              Widac
              > zagrozenie laicyzacja bylo zbyt duze do zniesienia i niemozliwe do
              > zatrzymania innymi pokojowymi metodami. Ale nawet taka sytuacja
              nie
              > powstrzyma tego procesu indywidualizacji. Co najwyzej wytworzy
              pewna
              > zwloke, tymczasowe uwstecznienie, az emocje ostygna i objawi sie
              > jalowosc i obluda konserwy. Ale moze to kosztowac utracona
              kadencje
              > albo i dwie. Zalezy od poziomu uswiadomienia spoleczenstwa.

              Często piszesz o mieleniu indywidualizmu, jednostek przez tryby
              masówki. Masówka w takim momencie jest jakoś szczególnie dotkliwa.
              Nie ma miejsca na osobność. Mam uczucie, że w ogóle nie ma miejsca.

              Prawdę mówiąc, jestem niemal fizycznie zmęczona: czytaniem,
              słuchaniem, pisaniem o tym wszystkim; mądrościami, które wylewają
              się z mediów. Irytują mnie już nawet lubiani przeze mnie
              dziennikarze-też jacyś tacy namaszczeni, głoszący prawdy natchnione.
              Wieszczą i trzeszczą.

              Nastąpiło zmęczenie materiału -za dużo, za masowo, dziwnym nurtem.
              Coraz chętniej oddalam się ku zmianie klimatu...
              • uffo Re: O-bi, o-ba, czyli... 18.04.10, 20:16
                (sorry, nie widzialem tego wpisu wczesniej)

                gaika napisała:

                > Często piszesz o mieleniu indywidualizmu, jednostek przez tryby
                > masówki. Masówka w takim momencie jest jakoś szczególnie dotkliwa.
                > Nie ma miejsca na osobność. Mam uczucie, że w ogóle nie ma
                miejsca.


                odczulem to dosyc dotkliwie podczas 10-letniego usilowania
                zaadoptowania sie w Polsce juz wolnej, po 1989, kiedy systematycznie
                zdarzaly mi sie bardzo dziwne sytuacje, ktore wskazywaly na to iz
                walenie glowa w mur bywa w pewnych przypadkach calkowicie
                nieskuteczne, a nawet szkodliwe i niebezpieczne dla zdrowia wlasnego
                i bliskich. Z tego tez powodu musialem udac sie na dobrowolna
                banicje, stwierdzajac w koncu iz Polska jest nieuleczalna z powodu
                histerycznego sprzeciwu wzgledem glebszej refleksji. Polska trzyzma
                sie kurczowo bolu, i rozgrebywania fizycznych cierpien, bo, wedlug
                mojej diagnozy, nie chce wybaczyc Bogu tych wszystkich ran zadanych
                dumie i radosci zmyslowej, niewinnej. Potrzebna jest glebsza
                refleksja, ktora histerycznie sie odrzuca. Mentalnosc masowa
                dominuje. To pewnie z powodu nadmiaru emocjonalnego. Zachod uporal
                sie z tym szybciej, bo jednak racjonalnosc jest tam bardziej
                naturalna. Juz Milton swoj Raj Utracony opatrzyl mottem ktore mniej
                wiecej okreslalo jego intencje:
                'ku usprawiedliwieniu sciezek Bozych wzgledem Czlowieka.' Polska
                jednak nalezy do sfery bardziej zmyslowej. Witkacy twierdzil, w
                swoich pismach filozoficznych, iz nie ma bardziej materialistycznego
                narodu na swiecie od polskiego. Cos w tym jest, choc oczywiscie to
                tylko zaogolnienie. Faktycznie brak slow na to co sie dzieje.


                >
                > Prawdę mówiąc, jestem niemal fizycznie zmęczona: czytaniem,
                > słuchaniem, pisaniem o tym wszystkim; mądrościami, które wylewają
                > się z mediów. Irytują mnie już nawet lubiani przeze mnie
                > dziennikarze-też jacyś tacy namaszczeni, głoszący prawdy
                natchnione.
                > Wieszczą i trzeszczą.

                Zauwazylem. ZReszta ja tez, ale nie wiem, mam spory dystans.
                Nauczylem sie troche patrzec na to wszystko z blogim milosierdziem.
                Ostatnie moje rzezby to medytacja nad wybaczaniem. Bodhisattwa
                patrzy z chmurki w dol na ziemie, jak sie tam tarzaja w blocie
                ludziska, z polprzymknietymi oczami i tajemniczym usmiechem
                blogoslawiac dobru i zlu. To przeciez tylko tymczasowe gierki. Kazdy
                jest wszystkim, predzej czy pozniej, i jednoczesnie. Liczy sie
                rozwoj osobowosci. Reszta to dekoracje. Wcielenia tez.

                Miewalem takie okresy. Wowczas musiealem milczec. Baardzo dluugo.
                Wszystko stalo sie relatywne. Wszedzie jady i falsze. Jak tylko
                otwieralem usta to ogarnialo mnie znuzenie. M.inn. dlatego
                przerzucilem sie na ekspresje wizualna, awerbalna. Slowo nalezy do
                Krolestwa Obludy. Jest linearne, martwym uczuciem. Aniolowie, wedlug
                Swedenborga, i moich snow, rozmawiaja ze soba usmiechami. wink
                Wizualnie. Slynne kazanie Buddy: usmiech.

                >
                > Nastąpiło zmęczenie materiału -za dużo, za masowo, dziwnym nurtem.
                > Coraz chętniej oddalam się ku zmianie klimatu...

                Zmiana jest WOlnoscia. Moze w gory? nad morze, ocean? Ja jezdze nad
                ocean, szczegolnie kiedy jest zla pogoda (no i kiedy samochod w
                dobrym
                stanie) ,wowczas mozna isc dlugo nikogo nie spotykajac. albo gdzies
                gdzie
                sa wspaniale glosno milczace widoki?(Nie mam tu takich) Zreszta ja
                jestem otoczony pieklem miastowym, ale dzialanie tworcze daje sile,
                energetyzuje, pozwala zaakceptowac to pieklo jako tymczasowe,
                pozwala wybaczyc. A jak bedziesz gdzies w poblizu to zapraszam!
                • grgkh Re: O-bi, o-ba, czyli... 19.04.10, 12:01
                  uffo napisał:

                  > Z tego tez powodu musialem udac sie na dobrowolna
                  > banicje

                  Kto nam zostanie, jeśli wszyscy jeszcze zdrowi umysłowo udadzą się na banicję?

                  "Panie pułkowniku Wołodyjowski!
                  - Dla Boga, panie Wołodyjowski! Larum grają! wojna! Nieprzyjaciel w granicach! a
                  ty się nie zrywasz! szabli nie chwytasz? na koń nie siadasz? Co się stało z
                  tobą, żołnierzu? zaliś swej dawnej przepomniał cnoty, że nas samych w żalu jeno
                  i trwodze zostawiasz?
                  ".

                  smile
                  • uffo Re: O-bi, o-ba, czyli... 19.04.10, 20:10
                    sa dwie mozliwosci, emigracja zewnetrzna albo wewnetrzna. Zalezy od
                    czlowieka, ukladow rodzinnych, mozliwosci wyboru, fazy wewnetrznego
                    rozwoju, ukladow spolecznych, zawodowych, edukacyjnych,etc.
                    Poza tym ja 'zdradzilem' ojczyzne jeszcze w czasie stanu wojennego,
                    wyjezdzajac do Stanow w 1982. Kiedy wrocilem w 1989 mialem juz to
                    pietno zdrajcy, o czym nie wiedzialem. Bo w Stanach 'walczylem' o
                    polskosc ze wszystkich sil, pracujac w instytucie do ktorego
                    przyjezdzaly polskie rodziny z niepelnosprawnymi dziecmi,
                    zalatwiajac wizy, sprzet rehabilitacyjny etc., z uchodzcami,etc.
                    Poza tym tlumaczylem, staralem sie rozwijac jezyk polski, ktory
                    kochalem, pisalem. No ale coz, to sa skomplikowane sprawy, subtelne,
                    podswiadome. Jak to mawial Milosz, 'kto porzuca ojczyzne, niechaj
                    nawet sie nie oglada do tylu, bo zabija go Erynie' (Boginie
                    msciwosci). Czy cos w tym rodzaju.

                    Inni, ktorzy nie wyjezdzali, moga emigrowac wewnetrznie, wytworzyc
                    wewnetrzny dystans wobec ziemi, tej kolekywnej podswiadomosci,
                    nacjonalizmu,patriotyzmu etc. Sa rozne sposoby. Obecne warunki
                    bardziej sprzyjajace. Kiedys nie bylo netu. Dzisiaj dostep do
                    informacji, zjednoczona Europa, a wiec ksztaltowanie sie na tzw.
                    obywatela swiata, czy tez podkreslanie i rozwijanie wlasnej
                    osobowosci jest chyba latwiejsze, nawet w granicach swojego kraju.
                    Ale tak jest wszedzie. Nawet na zachodzie. Ci ktorzy ida pod prad,
                    zazwyczaj artysci, malo znani lub pogardzani u siebie, np. z
                    Ameryki,urodzeni w Ameryce, nieznani i pogardzani w Ameryce, maja
                    wieksze pole dzialania i uznanie w Europie, potem wracaja w nimbie
                    bozka, lub nie, i vice versa. Swiat dazy do mieszania sie kultur i
                    ras, wiec moja decyzja miescila sie chyba w ramach tego celu. Nie
                    moglem tracic czasu na frustracje. Bedac calkowicie pozbawiony pola
                    dzialania, czy chocby kontynuowania edukacji. Koniec koncow chodzi o
                    bycie czlowiekiem.
                    Wczesniejszy siedmioletni pobyt w Stanach tak diamteralnie mnie
                    zmienil, z czego nawet nie zdawalem sobie sprawy przed powrotem do
                    Polski, iz dopiero bedac w Polsce zauwazylem jak bardzo nie
                    pasowalem do mentalnosci polskiej, ktora wowczas dominowala. Kiedy
                    ja mowilem cos o szczurzej naturze polityka, moi przyjaciele ideowcy
                    z Solidarnosci, gasili mnie entuzjazmem iz 'MY, doswiadczeni przez
                    komune, mamy wglad w nature zla, i wiemy jak nie zmarnowac
                    wolnosci', no i moj krytyczny stosunek do kapitalizmu, tez nie
                    pasowal w wlasnie wybuchajacym wolnym rynku. Wlasciwie po pewnym
                    czasie, dokladnie po 10 latach rozterki i bezskutecznych wysilkow
                    dopasowania sie, zauwazylem jak bardzo odlegly jest rozwoj
                    wewnetrzny Polski od moich ludzkich [potrzeb i mojego wlasnego
                    rozwoju. A przeciez wszystkie te fazy, z roznym natezeniem, kazdy
                    kraj musi przejsc. Tak jak kazdy czlowiek. Zazwyczaj musi uczyc sie
                    na wlasnych bledach.


                    Polska kulture w duzej czesci zawsze ciagneli do przodu, od czasu
                    zalania Polski przez Potop Katolicki, emigranci, albo jacys pol czy
                    cwierc Polacy lub inne mieszanki wybuchowe (moja np. jest niemiecko-
                    polsko-slowacko-wegiersko-zydowska).
                    Zreszta kto wie, moze jeszcze wroce? Ale tak rozsadnie mowiac, to co
                    bylo to bylo. Ja troche sobie powalilem glowa w mur. Teraz kolej na
                    nastepnych. Wazne zeby mur kiedys padl.


                    grgkh napisał:

                    > uffo napisał:
                    >
                    > > Z tego tez powodu musialem udac sie na dobrowolna
                    > > banicje
                    >
                    > Kto nam zostanie, jeśli wszyscy jeszcze zdrowi umysłowo udadzą się
                    na banicję?
                    >
                    > "Panie pułkowniku Wołodyjowski!
                    > - Dla Boga, panie Wołodyjowski! Larum grają! wojna! Nieprzyjaciel
                    w granicach!
                    > a
                    > ty się nie zrywasz! szabli nie chwytasz? na koń nie siadasz? Co
                    się stało z
                    > tobą, żołnierzu? zaliś swej dawnej przepomniał cnoty, że nas
                    samych w żalu jeno
                    > i trwodze zostawiasz?
                    ".
                    >
                    > smile
                    >
                • gaika Re: O-bi, o-ba, czyli... 19.04.10, 23:51
                  uffo napisał:

                  Mentalnosc masowa
                  > dominuje. To pewnie z powodu nadmiaru emocjonalnego. Zachod uporal
                  > sie z tym szybciej, bo jednak racjonalnosc jest tam bardziej
                  > naturalna. Juz Milton swoj Raj Utracony opatrzyl mottem ktore
                  mniej
                  > wiecej okreslalo jego intencje:
                  > 'ku usprawiedliwieniu sciezek Bozych wzgledem Czlowieka.' Polska
                  > jednak nalezy do sfery bardziej zmyslowej. Witkacy twierdzil, w
                  > swoich pismach filozoficznych, iz nie ma bardziej
                  materialistycznego
                  > narodu na swiecie od polskiego. Cos w tym jest, choc oczywiscie to
                  > tylko zaogolnienie. Faktycznie brak slow na to co sie dzieje.

                  Dziękuję Uffo za "wsparciowy" wpis.

                  Nie wiem czy to nadmiar emocjonalności, bo przecież emocje nie
                  ograniczają się do histerii i poczucia wyjątkowościwink Chyba
                  niedomiar różnic.

                  >
                  > Zauwazylem. ZReszta ja tez, ale nie wiem, mam spory dystans.
                  > Nauczylem sie troche patrzec na to wszystko z blogim
                  milosierdziem.
                  > Ostatnie moje rzezby to medytacja nad wybaczaniem. Bodhisattwa
                  > patrzy z chmurki w dol na ziemie, jak sie tam tarzaja w blocie
                  > ludziska, z polprzymknietymi oczami i tajemniczym usmiechem
                  > blogoslawiac dobru i zlu. To przeciez tylko tymczasowe gierki.
                  Kazdy
                  > jest wszystkim, predzej czy pozniej, i jednoczesnie. Liczy sie
                  > rozwoj osobowosci. Reszta to dekoracje. Wcielenia tez.

                  Czyli rzeźbienie się spełniło. Miło, jak się plany ziszczają. A w
                  jakim materiale "robisz"?

                  Do rozwoju muszą istnieć jakieś warunki, czyż nie?

                  > Miewalem takie okresy. Wowczas musiealem milczec. Baardzo dluugo.
                  > Wszystko stalo sie relatywne. Wszedzie jady i falsze. Jak tylko
                  > otwieralem usta to ogarnialo mnie znuzenie. M.inn. dlatego
                  > przerzucilem sie na ekspresje wizualna, awerbalna. Slowo nalezy do
                  > Krolestwa Obludy. Jest linearne, martwym uczuciem. Aniolowie,
                  wedlug
                  > Swedenborga, i moich snow, rozmawiaja ze soba usmiechami. wink
                  > Wizualnie. Slynne kazanie Buddy: usmiech.

                  Ja lubię słowa, tylko nie wszystkiewink

                  Akurat w tym przypadku więcej milczenia byłoby wskazane.


                  > Zmiana jest WOlnoscia. Moze w gory? nad morze, ocean? Ja jezdze
                  nad
                  > ocean, szczegolnie kiedy jest zla pogoda (no i kiedy samochod w
                  > dobrym
                  > stanie) ,wowczas mozna isc dlugo nikogo nie spotykajac. albo
                  gdzies
                  > gdzie
                  > sa wspaniale glosno milczace widoki?(Nie mam tu takich) Zreszta ja
                  > jestem otoczony pieklem miastowym, ale dzialanie tworcze daje
                  sile,
                  > energetyzuje, pozwala zaakceptowac to pieklo jako tymczasowe,
                  > pozwala wybaczyc. A jak bedziesz gdzies w poblizu to zapraszam!

                  Góry byłyby dobre, ale nie mam na podorędziu.

                  Do twórczości odrobina talentu jest potrzebna, a robótki ręczne,
                  które specjalnego daru nie wymagają, doprowadzają mnie do szałuwink

                  Serdeczne dzięki za zaproszenie. Na razie ciut za daleko się
                  zrobiło, ale gdybym miała wejść drugi raz do tej samej rzeki,
                  przypomnieć się nie omieszkam.
                  • uffo Re: O-bi, o-ba, czyli... 20.04.10, 00:41

                    emocjonalnosc, jak chyba wszystko, ma co najmniej dwie strony, bywa
                    rownie slepa jak za-rozumialosc. Duchowosc bywa tez czasem
                    zwodnicza. O czym przekonal sie niejeden Ikar. Moze niedomiar
                    roznic. W kazdym razie za blisko i za daleko. Trzeba czasu.I jak
                    mowisz, milczenia.

                    rzezba tak, malowanko, ceramika, muzyka, co sie da. Ale nie lubie
                    zbytnio walczyc z materialem, lubie podazac za forma, glownie w
                    glinie. Nie wiem czy to kwestia talentu. Raczej wewnetrznej
                    koniecznosci. Nie liczy sie owoc, liczy sie kontynuacja procesu.
                    Pasywnoscia karmia sie rozne male i duze wampiry. Najlepszym
                    lekarstwem jest wzmacnianie prewencyjne, kiedy zjawia sie kryzys,
                    albo jakaies niebezpieczenstwo, nie ma czasu na myslenie jak
                    zadzialac. Reakcja. Codziennosc dzialania tworczego jak ziolka
                    szwedzkie albo syropek klonowy.

                    Warunki musza byc. Zawsze jest to interakcja.

                    Przypomnial mi sie Mickiewicza ze swoim Swedeborgianskim opisem czuc
                    co sie w mysli i slowa zamieniaja.

                    Ach, zeby to byla tylko rzeka, ale to przeciez Ocean! A teraz milej
                    na stateczek i wplaw. Chyba ze kierunek wiatru sie zmieni i pyly
                    wulkaniczne zstapia na ziemie i na oceany jak jezdzcy Apokalipsy.
                    wink

                    gaika napisała:

                    > Dziękuję Uffo za "wsparciowy" wpis.
                    >
                    > Nie wiem czy to nadmiar emocjonalności, bo przecież emocje nie
                    > ograniczają się do histerii i poczucia wyjątkowościwink Chyba
                    > niedomiar różnic.
                    >
                    >
                    > Czyli rzeźbienie się spełniło. Miło, jak się plany ziszczają. A w
                    > jakim materiale "robisz"?
                    >
                    > Do rozwoju muszą istnieć jakieś warunki, czyż nie?
                    >

                    > Ja lubię słowa, tylko nie wszystkiewink
                    >
                    > Akurat w tym przypadku więcej milczenia byłoby wskazane.
                    >
                    > Góry byłyby dobre, ale nie mam na podorędziu.
                    >
                    > Do twórczości odrobina talentu jest potrzebna, a robótki ręczne,
                    > które specjalnego daru nie wymagają, doprowadzają mnie do szałuwink
                    >
                    > Serdeczne dzięki za zaproszenie. Na razie ciut za daleko się
                    > zrobiło, ale gdybym miała wejść drugi raz do tej samej rzeki,
                    > przypomnieć się nie omieszkam.
            • grgkh Re: O-bi, o-ba, czyli... 19.04.10, 11:54
              uffo napisał:

              >
              > w imie jednosci widac postepujacy paraliz ujednolicenia.

              Przyszło mi do głowy, że zamiast tego apoteozowania "wodza" można by namówić
              rodziny i bliskich wszystkich ofiar, by zaniechać dalszego dociekania które
              szczątki są czyje i złożyć je wszystkie w jednej, wspólnej mogile. W "dniu
              zniczy i wspominania" tam mogliby pojawiać się ci, dla których pamięć ofiar tego
              wypadku jest ważna.

              Przecież to przypadek zadecydował o wspólnym losie tych ludzi, a po śmierci jego
              ofiary stają się tylko prochami i pamięcią. Ból po stracie bliskich jest jeden,
              ten sam i taki sam.

              Nie wolno tym bólem grać politycznie. Kto to robi, ten się dopuszcza
              manipulowania nami wszystkimi. Odbiera nam wolność i poczucie równości.
          • grzespelc Re: O-bi, o-ba, czyli... 18.04.10, 11:58
            Podporządkowanie całej żałoby,
            > oraz oddawania czci zmarłym, obrzędom katolicko-religijnym jest
            > wyrazem braku wyczucia, braku szacunku dla różnorodnych
            > światopoglądów konkretnych przecież ludzi.

            Zgadzam sie. Tam przecież nawet duchowni niekatoliccy byli.
    • diabollo Szumowska: Boję się takiej żałoby 18.04.10, 10:23
      Szumowska: Boję się takiej żałoby Drukuj
      Małgorzata Szumowska*
      17.04.2010
      Żałoba nie powinna wyglądać, żałoba jest. Żałoba jest różna, a najczęściej jej
      nie ma, bo przychodzi znacznie później, po fakcie, całkiem spóźniona. Żałoba nie
      jest adekwatna do sytuacji, bo wtedy staje się tylko smutną manifestacją.

      Ja nigdy żałoby nie przeżyłam, może tylko w małym stopniu, robiąc film 33 sceny
      z życia, ale i to nie jest pewne, może to zwykła iluzja.

      Patrząc na ten cały cyrk, który nazywamy w Polsce żałobą narodową, mam
      jednoznaczne uczucia. Jestem za granicą, widzę to, co się dzieje w internecie,
      nie dotykam tego bezpośrednio, to daje dystans. Już od soboty mam głębokie
      przekonanie, że to, co widzę, to absurdalne zachowanie stadne, a nie żałoba.
      Żałoba, jaką spotkałam na polskiej wsi, ma wymiar oswajania śmierci, nie ma nic
      wspólnego z rozhisteryzowanym zachowaniem, z uniesieniem. Żałoba, którą widzę w
      telewizji, relacje z polskich ulic to nie oswajanie śmierci. To zbiorowa
      histeria, akt wspólnotowy, którego Polacy tak potrzebują jak powietrza.
      Jesteśmy chyba jedynym narodem w Europie, który jest w stanie zrobić coś
      takiego, w imię własnej egzaltacji, w imię przeżywania czegoś wielkiego, w imię
      patriotyzmu.

      To straszne, ale i pociągające, zwłaszcza dla tych, którzy tak chętnie
      uczestniczą, machają, rzucają kwiaty, robią zdjęcia przejeżdżających trumien,
      walczą o miejsce w kolejce na Krakowskim Przedmieściu. Dla mnie to jednak
      straszne i tyle. Niesie ze sobą groźne konsekwencje, zafałszowanie
      rzeczywistości, narodowościowe wzloty. Boję się takiej żałoby. Boję się
      rozszlochanego narodu nad trumnami, oszalałych haseł „Polska Chrystusem Narodów”
      i ludzi w bejsbolówkach owiniętych biało-czerwoną flagą.

      Najbardziej żal rodzin ofiar, powinni mieć wokół siebie ciszę, mają zgiełk. Im
      chyba najtrudniej o żałobę.


      *Małgorzata Szumowska - reżyserka filmowa, scenarzystka, producentka, członkini
      Europejskiej Akademii Filmowej.

      www.krytykapolityczna.pl/Opinie/Szumowska-Boje-sie-takiej-zaloby/menu-id-1.html
    • diabollo Gretkowska: Martwy Polak opłakuje sam siebie 18.04.10, 10:29
      Martwy Polak opłakuje sam siebie
      Manuela Gretkowska w rozmowie z Janem Smoleńskim
      16.04.2010


      Jan Smoleński, Krytyka Polityczna: Jak pani postrzega tę żałobę?

      Manuela Gretkowska*: Taki wybuch uczuć, nadmierne, teatralne okazywanie żalu z
      punktu widzenia psychologii może kryć w sobie poczucie winy. Pokutę za
      niedocenianie pary prezydenckiej. Jednocześnie pod odsłoną żałoby łatwiej dać
      upust swojemu narcyzmowi: JA jestem ważny, JA składam hołd – o czym często mówią
      przepytywani w kolejce do pałacu prezydenckiego. Ale ten narcyzm jest też
      rekompensatą za poczucie wykluczenia. Polacy nie czują się obywatelami, nie mają
      udziału w rządzeniu, dbaniu o siebie jako społeczeństwo. Narodowa żałoba jest
      wyjątkowym momentem, gdy mogą poczuć się ważni i zjednoczeni. Nie wspólnotą
      rozumu, ale serc. Przypomina to trochę sceny z Avatara, gdy łącząc się
      warkoczykami, kosmici nawiązywali pozasłowny kontakt z mieszkańcami swojej
      planety. Polacy też są mistrzami w tworzeniu emocjonalnego łańcucha serc i
      przeżyć. Potrafią stać w nim nawet 18 godzin - w kolejkach wijących się
      warkoczem wzdłuż Krakowskiego Przedmieścia. Zresztą samo stanie, tak długie, że
      aż męczeńskie, jest udziałem we wspólnotowym pojęciu stania-powstania. Wreszcie
      udanego. Powstanie na ulicach Warszawy. Lacaniści powiedzieliby, że to
      skojarzenie z działalnością prezydenta. Przecież zostanie po nim głównie Muzeum
      Powstania Warszawskiego.

      W tych żałobnych uniesieniach jest pozasłowne porozumienie charakterystyczne dla
      „polskiej wspólnoty serc”. Przewaga emocji, braku racjonalizmu (nie wiemy jak
      mądrze, sensownie żyć, za to potrafimy umierać) wzięła się z polskich ograniczeń
      językowych. Historyczną logiczność Polaków, rozumne argumentowanie za
      wspólnotowymi celami zniszczyły zabory, a przyczynił się do tego Kościół. Zabory
       – bo musieliśmy szyfrować sprawy narodowe, używać aluzji, alegorii, nie mogąc
      wypowiedzieć się wprost. Kościół katolicki – bo proponował pocieszenie, ucieczkę
      przed historią. W przeciwieństwie do protestanckiego Kościół katolicki narzuca
      swoją wykładnię wiary, zabiera wyznawcom możliwość interpretacji i bronienia
      poglądów. W skrócie podsumował to biskup Głódź, zamykając spór o pochówek
      prezydenta na Wawelu: „Roma locuta causa finita”.

      Upraszczając: zabory zabrały nam słownictwo, wiara przetrąciła kręgosłup
      logicznego myślenia. Być może to jeden z powodów, dla których nie potrafimy jak
      cywilizowane kraje Europy zdobyć się na wspólny wysiłek pragmatycznego
      udoskonalania państwa. Zamiast szukać wspólnoty myśli, pragniemy wspólnoty serc.
      Polacy posługują się metaforami, symbolami rozmywającymi sens politycznego
      dyskursu. A nawet jeśli uda się po polsku sformułować państwowe cele, trzeba z
      nich rezygnować, gdy są niezgodne z wykładnią Watykanu. Literacką ilustracją
      tego jest „Wielka improwizacja”. Myśl Improwizacji zostaje przerwana, gdy
      płynące z niej wnioski wydają się logiczne, a przez to szalone. Bezcelowość
      buntu w celi Konrada jest oczywista. Cela nawiązuje językowo do celów jako zadań
      (tak zinterpretowaliby to lacaniści). Rozum i jego logiczne cele muszą więc
      milczeć wobec prawd wiary. W psychologii taki brak poczucia sprawczości,
      powtarzanie sytuacji klęski nazywa się stanem wyuczonej bezradności będącej
      często maską depresji. Żałoba, poczucie utraty jest królestwem depresji, stanem
      najbardziej do niej adekwatnym.

      Wydaje się, że śmierć prezydenta Kaczyńskiego została wpisana w narrację o
      Katyniu. Czy obecna „jedność narodowa w obliczu tragedii” nie jest wynikiem
      szantażu upiorami przeszłości?

      Nawoływanie do jedności Polaków, tworzenie komitetów do spraw jedności to
      fascynujący wysiłek intelektualny. Jak Polacy mogą tworzyć jedność, skoro
      pojedynczy Polak nie tworzy jedności z sobą samym? Jeśli jest w miarę wrażliwy,
      nie może dojść do ładu sam ze sobą. Co naprawdę myśli? Po czyjej stronie jest
      racja? Teczki, gruba kreska – to wymuszona zgoda czy moralny szantaż? Nie dość,
      że nie mamy racjonalnego języka do wyrażenia swojej historii i jej planowania,
      to jeszcze nie mamy jednoznacznych przesłanek logicznych, w jakim państwie
      żyjemy. Fundamenty nowej Polski są zamulone: Jaruzelski to zdrajca czy bohater?
      Wałęsa agent czy przywódca? Okrągły stół sukces czy przekręt? Nie wyjaśniono
      żadnych afer. Katastrofa prezydenckiego samolotu też będzie prawdopodobnie
      wyjaśnieniem niewyjaśniającym.

      Polak pozbawiony przez historię języka, a przez politykę logiki, nie zmienił się
      od czasów baroku. Jest nadal „wątły, niebaczny, rozdwojony w sobie” niby z
      wiersza Sępa Szarzyńskiego. Rozdwojenie Polaków tworzy napięcie. Wielkim
      pochlebstwem było hasło reklamujące Polskę wymyślone przez zagranicznych
      copyrighterów:„Twórcze napięcie”. W rzeczywistości jest to chorobliwe napięcie
      między prostolinijnym, religijnym oglądem świata, czystością serca gołąbka i
      umysłem na jego poziomie, a groteskowym pociągiem do spiskowych teorii. W tym
      zamęcie łatwiej wyrobić sobie wariackie papiery niż sensowne poglądy. Jak
      zjednoczyć siebie z samym sobą, racjonalność z podejrzeniami? Jeśli nie chce się
      zwariować, zostaje albo silna wiara religijna, przenosząca nas ponad rozum i
      dająca łaskę ukojenia, albo spiski zaspokajające racjonalny głód
      przyczynowo-skutkowej logiki. Wyobcowani z siebie, pozbawieni języka jesteśmy
      zdani na ironiczny śmiech lub łzy. Tragedia albo groteska. „Wesele” albo „Dziady”.

      CDN...
      • diabollo Re: Gretkowska: Martwy Polak opłakuje sam siebie 18.04.10, 10:30
        Pogrążeni w wyuczonej depresji szukamy pocieszenia w żałobie, po nas samych.
        Zmarły prezydent wyciska łzy, nie tylko jako osoba, ale symbol: Czy może być coś
        smutniejszego od trupa? Od nas samych, depresyjnie martwych opłakujących
        martwych? Kaczyński osierocił Polaków szukających wsparcia w zrozumieniu
        historii i siebie samych. Nie był rozwiązaniem, ale jej ofiarą tak jak my. Przez
        tydzień żałoby celebrujemy siebie. Chrystus powiedział jasno: „Zostawcie umarłym
        grzebanie umarłych”. Nie był konserwatystą. Był rebeliantem, nie zajmował się
        polityką historyczną, bo miał wizję lepszej przyszłości.

        Apogeum rozdwojenia Polaków, nie tylko zewnętrznego - na modernistów i
        konserwatystów, ale i wewnętrznego, dotykającego osobowości, przypadło na rządy
        braci Kaczyńskich, a później prezydenturę Lecha. Interpretując jungowsko tę
        sytuację, można by powiedzieć, że reprezentowali oni fizyczny obraz tego
        rozdwojenia odczuwanego wewnętrznie przez Polaków. Bliźnięta są identyczne, tak
        jak każdy czuje się identyczny i niepowtarzalny z sobą samym. I jednocześnie
        rozdwojony na dwie postaci. Ja i nie – ja. Polak może skłócić się ze sobą samym,
        wypowiadać sprzeczne, nielogiczne poglądy, ale nie zachwieje to jego poczuciem
        tożsamości, a nawet megalomańskiej wyższości. Wpisuje się w to powiedzenie
        Wałęsy przekraczające ramy rozumu, ale nie sarmackiej logiki:„Jestem za, a nawet
        przeciw”.

        Wydaje mi się, że polskość, z jej poczuciem wyjątkowości i misji, znalazła w
        romantyzmie słowną oprawę, ale jej treść bierze się z XVII wieku. Czy był naród
        równie zamożny, który na własne życzenie znalazł się w potrzasku, rozdwojony
        między wschodnią, niepojętą dziczą a tworzącą się, niezrozumiałą cywilizację
        Zachodu? Wychowana wtedy na klasykach starożytności szlachta uważała za Homerem,
        że godny miana mężczyzny jest ten, kto umie dyskutować na agorze i walczyć na
        polu bitwy. Możliwości racjonalnej dyskusji zniknęły dla Polaków w wieku XVIII,
        gdy w Europie panował rozum. Została waleczność i patriotyzm biorący się z
        poczucia opresji - rozbiorów. Patriotyzm jest istotą polskości, tym co ją
        stworzyło. „Uczenie go” jest więc poronionym pomysłem. Polaków należy wręcz
        hamować przed przejawami patriotyzmu, gdy sami się pakujemy w opresję, by go
        podsycać. Któryś z filozofów powiedział „Myśl idzie na Zachód”. Szkoda, że nas
        coraz bardziej opuszcza, zostawiając z pustym mózgiem i sercem pełnym łez.

        Czy spór o pochówek na Wawelu ma sens? I o czym on właściwie świadczy?

        Protesty nie mają sensu. Biskup Dziwisz powiedział prawdę: o tym pochówku
        zadecydował naród. Skoro 90 parę procent Polaków uznaje się za katolików, to
        Kościół mówi w imieniu narodu. Poza tym jest „właścicielem lokalu”, a świecki
        naród nie jest nawet jego najemcą. Tragikomiczne wydają się więc pomysły na
        referendum czy próby dyskusji. Kościół nie jest instytucją demokratyczną. Część
        Polaków, tak miłujących wolność, obudziła się nagle w kraju, gdzie rządzi
        autorytarna władza wspierana przez nich datkami na tacę. O czym to świadczy? Na
        pewno nie o Kościele, on głosi swoją autorytarną nieomylność od 2000 lat.

        Pochowani na Wawelu to nie tylko bohaterowie, ale i symbole swojej epoki.
        Dlaczego nasza miałaby być inna? Prawdopodobnie spocznie tam kiedyś Wałęsa.
        Dwóch Lechów, prezydentów lechickiego kraju, którzy nie zdążyli się za życia
        pogodzić. Ustalić wspólnej wersji historii. A kto między nimi? Nawrócony
        Kwaśniewski? Jaruzelski, gdy historia przyzna mu rację? Albo Tusk, mający
        zadatki na wiecznie rządzącego Franciszka Józefa, ukochanego cesarza
        Krakowiaków? W tym całym politycznym zamieszaniu, które z biegiem czasu się
        wyciszy, szukałabym raczej tego, co pozostanie, czegoś ludzkiego. Wspólny
        sarkofag pary prezydenckiej przypomina etruskie sarkofagi małżeńskie. Maria
        Kaczyńska, tak jak za życia, poprawi mężowi wizerunek, dodając bardziej
        prywatnego, czułego wymiaru w zimnej krypcie historii.

        Czy można przewidzieć scenariusz po żałobie?

        Na swój użytek definiuję Polaka jako istotę symboliczną, nastawioną źle do
        bliźnich. Symbolizm bierze się chyba z przymusowego pogrążenia w symbolicznych
        szyfrach i narzuconej niemocie. Złe nastawienie do innych z sarmackiej izolacji.
        Jarosław Kaczyński jest w wyjątkowej sytuacji, może wpisać się w symbolikę tak
        działającą na Polaków. Nikt tak sprawnie jak on nie wykorzystywał dotychczas
        „złego nastawienia do bliźnich”. Czy to się zmieni? Tragedia, jak mówi, złamała
        mu życie, ale nie sądzę, żeby złamała mu też charakter.

        *Manuela Gretkowska –  pisarka, scenarzystka filmowa, felietonistka,
        założycielka Partii Kobiet.

        www.krytykapolityczna.pl/Opinie/Gretkowska-Martwy-Polak-oplakuje-sam-siebie/menu-id-1.html
      • grzespelc Re: Gretkowska: Martwy Polak opłakuje sam siebie 18.04.10, 12:05
        "Historyczną logiczność Polaków, rozumne argumentowanie za
        > wspólnotowymi celami zniszczyły zabory,"

        Eeee... Ta wspólnotowość to była chwila, kilka naście lat ledwo, a przedtem
        rządziło przez całe lata liberum veto, a nie żadna tam wpsólnotowość

        nie potrafimy jak
        > cywilizowane kraje Europy zdobyć się na wspólny wysiłek pragmatycznego
        > udoskonalania państwa.

        I znowu - przecież gołym okiem widać, że od 20 lat idzie nam całkiem dobrze.

        Dalsza część bardzo ciekawa.
    • diabollo Bielik-Robson: Polski triumf Tanatosa 18.04.10, 10:55
      Polski triumf Tanatosa
      Agata Bielik-Robson
      16.04.2010

      Już kilka razy w swojej karierze publicystycznej, przy różnych okazjach,
      namawiałam Polaków, by poddali się zbiorowej psychoanalizie, nigdy jednak
      postulat ten nie wydał mi się równie naglący, co dziś. Oczywiście, nie sposób
      położyć całego narodu na kozetce, a zwłaszcza tej jego najbardziej rozwierzganej
      części, która w tej chwili dostała zastrzyk wielkiej energii. A jest to energia
      wyjątkowo zła i toksyczna. Zły wiatr dmący w czarne żagle; jak mawiał Kafka,
      „wiejący z lodowatych rejonów śmierci“. Ten triumf Tanatosa, którym teraz upaja
      się polska prawica, wprost woła o psychoanalityczną interwencję.

      Po kilku dniach szoku i autentycznego smutku, co mądrzejsi już trzeźwieją,
      widząc, co – dosłownie – się święci: śmierć się święci. Oto mail jednego z moich
      znajomych, z którym jeszcze w poniedziałek spierałam się co do kształtu naszej
      narodowej żałoby. On twierdził, że to tylko chwilowa zbiorowa psychoza, której
      tuman szybko opadnie, nie pozostawiając śladów w polskim życiu politycznym;
      fałszywe pojednanie wkrótce znów ustąpi codziennej normie politycznych sporów.
      Ja również sądziłam, że atmosfera pojednania, deklarowana przez media, jest
      całkowicie obłudna, ale że hipokryzja ta skrywa ogromną agresję strony
      pokrzywdzonej, która straciła „ojca“ i za chwilę zacznie poszukiwać kozła
      ofiarnego, na jakiego będzie można zwalić winę za tę śmierć. Obawiałam się, że
      nastąpi nieuchronna eskalacja martyrologii na skalę, jakiej dotąd nie
      widzieliśmy, gdzie „pojednanie“ zachodzi zawsze kosztem wykluczenia wroga:
      Polacy, owszem, zaczną się jednać, ale wyrzucając z siebie „część przeklętą“,
      czyli – jak to wczoraj określił jeden z prawicowych żałobników, czyniąc magiczne
      aluzje do śmierci Narutowicza – „morderców prezydenta“. Mówiłam, że jesteśmy w
      samym środku makabrycznego karnawału w stylu Rene Girarda i że wyzwolony przezeń
      rodzaj złej społecznej energii nie znajdzie ujścia dopóty, dopóki nie polecą
      głowy ofiarnych kozłów: tych, którzy Lecha Kaczyńskiego krytykowali za czasów
      jego nieudolnej prezydentury i których teraz girardowska czarna magia wyasygnuje
      na odpowiedzialnych za całą katastrofę.

      Wczoraj rano mój znajomy odpisał: „Odwołuję część moich poniedziałkowych
      zarzutów. Wawel mnie powalił! To dopiero początek tego funeralnego widowiska.
      Mam wrażenie, że niektórzy chcieliby upchać nas wszystkich do wielkiego
      sarkofagu, zabetonować i wystawić na centralnym placu stolicy na wieczną chwałę
      i ku wstydowi świata. Wczoraj słuchałem audycji w publicznym radiu, gdzie jacyś
      faceci dosłownie szczytowali, mówiąc o narodowej tragedii, o dwustu latach
      niedoceniania, prześladowań, walk i klęsk. I teraz taki cud: spadł samolot i
      świat doceni, ukorzy się, przeprosi, przytuli, przyklęknie. To już nie polityka
      grobowa, to polityka z grobowca, z wnętrza megatrumny”.

      Trudno o lepszy opis tego, co się dzieje, a co nazwać by należało polskim
      triumfem Tanatosa: cudownym spełnieniem zbiorowego popędu śmierci. Śmierć Lecha
      Kaczyńskiego, prezydenta, który w wyjątkowo konsekwentny sposób realizował
      polską tanatopolitykę, opierając ją w całości na martyrologicznej pamięci, stała
      się magicznym symbolem, będącym w oczach jego wyznawców pełnym uwiarygodnieniem
      tej strategii. Consummatum est: tragiczna śmierć Lecha Kaczyńskiego działa tu,
      podobnie jak ukrzyżowanie Jezusa, jako znak prawdy, nadający nowe znaczenie
      całej jego działalności za życia. Z czegoś nie całkiem poważnego, co raczej
      przypominało dziecinne pobrzękiwanie szabelką (przypomnijmy sobie, jak komicznie
      wyglądał Lech Kaczyński dumnie przechadzający się pod rosyjskim obstrzałem na
      granicy w Osetii), przekształciła się ona w święty plan, sakralną misję, której
      celem – jak zawsze – było uświadomienie światu, temu złemu obojętnemu światu,
      zajętemu tylko swoimi interesami, że Polska jest „Chrystusem narodów”. Credo
      quia absurdum, powiedział Tertulian a propos niezrozumiałej dla pogan śmierci
      Jezusa, i taka też pozostaje logika polskiego mesjanizmu, która prawdziwe
      wywyższenie rezerwuje tylko dla śmierci absolutnie bezsensownej. Tylko taka
      śmierć, która nie znajduje żadnego uzasadnienia w pragmatycznym planie świeckim
      i pociąga za sobą hekatombę ofiar (jak choćby wychwalana przez Lecha
      Kaczyńskiego wielka zbiorowa śmierć czynnych i biernych uczestników Powstania
      Warszawskiego), zasługuje na miano tragicznej i męczeńskiej.

      Absolutna wielkość prezydenta Kaczyńskiego ujawniła się więc dopiero teraz: za
      sprawą jego śmierci. Otoczony tanatyczną apoteozą może wreszcie zatriumfować w
      chwale; on, upokarzany za życia, wywyższony po śmierci. On, za życia bezsilny
      wobec swoich wrogów, którzy czynili zeń postać groteskową – po śmierci
      przemieniony, dający nową siłę do walki swym szeregom: Gloria victiis! Komedia
      uwiarygodniona i zniesiona przez tragedię. Wszelka niepowaga, śmieszność i
      nieporadność Lecha Kaczyńskiego jako żywego prezydenta – całkowicie rozgrzeszona
      i unieważniona przez Kaczyńskiego jako prezydenta tragicznie zmarłego. Ostatni
      będą w końcu pierwszymi, a ci najbardziej znieważani ostatecznie zatriumfują;
      wywrotka ta, której jak najbardziej logiczną konsekwencją jest wawelska apoteoza
      Lecha Kaczyńskiego, należy do stałego, od wieków niezmiennego repertuaru
      polskiego mesjanizmu i jego wewnętrznej gry resentymentów.

      Śmierć służy tu za ostateczny argument. Tak jak Jezus “udowodnił”, że jest
      Bogiem, umierając na krzyżu – tak Lech Kaczyński “udowodnił”, że był
      opatrznościowym ojcem polskiego narodu, umierając w Smoleńsku. Rzecz jasna,
      logika ta pozostaje zupełnie niedostępną “czarną magią” dla kogoś, kto nie
      wyznaje polskiego tanato-mesjanizmu. Ten z zupełnym niedowierzaniem czyta teksty
      publikowane w “Rzeczpospolitej”, które w całości opierają się na jej rzekomych
      dowodach (najbardziej kuriozalnym dokumentem jest tu artykuł Zdzisława
      Krasnodębskiego): “Teraz widzicie! Śmialiście się z naszego prezydenta, a on się
      w końcu okazał wielkim mężem stanu. Teraz musicie za to zapłacić!” To nie cytat,
      tylko coś w rodzaju emocjonalnej esencji, jadowicie się z tych wszystkich
      artykułów sączącej, ale chyba dobrze streszcza istotę tej histerycznej agresji,
      która w tej chwili opanowała prawicę. Wobec tej oczywistej prawdy o wielkości
      Lecha Kaczyńskiego, która teraz się “objawiła”, wszyscy, którzy byli złego
      zdania o jego prezydenturze muszą zamilknąć, ukorzyć się, a najlepiej posypać
      sobie głowę popiołem i umrzeć ze wstydu.

      Tymczasem, raz jeszcze to powtarzam, dla ludzi w miarę trzeźwo myślących,
      pozostających poza kręgiem mrocznych wyziewów polskiego pseudo-mesjanizmu, nic
      tu się kupy nie trzyma. Kaczyński nadal pozostaje kiepskim prezydentem, a jego
      śmierć budzi ogromne wątpliwości natury moralnej. Bo jeśli istotnie chciał on
      dotrzeć do Katynia za wszelką cenę, to wówczas staje się on współodpowiedzialny
      za śmierć reszty pasażerów. I to rzeczywiście jest tragiczne – tyle że tragiczne
      po prostu, zwyczajnie, po ludzku. Bez żadnych magii, mitologii i tanich
      pseudo-wzniosłości.

      www.krytykapolityczna.pl/Opinie/Bielik-Robson-Polski-triumf-Tanatosa-/menu-id-1.html
      • grzespelc Re: Bielik-Robson: Polski triumf Tanatosa 18.04.10, 12:16
        > Śmierć służy tu za ostateczny argument. Tak jak Jezus “udowodnił”,
        > że jest Bogiem, umierając na krzyżu – tak Lech Kaczyński “udowodnił”, że był
        opatrznościowym ojcem polskiego narodu, umierając w Smoleńsku.

        smile))))))))))))))

        Dla mnie najbarziej rzuca się w oczy coś zupełnie innego: tak naprawdę mamy dwa
        różne podejścia do wypadku: dla jednych zginął prezydent z żoną i jakcyś tam
        bliżej nieokreśleni współpasażerowie - takie podejśie prezentują głównie
        zwolennicy PiS-u i dla mnie jest to próba zawałaszczenia tragedii - a dla
        drugich zginęo 100 osób, w tym wielu wartościowych ludzi na wysokich
        stanowiskach, znaczna częśc elity polskiego państwa. I treraz PiS-owcy mówią do
        nas: "Teraz płaczecie? Siedźcie cicho!", a przecież ta druga cześć nie płacze po
        Lechu Kaczyńskim, tylko po wszystkich ofiarach, które reprezentują wiele
        środowisk, nmie tylko politycznych. Jedna grupa z drugą na pewno się nie dogada.
        • diabollo Re: Bielik-Robson: Polski triumf Tanatosa 18.04.10, 18:08
          grzespelc napisał:

          > > Śmierć służy tu za ostateczny argument. Tak jak Jezus “udowodnił
          > 221;,
          > > że jest Bogiem, umierając na krzyżu – tak Lech Kaczyńsk
          > i “udowodnił”, że był
          > opatrznościowym ojcem polskiego narodu, umierając w Smoleńsku.
          >
          > smile))))))))))))))
          >
          > Dla mnie najbarziej rzuca się w oczy coś zupełnie innego: tak naprawdę mamy dwa
          > różne podejścia do wypadku: dla jednych zginął prezydent z żoną i jakcyś tam
          > bliżej nieokreśleni współpasażerowie - takie podejśie prezentują głównie
          > zwolennicy PiS-u i dla mnie jest to próba zawałaszczenia tragedii - a dla
          > drugich zginęo 100 osób, w tym wielu wartościowych ludzi na wysokich
          > stanowiskach, znaczna częśc elity polskiego państwa. I treraz PiS-owcy mówią do
          > nas: "Teraz płaczecie? Siedźcie cicho!", a przecież ta druga cześć nie płacze p
          > o
          > Lechu Kaczyńskim, tylko po wszystkich ofiarach, które reprezentują wiele
          > środowisk, nmie tylko politycznych. Jedna grupa z drugą na pewno się nie dogada
          > .


          A najsmutniejsze, że jest to gombrowiczowski "pojedynek na miny" w najczystrzej
          postaci, a kiedy mamy takie pojedynki i takie podziały zaczyna brakować miejsca
          na rzeczywiste spory nad rzeczywistymi konfliktami.

          Weźmy na przykład taki problem jak "bezpieczeństwo energetyczne".
          Jak już wcześniej wielokrotnie pisałem, jestem entuzjastą energetyki jądrowej w
          Polsce, która:
          a. nie będzie zatruwać środowiska (w tym nie będzie emitować CO2) w
          przeciwieństwie do dzisiejszych wielkich spalarni węgla
          b. pozwoli na produkcję dużo tańszej energii.

          Przeciwnicy najczęściej wyciągają apokaliptyczne argumenty, że "atom" to "bomba
          atamowa", ewentualnie Czarnobyl.

          Jednak po tej naszej katastrofie sprzed tygodnia zaczynam się zastanawiać, czy
          państwo polskie rzeczywiście może zabierać się do tak wyrafinowanych, ale i
          niebezpiecznych technologi?

          Skoro państwowy samolot z najwyższymi urzędnikami w państwie, ba z samym
          prezydentem, zabiera się do lądowania we mgle, przy fatalnej widoczności i to na
          lotnisku do takich lądowań nieprzystosowanym, gdzie nie ma elektronicznych
          systemów naprowadzania, no i ci funkcjonariusze państwowi lądują "po omacku"
          (żeby zdążyć na imprezę rocznicową w Katyniu), no i w czasie tej rozpaczliwej
          próby znalezienia pasa lotniska pilotów myli dolinka przy lotnisku, za bardzo
          obniżają wysokość, kiedy trzeba z dolinki wylecieć za późno dodają mocy i
          rozpierdalają się na drzewach (których przed całkowitym rozbiciem wiele "skosili").

          Pojawia się pytanie, czy państwo funkcjonujące w ten sposób, państwo, w którym
          możliwe są takie katastrofy (specjaliści widzą pełną analogię ostatniej
          katastrofy z katastrofą nowoczesnej CASA z najwyższym dowództwem wojsk
          lotniczych pod Mirosławcem w zeszłym roku), to czy takie państwo może zajmować
          się energetyką jądrową?

          Wszak w Czarnobylu też nie zawiodła technika, tylko człowiek, a dokładniej to
          głupota ludzka była przyczyną katastrofy...

          Kłaniam się nisko.
      • grgkh Re: Bielik-Robson: Polski triumf Tanatosa 19.04.10, 12:19
        CytatAbsolutna wielkość prezydenta Kaczyńskiego ujawniła się więc dopiero
        teraz: za sprawą jego śmierci. Otoczony tanatyczną apoteozą może wreszcie
        zatriumfować w chwale; on, upokarzany za życia, wywyższony po śmierci. On, za
        życia bezsilny wobec swoich wrogów, którzy czynili zeń postać groteskową – po
        śmierci przemieniony, dający nową siłę do walki swym szeregom: Gloria victiis!
        Komedia uwiarygodniona i zniesiona przez tragedię. Wszelka niepowaga, śmieszność
        i nieporadność Lecha Kaczyńskiego jako żywego prezydenta – całkowicie
        rozgrzeszona i unieważniona przez Kaczyńskiego jako prezydenta tragicznie
        zmarłego.


        Nie. LK jest winien. Przyczyną katastrofy, według dzisiejszej wiedzy o niej, był
        błąd ludzki - najpierw pilota, jego decyzji, a w tle jego przełożonych, obecnych
        na pokładzie lecącej trumny, którzy choćby swą obecnością i współuczestnictwem w
        okolicznościach organizacji wyprawy wywołali nacisk na psychikę pilota.

        Są więc przyczyny, których się nie da w żaden sposób zatrzeć. I będą ludzie,
        którzy o nich nigdy nie zapomną, jak np. ja. I będą o nich mówili. Nie daję
        swojej zgody na manipulowanie nami wszystkimi.

        Nie ma mitologii. Nie ma boga w tle. Jest tylko ludzka niewiedza i bezmyślność.
        I manipulacja w imię władzy.
    • diabollo Piątek: Wieża Wawel 18.04.10, 11:23
      Piątek: Wieża Wawel
      Tomasz Piątek

      Dosyć tego dobrego. Albo złego. Wychodzi na to jednak, że dobrego. Bo wszyscy,
      albo prawie wszyscy, przeżywają to, jako coś dobrego. Media z zachwytem
      celebrują czerń nagłówków, demonstrując różne odcienie szykownej powagi i
      elegancko stonowanego podniecenia. Jeden, tylko jeden powszechny wszechobecny
      temat, wczoraj i przedwczoraj, jutro i pojutrze, dzień w dzień. Żałoba narodowa.
      Żałoba narodowa po tragicznej śmierci głowy państwa – OK, niech to będzie jeden
      dzień, dwa dni. Żałoba po wielu zdolnych i zasłużonych (w złym i w dobrym)
      osobach – trzy dni. Ale co takiego mieli w sobie ci, co zginęli, żeby konieczna
      była żałoba tygodniowa? Albo zamykanie teatrów na miesiąc? Przecież codziennie
      giną setki tysięcy ludzi, zapewne równie wartościowych, jak prezydent Kaczyński.
      Codziennie giną dziesiątki ciężko pracujących, uczciwych Polaków – pewnie z
      wielu punktów widzenia bardziej zasłużonych niż prezydent Kaczyński. Ich jakoś
      nie czcimy. I pewnie nie dałoby się ich wszystkich uczcić – musielibyśmy
      uprawiać żałobę narodową codziennie. Ale okropny i brzydki jest rozziew pomiędzy
      cichym, anonimowym bytowaniem tych a groteskowym lansowaniem polityków przez
      media - włącznie z monstrualnie rozdętą żałobą tygodniowo-miesięczną.

      Czy aż tak poddańczym jesteśmy społeczeństwem? Czy aż tak czcimy polityków?
      Wręcz przeciwnie, mamy o nich jak najniższe mniemanie, uważamy ich za złodziei i
      psychopatów. Dlatego uważam – a nawet więcej, jestem pewien, czuję, widzę – że
      wielodniowe rozkoszowanie się żałobą narodową nie ma żadnego związku z
      politykami. Polacy nie przeżywają żałoby narodowej po to, żeby przeżywać śmierć
      polityków. Polacy przeżywają żałobę narodową po to, żeby przeżywać Polaków. Żeby
      przeżywać siebie.

      To do pewnego stopnia można zrozumieć. Żyjąc przez kilkaset lat w stanie nędzy,
      rozpieprzu i niewoli (sarmacki feudalizm, saska anarchia, rozbiory, sanacyjny
      autorytaryzm, okupacja hitlerowska, PRL), społeczeństwo polskie nauczyło się, że
      to nieszczęścia wyznaczają rytm wspólnotowego życia i historii. I że szczególnie
      wielkie nieszczęścia („potop szwedzki”, przegrane powstania i wojny,
      spacyfikowane rozruchy, stan wojenny) mają jeszcze tę magiczną moc, że
      ponadklasowo integrują ludność, zazwyczaj rozwarstwioną, zdezintegrowaną i
      pomiażdżoną. Nic więc dziwnego, że na wieść o katastrofie Polacy zaczynają
      odruchowo przeczuwać falę zbliżającego się międzyludzkiego ciepła i nagle garną
      się do siebie, zamiast odpychać.

      Ale w tej celebracji nieszczęścia jest jeszcze jeden aspekt, mniej sympatyczny.
      Odkąd naszą wyobraźnią zawładnęły masowe media, nasze odczucia stały się mniej
      spontaniczne. W telewizji przeglądamy się jak w lusterku. I nagle nad grobami
      czterdziestomilionowa masa mizdrzy się do kamer na ponuro. „Co o nas mówi ta
      uroczystość… ta żałoba… ten sposób przeżywania…” – pytają Tomasze Lisy i inni
      solenni celebranci Our Big Fat Polish Mourning. Co o nas mówi? Ach, jacy
      jesteśmy uduchowieni! Jak przeżywamy! W jakim sacrum zbiorowym przebywamy!

      Profesor Małgorzata Kowalska w całej tej żałobie widzi elementy sensowne i
      ubolewa nad tym, że została ona sprowadzona do absurdu. W tekście: Przerwany
      poród sensu pisze tak: „Zarówno praca żałoby, jak i towarzysząca jej praca sensu
      zostały szybko zakłócone, by nie rzec nieodwołalnie przerwane, przez znajomą
      naziemną rzeczywistość. Trudno powiedzieć, co zostanie z lirycznych uniesień
      polsko-rosyjskich, ale wiadomo już na pewno, że bezpowrotnie zniknął efekt
      «wzniosłej obłudy» i eschatologiczno-etyczno-egzystencjalnego pojednania między
      przeciwnikami i zwolennikami prezydentury Lecha Kaczyńskiego. Zdumiewająca
      decyzja o pochowaniu Prezydenta na Wawelu sprawiła, że wspaniałomyślne odruchy
      przeciwników błyskawicznie utknęły im w gardle, a nierzadko zamieniły się w
      gniew. Ci, którzy zadecydowali o pompatycznym miejscu pochówku, podbili bębenek
      żałoby tak bardzo, że go przekłuli. Niezależnie od tego, ile osób przyjdzie na
      pogrzeb prezydenckiej pary, niezależnie od tego, ile jeszcze dobrych słów
      poświęci się w mediach tej prezydenturze, z balonu narodowej wzniosłości uciekło
      już powietrze. Wszystko powraca do normy. To znaczy znów do absurdu”.
      Ja nad upadkiem, nad powrotem do absurdu – nie boleję. Bo nie widziałem w tej
      żałobie specjalnych oznak prawdziwego pojednania, czy to polsko-rosyjskiego, czy
      też PO-wsko-PIS-owskiego. Widziałem tylko samozachwyt: „Ach, jak my się jednamy.
      Ach, jak w obliczu śmierci wybaczamy. Ach, jak jesteśmy wyważeni, nawet wobec
      Kaczyńskiego”. Tak samo jak w przypadku Matki Wszystkich Żałób, czyli żałoby po
      papieżu. Właściciele spektakularnie zamykali wtedy agencje towarzyskie, a kibice
      wrogich klubów deklarowali wieczny pokój. Ile było w tych deklaracjach prawdy, a
      ile egzaltacji? Mijały trzy dni i agencje znowu były otwarte, a kibice łamali
      sobie ręce i nogi.

      Ze słów, ze wspólnie wymienianych i nakładających się na siebie frazesów – 
      budujemy sobie znowu świątynię własnej pychy. Nie ma znaczenia, że w formie
      grobowca. Jeżeli wieża Wawel zakłóciła nam tę wymianę frazesów, jeżeli wieża
      Wawel pomieszała nam języki – to ja nie ubolewam, tylko szukam w tym Bożej
      interwencji. Być może, nie dla wszystkich będzie ona zbawienna, nie wszyscy ją
      zrozumieją – ale dla wielu może być otrzeźwiająca.

      www.krytykapolityczna.pl/Opinie/Piatek-Wieza-Wawel/menu-id-1.html
      • uffo Re: Piątek: Wieża Wawel 18.04.10, 18:58

        ech, a ja mam takie wrazenie iz wolnosc i jej konsekwencje wymuszaja
        na spoleczenstwie wieksza aktywnosc umyslowa, co bywa meczace, jak
        wszystkie nadmiary (dzieki ktorym wiemy, kiedy trzeba zrobic w tyl
        zwrot, zeby sie za bardzo nie przypalic albo zeby nie stracic
        wartosci odzywczych), wiec czasem, dla utrzymania rownowagi
        wszystkich skladnikow zycia, i sokow zywotnych, zdarzaja sie takie
        przypadki-wypadki (a trzeba pamietac iz 'przypadek to wolnosc
        ducha,' jak mawiaja jungisci) po ktorych dochodzi do masowego
        przezywania jednosci, kiedy mozna na chwile...odpoczac od
        indywidualnego rozwoju, i rozplynac sie w poczuciu masowego
        bezpieczenstwa, wspolnoty i melancholii za utraconym rajem
        bezmozgowia. A moze rozwoj przebiega wlasnie takimi sprzecznymi
        etapami? Troche roztapiania autorytetow, troche podkrecenia masowego
        ciepelka, rozglaskiwania sie po katach, w kolejkach, w pociagach, w
        ubikacjach....na placach i skwerkach. Obecnie narod polski zaslynal,
        przynajmniej w mediach amerykanskich, jako narod lubujacy sie w
        zniczach. No dobrze, troche cukuru, troche goryczy, troche pieprzu,
        troche soli, liczy sie efekt koncowy. Byl nadmiar rozpadu
        autorytetow, teraz nastal czas koronowania (posmiertnego) autorytetu
        nad autorytetami, co jest ewidentna bzdura, o ktorej wszyscy mniej
        lub bardziej swiadomie, wiedza. Byl kupa smiechu, jest kupa placzu,
        potem przyjdzie wytrzezwienie, szara rzeczywistosc i nowy cyrk, nowa
        przygoda, nowy krol Wielkanocny, dalszy wysilek wewnetrzny. Zupelnie
        jak w kociolku w ktorym gotuje sie zupke z zywych istotek. Ale to
        fakt, lewica wydaje sie udupiona co najmniej na nastepna dekade.
        Teraz wszyscy sie modla i klekaja. Ale przeciez cuda sie zdarzaja.
        Jak widac historia moze dokonac gwaltownego skretu. Tym razem chyba
        na prawo. Nawet pedofile w ornatach sie modla. Moze z tej skruchy
        cos sie urodzi? Poprawa idzie z dobrowolnej skruchy. Ale, rzecz
        jasna za duzo tu cyrkowosci i dzialania na pokaz. Niemniej
        Dead Can Dance!
    • diabollo Totem i tabu. Polskiej tanatologii ciąg dalszy... 19.04.10, 08:12
      Totem i tabu. Polskiej tanatologii ciąg dalszy
      Agata Bielik-Robson*

      19.04.2010

      Wszystkim, którzy uparcie twierdzą, że tylko „awanturnicy” protestujący pod
      Wawelem zakłócili jedność narodowej żałoby (w tym zwłaszcza dziennikarzom TVN
      24), polecam dla otrzeźwienia ostatni tekst Tomasza Terlikowskiego, który w
      dwóch lekko się różniących wersjach został opublikowany w „Gazecie Polskiej”, a
      następnie na portalu Salon24. Nosi on biblijny tytuł Bojaźń i drżenie i jest
      napisany z apokaliptycznym zapałem polskiego świętego Jana: przynosi gotową
      religijną wykładnię tragedii pod Smoleńskiem, przez którą przemówił sam Bóg,
      dając wyraźny znak swoim wiernym.

      Dziwny to Bóg, okrutny i mściwy, jak zresztą wszyscy fundamentalistyczni
      bogowie, te smętne i bezmyślne karykatury Jahwe ze Starego Testamentu, zdolne
      tylko do imitacji jego gniewu, a zupełnie nieczułe na głębsze, uniwersalistyczne
      aspekty żydowskiego mesjanizmu. „Jeśli Bóg dopuszcza taki dramat – pisze
      Terlikowski - to nie robi tegosa po nic, ale po to, by niezwykle mocno wezwać
      nas do działania, przemiany i zaangażowania… Odczytanie tego zadania – w
      perspektywie symboliki smoleńskiej tragedii – jest dla nas zadaniem. Z
      odrzucenia go, z odmowy zaangażowania będziemy rozliczeni na sądzie ostatecznym.
      I biada nam, jeśli – po takim znaku – udamy, że nic się nie stało. Wtedy
      pozostanie nam tylko bojaźń i drżenie”. Bóg dał Polsce kolejny znak, będący
      jednocześnie ostrzeżeniem: jeśli nadal Polacy, mój naród wybrany, będzie zadawać
      się z tą bezbożną zachodnią zgnilizną i porzuci misję ponownej ewangelizacji
      świata, to mnie popamięta. Tragedia pod Smoleńskiem to tylko pierwszy z sygnałów
      czekającej nas apokalipsy: „Trudno nie zadać sobie pytania – ciągnie
      prorok-Terlikowski - czy nie próbowaliśmy uciec od misji, jaką stawiał przed
      nami Bóg, w «normalność» Zachodu. Jeśli tak było, to ta tragedia jest wyraźnym
      przypomnieniem, że nie będzie nam dane bycie «normalnym» narodem, który może żyć
      w świętym spokoju, że od nas Pan Bóg wymaga co jakiś czas daniny krwi, ofiary
      (czasem boleśnie absurdalnej) z najlepszych synów”.

      Na poparcie swoich mesjańskich tez Terlikowski wzywa objawienia dwóch polskich
      wizjonerek: Marii Franciszki Kozłowskiej i siostry Faustyny Kowalskiej. Ta
      pierwsza, co lojalnie przypomina, stała się po odstąpieniu od kościoła
      założycielką heretyckiej sekty mariawitów, która w najdoskonalszy sposób
      zrealizowała religijne założenia polskiego mesjanizmu: zdetronizowała Żydów jako
      naród wybrany, na ich miejsce kładąc Polaków i czyniąc z ewangelii przesłanie
      ściśle narodowe (do dziś kościół mariawicki ma swoich zwolenników wśród polonii
      z okolic Chicago). Na miejscu polskiej hierarchii katolickiej zatroskałabym się
      nieco o „mariawickie odchylenie” doktora Terlikowskiego, bo – jak już wiadomo od
      czasów Mickiewicza – relacje między polskim mesjanizmem a powszechnym kościołem
      katolickim wcale nie układają się tak dobrze, jakby to wynikało z powyższego
      entuzjastycznego credo.

      To zresztą zdumiewające, jak topos polskiego męczeństwa ustalony przez Adama
      Mickiewicza w Księgach narodu i pielgrzymstwa polskiego, utrzymuje się bez
      żadnych korekt i rewizji po dziś dzień, wołając nadal czystym głosem z głębi
      narodowej nieświadomości. Oto, co – w luźnej parafrazie – mówi nam Mickiewicz:
      „Polska znalazła się w niewoli, bo nastała szatańska trójca: król Prus Fryderyk
      II, caryca Rosji Katarzyna II i cesarzowa Austrii Maria Tereza. Oni sami to trzy
      bluźnierstwa, ich życia to trzy zbrodnie, a pamięć ich – trzy przekleństwa.
      Trójca ta wzniosła nowego bożka, i nazwała go Interesem. Jeden jedyny człowiek
      się jej przeciwstawił: Lafayette. I tylko naród polski nigdy nie miał bożka, nie
      czcił obcych bogów, zawsze był wierny Panu i nie znał słowa ‚egoizm‘. Nigdy nie
      napastował innych narodów, a jeśli brał udział w wojnie, to tylko w obronie
      chrześcijaństwa. Dlatego Pan nagrodził go Litwą, Litwa i Polska pięknie się
      połączyły, dając wzór powszechnego jednoczenia się narodów, które kiedyś nastąpi”.

      Istotę tego religijno-politycznego przesłania streszcza utożsamienie Polski z
      Chrystusem: „Naród polski nie umarł, trzeciego dnia zmartwychwstanie i oswobodzi
      wszystkie zniewolone ludy“. Oto polska historiozofia, widomy dowód na to, że
      Hegel się mylił, wykluczając słowiańszczyznę, w tym Polaków, ze światowego
      obiegu Ducha! Trzy Epoki Joachima de Fiore, na kanwie których Hegel zbudował
      swój system historii, mają też swojską, ładniejszą i bardziej poetycką wersję,
      gdzie miejsce faryzejskiej „pracy dziejowej“ zajmują rdzenne polskie cnoty
      chrześcijańskiej miłości, walki i cierpienia. „Anglia i Francja są jako Izrael i
      Juda, parlamentaryzm nie różni się od zgromadzenia faryzeuszy i sadyceuszy,
      którzy nie wiedzą, co to miłość i co znaczy umrzeć za prawdę“. Polacy zaś wiedzą
       – i wiedza ta najwyraźniej nie opuszcza ich do dziś, kiedy z równym
      przekonaniem „prześladowanego wśród narodów“ wygłaszają androny pod adresem
      zachodniej „cywilizacji śmierci“. Terlikowski dodaje do tej mesjańskiej
      historiozofii swoje trzy grosze, całkowicie jednak zgodne z mickiewiczowską
      logiką: Polska zmartwychwstała, odzyskała wolność, lecz zamiast dać wzór
      chrześcijańskiej cnoty całemu światu, sprzeniewierzyła swoją misję i poddała się
      faryzejskiej „tyranii Interesu“. I za to też została ukarana.

      Ja jednak nie całkiem o tym. Choć bowiem losy polskiej herezji
      pseudo-mesjańskiej bardzo są interesujące, to znacznie ważniejszy jest wpływ
      emocji, które myśl ta obsługuje, na bieżącą politykę. Emocję, jaką wyraża tekst
      Terlikowskiego, można by zinterpretować jako, zgodnie z tytułem, „bojaźń i
      drżenie“ wobec gniewnych wyroków bożych, ale także jako nadzieję na to, że
      dzięki smoleńskiej tragedii Polacy się opamiętają i odstąpią od uczestnictwa w
      zachodnim projekcie demokracji liberalnej. Że zamkną się w swojej polskiej
      swoistości i samowsobnie, tylko dzięki wsparciu tradycji i kościoła, wypracują
      własną „demokrację nieliberalną“ (tamże!), w istocie będącą formułą
      narodowo-katolickiej teokracji (co od lat chodzi już po głowie redaktorom
      „Teologii Politycznej“wink. Dlatego kluczem do „analizy“ Terlikowskiego jest
      zdanie, które raz jeszcze in extenso przytoczę: „Trudno nie zadać sobie pytania,
      czy nie próbowaliśmy uciec od misji, jaką stawiał przed nami Bóg, w «normalność»
      Zachodu”. W ujęciu Terlikowskiego masowa żałoba, w której Polacy, dotąd raczej
      niechętni prezydenturze Lecha Kaczyńskiego, spontanicznie wyrażają swój żal i
      rozpacz, jest widomym znakiem równie masowego nawrócenia. Polacy otrząsają się z
      fałszywych uroków „cywilizacji śmierci” i zbiorowo wracają do pieleszy, do
      narodowo-katolickiego źródła, którego symbolem (dość nieoczywistym zresztą)
      staje się Lech Kaczyński, a raczej Prezydencka Para, w której miłość i śmierć,
      te dwie cnoty opiewane przez Mickiewicza, znalazły swe mityczne spełnienie.

      CDN...
      • diabollo Re: Totem i tabu. Polskiej tanatologii ciąg dalsz 19.04.10, 08:13
        Tymczasem wydaje się, że ten masowy rytuał żałobny można zinterpretować nieco
        inaczej. Masowa żałoba, w której uczestniczą, na swój sposób szczerze, także
        ludzie prezydenturze Kaczyńskiego niegdyś niechętni, nie świadczy bynajmniej o
        opamiętaniu, w którym naród polski, przez chwilę uwiedziony przez mamidło
        zachodniej „normalności”, budzi się do swej porzuconej misji narodu wybranego.
        Świadczy – na pozór paradoksalnie - o tym, że Polacy tę normalność wybrali,
        zaakceptowali, a to, co się teraz dzieje, to jedynie przejaw wielkiego poczucia
        winy, które nieuchronnie wiąże się z porzuceniem przez nich martyrologicznej
        tradycji. „Normalność”, wybór życia, jest bowiem na gruncie polskiej tradycji
        tak właśnie nienormalny, że ci, którzy go dokonują, sami siebie – mniej lub
        bardziej nieświadomie – obwiniają o zdradę i niewierność. Wielu, zwłaszcza
        młodszych Polaków dokonało tego wyboru, mówiąc mimo wszystko TAK zachodniej
        cywilizacji liberalnej, zwykle po cichu i półgębkiem, zachowując jednocześnie
        związek z tradycją i kościołem. Wiedzą, że hierarchowie nazywają ją „cywilizacją
        śmierci”, choć dla większości z nich to istna brama do życia, droga ewakuacji ze
        zbiorowego polskiego sarkofagu. Dokonało tego wyboru indywidualnie, nie
        wzmacniając go żadnym publicznym rytuałem przejścia.

        Pierwszym zbiorowym festiwalem poczucia winy, związanego z wyborem „normalnego
        życia”, była wielka żałoba po Janie Pawle II, która w podobny sposób podzieliła
        żałobników: na mniejszość, która postanowiła się „nawrócić” i do końca
        realizować program antyliberalnej krucjaty JP II – oraz na większość, która
        okazała polskiemu patriarsze rytualne maksimum miłości i szacunku, by następnie
        pójść własną drogą. Śmierć Lecha Kaczyńskiego, w doskonały sposób
        ucieleśniającego polski syndrom kultu śmierci i pogardy dla życia, stała się dla
        tej drugiej grupy kolejnym, jeszcze silniejszym pretekstem do tego, by rytualnie
        uzewnętrznić głęboko tłumione poczucie winy – nie po to jednak, by w nim trwać i
        dokonać regresu na pozycje „antyliberalne”, lecz by się od niego raz na zawsze
        oczyścić.

        Dla tego drugiego typu żałobników, który wydaje się w Polsce stanowić większość,
        Lech Kaczyński stał się uosobieniem totemicznego Ojca, a zarazem symbolem
        przeszłości, którą Polacy zdecydowali się odesłać do lamusa, by wreszcie móc
        zacząć uczestniczyć w normalnym życiu zachodniej cywilizacji. W eseju
        poświęconym analizie prymitywnych form religijności, Totem i tabu, Freud mówi o
        zbiorowych rytuałach poczucia winy, wynikłych z aktu zabicia ojca: aktu
        jednocześnie strasznego i koniecznego. Ojciec reprezentuje archaiczny typ władzy
        suwerennej, tłumiący wszelki odruch wolności u swych dzieci. Synowie, aby
        wkroczyć na drogę emancypacji i cywilizacji, muszą dokonać „mordu na Ojcu”,
        zarazem jednak pozostaje w nich nieusuwalne poczucie winy z aktem tym związane.
        Rytualna remisja wyrzutów sumienia, jakiej się czasowo oddają, nie oznacza
        jednak żadnej woli powrotu do archaicznej sytuacji, w której Ojciec mógłby
        odzyskać swą autorytarną władzę; jest tylko oddaniem niezbędnego hołdu wielkiemu
        Cieniowi, któremu przysługuje odtąd symboliczny status totemu.

        Dokładnie to samo dzieje się teraz z Polakami: pochówek na Wawelu ma znaczenie
        totemiczne, ale nie polityczne. Wstępne sondaże nie dają Jarosławowi
        Kaczyńskiemu, jako mistycznemu następcy Ojca, żadnych szans. Poczucie winy,
        podobnie jak w przypadku opisanych przez Freuda synów, nie odwraca kierunku,
        jaki przybrał ich bunt. Polacy wybrali „normalność”, choć wybór ten oznaczał dla
        wielu z nich zerwanie z polskim kultem śmierci i cierpiętniczym pomazaństwem,
        okupiony nieświadomym poczuciem winy, które teraz – być może już po raz ostatni
        - wydobywa się na powierzchnię. Właśnie siła tej rytualnej żałoby świadczy o
        tym, że nie będzie politycznego nawrotu do archaicznego polskiego modelu „rządu
        dusz”. Im mocniej Polacy manifestują swoje poczucie winy, tym jaśniejsze się
        staje, że większość z nich już dokonała zerwania – i w duchu, symbolicznie,
        rzeczywiście „zabiła Ojca”, który nie pozwalał im żyć. Niech umarli grzebią
        swoich umarłych – Polacy tymczasem wybrali życie.

        Czytaj też: Polski triumf Tanatosa

        *prof. Agata Bielik-Robson - filozofka, pracuje w Instytucie Filozofii i
        Socjologii PAN, wykłada w Collegium Civitas, Szkole Nauk Społecznych i Ośrodku
        Studiów Amerykańskich UW.

        www.krytykapolityczna.pl/Opinie/Bielik-Robson-Totem-i-tabu-Polskiej-tanatologii-ciag-dalszy/menu-id-1.html
    • grgkh Re: Rozważania nad naszą "żałobą" ciąg dalszy, cz 19.04.10, 11:38

      CytatDwa obszary pozostały nietknięte przez żałobne zakazy: kościoły i telewizyjne kanały informacyjne.
      (...)
      Wykład w galerii, spektakl teatralny czy koncert muzyki poważnej stanowią obrazę dla pamięci zmarłych. Płakanie posłów przed kamerą czy kazanie abp Michalika, który ani na chwilę nie zapomniał, czym jest uprawianie polityki, już nie.

      CytatPolskie społeczeństwo okradziono z wielu przestrzeni takiej wymiany każąc słuchać tylko tych, którzy mają najwięcej wpływów i podporządkować się ich wizji tego wydarzenia. Kto nie wierzy w Boga, a telewizję i jej familiarność z klasą polityczną traktuje podejrzliwie, jest skazany na milczenie albo na jałową kontestację. Może pogrążyć się w samotności albo obrażać resztę swoim nieprzystosowaniem.
      Przecież jedynym pretekstem istnienia kościoła od zawsze było zdobycie i sprawowanie władzy. Ten absurdalny, medialny szum był potrzebny narodowej "chrześcijańskiej" prawicy by zacząć tworzyć kolejną legendę, by usprawiedliwiać "dlaczego władza jej się należy". Uważają i nam to chcą wbić do głów, że mają prawo do przeorania naszego myślenia i uczynienia go jedynym prawdziwym. A gdzie taka monotematyczność tam się od razu pojawia nienawiść i potrzeba niszczenia innych. Mitologia religijna i polityczna to jest to samo.

      Już się szykują do skoku. Za dużo ich jest i za bardzo mają rozbudzone nadzieje na swoje boże królestwo na ziemi, w którym sami będą bogami, żebyśmy mogli liczyć na normalność.

      Wiara to błoga bezmyślność i leczenie społecznego kompleksu niższości poczuciem własnej potęgi wypływającym z przynależności do armii, która ma zwyciężać. Uśpiona piąta kolumna, w każdej chwili gotowa do odpalenia bomba społeczna. Tłumy, które na co dzień karmią się papką informacyjną z pudelka, a jedyne co potrafią czasem "przeżywać" to stanie w kolejce do obejrzenia truchła swego wodza-boga.

      Glempy, Michaliki, Dziwisze tylko naciskają na guziki, a posłuszne marionetki grają w absurdalnym teatrzyku.
      • uffo Re: Rozważania nad naszą "żałobą" ciąg dalszy, cz 19.04.10, 18:12
        niewatpliwie demonologia i sakralizacja smierci, czy tez zbiegow
        okolicznosci i ludzkziej glupoty (ktore do niej doprowadzily) w
        mistyczne fatum, przeznaczenie i glos Bozy odgrywaja znaczaca role w
        reakcji duzej czesci spoleczenstwa i jego trab jerychonsko-
        apokaliptycznych, wzywajacych do opamietania i pokuty. W ten sposob
        mentalnosc masowa wzmacnia swoja egzystencje, wzmacniajac
        jednoczesnie potrzebe spoleczenstwa do posiadania charyzmatycznych
        liderow. Moze jest w tym wlasnie poszukiwanie i wzywanie takiegoz do
        objawienia sie, do namaszczenia? Ale znamy to z historii. To samo
        dzialo sie pod koniec Renesansu kiedy zaraza dziesiatkowala narody.
        To samo mobilizowalo Reformacje. W imie odnowy moralnej, etycznej,
        religijnej popelniano w koncu zbrodnie na cywilizacji, kulturze i
        wolnosci i religijnosci samej. I nie chodzi o tych najgorliwiej i
        najglosniej krzyczacych, ale o tych ktorzy przychodza po nich, tych
        mscicieli i inkwizytorow podszywajacych sie pod religijnosc czy tez
        komunizm. Tak samo bylo z ateistami, kiedy brali w posiadanie cale
        poanstwa. Jaka rzez ludziom gotowali, chyba nie trzeba przypominac.
        I nie negowalbym tutaj samej wiary czy religii, ktore, jak uwazam,
        naleza do natury ludzkiej, czy to nam sie podoba czy nie. Religia
        jako ucucie irracjonalne, prywatne, wewnetrzne przekonanie, jest
        jedyna sila, zdolna skutecznie sprzeciwiac sie dominacji
        racjonalnej, dominacji technologicznej, panstwowo-urzedniczej, ba,
        egoizmowi wlasnemu, kiedy np. nijako wychodzimy nierozsadnie wlasnie
        poza samego siebie, w strone Jednosci z czyms wiekszym, czy to jest
        Bog, czy Atman, czy Wszechswiat. Dla mnie, celem jest rownowaga
        przeciwienstw. Likwidujac calkowicie jedna skrajnosc, mozna
        nieopatrznie zlikwidowac element rownowazacy zdrowa harmonie. Tak
        samo z kwestia zla. Nie mozna calkowicie wyeliminowac zla, co nie
        znaczy iz trzeba byc wobec zla calkowicie pasywnym,tak jak nie mozna
        wyeliminowac nocy i sprawic zeby byl tylko dzien. Tylko dobro. Ale
        mozna stworzyc sytuacje swiatla w ciemnosci. Na tym polega
        pozytywny, inspirujacy aspekt negatywnosci. Pobudza do dzialania.
        Zycie istnieje dzieki przeciwienstwom. Zlo, choroby, czesto wyrywaja
        czlowieka z wygodnej pasywnosci. Ta gloryfikacja smierci jest
        zabiegiem starozytnym jak swiat. Zawsze dziala tak samo, wzmacniajac
        struktury instytucjonalne, wymuszajac czolobitnosc wiernych,
        obywateli, towarzyszy. Spychajac na margines jednostki
        mocne,tworcze, atakujac indywidualnosc jako taka. Tak samo komuna,
        jak i KK. Ciekawe jak spoleczenstwo takie jak polskie, juz troche
        przeciez doswiadczone w demokracji, zareaguje w wyborach na tego
        rodzaju kuszenia ze strony rozpadajacych sie elementow
        patriarchalno-moralnych? Dla mnie, czlowieka gdzies tam jakos
        wierzaco-wiedzacego, jesli to co sie stalo bylo jakims znakiem
        Bozym, to chyba oczywiste, ze Bog zachowal Tuska, a skosil konserwe
        (i tym ktorzy musieli lub z jakichs powodow chcieli jej towarzyszyc)
        (ktora de facto sama sie skosila)i dal czerwone swiatelko glupiemu
        cierpietnictwu. Jesli tej lekcji spoleczenstwo nie da rady
        zaakceptowac w ten sposob, to przyjda powtorki z roz-rywki. Wszelkie
        inne interpretacje w kontekscie znaku Bozego sa tak naciagane, ze
        trudno zdrowemu rozsadkowi tego nie zauwazyc. Jednosc o ktora sie
        dzisiaj tak wielu modli, to tez jest urojenie z czasow odleglych do
        ktorych rozne sily konserwatywne usiluja wciagnac caly narod. Wojna
        zawsze bedzie. Z tym ze wojna umyslowa, wojna przeciwienstw, z
        zachowaniem cywilizacyjnym, bez niszczeniaa fizycznego, czy
        oczerniania przeciwnika. Na tym polega sens tego co w iterpretacji
        Blake'a mial na mysli Jezus, mowiac o milowaniu blizniego. Jezus
        nie mial tu na mysli milosci takiej samej jaka darzy sie
        przyjaciela, ukochana czy ukochanego, lecz milosc obywatelska, z
        zachowaniem dobrych obyczajow. Mozna sie klocic, wszak Klotnie sa
        jak najbardziej potrzebne. Z tym ze trzeba zachowywywac pewien
        podstawowy szacunek dla wroga. W przeciwnym razie moze dojsc do
        sytuacji do jakiej chyba doszlo. I np. w chwili odwetowego
        cierpienia i uniesienia, ktos moze calemu narodowi pokazac wala, i
        wsadzic przecietnego wodza miedzy krolow. I co mu zrobia? G...
        Ale to gromkie nawolywanie do jednosci jest oczywiscie nawolywaniem
        do ujednolicenia. Gdyby ten zabieg sie udal, przyjdzie jakis
        charyzmatyczny liderek z kosa i zacznie sie znowu panoszyc
        patriotyzm, nacjonalizm, konserwatyzm etc. Spoleczenstwo zdecyduje w
        wyborach.

    • gaika Fantastyczna prasówka 19.04.10, 23:39
      Diabollo. Cale szczęście, że ktoś jest w stanie wyrazić to, co i ja
      myślę.

      I jeszcze taki kwiatek:

      "W "Wyborczej" rozmowa z psychologiem o tym, co mówić dzieciom. W
      jednym z przedszkoli usadzono dzieci przed telewizorem i kazano
      patrzeć na trumny. Były przestraszone. W innym - kazano ubrać się na
      czarno trzylatkom. Zostawmy.

      Olga Szpunar pyta: "Synek znajomej dopytywał się zdenerwowany, czy
      na pokładzie na pewno nie było Scooby'ego, którego uwielbia"."

      Jak cała elita, to caławink

      Swoją drogą, trzeba mieć niezłą sieczkę w głowie, żeby walnąć
      przedszkolakom trumienną lekcję "patriotyzmu".


      wyborcza.pl/1,75968,7781557,Nie_szantazujcie_mnie_ta_trumna_.html

Nie masz jeszcze konta? Zarejestruj się


Nakarm Pajacyka